 |
| POWROT |
|
|
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net
Adres redakcji:
2386 Haines Rd. Suite 204
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6
Prenumerata na terenie Kanady:
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class
Mail.
***
Wydawca:
Goniec Inc. |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
.. |
|
|
|
Internetowa edycja, to tylko
niektóre materiały publikowane w "Gońcu" - w sieci www nie ukazuje się
pełna wersja naszego tygodnika wydawanego w objętość 56 stron formatu gazetowego.
|
GONIEC, NR 25/2010
W stanie lewitacji
Pierwsza tura wyborów prezydenckich nie przyniosła sensacji, chyba,
żeby za taką uznać czwarte miejsce Janusza Korwin-Mikkego, który z wynikiem
2,48 proc. wyprzedził przewodniczącego PSL Waldemara Pawlaka (1,75 proc.)
i Andrzeja Olechowskiego (1,44 proc.). Jeśli było coś sensacyjnego,
to rozbieżności między sondażami a wynikami. Niektóre sondażownie, odpowiadając
na tak zwane społeczne zamówienie, stwierdziły nawet 10-procentową przewagę
Bronisława Komorowskiego nad Jarosławem Kaczyńskim, zaś wszystkich przelicytowała
żydowska gazeta dla Polaków, czyli "Gazeta Wyborcza", w porywie serca gorejącego
przyznając marszałkowi Komorowskiemu 51 procent, czyli zwycięstwo już w
pierwszej turze.
Nastąpił jednak bolesny powrót do rzeczywistości, bo oficjalny
rezultat faworyta razwiedki i salonu okazał się znacznie skromniejszy.
Marszałek Komorowski uzyskał bowiem tylko 41,54 proc., wyprzedzając Jarosława
Kaczyńskiego (36,46 proc.) zaledwie o 5 procent. Dobry wynik uzyskał natomiast
przewodniczący SLD Grzegorz Napieralski (13,68 proc.), co pokazuje, że
demonstracyjne poparcie, jakiego na kilka dni przed pierwszą turą udzielił
Bronisławowi Komorowskiemu Włodzimierz Cimoszewicz, ani nie zrobiło żadnego
wrażenia na zwolennikach SLD, ani nie przyniosło marszałkowi upragnionego
sukcesu. Cimoszewicz okazał się wydmuszką i jeśli nawet za to poparcie
uzyskał od Platformy jakieś obietnice, to w myśl klauzuli rebus sic stantibus
mogą one być anulowane.
Warto jeszcze na marginesie odnotować słaby wynik Marka Jurka
(1,06 proc.), którego wyprzedził nawet polityk po przejściach, czyli Andrzej
Lepper (1,28 proc.). Wygląda na to, że z osobą Marka Jurka raczej trudno
już wiązać nadzieje na powstanie nowej formacji na politycznej scenie.
W ogóle, jeśli nie liczyć Grzegorza Napieralskiego, kandydaci "drugiego
planu" uzyskali razem wynik w granicach 10 procent, co pokazuje, że scena
polityczna jest sprawnie kontrolowana przez razwiedkę. Urządzając wyborcze
igrzyska, musi ona wprawdzie dopuszczać pewien margines spontaniczności,
w ramach którego harcują sobie rozmaici naturszczycy - ale przy pomocy
zastrzyków finansowych i agentury, uplasowanej m.in. w sondażowniach, ale
przede wszystkim - w tzw. niezależnych mediach i innych ośrodkach opiniotwórczych
- bacznie pilnuje, by ten margines pod żadnym pozorem się nie powiększył.
W rezultacie spontaniczny margines tylko bezpiecznie uwiarygadnia tę socjotechniczną
operację.
Część opinii publicznej najwyraźniej zdaje sobie już z tego sprawę
i odmawia statystowania w tych widowiskach. Również w pierwszej turze wyborów
prezydenckich frekwencja wyniosła zaledwie 54,94 proc., co pokazuje, że
prawie połowa dorosłych Polaków doszła do wniosku, że szkoda się fatygować
do głosowania. Oczywiście motywacje absencji nie były w każdym przypadku
identyczne; część ludzi, zwłaszcza z terenów dotkniętych powodzią, nie
miała głowy do polityki, część nie poszła głosować, żeby w ten sposób zemścić
się na władzy, część uznała, że nie ma w czym wybierać, część w ogóle niczym
się nie interesuje, ale wydaje się, że rośnie też odsetek emigrantów wewnętrznych.
Jest to uboczny skutek oligarchizacji życia politycznego, sprawiającej,
że wprawdzie zmieniają się partyjne szyldy, ale pod tymi szyldami, "w tłumie
wciąż te same twarze: oszusta i potępionego" - jak czytamy w wizjach św.
Ildefonsa. Najgorsze jest jednak to, że ludzie, którzy
przez ostatnie 20 lat zdążyli sprawować już wszystkie funkcje publiczne,
najwyższych stanowisk nie wyłączając, nie mają żadnych, ale to absolutnie
żadnych pomysłów na zmianę sposobu funkcjonowania państwa. Ta stagnacja
leży jak najbardziej w interesie razwiedki, która z zatwierdzonego przy
"okrągłym stole" modelu państwa ciągnie grubą rentę, jak i w interesie
strategicznych partnerów, którzy nie życzą sobie stworzenia w interesującym
ich obszarze nawet pozorów siły.
Toteż najmocniejszym akcentem przekomarzania między faworytami
tych wyborów był proces sądowy wytoczony przez Bronisława Komorowskiego
Jarosławowi Kaczyńskiemu za przypisanie kandydatowi Platformy Obywatelskiej
niecnego zamiaru prywatyzacji sektora ochrony zdrowia, a w szczególności
- szpitali. Marszałek Komorowski z oburzeniem te "insynuacje" odrzucił,
zaś niezawisły sąd, po kilkudniowej wędrówce sprawy przez instancje, ostatecznie
zakazał Jarosławowi Kaczyńskiemu powtarzania tych nieprawdziwych informacji.
I chociaż odbył się "okrągły stolik" poświęcony ocenie stanu ochrony zdrowia
z udziałem Jarosława Kaczyńskiego, Grzegorza Napieralskiego, Waldemara
Pawlaka i reprezentującej PO minister Ewy Kopacz, to nic specjalnego tam
nie wymyślono poza konstatacją, że cała ta służba zdrowia dobrze nie wygląda.
Ano - "koń, jaki jest - każdy widzi", natomiast charakterystyczne jest,
że żaden z uczestników tych palaverów nie zauważył, iż służba zdrowia,
ze szpitalami na czele, jest jak najbardziej państwowa, co najwyraźniej
nie imunizuje jej przed patologiami i niewydolnością.
Temu brakowi spostrzegawczości nie można się dziwić. W biurokratycznej
otoczce, jaką obrósł sektor ochrony zdrowia, podobnie zresztą, jak
wszystkie inne, ma swoje żerowisko nie tylko agentura, ale również zwyczajni
członkowie politycznego zaplecza wszystkich ugrupowań parlamentarnych,
więc jest oczywiste, że ich liderzy, będący zakładnikami swego zaplecza,
nie będą podcinali gałęzi, na której siedzą. Ale ta stałość ma też swoją
cenę, która objawiła się właśnie teraz; nie chcąc podcinać gałęzi, na której
siedzą, faworyci tych wyborów zostali zmuszeni do skakania z gałęzi na
gałąź przed Grzegorzem Napieralskim.
W przypadku marszałka Komorowskiego, który na pierwszym
miejscu postawił na "współpracę z rządem" - mając oczywiście na myśli razwiedkę,
bo przecież nie rząd Jarosława Kaczyńskiego, jaki teoretycznie może przecież
pojawić się po wyborach w roku 2011 - "można zeń wszystko zrobić i w każdą
formę ulepić". Nic zatem dziwnego, że odpowiada pozytywnie na wszystkie
żądania, jakimi obwarował obietnicę swego poparcia Grzegorz Napieralski,
a wśród których na pierwszym miejscu jest przyjęcie Karty Praw Podstawowych
- tego "Manifestu Komunistycznego" Unii Europejskiej, zgoda na refundowanie
z budżetu zapłodnień w szklance, czyli "in vitro", no i parytet dla kobiet
- tej awangardy proletariatu zastępczego nowej lewizny. W końcu PO też
była za przyjęciem Karty Praw Podstawowych, a w sprawie szklanki "dyskutowała",
podobnie jak w sprawie "parytetów".
W przypadku Jarosława Kaczyńskiego natomiast te umizgi wypadły
nieco gorzej, wręcz komicznie, budząc, z jednej strony, konsternację części
jego zwolenników, a z drugiej - szyderstwa wrogów, w osobach wyciągniętego
z lamusa Jerzego Urbana i funkcjonariusza żydowskiej gazety dla Polaków,
red. Pawła Wrońskiego, który zadeklarował nawet swój głos dla prezesa PiS,
jednakże pod warunkiem, że zaśpiewa on "Międzynarodówkę". Trudno zatem
zgadnąć, czy tę taktykę doradził mu jakiś kretyn, czy też dywersant, bo
jeśli nawet wyborcy Grzegorza Napieralskiego będą głosowali na Jarosława
Kaczyńskiego, to przecież nie ze względu na jego metamorfozy ideowe, tylko
przede wszystkim - z obawy przed zbytnim rozpanoszeniem Platformy, nie
tyle politycznym, bo prawdziwą władzę mocno trzyma w ręku razwiedka - co
jej ekspansją na żerowiskach - bo właśnie dostęp do nich decyduje o możliwościach
rozwoju ugrupowań politycznych.
Największym wydarzeniem, wręcz ucztą duchową, jaką dla publiczności
przygotowały sztaby obydwu faworytów, mają być telewizyjne "debaty", w
ramach których kandydaci będą przesłuchiwani przez funkcjonariuszy razwiedki,
poprzebieranych za dziennikarzy rozmaitych stacji telewizyjnych, odpowiadając
na pytania o różnicy między przodkiem a tyłkiem i w jaki sposób będą przychylali
wszystkim nieba i tak dalej. Obiecuję sobie po tym wiele uciechy,
ponieważ właśnie ogłoszono, że - jak ustalił niemiecki minister spraw zagranicznych,
ostentacyjny sodomita Gwidon Westerwelle, podczas bliskiego spotkania III
stopnia z ministrem Radosławem Sikorskim w grudniu ubiegłego roku - od
1 sierpnia br. tubylczemu ministerstwu spraw zagranicznych, a konkretnie
- odpowiedzialnemu za "integrację", czyli podporządkowywanie Polski Eurosojuzowi,
to znaczy - Naszej Złotej Pani Anieli - panu Mikołajowi Dowgielewiczowi
zostanie przydzielony niemiecki Doradca Doskonały. Gwoli podtrzymania wrażenia
symetrii, również w niemieckim Auswartiges Amt pojawi się pan Wojciech
Pomianowski. Co on tam będzie doradzał, to jeden Pan Bóg wie, natomiast
nietrudno się domyślić, że rola współczesnego, tym razem niemieckiego Ottona
Magnusa von Stackelberga, będzie nieporównanie większa nawet od dotychczasowego
konsyliarza premiera Tuska, pana Bartoszewskiego.
Czyż w tych warunkach buńczuczne opowieści kandydatów, jak to
będą prowadzili "politykę zagraniczną", nie będą w stanie wzbudzić naszej
wesołości? W końcu tyle naszego, że - póki jeszcze można - trochę się pośmiejemy.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Za berecik, za antenkę
Świat to nie gwóźdź, chociaż ten i ów pretenduje do roli młota. Jeszcze
innym nadto marszczą się emocje, przez co przypominają proporce, powtykane
tu i tam przez tajemniczych władców marionetek i poruszające się z wiatrem
bez ładu i składu.
Gdybym napisał, iż przed ujawnieniem ostatecznego rezultatu batalii
o urząd prezydenta współczesna Polska wstrzymuje oddech, byłaby to nieuzasadniona
tromtadracja. Te wybory są ważne z obiektywnego punktu widzenia, niemniej
jeśli prawie połowa uprawnionych do głosowania, czyli piętnaście milionów
Polaków, wybiera milczenie, dobrowolnie lokując samych siebie poza marginesem
decyzyjnym, a co za tym idzie, pozostawiając innym rozstrzygnięcie jednej
z najważniejszych w demokracji kwestii, oznacza to, iż albo nie mają zaufania
do siebie, albo do swego państwa, albo do siebie, swego państwa oraz demokracji
jednocześnie.
PLATFORMA SKRĘCA W LEWO
Oznacza to również, że ludzie ci nie umieją dostrzec konsekwencji
odłożonych w czasie, przypominając raczej kilkuletnie dzieci niż dojrzałych
i odpowiedzialnych za swój kraj obywateli Rzeczypospolitej. Kolejny raz
co drugi Polak ponad obywatelski obowiązek przedłożył niechęć do polityków
i nieufność do polityki. A przecież udział w wyborach to minimum, co powinniśmy
zrobić jako ludzie współtworzący naszą, nie cudzą ojczyznę. Ewidentnie
coraz mniej mamy Polski w Polakach.
Bronisław Komorowski ponad 41 procent głosów, Jarosław Kaczyński
ponad 36. Niewielka różnica, w efekcie skutkująca i przyspieszeniem, i
zaostrzeniem kampanii przed drugą turą. Co tym bardziej oczywiste, skoro
gra toczy się w pierwszym rzędzie o głosy fanów Grzegorza Napieralskiego.
Czym w takim razie Platforma Obywatelska zdecyduje się przyciągnąć
do siebie lewicę za poparcie kandydatury Komorowskiego, skoro w tym celu
będzie musiała porzucić nie tylko retorykę wolnego rynku, ale i hasła
w rodzaju "komercjalizacji" czy "komunalizacji"? O prywatyzacji nie wspominając.
Otóż, czym tam przyciągnie, tym przyciągnie, skoro przyciągnąć musi, wszelako
najbardziej interesujące wydaje się, jak ten radykalny zwrot przełkną wyborcy
Platformy, zwłaszcza ci centroprawicowi, niegdysiejsi przeciwnicy "państwa
socjalnego". Jak tuskokomorowszczyzna swoim sympatykom wytłumaczy, że wszystko,
w co dotąd wierzyli i co wspierali, teraz przyjdzie im porzucić, a kto
wie - może i zamienić na swoje przeciwieństwo? Tak czy siak, będzie się
z czego pośmiać.
I TAK OBERWIE
Zresztą może i śmiać się nie będzie kiedy, jako że bez kolejnej
fali agresji skierowanej w stronę Prawa i Sprawiedliwość, precyzyjniej
zaś, w stronę Jarosława Kaczyńskiego, kolejnej tury wyborów wyobrazić sobie
nie było sposób już w powyborczy poniedziałek. Doczekaliśmy więc szyderstw,
kpin oraz ślinotoku, a wszystko okraszone ostrzeżeniami przed "IV RP",
cokolwiek miałoby to znaczyć. Platforma wytoczyła najcięższe działa, w
tym - a jakże - Janusza Palikota. "Prezydent Jarosław Kaczyński zgotuje
nam wojnę domową" - popisał się predyspozycjami profetycznymi znany pieszczoch
PO.
Gdy prezes PiS milczał, przytłoczony tragedią w podsmoleńskim
lesie, mówiono, że "milczy złowrogo". Gdy otworzył usta, okazało się, że
przyprawić mu ponurą gębę nienawistnika będzie jeszcze trudniej. Niemniej
próbowali. I próbują. I nie przestaną. Bez większego ryzyka popełnienia
błędu można założyć, iż nieważne, czy przyszły prezydent włoży beret, czy
będzie paradował z gołą głową. I tak oberwie - albo za brak nakrycia głowy,
albo za zbyt krótką antenkę przy berecie.
Pewnie, że dużo prościej atakować przeciwnika politycznego, niż
wytłumaczyć Polakom szokujący deficyt finansów publicznych. Który - i to
według szacunków Ministerstwa Finansów - w 2009 roku sięgnął prawie stu
miliardów złotych (bez trzech). Co oznacza wywindowanie długu do poziomu
682 mld zł, czyli 50,7 proc. PKB. Co równie ciekawe, rząd szacuje wzrost
relacji tegoż długu do PKB do poziomu 53,1 proc. na koniec 2010 roku oraz
56,3 proc. PKB na koniec roku przyszłego - i to mimo wyprowadzania poza
budżet kolejnych zobowiązań finansowych państwa.
Nie dziwota zatem, że Komisja Europejska niemal wprost zarzuca
ministrowi Rostowskiemu kreatywną księgowość, określając wysokość polskiego
długu publicznego na 57 proc. PKB.
Tymczasem Konstytucja Rzeczypospolitej zakazuje działań (zaciągania
pożyczek, a nawet udzielania gwarancji i poręczeń finansowych), w następstwie
których państwowy dług publiczny może przekroczyć 3/5 wartości rocznego
produktu krajowego brutto. Czyli 60 proc. PKB.
***
Dokąd nas zaprowadzi ten poziom deficytu przy obserwowanej skali
rządowej nonszalancji? Ja osobiście typuję okolice Morza Egejskiego. I
raczej wcześniej niż później. I nie będą to wczasy.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Zapraszam również tutaj: http://www.widnokregi.salon24.pl
Monika J. Curyk
ALIMENTACJA WSPÓŁMAŁŻONKA
W swoim poprzednim artykule pisałam o historycznym i ustawowym kontekście
alimentacji współmałżonka. W dzisiejszym artykule skupię się przede wszystkim
na Spousal Support Advisory Guidelines (Guidelines) i ich praktycznych
implikacjach.
Zadaniem Guidelines jest ustalenie wysokości alimentów i długości
trwania zobowiązania alimentacyjnego. Guidelines oparte są na koncepcji
"podziału dochodów" według określonej formuły. Formuła ta jest inna w związkach
posiadających dzieci i w związkach nie posiadających dzieci. Jeżeli para
ma dzieci, ale są one dorosłe i finansowo niezależne, to traktuje się ją
jako parę bez dzieci. Wynikiem formuły nie jest konkretna cyfra odzwierciedlająca
wysokość alimentów, ale "zakres" mówiący, że osoba z niższymi zarobkami
powinna otrzymywać alimenty wysokości "od - do" przez okres czasu "od -
do".
W przypadku par nie posiadających dzieci formuła jest stosunkowo
prosta. Mniej zarabiający małżonek ma prawo do alimentów w wysokości
od 1,5 do 2 proc. różnicy między dochodami małżonków, za każdy rok trwania
związku. Przy obliczaniu wysokości alimentów bierze się oczywiście
pod uwagę podatki płacone przez obie strony.
Na przykład, wyobraźmy sobie państwa A, którzy rozwodzą się po
10 latach trwania związku i nie mają dzieci. Pan A zarabia 100 tysięcy
rocznie, a pani A 50.
W takiej sytuacji pani A należą się alimenty w wysokości pomiędzy
625 do 833 dolarów miesięcznie. Jako że Guidelines zakładają, że pani A
należy się od pół roku do roku alimentacji za każdy rok trwania związku,
a więc pani A ma prawo do alimentacji przez 5 do 10 lat.
Zakresy bywają dość szerokie i to, w jakiej dokładnie wysokości
powinny być otrzymywane alimenty, zależy od wielu czynników oraz jest przedmiotem
dyskusji pomiędzy stronami i ich prawnikami.
Oto kilka innych scenariuszy, w których wyliczyłam zakres alimentacji
współmałżonka w sytuacji, gdy para nie ma dzieci.
Pan B zarabia 50 tysięcy rocznie, pani B nie pracuje. Pani B
należy się pomiędzy 625 dolarów miesięcznie do 833 (różnica w dochodach
jest 50 tysięcy dolarów, tak ja w przypadku państwa A).
Pan C zarabia 80 tysięcy rocznie, pani C zarabia 35. Pani B należy
się od 562 do 750 dolarów miesięcznie,
Pan D zarabia 65 tysięcy rocznie, pani D zarabia 40. Pani
D należy się od 312 do 417 dolarów miesięcznie.
Pan E zarabia 120 tysięcy dolarów, pani E zarabia 45. Pani
E przysługuje od 738 do 1504 dolarów miesięcznie.
Jeżeli para ma dzieci, to kalkulacja staje się dużo bardziej
skomplikowana, albowiem uwzględnić musi ona nie tylko podatki, ale również
koszty utrzymania dzieci. Oto kilka przykładów. Wszystkie przykłady zakładają,
że po rozstaniu dzieci będą mieszkać z matką, ale Guidelines zawierają
także formułę pozwalającą na wyliczenie wysokości alimentów płaconych małżonkowi
mniej zarabiającemu przez małżonka lepiej zarabiającego, z którym dzieci
mieszkają.
Państwo F rozstają się po dwudziestoletnim związku. Mają
dwoje dzieci w wieku lat 10 i 12. Dzieci mieszkają z Panią F.
Pan F zarabia 100 tysięcy dolarów rocznie, Pani F 35.
Pan F zobowiązany jest do płacenia 1404 dolarów miesięcznie alimentów
na dzieci. Ponadto, pan F może się spodziewać, że będzie musiał płacić
alimenty pani F w wysokości od 453 do 1504 dolarów miesięcznie.
Pan G zarabia 50 tysięcy rocznie, pani G nie pracuje, mają jedno
dziecko: alimenty na dziecko 462, alimenty na panią G od 916 do 1161 dolarów
miesięcznie. W tym samym scenariuszu, przy dwójce dzieci alimenty na dzieci
753, na panią G od 518 do 760.
Pan H zarabia 80 tysięcy rocznie, pani H zarabia 35, mają dwoje
dzieci: alimenty na dzieci 1159, na panią H od zera do 604 dolarów miesięcznie.
W tym samym scenariuszu, przy jednym dziecku alimenty na dziecko 719, na
panią H od 328 do 952.
Pan I zarabia 65 tysięcy rocznie, pani I zarabia 40, mają jedno
dziecko: alimenty na dziecko 601, na panią I od zera do 273 dolarów. W
tym samym scenariuszu, przy dwójce dzieci alimenty na dzieci 972. Nie ma
alimentów dla pani I.
Pan J zarabia 120 tysięcy dolarów, pani J zarabia 45, mają dwoje
dzieci: alimenty na dzieci 1644, na panią J od 738 do 1504. W tym samym
scenariuszu, przy trójce dzieci, alimenty na dzieci 2135, na panią J od
328 do 1169.
Jak długo może trwać
zobowiązanie alimentacyjne?
Jak wspominałam wcześniej, jeżeli rozstaje się para bez dzieci,
Guidelines zakładają, że alimenty będą płacone od pół roku do roku za każdy
rok trwania związku. Czyli po dwunastoletnim związku, alimenty na
współmałżonka będą płacone od 6 do 12 lat.
Jeżeli rozchodzi się para, która ma dzieci, to sądy z reguły
przyznają alimenty na czas nieokreślony (indefinite). Nieokreślony niekoniecznie
musi znaczyć na zawsze, choć w przypadku długo trwających związków często
to oznacza. Z reguły wysokość alimentacji ulega zmianie, gdy zmieniają
się okoliczności małżonków.
Guidelines używają dwóch modeli ustalania czasu trwania obowiązku
alimentacyjnego, jeżeli para ma dzieci:
W oparciu o czas trwania związku (formuła jest taka sama jak
dla par bezdzietnych).
W oparciu o wiek dzieci (dla par rozstających się po krótkich
związkach). Ta formuła zakłada, że najszybciej obowiązek alimentacyjny
ustaje, gdy najmłodsze dziecko idzie do szkoły, a najdłużej trwa do czasu
skończenia przez najmłodsze dziecko szkoły średniej.
Ponadto obowiązuje tak zwana "reguła 65", która stanowi, że jeżeli
suma długości trwania związku i wieku osoby otrzymującej alimenty wynosi
lub przewyższa 65 lat, to alimenty przyznawane są na nieokreślony
okres, co w praktyce często znaczy na zawsze.
Alimenty na współmałżonka
i podatki
Generalnie rzecz biorąc, na potrzeby rozliczenia podatkowego,
alimenty na współmałżonka odliczane są od dochodu osoby, która je
płaci, i doliczane są do dochodu osoby, która je otrzymuje.
Jeżeli pan K zarabia rocznie 100 tysięcy dolarów, a pani K 45,
i jeżeli pan K płaci pani K 1000 dolarów miesięcznie alimentów (12 tysięcy
rocznie), to pan K zapłaci income tax od 88 tysięcy dolarów, a pani K od
57. Przypominam, że alimenty na dzieci nie są traktowane w taki sam
sposób i jeżeli państwo K mają jedno dziecko, to pan K płaci na nie 877
dolarów miesięcznie, których nie odlicza się od jego dochodu.
Zdarza się, że zamiast comiesięcznych alimentów, rozchodzące
się pary zawierają porozumienie, które pozwala jednemu z małżonków na zapłacenie
jednorazowej sumy, która zwalnia go lub ją z przyszłego obowiązku alimentacyjnego.
W takiej sytuacji, sumy tej (zwanej lump sum payment) nie odlicza się od
dochodu osoby płacącej alimenty i nie dolicza się do dochodu osoby, która
ją otrzymała.
Alimentacja współmałżonka
i nowe związki
Co się dzieje, gdy osoba otrzymująca alimenty wstępuje w nowy
związek małżeński lub nieformalny? Rozpowszechniony mit głosi, że
automatycznie traci ona (lub on) prawo do alimentacji. Opinia ta nie jest
prawdziwa. W praktyce, utworzenie nowego związku traktuje się jak
powstanie nowych okoliczności, które mogą, ale nie muszą, pociągać za sobą
zmianę wysokości alimentów. Założyć należy, że jeżeli stopa życiowa w nowym
związku nie wzrosła drastycznie, to zmiana przysługującej alimentacji może
być niewielka albo żadna.
Wprawdzie wprowadzenie Guidelines w znacznym stopniu uprościło
kwestie związane z alimentacją współmałżonka, temat ten jest nadal niezwykle
skomplikowany.
Ponadto kalkulacje niezbędne do uzyskania zakresu wysokości alimentów
w oparciu o dochody małżonków nie są możliwe do wykonania bez odpowiedniego
programu komputerowego. Dlatego małżonkowie lub partnerzy negocjujący tę
kwestię bez porady prawnej, narażają się na to, że zgodzą się na otrzymywanie
alimentów dużo niższych od tych, które im się należą, lub na płacenie alimentów
dużo wyższych od tych, które powinni płacić.
Monika J. Curyk
Mississauga
Na truskawki!
Zdrowe i smaczne truskawki obrodziły w tym roku wyjątkowo, są także
wcześniej niż zazwyczaj, tak że mamy już prawie środek truskawkowego sezonu.
Pogoda sprzyja tym roślinom - jest ciepło i aura nie skąpi deszczu, owoce
są dorodne i słodkie. W najbliższy więc weekend wybierzmy się na jedną
z otaczających torontońską aglomerację truskawkowych farm, bo własnoręcznie
zbierane truskawki smakują najbardziej...
Plantacje typu "pick-your-own" (nazbieraj sobie sam) są niezwykle popularne
w Kanadzie. Na wielu z nich oprócz zagonów z warzywami, truskawkami, jagodami
czy malinami znajdują się jadłodajnie, sklepiki z przetworami oraz minizwierzyńce
- szczególnie ukochane przez dzieci.
Jeśli zdecydujemy się na wyprawę ze swoimi pociechami, to powinniśmy
z góry znać marszrutę i raczej wybrać farmę niezbyt od domu odległą. Dzieci
bowiem tak szybko, jak zyskują entuzjazm, tak szybko go tracą, więc skróćmy
do minimum czas podróży na truskawkowe pola. W towarzystwie bardziej dorosłym
radziłbym poeksperymentować i pojeździć po leżących z dala od miasta polnych
drogach. Tam często możemy natrafić na malutkie plantacje, których wcześniej
nie zdewastowały hordy spragnionych truskawek mieszczuchów - również ceny
za zebrane owoce są najczęściej niższe, bo płacimy tylko za truskawki,
a nie za całą zbędną nam otoczkę.
Od lat sezon truskawkowy zaczynam od odwiedzenia Andrews Scenic
Acres, gdzie znajduje się również 35 akrów zagonów truskawkowych. Należy
ona do małżeństwa Andrewsów (Lauraine i Bert) od 1980 roku, które prowadzi
ją wraz ze swymi dziećmi: Angelą, Kurtisem i Valerie. Farma położona jest
w pobliżu Milton, nieopodal skalnego uskoku zwanego Niagara Escarpment,
a więc w niezwykle malowniczej okolicy, prawie co roku się powiększa i
teraz zajmuje 175 akrów upraw. Dominują pola truskawkowe, ale zbierać tu
można również kwiaty, rabarbar, szparagi, a wkrótce i czarne jagody, maliny,
agrest, czerwone i czarne porzeczki, jeżyny oraz wiśnie. W sumie farma
ma aż 600 akrów, ale część z nich zajmują nieużytki oraz sady.
Zbudowana kiedyś przez menonitów stodoła służy teraz za sklep,
w którym można kupić przetwory z owoców i warzyw produkowanych na farmie.
Ciasta własnego wypieku oraz naprawdę doskonałe lody, to wszystko
wyrób własny - smaczny i niedrogi. Można tu również na własne oczy zobaczyć,
jak powstaje miód - sprytnie skonstruowany plaster miodu przykryty pleksiglasem
umożliwia podglądnięcie życia pszczół - wspaniała lekcja dla dzieci, a
i dorosłych może prawdziwie zainteresować
Przed dziesięciu laty Andrews Scenic Acres powiększył wachlarz
oferowanych przetworów o wina własnej produkcji. Pochodzą one z wytwórni
"Scotch Block Country Winery"; wytwarza się tam wina owocowe - są one dostępne
w sklepiku na terenie farmy. Są tu wina z wszystkich owoców - a nawet z
dyni. Dla znawców polecam znakomite porto z czarnych porzeczek o nazwie
"Black Currant Obsession". Przy zakupie truskawek lub czegokolwiek w farmerskim
sklepiku otrzymuje się "bonus savings", który umożliwia zakup owocowego
wina po promocyjnych cenach.
Natomiast dla dzieci na farmie znajduje się plac zabaw, stodoła,
w której straszy, oraz mały zwierzyniec z królikami, kozami i drobiem.
Zwierzęta można własnoręcznie karmić, co jest wielkim przeżyciem dla naszych
milusińskich.
Na odległe pola z uprawami chętnych do zbierania owoców podwozi
traktor ciągnący przyczepę z balami słomy służącymi za ławki - po farmie
można również poruszać się indywidualnie i na własnych nogach dotrzeć do
truskawkowych plantacji.
Plantacja Andrews Scenic Acres słynie nie tylko z truskawek,
malin, sklepiku z winem i wspaniałych wypieków oraz lodów z własnych owoców
ale także z plantacji kwiatów. Spacerując po farmie, można zobaczyć sektory
pokryte uprawami mieczyków czy georginii - warto więc tu przyjechać nawet
po skończeniu sezonu na truskawki i maliny, by zaopatrzyć się w piękne
i tanie kwiaty.
Farma prowadzi też sprzedaż własnych sadzonek - za pół ceny (jeśli
porównać Canadian Tire czy Home Depot) można tu kupić pędy truskawek, malin,
agrestu i porzeczek.
Dojazd z Toronto: Hwy 401 do Trafalgar North (exit 328), dalej
na północ (7 km) do Siderd #10 (Ashgrove). Skręcamy w lewo (na zachód).
Tel.: 905-878-5807, Internet: www.andrewsscenicacres.com.
Whittamore's Berry Farm.
Farma jest własnością braci Franka, Mike'a i Dave'a Whittamore'ów
i leży w Markham. Jest to jedna z najstarszych farm w regionie - w rękach
rodziny znajduje się od 1804 roku. Logo farmy zawiera fotografię powożącego
bryczką pradziadka współczesnych właścicieli Joe Lappa, która wykonana
została w 1890 roku. Uprawami warzyw zajął się dziadek braci Frank J. Whittamore
dziewięćdziesiąt lat temu - sprzedawał je później, wędrując od domu do
domu, po północnym Toronto (Yonge i St. Clair).
Jego syn Gilbert dokupił 50 akrów ziemi i rozpoczął hurtowe dostawy
warzyw. Po ślubie z Evelyn Lapp w 1954 roku stali się pionierami farm typu
"pick-your-own" w Ontario. Aktualnie jest to największa plantacja w regionie
- zajmuje 220 akrów upraw. Corocznie odwiedza ją ponad 200 tysięcy osób.
Na miejscu, pod rozpiętym wielkim namiotem, znajduje się też sklep, gdzie
można kupić zebrane z pól plony. Groszek, fasola, pomidory, papryka, dynie,
maliny i truskawki dominują w uprawach w Whittamore.
W polowym sklepie można kupić tegoroczny, niedawno utoczony syrop
klonowy oraz spróbować wypieków z własnej piekarni. Dzieci można zapoznać
ze zwierzętami domowymi w znajdującym się tu minizoo, a po nazbieraniu
pełnych koszyków truskawek - całą rodziną wybrać się na spacer po farmie
leżącej w malowniczej dolinie Rouge River.
Nie zapomnijmy adresu Whittamore's Berry Farm - gdy wkrótce rozpocznie
się sezon na maliny - odwiedźmy farmę ponownie, z upraw tych owoców słynie
ona najbardziej i, prawdę mówiąc, nie raz wybierałem się specjalnie właśnie
tam, mimo iż mieszkam na granicy Mississaugi i Oakville - tak wielkich
i smacznych malin nie ma nigdzie indziej!
Dojazd: Hwy. 401 do Markham Rd. (Hwy. 48). Farma znajduje się
przy 8100 Steeles Ave. E., 6 km na wschód od Markham Rd.
Strona w Internecie: www.whittamoresfarm.com, tel. 905-294-3275.
***
Truskawki można spożywać na każdy sposób, najbardziej jednak
cenne dla organizmu są te jedzone na surowo, zerwane prosto z krzaka. Posiadają
one wówczas wspaniałe wartości odżywcze i kosmetyczne, są bowiem bardzo
bogate w witaminę C, B1 i B2 oraz zawierają praktycznie wszystkie ważne
mikroelementy, a szczególnie dużo w nich żelaza, wapnia, fosforu,
magnezu i manganu - pierwiastków wpływających korzystnie na cerę i włosy.
Jeśli planujemy zamrożenie truskawek, to przy zbieraniu (egzemplarze
średniej wielkości i bardzo dojrzałe) pozbawmy je od razu szypułek, uważając,
by nie zanieczyścić owoców piaskiem czy źdźbłami słomy, która na plantacjach
zalega między rzędami upraw; po przybyciu do domu natychmiast wkładamy
truskawki do jednofuntowych, szczelnie zamykanych torebek i umieszczamy
w zamrażalniku lodówki. Owoców przeznaczonych do zamrożenia nie wolno wcześniej
płukać i myć w wodzie!
Sezon na truskawki nie trwa zbyt długo - nie odkładajmy więc
decyzji w nieskończoność. Nie zmarnujmy szansy ucieczki choć na chwilę
od G-20, trzęsienie ziemi i tornada - ku własnemu zadowoleniu i zdrowiu.
A truskawkowy pretekst niech zamieni się w stałe przyzwyczajenie udawania
się na farmy typu "nazbieraj sobie sam".
Jerzy Rosa - Mississauga
Nie łudźmy się!
Można się szczerze dziwić, dlaczego władze kanadyjskie postanowiły
zorganizować szczyt G-20 w samym sercu kilkumilionowego miasta, dlaczego
mimo niedomkniętego budżetu i kuśtykającej gospodarki wyrzuca się miliard
dolarów na zapewnienie bezpieczeństwa uczestnikom narady? W Kanadzie nie
brakuje miejsc, gdzie można tanio i skutecznie odizolować się od świata,
nawet w całkiem luksusowych warunkach. Wówczas koszty ochrony zamykałyby
się w kilkudziesięciu milionach. O co więc chodzi?
O pretekst?
- Poćwiczenia na żywych "kukłach" kontrolowania tłumu?
- Doposażenie policji w nowoczesne urządzenia?
- Zwiększenia inwigilacji "podejrzanych" organizacji i grup?
- Pogrożenie palcem?
Oczywiście, wszelkiej maści antyglobaliści to drobni krzykacze,
którym setki kilometrów brakuje do organizacji i umotywowania takich, dajmy
na to, bojowych torontońskich Tamilów. Ci, próbując kiedyś nakłonić Kanadę
do interwencji dyplomatycznej na Cejlonie, elegancko pokazali policji,
jak skutecznie kieruje się demonstracją; jak zamienia tłum w wężyk pieszych
i ponownie w wiec, jak zgrabnie obchodzi policyjne blokady, i przelewa
przez bramki i zapory. Antyglobaliści to po prostu niedojrzali zadymiarze,
na których można poćwiczyć nowe rodzaje środków przymusu, tym bardziej
że stopień nasycenia policyjnymi agentami ich środowisk, pozwala na skuteczne
rozpoznanie prowodyrów i blokowanie zbytnich ekscesów kiedy trzeba. Ciekawsze
będą protesty Indian, a raczej, reakcja na nie - czy będziemy pokazywać
światu, jacy jesteśmy mili wobec każdej świętej krowy, czy też trzask,
prask i bez krzyku uprzątniemy z widoku każdą barykadę, śląc sygnał, że
tym razem nie bawimy się.
Przy okazji wypada zapytać, cóż
takiego złego jest w globalizmie? Dlaczego tworzenie jednego światowego
"rządu" z jednym zestawem przepisów i procedur w ramach jednej
ogólnoświatowej gospodarki z jedną walutą dla wszystkich jest złe? Przecież
świat nam się coraz bardziej kurczy i zamienia w globalną wioskę; telekomunikacja,
transport lotniczy, kontenery, wszystko to przybliża kontynenty i każe
latać jak z piórkiem to tu, to tam...
Odpowiedź jest banalnie prosta. Projekt globalizacyjny oznacza
oddalanie ośrodków władzy od zwykłego człowieka; poddanie nas coraz bardziej
anonimowym decyzjom, w coraz bardziej zbiurokratyzowanej rzeczywistości.
Słowem, globalizacja to realizacja konkretnego zamiaru ideologicznego,
który depce godność człowieka, likwiduje "naszość" małych ogródków i usiłuje
stanowić jedno prawo dla wszystkich.
Projekt ten jest z gruntu antynarodowy, tworząc ponadnarodową
międzynarodówkę elit, "odpowiedzialnych za wdrażanie na przydzielonych
odcinkach". Te elity otrzymują możliwośc lukratywnej kariery w ponadnarodowych
instytucjach, co natychmiast i bezpośrednio wzbudza u nich zainteresowanie
powodzeniem całego przedsięwzięcia. Jednocześnie nowe drogi awansu oznaczają,
że odpowiednio charyzmatyczni przywódcy, którzy mogliby poprowadzić swe
społeczeństwa w niepożądanym kierunku, są neutralizowani taką marchewką.
Niewielu się jej oprze.
Aby zwiększyć powodzenie globalnego eksperymentu,
drugim przykazaniem po tworzeniu międzynarodówki elit, staje się wymieszanie
narodów.
Do tego służy emigracja. Projekt zakłada, że ludzie z rejonów
wysokiej demografii osiedlać się będą w rejonach niskiego przyrostu naturalnego.
Jednocześnie posługując się biczykiem równouprawnienia i antyszowinizmu,
przeciwdziała się wszelkim próbom przeciwdziałania spadkowi przyrostu poszczególnych
narodów.
Demografia zmusi tradycyjne narody do otwarcia granic dla gastarbeiterów
i stworzy nieodwracalne zmiany ludnościowe. Głównym wyzwaniem dla autorów
takiej manipulacji pozostaje odarcie nowo przybyłych z dotychczasowej kultury
(zazwyczaj prymitywnej) i nakłonienie do udziału w narzuconym schemacie
społecznym. Dokonuje się to poprzez wychowywanie drugiego i trzeciego pokolenia.
Tu dochodzimy do trzeciego wielkiego mechanizmu proglobalizacyjnego
- odpowiedniego kształcenia (a raczej otumaniania) nowych pokoleń. Tłoczenie
do głowy nowej ideologii, jak to ma miejsce we wszystkich systemach totalnych,
zaczyna się od żłobka, pożądane jest, aby struktury administracyjne jak
najwcześniej odebrały rodzicom wyłączność na kształtowanie młodych rozumów,
no bo tylko w ten sposób można doprowadzić do szybszej zmiany.
Nowe wychowanie to przede wszystkim uznanie nowego porządku globalnego
za normalny i jedyny możliwy. Temu towarzyszy kreowanie świeckiej hierarchii
wartości, w której na najwyższym szczeblu jest poszanowanie inności pożądanej
z punktu widzenia nowej rewolucji (bo nie każdej inności - są inności
lepsze i gorsze). Nowe kształcenie opiera się również na wytworzeniu nowego
politycznie poprawnego języka, w którym nie można skutecznie wyrazić buntu
czy oprotestować nowego porządku. Są to rzeczy przerabiane już dawniej,
które pachną szaleństwem przeszłych totali.
O co w tym wszystkim chodzi?
Teoretycznie o skuteczne rozwiązywanie mniej lub bardziej urojonych
"globalnych problemów ludzkości" (klimat, pozyskiwanie energii, nadmierny
przyrost naturalny), zapobieganie konfliktom i wojnom, praktycznie - jak
zawsze w historii świata - chodzi o władzę i pieniądze. Globalizacja umożliwia
bowiem pokojowe podbijanie małych krajów, odbieranie ich mieszkańcom możliwości
samodzielnego kształtowania losu, pozbawia ich przywódców, niszczy dotychczasowy
sposób życia, narzucając inny, politycznie poprawny.
Z założenia antyreligijny globalizm posiada w sobie mechanizmy,
które tłumaczą wszystko, zaś jego kośćcem jest konsumeryzm - ludzie mają
gros swego czasu przeznaczać na bezustanne pozyskiwanie dóbr. W ten tylko
sposób mogą zasypać pustkę, jaka powstaje po odarciu ich z eschatologii
silnych religii.
Projekt globalny wyszedł już z powijaków, spotkania
G-20 stanowią drobne etapy na drodze do świetlanej przyszłości. Widać jednak
już dzisiaj, że w tej postaci jest to projekt antyludzki, odzierający
nas z prawdziwego człowieczeństwa.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 24/2010
Testy lojalności
Ajajajajajajaj! "Pani traci już wszelką powagę"... Mówię oczywiście
o żydowskiej gazecie dla Polaków, czyli prasowym organie pana redaktora
Adama Michnika, zgodnie z rozkazem (a my wszyscy za "drogim Bronisławem")
angażującej się po stronie marszałka Bronisława Komorowskiego. Mimo mobilizacji
totalnej, notowania pana marszałka muszą wyglądać umiarkowanie, bo wśród
jego zwolenników dominuje nie tyle siła spokoju, co przeciwnie - zaniepokojenie,
aż po granice bezradnej irytacji.
W tej sytuacji jeszcze nie wiadomo, czy generał Marek Dukaczewski,
szef Wojskowych Służb Informacyjnych, których jak wiadomo, już "nie ma",
będzie mógł już w niedzielny wieczór uraczyć się szampanem. Pan generał
Dukaczewski odgrażał się bowiem, że w przypadku wygranej marszałka Komorowskiego
z radości otworzy szampana. Oficjalnie chodzi mu o to, że marszałek Komorowski
jako jedyny sprzeciwiał się rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych.
Tego oczywiście lekceważyć nie można, bo lojalność pana marszałka
wobec WSI błyszczy nawet na tle posłusznej wobec razwiedki Platformy Obywatelskiej,
ale przecież nie o sprzeciw tu chodzi, bo zgodnie ze zbawiennymi pouczeniami
filozofa Tadeusza Kotarbińskiego, "nieistnienie jest atrybutem zaszczytnym,
przysługującym także Bogu i sprawiedliwości" - więc i formalne nieistnienie
Wojskowych Służb Informacyjnych jest tylko wyższą formą ich obecności w
polskim życiu publicznym, jako okupanta całego państwa. Okupacja ta sprawowana
jest za pośrednictwem agentury, pracowicie ulokowanej również przez ostatnie
20 lat we wszystkich, bez żadnego wyjątku, środowiskach społecznych zarówno
w imieniu własnym - jak i w coraz większym stopniu - w imieniu strategicznych
partnerów, coraz mocniej ujmujących w swoje wypróbowane ręce ster europejskiej
polityki. Dlatego poparcia swego udzielił marszałku Bronisławu Komorowskiemu
również słynny lider lewicy Włodzimierz Cimoszewicz, którego gorliwość
wywołała zaskoczenie nie tylko szeregowych działaczy, ale nawet samego
Aleksandra Kwaśniewskiego. Jest to zrozumiałe tym bardziej, że przed laty
intrygi PO posługującej się podstawioną Włodzimierzu Cimoszewiczu w charakterze
asystentki panią Jarucką, zniechęciły go nie tylko do kandydowania na prezydenta,
ale nawet do jakiejkolwiek działalności politycznej. Teraz jednak panią
Jarucką niezawisły sąd właśnie skazał za rozpuszczanie o Włodzimierzu Cimoszewiczu
fałszywych pogłosek, a i na niego samego też musiały zadziałać jakieś Siły
Wyższe, bo okazał wielkoduszność i marszałka Komorowskiego poparł, żeby
tylko przeszkodzić Jarosławu Kaczyńskiemu w reaktywacji IV Rzeczypospolitej.
Widmo reaktywacji IV Rzeczypospolitej spędza również sen z powiek reżyseru
Andrzeju Wajdzie, który już nie może z tego niepokoju znaleźć sobie miejsca,
podobnie jak inne autorytety moralne z Władysławem Bartoszewskim na czele.
Władysław Bartoszewski poskarżył się na pogróżki, jakich nie oszczędzili
mu anonimowi korespondenci, i w związku z tym nawet otrzymał ochronę Biura
Ochrony Rządu, jako ostatni nasz skarb narodowy, który nam pozostał po
zgonie "Drogiego Bronisława", czyli Bronisława Geremka. Wszystko to powinno
wznieść na przepastne wyżyny popularność marszałka Komorowskiego,
bo wiadomo, że nic tak nie pomaga kandydatowi, jak prześladowania, jeśli
już nie jego samego, to przynajmniej jego zwolenników - ale chyba nie wzniosło
i to nie tylko ze względu na gafy, z jakich marszałek zdążył już zasłynąć.
Najsłynniejsza dotyczyła zamiaru wyprowadzenia Polski "z NATO",
co marszałek miał nawet skonsultować już z zaskoczonym premierem Tuskiem.
W wielu środowiskach nie przysparzają marszałkowi Komorowskiemu popularności
koncepty posła Palikota w iście biłgorajskim stylu, zaś nudna debata, jaka
odbyła się w państwowej telewizji z udziałem 4 kandydatów reprezentujących
ugrupowania parlamentarne, przysporzyła sympatii raczej liderowi SLD Grzegorzowi
Napieralskiemu, chociaż "jako człowiek" był on "zasmucony" woltą Cimoszewicza.
Na stan notowań nie wpłynął również proces, jaki marszałek Komorowski wytoczył
Jarosławowi Kaczyńskiemu przed niezawisłym sądem za to, że sztab prezesa
PiS zarzucił mu opowiedzenie się za prywatyzacją szpitali. Marszałka Komorowskiego
tak to oburzyło, jakby PiS przypisał mu co najmniej zamiar obrabowania
nie tylko szpitali, ale nawet wszystkich pacjentów, a chociaż niezawisły
sąd przyznał mu rację, to zwycięstwo to może okazać się pyrrusowe, ponieważ
ostatecznie demaskuje nie tylko samego marszałka Komorowskiego, ale również
całą Platformę Obywatelską, w oczach zwolenników wolnego rynku, których
liczba chyba rośnie zwłaszcza wśród młodego pokolenia. Pokolenie to zaczyna
rozumieć, że dalsze umacnianie w Polsce modelu sitwowego kapitalizmu kompradorskiego,
którego głównym beneficjentem jest razwiedka z komunistycznym rodowodem,
grozi im w Polsce dożywotnią marginalizacją, albo koniecznością emigracji,
a samo państwo skazuje w najlepszym razie na chroniczną słabość, a w najgorszym
- nawet na scenariusz rozbiorowy. Świadczą o tym wysokie notowania w Internecie,
a więc medium raczej zdominowanym przez młodzież, Janusza Korwin-Mikkego,
prezentującego się jako kandydat antysystemowy i atakującego zarówno PiS,
jak i Platformę z prawej, wolnorynkowej strony.
Sytuacja marszałka Komorowskiego jest tym trudniejsza, że Jarosław
Kaczyński prezentuje się jako gołąbek pokoju, który nade wszystko pragnie
nie tylko zakończenia "wojny polsko-polskiej", to znaczy - doprowadzenia
do wielkiej koalicji Platforma Obywatelska - Prawo i Sprawiedliwość, ale
również ocieplenia stosunków z Rosją, której nie szczędził komplementów
w ostatnim wywiadzie dla agencji "Nowosti". Wprawdzie Salon uchwalił, że
nie wierzy w pokojową metamorfozę Jarosława Kaczyńskiego, a podsycanie
wątpliwości w pozytywną przemianę "Jarka-Podróbki" stanowi główny nurt
czarnej propagandy uprawianej przez posła Palikota, ale cóż to znaczy w
zestawieniu z recenzją wystawioną Jarosławowi Kaczyńskiemu przez samego
prezydenta Dymitra Miedwiediewa, który w prezesie PiS dostrzegł ostatnio
wybitnego męża stanu? Następstwem tej diagnozy był wspomniany wywiad dla
agencji "Nowosti" - a to wskazuje, że Rosjanie, którzy w sprawach polskich
raczej są zorientowani niezależnie od sondaży i opinii Salonu, muszą realistycznie
oceniać zarówno perspektywy marszałka Komorowskiego, jak i możliwości Jarosława
Kaczyńskiego. Ich zachowanie potwierdza przypuszczenie, jakie prezentowałem
od samego początku, że dobry gracz nie stawia wszystkiego na jedną kartę,
więc i strategiczni partnerzy nie zamierzają zostać zakładnikami premiera
Tuska i marszałka Komorowskiego. Znacznie bardziej odpowiada im sytuacja,
gdy będą mogli wybierać jako arbitrzy między obozem zdrady i zaprzaństwa
i obozem płomiennych obrońców interesu narodowego, którzy nie tylko Traktat
lizboński, ale i inne traktaty też podpiszą, może nawet znowu bez czytania,
jeśli zajdzie taka nieubłagana konieczność.
A właśnie tubylcze władze, na skutek prowokacji, albo zwyczajnie
- głupiej nadgorliwości tajniaków na lotnisku Okęcie, będą musiały przejść
test lojalności. Chodzi oczywiście o aresztowanie niejakiego Uri Brodskiego,
prawdopodobnie agenta Mosadu, którego wydania oczekują od Polski Niemcy
na podstawie tzw. europejskiego nakazu aresztowania za sfałszowanie paszportu
i poświadczenie nieprawdy - a więc przestępstwa ścigane również w Polsce.
Władze Izraela z kolei twierdzą, że przed izraelskim sądem Uri Brodski
też zostanie praworządnie osądzony. Taktownie nie wspominają, że nie mają
zaufania do polskiego wymiaru sprawiedliwości, ale to jest zrozumiałe samo
przez się. Decyzja należy oczywiście do niezawisłego sądu, ale to z pewnością
zbyt duży wiatr na jego wełnę, toteż jestem pewien, że każdą dobrą radę
zwłaszcza ze strony razwiedki, niezawisły sąd przyjąłby z wdzięcznością.
Zwłaszcza, że i tak źle, i tak niedobrze, bo za odmowę ekstradycji do Niemiec
z pewnością obraziłaby się Nasza Złota Pani Aniela, dotknięta brakiem zaufania
premiera Tuska do niemieckiego wymiaru sprawiedliwości, a z kolei odmowa
spełnienia oczekiwań władz Izraela może spowodować pojawienie się nie tylko
na łamach "prasy międzynarodowej", ale i przeznaczonej dla tubylczych Polaków
opinii, że Polacy "znowu" wydają Żydów Niemcom.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Blisko, coraz bliżej...
Głupota jest przywilejem durniów. Ludzie przyzwoici zwykle posługują
się rozumem. Czemu członkowie rządu Donalda Tuska wraz z Bronisławem Komorowskim
walczą o zakwalifikowanie do tej gorszej kategorii? Otóż widzę tylko jedną
możliwą odpowiedź: bo z jakichś powodów chcą. Bądź muszą.
Kancelaria Prezydenta pod kontrolą. Instytut Pamięci Narodowej
spacyfikowany. Narodowy Bank Polski przejęty. Rzecznik Praw Obywatelskich,
można powiedzieć, ze słusznej linii rodzinnej. Sprawozdanie Krajowej Rady
Radiofonii i Telewizji odrzucone, a furtka pozwalająca przejąć całkowitą
kontrolę nad mediami publicznymi szeroko otwarta. A ty, elektoracie, przyglądaj
się, ucz i zapamiętuj raz na zawsze: albo całym sercem kochasz tuskokomorowszczyznę,
więc, co oczywiste, gromadzisz się pod sztandarem partii ziejącej miłością
do przeciwników politycznych, albo, by tak rzec, spadaj szczaw siorbać.
Nie ma to, tamto.
MOŻNA PRZYZWOICIE
Dwa dni przed końcem sierpnia 1996 roku, w Norwegii, czternaście
kilometrów na wschód od lotniska Svalbard Airport Longyear, o szczyt wzgórza
Operafjellet rozbił się samolot Tu-154M, własność linii lotniczej Wnukowo
Airlines. Na pokładzie znajdowało się 130 rosyjskich i ukraińskich górników,
zdążających do pracy. Zginęli wszyscy, wraz z jedenastoosobową załogą.
Nim upłynęły 24 godziny, na miejscu tragedii znalazły się służby rosyjskie.
Norwegowie nie protestowali. Wypadek badano wspólnie, zaś "czarne skrzynki"
Norwegia natychmiast przekazała właścicielowi samolotu.
Innymi słowy, nawet niezwykłe sytuacje pozwalają zachować się
przyzwoicie. Tak, jak należy. Jak wygląda to w Polsce? Ano, polska prokuratura
nie ma dostępu do świadków, których chciałaby przesłuchać. Obietnice o
rychłym wyjeździe na miejsce tragedii polskich archeologów można między
bajki włożyć. Oryginały "czarnych skrzynek" prawdopodobnie na zawsze pozostaną
w rękach Rosjan. Mało tego, okazało się, że zapis ostatnich minut przed
katastrofą, przekazany stronie polskiej, był o szesnaście sekund krótszy,
niż powstały na jego podstawie stenogram. Co oznacza, że nagranie było
montowane. Nie wiadomo tylko, w jakim celu. Tymczasem większość mediów
przeistoczyła się w usta rządu i wbrew faktom lansuje poglądy bliskie platformianym
sercom. I tak dalej, i tak dalej.
Co w obliczu powyższego najbardziej dla mnie zaskakujące, kandydaci
na prezydentów - wyjąwszy Jarosława Kaczyńskiego (oraz, gwoli sprawiedliwości,
także Andrzeja Leppera) - oświadczyli unisono, iż zaangażowanie polskiego
rządu w sprawę rozwiązania smoleńskiej katastrofy nie budzi wątpliwości.
Jak gdyby za wszelką cenę chcieli potwierdzić oficjalnie (przed kim?) wasalny
status polskiego państwa.
No to co to jest, do diabła, jeśli nie jest to wyścig po okruchy
z pańskiego stołu nieznanych bliżej demiurgów, kształtujących rzeczywistość
w naszej części Starego Kontynentu?
POLISH NIGHTMARE
Coś bardzo niepokojącego stało się z Polską. Miało być uczciwiej
i sprawiedliwiej niż w PRL-u - a nie jest. To frustrujące uczucie, ale
przede wszystkim uczucie upokarzające. W swoim własnym kraju Polacy nie
czują się bezpiecznie, postrzegając władzę jako nieudolną i nieuczciwą,
prawo jako nieskuteczne i niesprawiedliwe, a kraj oddany w pacht polityczno-biznesowym
koteriom.
Jeżeli skonfrontować nasze dawne marzenia o życiu w demokratycznym
społeczeństwie i gospodarce wolnorynkowej, z tym co teraz dzieje się wokół
nas, to trudno nie odnieść wrażenia, iż własne marzenia oglądamy w krzywym
zwierciadle. Naturalne staje się zatem pytanie: dlaczego "American dream"
na naszych oczach zmienił się w "Polish nightmare"? Dlaczego to, czego
doczekaliśmy, nie jest tym, czego oczekiwaliśmy, o czym marzyliśmy?
Pełne sklepowe półki. Wymienialna złotówka. Paszporty. Wolna
prasa. Swoboda podróżowania, zrzeszania się i swoboda wypowiedzi. Z drugiej
strony, brak nadziei, perspektyw, pewności jutra, poczucia bezpieczeństwa
i sprawiedliwości. Zamiast wolnego rynku - kompradorski kapitalizm. Zamiast
społecznej solidarności - mafijne nawyki rządzącej biurokracji. I tak dalej,
i tak dalej. Gdzie podziało się to coś w duszy polskiej, czego dzisiaj
nie widać, to coś, co było silniejsze od strachu przed śmiercią nawet,
to coś, co wiodło Polskę ku wolności? I co z naszą wolnością zrobiliśmy?
***
Powiedzmy dość. Wybierzmy mądrze. Rozsądnie, rozważnie, rozumnie,
przyzwoicie. Chyba nikt nie ma wątpliwości, iż następcą Lecha Kaczyńskiego
nie może być suchy technokrata, zaplątany w niejasne uwarunkowania, prowadzany
za rączkę nie wiedzieć dokąd przez nieprzyjazne Polsce koterie. Że prezydentem
Rzeczypospolitej Polskiej powinien zostać ktoś, kto jest w stanie godnie
zastąpić człowieka, który nie zwracał uwagi na żyrandole, ponieważ miał
je nad głową, a nie w głowie. I który zginął na służbie, broniąc najświętszych
dla Polski wartości. Zginął, ponieważ trzy dni wcześniej ktoś zwany premierem
RP pozwolił jak dziecko rozegrać się premierowi Federacji Rosyjskiej, ustawiającemu
pionki na własnej szachownicy i grającemu we własną grę.
Zatem, jeżeli chcemy zmienić Polskę, głosujmy na Jarosława Kaczyńskiego.
Kto wie, może uda się ludziom przyzwoitym rozstrzygnąć kwestię następstwa
już w pierwszej turze?
...Bo Polska jest najważniejsza.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Zapraszam również tutaj: http://www.widnokregi.salon24.pl
Aleksander graf Pruszyński
Na kogo głosować
Trochę ludzi chodzi w Polsce w T-shirtach z napisem: "Przebrała się
miarka, Trzeba wybrać Jarka". Jest rzeczywiście problem, niekoniecznie
kocham Jareczka, ba, uważam go za chama, bo nie odpisuje na listy doręczone
Mu nawet do rąk własnych, co nawet jest wykroczeniem przeciwko Kodeksowi
postępowania administracyjnego, ale jak dojdzie do władzy mdławy Bronek
hr. Komorowski, to Tusk i spółka będą rozdawali kraj na lewo i prawo bez
żadnych przeszkód.
Jak podał "Nasz Dziennik", pan Kaczyński od kilkunastu dni nie
potrafi znaleźć czasu, by dać wywiad temu pismu, pewnie myśli, że nie warto,
bo i tak ma głosy ich czytelników w kieszeni. Być może, ale nie wskazuje
to na nadmiar jego odwagi. Z drugiej strony, to pismo powinno było zwrócić
się z prośbą o odpowiedzi na pytania zamieszczone tam do wszystkich kandydatów.
Niestety, nadmiar pomyślunku, jak zresztą i innych rzeczy, nie cechuje
Jaśnie Oświeconej Redaktorki tej gazety, która robi mdławe pismo, kocha
przydługie teksty oraz ma chyba awersję do humoru.
Mało kto zastanawia się, czy te wybory będą uczciwe. Mam wątpliwości,
bo Komisja Wyborcza, w myśl ustawy o wyborach, nie ma prawa organizowania
dyskusji między wszystkimi kandydatami oraz nie będzie, jak np. we Francji,
wystąpienia każdego kandydata po 10 minut w TV, w czasie gdy telewizja
ma wielu widzów.
Inna sprawa to billboardy, czyli duże plakaty. Widuję w Warszawie
sporo z podobizną Kaczyńskiego i podobizną Olechowskiego oraz widziałem
jeden z podobizną Janusza Korwin-Mikkego. A gdzie billboardy z podobiznami
pozostałych siedmiu kandydatów?
Mordobicie w Sandomierzu
W propagandowych celach premier Tusk pojechał z ekipą dziennikarzy
i fotografów w zeszłym tygodniu na "gospodarski przegląd" do Sandomierza,
gdzie wody Wisły zrobiły 14-kilometrowy zalew aż do Tarnobrzega i kilkadziesiąt
tysięcy rodaków straciło dorobek swego życia. Gdy zaczęli go fotografować,
to tłum poszkodowanych rzucił się na niego z pięściami i okrzykami: "Już
was wybierzemy", "My damy wam wybory". Borowcy, czyli ochroniarze, twardo
bronili szefa, ale jeden z krewkich rodaków przedarł się i kropnął premiera
w ryło. Choć było świadków z
mediów wielu, informacja ta nie dostała się na szpalty gazet.
Niezwykle droga impreza
W zeszłym tygodniu po raz pierwszy widziałem okazałą świątynię
Opatrzności Bożej, której budowa kosztowała dotąd 170 mln złotych i do
końca będzie kosztowała dalsze 50 mln. Pytam się więc, dlaczego Muzeum
Żydów Polskich ma kosztować dwa razy tyle? Jeśliby łożyli na to tylko Żydzi
z Nowego Jorku, to ich sprawa, ale na ten "zbożny" cel dało 100 mln złotych
miasto Warszawa, a 250 mln Ministerstwo Kultury RP.
Z drugiej ręki
Znajomy był w Berlinie z okazji fety zakończenia wojny i noc
spędził z rosyjskimi generałami na rozmowach, oto co się dowiedział.
1. Amerykanie chcą wojny, by zmniejszyć liczbę ludzi na świecie.
Zresztą podobnie chcieli w 1939, o czym otwarcie mówili ambasadorowi Polski
hr. Potockiemu.
2. Chińczycy postawili moc wojska nad granicą z Rosją i ci nie
bardzo wiedzą, jak się do tego ustosunkować.
3. W Rosji coraz bardziej zyskuje na znaczeniu opinia publiczna,
która jest niezadowolona z panoszenia się nowobogackich i szczególnie nierdzennych
Rosjan. To między innymi powoduje gwałtowny wzrost sił Partii Komunistycznej,
co zagraża ludziom u władzy.
Wprowadzono tam ostatnio pod wpływem narodu ustawę o zakazie
zajmowania czołowych stanowisk obcoplemiennym, konkretnie wymierzoną przeciw
Żydom.
4. Rosjanie są zaniepokojeni eksploatacją polskich złóż łupków,
bo to zagraża ich monopolowi na eksport gazu, ale współczują Polakom, bo
ich władze prawa do korzyści z eksploatacji tych złóż chcą dać obcym.
5. Prezydent L. Kaczyński nie miał ważniejszych spraw jak wystąpienie
do rządu Niemiec o "ukoronowanie" orła na pomniku Polaków, którzy zdobywali
Berlin i mają w tym mieście pomnik, naturalnie z godłem PRL-u, oraz by
z tego pomnika zdjąć herb NRD. Niemcy jego wniosek zignorowali, a gdy go
ponownie złożył, powiedzieli, że w ich kraju są inne zwyczaje niż w Polsce.
Hej na Kubę i... Kubanki
Przyjaciel torontoński, tłumacz, właściciel firmy Habdank Communication,
dziennikarz i były redaktor mego pisma Maciek Syrokomla Syrokomski od lat
co kilka miesięcy jeździ na Kubę, a po wielu mniej lub więcej udanych "time
sharing" z tamtejszymi pięknościami pojechał się tam ożenić.
Ponad rok temu napisał książkę o Kubie zatytułowaną "Pocztówki
z Kuby" i jej manuskrypt posłał do dziesięciu polskich wydawnictw. Tylko
trzy z nich podziękowały mu za przysłanie tekstu, ale nie interesowało
ich wydanie tej książki. Wreszcie uległ mym namowom, przygotował książkę
w wersji elektronicznej i przesłał mi ją do Warszawy. Dałem ją tutejszej
małej drukami elektronicznej Sowa, po tygodniu wydrukowali 50 jej sztuk,
część posłałem Maćkowi, a część zostawiłem sobie; mając już książkę w ręce,
może znajdę wydawcę, a jedną właśnie skończyłem czytać.
Nigdy dotąd nie byłem na Kubie, znam ją raczej z antykomunistycznej
literatury, ale każdemu chcącemu tam jechać ją z ręką na sercu polecam,
choć książka ma mało atrakcyjny tytuł i może bardziej chwytliwy byłby tytuł
"Kuba - morze - plaże - słońce - seks i... ".
Nie da się ukryć, Kuba zatoczyła wielkie koło. Za dyktatora Batisty
była wielkim kasynem gry i burdelem dla Amerykanów. Teraz kasyn brakuje,
ale panienek "do towarzystwa" zatrzęsienie i mimo inflacji tak "tanie"
jak dawniej. Ba, chyba jest to dziś bardziej popularny "zawód" niż dawniej,
bo "panienka" za noc ma więcej niż np. jej brat czy ojciec zarabiający
miesiąc tu lub tam na posadzie.
Kubańczyków można podzielić na trzy części, tych co są u władzy,
a tym zawsze jest dobrze. Tych co mają styczność z turystami i tak czy
inaczej dorabiają, oraz resztę, która cierpi biedę, ale mimo wszystko w
karnawale i na licznych minikarnawałach doskonale się bawi.
Jako ekonomiście, trudno mi zrozumieć, dlaczego za Batisty sporo
ludzi żyło bardzo przyzwoicie, a teraz jest ogólna bieda. Wtedy główny
dochód był z turystów i trzciny cukrowej. Dziś jest podobnie, choć sporo
przynosi Kubie wysyłanie personelu medycznego, którego naprodukowano masę,
do różnych krajów Ameryki Południowej. Tam sporo zarabiają, a jeszcze więcej
zarabia na ich "eksporcie" władza. Proceder jest tak masowy, że z jednego
dziesięciotysięcznego miasta pojechało za granicę na saksy, jak się mówiło
za PRL-u, 300 osób ze służby zdrowia, ba, i moc szpitali w tym kraju nastawionych
jest na obsługę zagranicznych "turystów".
Oczywiście takich i innych turystów byłoby dwa razy więcej, gdyby
pan Obama zezwolił normalnym Amerykanom jeździć na tę wyspę. Problem Kuby
to "socjalizm" i przerosty biurokracji, by nie powiedzieć aparatu terroru.
Można tam jeździć, tak jak czyni to z kilkadziesiąt tysięcy Kanadyjczyków
oraz coraz więcej Europejczyków. Za pewną sumę dostają praktycznie wszystko.
Z lotniska jadą autobusem do hotelu z dobrym standardem zakwaterowania
i wyżywienia. Tam mogą spędzić tydzień lub dwa, tańczyć, opalać się, nurkować
i pić do woli rumu i nawet polskiej wódki, jeździć na ciekawe wycieczki,
a potem wrócić do domu wypoczęci. Można też trochę urozmaicać sobie życie,
wychodzić na zewnątrz getta dla cudzoziemców, wynająć skuter i jeździć
po okolicy, dać się np. zaprosić na obiad z homarem w jakimś kubańskim
domu, bo homarów w hotelach nie serwują, a za złapanie homara Kubańczykowi
grozi do dwóch lat więzienia. Ba, można przyjechać z pełną walizką ciuchów,
a wyjechać w jednej koszuli i szortach, bo trudno nie zostawić ich komuś
w prezencie.
Można też jak Maciek, który coraz lepiej zna tę wyspę i mówi
po hiszpańsku, wylądować tam z rowerem, a potem już na własną rękę organizować
sobie pobyt i, co najciekawsze, mieć styczność z bardziej normalnymi Kubańczykami
i poznać ich życie. Kilku Polaków tam zagustowało we wdziękach Kubanek,
że z pompą i paradą pożeniło się tam, ale wyniki tego niekoniecznie są
zachwycające. Książka Maćka jest ciekawa, bo opisuje i pobyt w getcie,
i pobyt wśród tubylców, choć niewiele znalazłem na temat tego, jak się
Kuba zmieniła ostatnio, gdy władzę przejął młodszy brat Castra, który -
trzeba dodać - był synem jednego z najbogatszych plantatorów trzciny cukrowej.
No i polski wątek. Okazuje się, że Polak Karol Rolo-Miałkowski
jest bohaterem Kuby, dowodził w powstaniu przeciw Hiszpanom w XIX wieku
i nadal jest ciepło tam wspominany.
Okazuje się jednak, że Kuba zaczyna mieć konkurencję w postaci Dominikany,
gdzie plaże są wspaniałe, hotele i panienki trochę droższe, ale by tam
pojechać, wystarczy pokazać tylko prawo jazdy.
Każdy, kto ma jakieś ciekawe wspomnienia, powinien je spisać,
poprosić, by mu Maciek przygotował do druku, i przysłać do Sowy, by mu
tu wydrukowali, a wszystko nie zuboży go na więcej niż tysiąc dolarów.
Aleksander graf Pruszyński
PS Książkę "Pocztówki z Kuby" można dostać po 20 dol. w Habdank
Communications.
W ostatnim tekście "Dla każdego coś miłego" nie podałem adresu
firmy, która załatwia wiele słodkich i dramatycznych spraw, jest to: www.zycietoprzygoda.pl.
Kanadyjski luksus
W Ontario produkuje się dwa najpopularniejsze w Kanadzie modele samochodów:
hondę civic i toyotę corolla. Są to przedstawiciele aut z niższej półki,
niedrogie i niezbyt wyrafinowane. Dla amatorów czegoś bardziej luksusowego
nasza prowincja również ma coś w zanadrzu - lincolna MKX i MKT, acurę MDX,
ZDX i CSX oraz lexusa RX 350. Ten ostatni jest także bestsellerem w swej
grupie, którą określa się jako luksusowe crossovery (CUV) lub luksusowe
terenówki (SUV). Od siedmiu lat RX powstaje w zakładach Toyoty w Cambridge.
W 2010 roku lexus RX 350 pojawił się w salonach sprzedaży w nieco odmienionej
formie - to w jego 12-letnim życiorysie już trzecia metamorfoza. Każda
w zasadzie dotyczy technicznych rozwiązań poprawiających bezpieczeństwo
jazdy, bo luksusowy samochód to nie tylko wygoda i modny styl, ale przede
wszystkim właśnie bezpieczeństwo.
Takie założenie stało się podstawą stworzenia przed ponad 20
laty firmy Lexus. Początkowo miały w niej powstawać luksusowe samochody
produkowane z myślą o sprzedaży ich w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie,
ale w bardzo krótkim czasie firma stała się globalna i jej produkty oferowane
są w 70 krajach na całym świecie. I choć w dalszym ciągu większość produkcji
tych samochodów pochodzi z japońskich zakładów ulokowanych w Kraju Kwitnącej
Wiśni, to w Kanadzie od 2003 roku produkowany jest model RX, który początkowo
nosił symbol 300 (ze względu na taką właśnie pojemność silnika 3,0 litry),
a teraz nazywa się 350. Ontaryjski Cambridge to jak dotąd jedyny zakład
Lexusa ulokowany poza granicami Japonii, gdzie powstają crossovery RX -
w ubiegłym roku stworzono tu ich ponad 64 tysiące.
Zanim jednak powstała nowa marka, przedstawiciele Toyoty wysłali
do USA kilka grup swych inżynierów, projektantów i ekonomistów dla podpatrzenia
tajników, jakie obowiązują na rynku luksusowych aut. Wielu z nich
latem wynajmowało na koszt firmy domy w luksusowej miejscowości Laguna
Beach w Kalifornii, by z bliska obserwować styl bycia amerykańskiej upper-class.
Właśnie wówczas (1985 r.) zapadła decyzja, by stworzyć własną sieć salonów
dealerowskich (nie sprzedawać lexusów w tych samych sklepach co toyoty)
oraz posiadać na miejscu centrum operacyjne z działem stylistycznym - takie
właśnie powstało w Torrance w Kalifornii.
Czas spędzony na podglądaniu bogatych Amerykanów unaocznił także
problem trafnej nazwy dla mającej powstać nowej samochodowej firmy. Rozpatrywano
ponad 200 nazw - wśród nich na czołowych miejscach znalazły się Vectre,
Verone, Calibre i Alexis. Ta ostatnia, to imię głównej bohaterki wieloodcinkowego
filmu "Dynastia", który swe lata triumfu świętował w latach 80. ubiegłego
wieku. Perypetie Alexis Carrington, którą odtwarzała Alexis Colby,
wzbogacane były o barwne epizody z prywatnego życia aktorki, która w trakcie
ponad 10-letniej emisji "Dynastii" 3-krotnie wychodziła za mąż.
"Alexis" stała się faworytem w konkursie na nazwę firmy i wkrótce
nieco zmieniona w formę "Lexus" zapoczątkowała triumfalny marsz, który
trwa już dwie dekady. Po latach zresztą powstały jeszcze inne teorie
dotyczące nazwy firmy: według zarządu Lexusa, nazwa ta stanowi idealne
połączenie słowa "luksus" ze słowem "elegancja", a jeszcze inna sugeruje,
że to akronim od wyrażenia "luxury exports to the U.S."
Po dziesięciu latach od swego powstania Lexus poszerzył swoją
ofertę o luksusowego crossovera z serii RX. Pierwszy z 1998 nosił symbol
RX 300 - następne: 330, 350, 400h oraz 450h. Te z literką "h" posiadają
napęd hybrydowy, czyli wspomagane są silnikiem elektrycznym obok klasycznego,
spalinowego.
Lexus RX korzysta z platformy osobowego lexusa ES, dzięki temu
samochód ma doskonałe właściwości trakcyjne i prowadzi się prawie jak ten
flagowy sedan. W 2007 roku otrzymał 3,5-litrowy silnik o mocy 270 KM; standardową
przekładnią był 5-biegowy automat. Najnowsza generacja lexusa RX
pojawiła się w ubiegłym roku na targach samochodowych w Los Angeles. Modele
350 i 450h posiadają to samo nadwozie. Ciekawostką jest fakt, że dopiero
trzecia generacja tego crossovera wyeliminowała z japońskiego rynku bliźniaka
RX - toyotę harrier, od sezonu 2010 w Japonii można kupić oryginalnego
lexusa!
Nowy model RX 350 ma nieco większy rozstaw osi (o 25 mm) i kół
(o 70 mm), obniżono także w nim zawieszenie silnika (o 15 mm) - wszystkie
te czynności polepszają stabilność auta. Zwiększone rozstawy zwiększyły
również pojemność wnętrza o pięć procent. Poprawiono również aerodynamikę,
obniżając opory powietrza. Nowy wskaźnik wynosi teraz 0.33. RX 350 posiada
również o 5 koni mocniejszy silnik oraz nową 6-biegową automatyczną skrzynię
biegów. Samochód waży prawie dwie tony (1970 kg) i może holować przyczepy
o wadze do 1587 kg. Na setkę spala w mieście 12,4 litra, a na trasie 9
litrów benzyny 91-oktanowej.
2010 lexus RX 350 kosztuje w Kanadzie 46 900 dolarów. Podstawowa
wersja tego auta posiada napęd na cztery koła (nowa przekładnia jest odchudzona
o 16 kg) z systemem stabilizacji jazdy i nowym układem kontrolującym przyczepność
kół o nazwie Active Torque Control. Lista standardowego wyposażenia jest
imponująca i zawiera m.in.: 2-strefową klimatyzację, 9-głośnikowy zestaw
audio, MP3, bluetooth, radio satelitarne, elektrycznie regulowany fotel
kierowcy i pasażera, 8-calowy monitor czy wycieraczki automatycznie włączające
się w trakcie deszczu.
Oczywiście - cena lexusa jest wysoka, ale oferuje on więcej niż
inne wozy w swej grupie, no może z wyjątkiem acury MDX. Choć XR 350 reprezentuje
średniowymiarowy sektor crossoverów, to znajduje się w nim w specyficznym
miejscu. Jest nieco mniejszy od BMW X5, ale zdecydowanie większy od modelu
X3, nie może równać się z audi Q7, ale z powodzeniem konkuruje z Q5; wszystkie
mercedesy (GL, GLK i M) są większe i droższe. Tylko wspomniana acura MDX,
choć jest większa, to oferowana jest w tym samym cenowym przedziale. W
rzeczywistości lexus RX 350 stanowi klasę sam dla siebie i może tylko lincoln
MKX czy infiniti FX35 są mu w stanie dorównać niektórymi parametrami.
***
Lexus RX 350 produkowany jest w tych samych zakładach Toyoty
co niezwykle popularna w Kanadzie corolla; jest to najtańszy samochód
Toyoty opuszczający bramy zakładów w Cambridge - kosztuje 15 260 dolarów.
Podstawowa wersja uterenowionego lexusa ma cenę 3-krotnie wyższą, ale oba
auta są liderami na listach samochodowych bestsellerów w swych grupach
nie tylko w Kanadzie. RX 350 znajduje nabywców przede wszystkim w Stanach
Zjednoczonych, ale w ubiegłym roku prawie 9000 sztuk tych samochodów trafiło
w ręce Kanadyjczyków - widać cena nie jest równie wysoka dla wszystkich...
Jerzy Rosa
Mississauga
Albo, albo
Wybory na prezydenta w Polsce mają charakter "większościowy" i jak
żadne umożliwiają głosowanie za konkretną opcją.
Niedzielna elekcja, albo stanowić będzie zapowiedź zmian albo
przypieczętuje wasalną rolę.
Polska jest w opłakanym stanie. Można sobie zadać pytanie, jaki
ośrodek władzy podejmuje znaczące decyzje - czy Polacy mają jeszcze
podmiotowość i czy rzeczywiście są w stanie decydować o sobie.
Wiele przesłanek wskazuje na to, że sprawy zostały przesądzone
i pole manewru jest niewielkie. W tym sensie, wybór Jarosława Kaczyńskiego
wcale nie musi przesądzać o odnowie państwa, z pewnością jednak opóźni
rozkład - przynajmniej formalnie.
Zwycięstwo jego konkurenta to zgoda na Polskę pod pantoflem -
kraj, który grzecznie pomaszeruje do wyznaczonej zagrody, zamykając za
sobą haczyk na furtce.
Dobrze się stało, że przy okazji ubiegłotygodniowej debaty telewizyjnej
Kaczyński pokazał rzecz dla Polski fundamentalną; najważniejszą niezależnie
od światopoglądu, wyznania czy politycznej afiliacji. Tą rzeczą, która
nie tylko zadecyduje o przyszłym kształcie kraju, ale rozstrzygnie o polskim
"być albo nie być", jest przyrost naturalny.
Bez młodych Polaków nie będzie Polski; bez młodych Polaków nie
będzie polskiej kultury i religii. Obecny przyrost naturalny w Polsce jest
poniżej prostego odtwarzania społeczeństwa. Ponieważ będzie nas coraz mniej,
za sto lat "problem polski" w Europie Wschodniej przestanie istnieć.
Demografia jest kluczem do wszystkiego innego, co widać właśnie
tutaj z kanadyjskiej perspektywy. W dodatku tendencję spadkową jest bardzo
trudno powstrzymać.
Niski przyrost naturalny tradycyjnych społeczeństw Zachodu,
w tym Polski, jest na rękę ideologom globalizmu i promującym pomieszany
świat multikulti. Już wkrótce okaże się bowiem, że na polskich emerytów
nie ma komu pracować, w związku z tym konieczne jest szerokie otwarcie
granic dla imigracji - azjatyckiej, afrykańskiej, innej. Medialnie już
się Polaków do tego przygotowuje.
Proszę zauważyć, że jednocześnie w Polsce niewiele się mówi o
wzmocnieniu kraju naszą własną narodową aliją - poprzez sprowadzenie potomków
Polaków ze Wschodu, wszystkich, którzy tego chcą! Wszak ich będzie o wiele
łatwiej asymilować niż Arabów czy Hindusów.
Zawszeć to jakieś doraźne rozwiązanie.
Masowa, niepolska imigracja, zniweczy ostatnie szanse na
uleczenie obecnego skarlenia.
Jarosław Kaczyński wspomniał również o bezpieczeństwie energetycznym
i gazie łupkowym. Obawiam się jednak, że rzeczy zostały już rozstrzygnięte
i obecnie pozostaje tylko zadecydować, komu damy nam ten gaz zabrać. To,
że gaz jest, nie ulega wątpliwości, jednak - ponieważ sprawa jest geopolitycznie
znacząca - pociągnięte zostały odpowiednie sznurki, i stosowni ludzie otrzymali
polecenia - szczekania, rozpraszania, zastraszania itp. mącenia, dezinformowania.
Skąd wiadomo, że jest? No stąd, skąd Amerykanie już ładnych
kilka lat temu wiedzieli, że lit, podstawowy i rzadki minerał do produkcji
baterii elektrycznych, jest w Afganistanie - ze starych komunistycznych
badań geologicznych. W przypadku Afganistanu sowieckich,w przypadku Polski,
peerelowskich.
Konieczne więc są w Polsce rozwiązania stanowcze.
W przypadku demografii - państwo musi zainwestować w dzieci.
- Nie tylko przez "becikowe", nie tylko przez ulgi podatkowe, ale poprzez
dodatek na każde dziecko pozwalające - powiedzmy - nawet kobiecie samotnej
z piątką dzieci - utrzymać się na minimalnym poziomie z państwowej renty
dziecięcej.
To brzmi jak herezja dla każdego zwolennika wolnego rynku, ale
nie oszukujmy się, przy przyroście naturalnym 1,3 proc. konieczne są drastyczne
środki.
Poza tym traktując rzecz z czysto finansowego punktu widzenia,
inwestycja w dzieci jest bardzo opłacalna, Nowi ludzie, to nowi płatnicy
podatków i nowe dochody skarbu państwa. Nie wiem też, dlaczego przy takich
okazjach zawsze traktuje się nowych ludzi jako obciążenie systemu
socjalnego i ostrzega, na przykład, że nie starczy miejsc pracy, zamiast
cieszyć się, że dodatkowi ludzie łożyć będą na system socjalny i tworzyć
miejsca pracy.
Gospodarka nie jest jednym i tym samym tortem, nie jest grą zero-sumową,
lecz dynamicznym, rosnącym organizmem.
Kolejny wybór - który Polacy uczynią w niedzielę, to czy chcą
mieć kraj wyposażony w armię, czy też zgadzają się, by polskie wojsko
nadawało się jedynie do zagranicznych misji policyjnych.
Prezydent nie rządzi i wiele nie zmieni, ale jego wybór w niedzielę
może stanowić cezurę, która obudzi polską elitę - przynajmniej część, uświadamiając
jej, że jest odpowiedzialna za ludzi i kraj, że wreszcie przyszedł czas,
aby skończyć z krainą zakompleksionych chłopków roztropków i miło uśmiechających
się pucybutów od zagranicznego obuwia, i zaczęli stawiać ten kraj na nogi,
w przeciwnym razie sami skażemy się na rolę europejskiego Arbeitskomando.
Bez zacietrzewienia, bez durnochmurnych głupstw, lecz stojąc
mocno na nogach, Polacy muszą ocenić, co mają, z kim można iść po drodze;
a komu narysować rubikon na piasku.
Sytuacja na świecie jest płynna, sytuacja w Polsce również może
się szybko zmienić, wybory parlamentarne można sprowokować, najpierw jednak
trzeba stworzyć obóz sanacji. Czy Jarosław Kaczyński będzie w stanie to
uczynić? Czy Jarosław Kaczyński zechce to uczynić? Czy Jarosław Kaczyński
pozwoli to uczynić innym?
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 23/2010
Dorzynania watahy ciąg dalszy
Minął właśnie drugi miesiąc od katastrofy samolotu wiozącego prezydenta
Lecha Kaczyńskiego, jego żonę oraz kilkudziesięciu wysokich dygnitarzy
cywilnych, wojskowych i duchownych oraz działaczy Rodzin Katyńskich. Jak
wiadomo, wszyscy pasażerowie samolotu i jego załoga zginęli. Rosjanie pod
przewodnictwem generała FSB Tatiany Anodiny próbują ustalić przyczyny tej
katastrofy, a ustalenia te zmierzają do potwierdzenia przedstawionej już
na samym początku hipotezy, że przyczyną tą był błąd pilota. Strona polska,
która ze swoim suwerennym śledztwem nadal cierpliwie czeka na dokumenty,
które mają przysłać jej Rosjanie, idzie krok dalej - że mianowicie przyczyną
błędu pilota była "presja", jakiej piloci zostali poddani przez Dysponenta
Samolotu. W każdym razie żarliwą wiarę w taki przebieg wypadków demonstruje
środowisko "Gazety Wyborczej", które zresztą już od 7 kwietnia, to znaczy
- od uroczystości zorganizowanych w Katyniu przez rosyjski rząd z udziałem
polskich gości z premierem Tuskiem na czele, nie może się doczekać polsko-rosyjskiego
pojednania. Ciekawe, że jeszcze kilka lat temu to właśnie
"Gazeta Wyborcza", wyrażająca punkt widzenia żydowskiego lobby, nie dawała
się nikomu prześcignąć w niechęci do zimnego rosyjskiego czekisty Putina
- no a teraz jednym susem wskoczyła do pierwszego szeregu Stronnictwa Ruskiego.
Nieomylny to znak, że rozmowy, jakie przeprowadził 18 sierpnia ubiegłego
roku w Soczi izraelski prezydent Szymon Peres z rosyjskim prezydentem Dymitrem
Miedwiediewem, mogły dotyczyć nie tylko jakichś odległych obszarów i spraw,
ale również - a może nawet przede wszystkim - rozwoju sytuacji w Europie
Środkowej.
Skoro zatem środowisko "GW" wydaje się na sto procent przekonane,
iż Głównym Sprawcą katastrofy w Smoleńsku był prezydent Lech Kaczyński,
zaś w toczącej się aktualnie kampanii prezydenckiej nie ukrywa sympatii
do pana marszałka Bronisława Komorowskiego, który z kolei wydaje się bardziej
związany z razwiedką niż którykolwiek z pozostałych kandydatów, może z
wyjątkiem pana dra Andrzeja Olechowskiego - to może to zapowiadać przebudowę
tubylczej sceny politycznej w kierunku pożądanym nie tylko przez strategicznych
partnerów, tzn. - Naszą Złotą Panią Anielę i zimnego rosyjskiego czekistę
Putina, ale również - lobby żydowskie, czyli starszych i mądrzejszych,
którzy najwyraźniej wiele sobie po tym obiecują.
Pierwszym, ale nie jedynym sygnałem nadchodzących przetasowań
wydaje się głosowanie nad kandydaturą prof. Marka Belki na prezesa Narodowego
Banku Polskiego. Prof. Marek Belka był - oczywiście bez swojej wiedzy i
zgody - zarejestrowany w swoim czasie przez razwiedkę aż pod dwoma operacyjnymi
pseudonimami i nawet obecny premier Donald Tusk jeszcze na początku 2005
roku czynił mu gorzkie wyrzuty, że swojej przeszłości nie przedstawia w
sposób jasny. Wtedy jednak prof. Belka był premierem dziwnego rządu, do
którego nie przyznawało się żadne spośród parlamentarnych ugrupowań, ale
który rządził sobie bez problemów, jak gdyby nigdy nic. Najwyraźniej musiały
wspierać go jakieś Siły Wyższe, których, jak wiadomo, "nie ma". Te same
Siły Wyższe musiały dzisiaj, gdy - jak to skwapliwie i proroczo zauważył
podczas zmiany watahy pan Radosław Sikorski - weszliśmy w etap "dorzynania
watahy", podsunąć panu marszałku Komorowskiemu kandydaturę pana prof. Belki
na stanowisko prezesa NBP. Jak zauważył koalicyjny wprawdzie, ale dlaczegoś
kandydaturze prof. Belki niechętny pan wicepremier Waldemar Pawlak, ci,
którzy panu marszałku kandydaturę tę podsunęli do przeforsowania, nawet
nie zadali sobie trudu, by porządnie przygotować mu papiery kandydata.
Papiery może nie były dopięte na ostatni guziczek, ale za to
przygotowaniom do przeforsowania kandydatury pana prof. Belki na odcinku
politycznym nie tylko niczego zarzucić nie można, ale nawet ich skuteczność
skłania do dalej idących wniosków. Oto bowiem początkowo niechętny kandydaturze
prof. Belki przewodniczący SLD i kandydujący na prezydenta Grzegorz Napieralski,
po rozmowie ze starszymi i mądrzejszymi, a konkretnie - z byłym prezydentem
naszego państwa Aleksandrem Kwaśniewskim, nagle zmienił zdanie i klub SLD
w podskokach kandydaturę prof. Marka Belki poparł, dzięki czemu został
on wybrany na prezesa NBP.
Aleksander Kwaśniewski, który do niedawna piastował coś w rodzaju
posady stróża nocnego przy jakiejś żydowskiej jaczejce, badającej postępy
ksenofobii i antysemityzmu w Europie, objął nową posadę szefa stowarzyszenia
pod nazwą Jałtańska Strategia Europejska, należącego do ukraińskiego nababa
Wiktora Pińczuka. Dobry kogut w jajku pieje, więc pochodzący z żydowskiej
rodziny Wiktor Pińczuk od dawna objawiał niebywały dryg do biznesu, ale
prawdziwie przepastne wyżyny otworzyły się przed nim, gdy poślubił córkę
ukraińskiego prezydenta Leonida Kuczmy. Wtedy został miliarderem, obok
Tatara Rinata Achmetowa najbogatszym na Ukrainie i chociaż zainicjowana
przez "filantropa" Jerzego Sorosa, który włożył w ten interes 20 mln dolarów,
"pomarańczowa rewolucja" nieco popsuła mu szyki, to przecież nie stracił
nawet kopiejki, no a teraz, po zmianie prezydenta i rządu na Ukrainie,
ponownie rozwija skrzydła.
Objęcie posady agenta Wiktora Pińczuka przez Aleksandra Kwaśniewskiego
nie tylko wyjaśnia przyczyny, dla których obóz postępu gwałtownie zapragnął
pojednania polsko-rosyjskiego, ale również rzuca światło na siłę argumentacji,
której musiał ulec Grzegorz Napieralski. Może on i młody, ale przecież
na tyle kumaty, żeby rozumieć, że skoro weszliśmy w etap dorzynania watah,
to bezpieczniej jest słuchać starszych i mądrzejszych, nawet gdy w charakterze
ich porte parole występuje Aleksander Kwaśniewski. Jałtańska strategia
to nie żarty; to może być wstęp do przebudowy nie tylko tubylczej politycznej
sceny, ale nawet - kawałka Europy.
Więc kiedy już prof. Marek Belka szczęśliwie został wybrany
na prezesa NBP, Sejm zajął się odrzuceniem sprawozdania Krajowej Rady Radiofonii
i Telewizji za 2009 rok. Wcześniej sprawozdanie to odrzucił Senat, a kiedy
w ciągu 14 najbliższych dni odrzuci je również pełniący obowiązki prezydenta
marszałek Bronisław Komorowski, to kadencja Krajowej Rady się zakończy.
Oznacza to, że na miejsce związanych z PiS Wiktora Kołodziejskiego i Barbary
Bubuli, związanego z Akcją Katolicką Piotra Boronia, związanego najpierw
z SLD, a później - z Samoobroną Tomasza Borysiuka i związanego z Młodzieżą
Wszechpolską i LPR Lecha Haydukiewicza zostaną powołane inne osoby, które
- już jako nowa Krajowa Rada - będą mogły powołać nowe rady nadzorcze TVP
i Polskiego Radia, które wybiorą nowych prezesów i zarządy, a tamci - dorżną
wszystkie watahy, jakie jeszcze pozostały w centrali i ośrodkach regionalnych.
Nowa Rada zrewiduje pewnie też niektóre koncesje na nadawanie i nie jest
wykluczone, że skoncentruje się na Radiu Maryja - bo zwłaszcza ono samym
swoim istnieniem zakłóca ład medialny, jaki jeszcze w 1989 roku zaprojektował
generał Kiszczak ze swoimi konfidentami i przy niejakim udziale pożytecznych
idiotów. Wtedy zapanuje taka wolność słowa, jak za czasów Ojca Narodów
Józefa Stalina. Ale bo też "kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie
troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku", więc kiedy strategiczni
partnerzy przy udziale starszych i mądrzejszych, za pośrednictwem tubylczej
razwiedki posługującej się swoimi konfidentami, przystępują do przebudowy
tubylczej politycznej sceny przed zamierzoną przebudową tej części Europy,
to nie czas na grymasy i jakieś wolnościowe fanaberie.
Wprawdzie niezadowoleni już wkrótce nie będą mieli gdzie nawet
pisnąć, ale "na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności",
więc Sejm na wszelki wypadek wybrał na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich
panią profesor Irenę Lipowicz. Pani prof. Lipowicz, od początku związana
z "partią zagranicy", czyli najpierw Unią Demokratyczną, a potem - Unią
Wolności, sprawiała zawsze wrażenie grzecznej, wzorowej uczennicy, więc
jeśli nawet na początku udawała, to consuetudo est altera natura, co się
wykłada, że przyzwyczajenie jest drugą naturą i teraz też, jak przystało
na grzeczną uczennicę, na pewno będzie słuchała starszych i mądrzejszych,
zwłaszcza że od 2008 roku dyrektorowała Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej,
która próbuje jeszcze ściślej związać Polskę i Polaków z Niemcami. Czegóż
chcieć więcej - więc Senat na pewno ją zatwierdzi.
Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji prezes Jarosław Kaczyński
pragnie już tylko zakończenia "wojny polsko-polskiej", a w Siedlcach powiedział,
co to ma konkretnie oznaczać. Konkretnie ma oznaczać koalicję PiS z PO,
która akurat rządzi Siedlcami. Czy jest to jaskółka zapowiadająca wiosnę,
czy raczej jakiś anachroniczny wyjątek na etapie dorzynania watah?
Czy starsi i mądrzejsi go ułaskawią?
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Krzysztof Ligęza
Kompromitacja czy kolaboracja
Chociaż idzie o wyjaśnienie przyczyn i okoliczności śmierci głowy państwa,
w śledztwie prowadzonym przez Rosjan nasz rząd zaakceptował rolę petenta,
a nie partnera. Czy mógł postąpić rozważniej?
Mógł, ponieważ w prawie międzynarodowym nie istnieją przepisy,
regulujące wydarzenia bez precedensu. Precedens określa wyłącznie umowne
zasady, obowiązujące w stosunkach między państwami we wszystkich sprawach
podobnych do takiej, która choć raz zaistniała, bądź takich, które umawiające
się strony były w stanie przewidzieć. Jednak wypadek rządowego T-154 miał
oczywiście charakter bezprecedensowy.
Tymczasem dwa miesiące po 10 kwietnia wiemy o dramacie pod Smoleńskiem
tyle, ile kochający nas przedstawiciele Kremla zdecydowali się stronie
polskiej łaskawie ujawnić. No, ale prowadzimy wszak niezależne śledztwa,
zatem wszystko niechybnie jakoś się ułoży po myśli. Naszej bądź ich.
SKĄD TEN STRACH?
A przecież nic - poza zaskakującym serwilizmem aktualnych włodarzy
Rzeczypospolitej - nie nakazywało nam pozostawiać postępowania w rękach
Rosjan. Mało tego, Polska wcale nie musiałaby prowadzić tego śledztwa.
Mogłaby w nim współuczestniczyć na równych prawach, zamiast, kuląc ogon,
posłusznie godzić się z rolą petenta. I nawet gdyby Rosjanie czegoś podobnego
nie zaakceptowali, próba tego rodzaju ustawienia stosunków w jedynej w
swoim rodzaju sytuacji, była podstawowym obowiązkiem polskich władz. Zatem
powiedzieć, że nasz rząd okrył się hańbą, to przywołać eufemizm. Zaś sednem
tej hańby jest kompromitująca zgoda rządu Donalda Tuska na podporządkowanie
się rozstrzygnięciom, które ostatecznie określi Rosja.
Idźmy dalej. Otóż fakt, że śledztwo w sprawie katastrofy pod
Smoleńskiem w stu procentach kontroluje następczyni KGB, mianowicie rosyjska
Federalna Służba Bezpieczeństwa, to jedna rzecz. Okoliczność, że z tego
tytułu nad Wisłą, tuskokomorowszczyzna, proszę wybaczyć toporną bezpośredniość,
sika po nogawkach ze strachu, to zupełnie inna para sandałów.
Co to za sandały? Widzę dwie możliwości, stojąc na stanowisku,
iż przyjęcie założenia, że śledztwo w sprawie śmierci prezydenta Rzeczypospolitej
najlepiej przeprowadzą służby innego państwa, jest albo wyrazem umysłowej
aberracji, albo kolaboracji. W pierwsze, czyli w nagły spadek umiejętności
stricte pijarowskich rządu Donalda Tuska, jakoś uwierzyć nie potrafię.
Zaś w drugie bardzo nie chciałbym.
NIEWYGODNE PYTANIA
Mimo że po wschodniej stronie świata komisja pod światłym przywództwem
Tatiany Anodiny nie szczędzi wysiłków, heroicznie wyjaśniając smoleńską
katastrofę, to przecież polska opinia publiczna uparła się zadawać przedstawicielom
polskiego rządu niewygodne pytania. A to szuka winnych braku należytego
zabezpieczenia miejsca katastrofy, a to chce wiedzieć, czemu uczestnicząca
w czynnościach prokuratura ogranicza się do potulnego oczekiwania na efekty
rosyjskiego śledztwa, a to dopytuje o oryginały czarnych skrzynek, a to
znowu kwestionuje profesjonalizm Edmunda Klicha, szefa Państwowej Komisji
Badania Wypadków Lotniczych, akredytowanego przy komisji rosyjskiej, który
przez półtora miesiąca nie potrafił uzyskać dostępu do zapisów rozmów w
kokpicie tupolewa podczas ostatnich kilkunastu minut przed katastrofą.
Prawdę powiedziawszy, ja się polskiej opinii publicznej nie dziwię.
Dlatego powtórzę, bo powtarzać trzeba to koniecznie: okoliczności śmierci
polskiego prezydenta i towarzyszących mu osób, a szerzej: przyczyny katastrofy
pod Smoleńskiem, wyjaśniają potomkowie oprawców z Katyńskiego Lasu, wskazani
przez spiritus movens - być może projektodawcę i nadzorcę - ataków terrorystycznych
na budynki mieszkalne w Riazaniu, Moskwie oraz Wołgodońsku, byłego pułkownika
KGB, a obecnie premiera Federacji Rosyjskiej. Mało tego, bo wyjaśniają
pod jego osobistym kierownictwem. Oni, plus paru Polaków na doczepkę. Nie
dziwota, że w pracach rosyjskich śledczych Polska pełni rolę petenta wyzutego
podmiotowości.
ŻADNYCH ZASTRZEŻEŃ
Co gorsza, polski rząd tę sytuację akceptuje. Zaś krytyka jego
działań napotyka wrzask nadmuchanych medialnie autorytetów i prorządowych
dziennikarzy. Jakby jakakolwiek dyskusja na ten temat miałaby być niedopuszczalna.
Bronisław Wildstein: "rząd polski świadomie dokonał ograniczenia naszej
państwowej suwerenności, oddając badanie nagłej śmierci polskich najwyższych
dostojników w ręce ościennego mocarstwa, które dąży do - co najmniej -
ograniczenia polskiej niezależności w sferze polityki międzynarodowej".
Co dla nas jeszcze bardziej kompromitujące, wysocy przedstawiciele
strony polskiej poczuli się ostatnio w obowiązku zapewnić zgodnym chórem,
że do działań rosyjskich władz nie mają żadnych zastrzeżeń. Oznacza to,
że mają pełne zaufanie do tamtejszego wymiaru sprawiedliwości i rosyjskich
śledczych. Którzy coraz bardziej jednoznacznie wskazują winnych: polskich
pilotów, a nie - na przykład - stan techniczny serwisowanego w Rosji samolotu
czy jakość urządzeń naprowadzających na smoleńskim lotnisku. By nie przywoływać
innych, równie prawdopodobnych przyczyn tragedii.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Zapraszam również tutaj:
http://www.widnokregi.salon24.pl
Izabela Embalo
Nowe prawo dla konsultantów
Na korzystne zmiany i prawną ochronę oszukiwanych imigrantów czekaliśmy
dość długo, w tym tygodniu minister imigracji Jason Kenney zapowiedział
zmiany - wprowadzenie nowego mechanizmu eliminującego nieuczciwych i niezarejestrowanych
konsultantów imigracyjnych, działających bezkarnie w Kanadzie i głównie
poza jej granicami.
Nowe prawo nakazuje karać tych, którzy nielegalnie pobierają
opłaty od imigrantów za prowadzenie spraw imigracyjnych. Jedynie prawnicy
- członkowie Izby Adwokackiej oraz uprawnieni, zarejestrowani konsultanci
będą mogli zajmować się odpłatnie prowadzeniem spraw imigracyjnych.
Do tej pory prawo pozwalało, by nieuregulowani konsultanci i
inni "doradcy" pobierali opłaty za wypełnienie dokumentacji i do momentu
wysłania imigracyjnej aplikacji. Reprezentować mógł jedynie licencjonowany
pośrednik.
Nowe prawo nie pozwala, by nieuprawnieni konsultanci pobierali
honorarium także przed złożeniem podania. Mamy nadzieję, że skończą się
wszelkiego rodzaju małe biznesiki prowadzone w ukryciu - w piwnicy, w kawiarence,
w domu, choć zajmie to pewnie trochę czasu. Za pobieranie opłat nieuprawnieni
konsultanci mogą otrzymać karę 50.000 dolarów grzywny oraz dwa lata pozbawienia
wolności.
Moim zdaniem, jest to bardzo mądre posunięcie ze strony kanadyjskiego
rządu, na ile jednak nowe przepisy zostaną wdrożone w życie?
Widzieliśmy wiele spartaczonych spraw przez wszelkiego rodzaju
pseudospecjalistów, którzy nie posiadali żadnej wiedzy i kompetencji, wyrządzając
wiele złego swoim klientom.
Imigranci także powinni zwracać uwagę na to, w jaki sposób pośrednik-doradca
funkcjonuje. Jeśli POBIERAJĄCY OPŁATĘ imigracyjny konsultant lub inny pośrednik
publicznie się nie ogłasza, nie posiada biura, pobiera jedynie opłaty w
gotówce, a nie czeki czy przekazy pieniężne, może być to działalność nieuprawniona.
Dlaczego ludzie korzystają z tego typu usług, naprawdę nie wiem.
Prawo pozwala na prowadzenie spraw bez pobierania opłat, domyślam
się, że tak jak do tej pory, będzie to wykorzystywane przez niektórych
imigracyjnych cwaniaków operujących za gotówkę i wpisujących się w sprawy
jako tak zwani bezpłatni reprezentanci. Mam jednak nadzieję, że urząd będzie
monitorował, jak wiele takich prowadzonych "bezpłatnie" spraw składanych
jest pod tym samym nazwiskiem imigracyjnego reprezentanta. Trudno będzie
także pociągnąć do odpowiedzialności pośredników działających poza Kanadą.
Ponadto organizacja wydająca licencje konsultantom zostanie
zastąpiona nową, stworzoną przez ministerstwo, takie są zapowiedzi prasowe.
Izbę Konsultantów skompromitowały skargi, kontrowersje i nieustające procesy
sądowe, także z własnymi członkami.
Co się stanie z obecnymi konsultantami? Jakie będą musieli spełnić
kryteria przyjęć? Czy wszyscy z nich utrzymają licencję w oparciu o zasadę
transferu? Co stanie się z klientami, których konsultanci stracą uprawnienia
ze względu na likwidację obecnej organizacji Canadian Society of Immigration
Consultants? Na odpowiedzi trzeba jeszcze poczekać.
Proszę także zauważyć, że wszelkie kontrowersje i zmiany
dotyczą jedynie KONSULTANTÓW imigracyjnych, a nie kanadyjskich prawników.
Minister Kenney nazwał ciekawie nową legislację "The Cracking Down on Crooked
Consultants Act". Może dlatego wielu imigrantów wybiera opcję zatrudnienia
firmy adwokackiej.
Potrzeba jeszcze wiele czasu, by zawód konsultanta zdobył
odpowiedni szacunek i stał się stabilny, przynajmniej takie jest moje zdanie.
OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ DO KANADY PROSIMY O KONTAKT
Z NASZĄ KANCELARIĄ: TEL. 416-820-9576 LUB 416-515-2022.
ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ INTERNETOWĄ WWW.EMIGRACJAKANADA.NET
Izabela Embalo
Kancelaria Adwokacka
John Walter Kozina Law Office
tel. 416-820-9576
e-mail: Emiz@live.ca
Niagara Escarpment
Weekend zapowiada się ciepły, ale niestety deszczowy. Nie rezygnujmy
jednak z tego powodu z wycieczki za miasto, tym bardziej że na północny
zachód od Mississaugi znajduje się wspaniała skalna struktura zwana Wypiętrzeniem
Niagary, wzdłuż której ulokowano kilka parków zawsze wartych odwiedzenia
- choćby i w deszczowy dzień...
Nie ryzykujmy jednak wędrówek szlakami prowadzącymi nad 30-metrowymi
przepaściami - każdy nierozważny krok po mokrej ziemi grozi wypadkiem -
są jednak w tych conservation areas szlaki bezpieczne w czasie każdej pogody
i tymi radzę się przespacerować, wsłuchując się w szum deszczu spływającego
po liściach drzew i podziwiając wiosenną przyrodę.
Pięć parków ulokowanych na obszarze Niagara Escarpment w pobliżu
Mississaugi tworzy system Conservation Halton Parks, który pozwala - bez
uciążliwej długiej podróży - na spotkanie mieszczuchów z dziewiczą przyrodą.
W każdym z tych miejsc, gdy tylko dopisze pogoda, można aktywnie wypoczywać
na różne sposoby - poleniuchować na plaży (Kelso), wędrować, pojeździć
na rowerze, łowić ryby (Kelso, Hilton Falls), a nawet powspinać się po
skałkach (Glen Eden, Rattlesnake Point).
Kelso/Glen Eden
Conservation Area
O parku tym pisałem już przed tygodniem i choć główna letnia
atrakcja tego miejsca - plaża, w deszczowy dzień traci na swym znaczeniu,
to warto tu zaglądnąć z uwagi na ciekawe muzeum oraz wspaniały krajobraz
ze szczytu Niagara Escarpment.
Gdy nie pada, do Kelso warto wybrać się ze swoim rowerem, bowiem
na obszarze parku wytyczono 15 kilometrów rowerowych, górskich tras.
Dojazd z Toronto: autostradą 401 na zachód, w Milton zjazd w
H-wy 25 (exit 320) na południe i dalej według doskonale widocznych
znaków do parkowej bramy.
Dojazd z Mississaugi: Dundas Street na zachód do Tremaine Road
(Rd. 22), nią na północ - aż do skrzyżowania z Kelso Road, w którą skręcamy
w lewo.
Hilton Falls
Conservation Area
10-metrowy wodospad z kaskadami stanowi magnes przyciągający
wszystkich lubiących piękne pejzaże i nastrojowe miejsca. Ale podziwianie
wodospadu to tylko część atrakcji - inne to piękne i długie trasy. Szlaki
można pokonać pieszo, można też przejechać je rowerem. Ponieważ pogoda
(deszcz, mgła) może spowodować, że trasy stają się niebezpieczne - warto
wcześniej zadzwonić pod numer 905-854-0262 i dowiedzieć się, jaki jest
ich stan. Na terenie parku można też zorganizować sobie piknik; są tu stoły
piknikowe i paleniska BBQ.
Specjalną atrakcją Hilton Falls jest możliwość wędkowania przy
tamie na spiętrzonej rzeczce. Ta rzeczka to Sixteen Mile Creek, której
dwie odnogi urozmaicają park Hilton Falls. Jedna małymi kaskadami spada
w kierunku zapory, która w 1971 roku spiętrzyła tu rzeczkę i utworzyła
malownicze 35-akrowe jeziorko. Ministerstwo Zasobów Naturalnych zarybiło
je i teraz przy odrobinie szczęścia można tu złowić nawet sporych rozmiarów
pstrąga. Pamiętajmy jednak, że aby legalnie wędkować w naszej prowincji,
trzeba wykupić kartę wędkarską - dostępna jest ona w każdym Canadian Tire.
Druga odnoga strumienia jest bardziej dramatyczna - spada
z 10-metrowego urwiska, tworząc malowniczy wodospad. Niegdyś istniały tu
wodne młyny. To miejsce, do którego z parkingu samochodowego wiedzie "żółta"
trasa, jest najczęstszym celem wędrowców odwiedzających park i nawet w
deszczowy dzień jest zupełnie bezpieczna. Warto, wybierając się na trasę,
zabrać z sobą coś na BBQ, ponieważ w pobliżu wodospadu palą się cały czas
dwa ogniska, gdzie można przyniesione ze sobą kiełbaski upiec i ze smakiem
spałaszować, aby nabrać sił na dalsze zwiedzanie parku.
Dojazd z Toronto: autostradą 401 na zachód, w Milton zjazd w
H-wy 25 (exit 320) na północ do Cambellville Rd., trzeba skręcić w nią
w lewo i jechać prosto 6 km.
Rattlesnake Point
Conservation Area
Niedaleko Hilton Falls znajduje się następny rezerwat przyrody,
usytuowany przy uskoku Niagara Escarpment. Wzdłuż jego krawędzi prowadzi
trasa spacerowa z pięcioma punktami widokowymi; znajdują się tu również
trzy miejsca, gdzie skałkowcy mogą spróbować swych sił we wspinaczce po
urwisku.
Spacer po wytyczonej 5-kilometrowej trasie nie powinien nadmiernie
zmęczyć nikogo, natomiast na prawdziwych entuzjastów wędrówek po leśnych
szlakach czeka Bruce Trail, który prowadzi z tego miejsca przez Nassagaweya
Canyon do Crawford Lake.
Dojazd z Toronto: autostradą 401 na zachód, zjazd w H-wy 25 (exit
320) na południe do Steeles Avenue, tu skręcić w prawo i jechać do Appleby
Line, skręcić w nią lewo i jechać prosto 3 kilometry.
Crawford Lake
Conservation Area
Klarowne wody Crawford Lake od wieków przyciągały ludzi w te
okolice. Wokół jeziora archeolodzy odkopali wiele przedmiotów stanowiących
dowód, że niegdyś mieszkali tu Indianie. Niesamowitą atrakcję tego miejsca
stanowi pieczołowite odtworzenie zabudowy, istniejącej tu w XV wieku, wioski
Irokezów.
Chociaż na terenie parku jest jezioro, nie można w nim się kąpać
ani łowić ryb. Wokół niego wiedzie drewniana promenada, która zaprasza
do spaceru, a 14 kilometrów leśnych ścieżek usytuowanych na grzbiecie Niagara
Escarpment, urzeka niebanalnym pięknem. Wędrując, nie przegapmy miejsca,
gdzie ulokowana jest platforma z widokiem na kanion Nassagaweya - roztacza
się stąd jeden z najpiękniejszych widoków w południowym Ontario.
Park znajduje się w pobliżu skrzyżowania Steeles Ave. i Guelph
Line, 5 kilometrów na południe od autostrady nr 401.
Mount Nemo
Conservation Area
Wiosną biel i zieleń są dominującymi kolorami w tym parku. Wapienne
skały gęsto bowiem pokrywa paprociowy dywan. Ze skalnego wzniesienia rozciąga
się wspaniała panorama na jezioro Ontario. Mount Nemo warto odwiedzić,
aby podziwiać jego poszarpane skały tworzące groty i jaskinie. Piknik i
piesze wędrówki po 5-kilometrowej krawędzi urwiska to uzupełniające atrakcje
tego parku. Dla amatorów wspinaczek skalne przepaście stanowią idealne
miejsce do treningu. W czasie deszczu park nie należy jednak do bezpiecznych.
Dojazd: Guelph Line do Colling Road i nią na wschód.
Jerzy Rosa
Mississauga
Striptiz Polski
Nieszczęścia i sytuacje wyjątkowe sprzyjają szalonym wywodom. Próba
racjonalizacji zła często prowadzi na manowce. Ogrom tragedii wydaje się
nie licować z banalnym, prozaicznym i prostym wytłumaczeniem.
A właśnie nieszczęścia i klęski powinny uczyć rozumu, skłaniać
do zastanowienia się, gdzie popełnialiśmy błędy, co powinniśmy robić inaczej.
Wielka katastrofa, osobista czy zbiorowa, nie powinna obezwładniać,
lecz mobilizować do działania, do samego końca. Przesądzone zatonięcie
okrętu nie powinno wstrzymywać pompowania. Choćby dlatego, by w momencie
śmierci każdy mógł sobie powiedzieć: "nic więcej nie mogłem uczynić".
Dojrzałość, to świadomość własnych słabości i praca nad ich usuwaniem.
Mówię o tym, aby podsumować (choćby na własny użytek) wstrząs
jakim była katastrofa pod Smoleńskiem.
Jest rzeczą, łagodnie mówiąc, nieprofesjonalną, że oto rzuca
się nam przed nogi przekazany przez Rosjan zapis rozmów nagranych przez
jedną z dwóch czarnych skrzynek. Taki materiał to przecież półprodukt dla
komisji, która bada przyczyny zdarzenia. Bez doświadczenia z poprzednich
katastrof, wiedzy lotniczej i pozostałych informacji zebranych po wypadku,
nikt nie jest w stanie poprawnie zinterpretować podanego stenogramu.
Po co więc to opublikowano?
Odpowiedź pierwsza z brzegu - z bardzo przyziemnego powodu, po
to, by osłabić polityczne przełożenie śmierci prezydenta Kaczyńskiego,
sugerując, że wpływał na pilotów.
Tego, czy wpływał, czy nie wpływał, czy to był zamach, czy wypadek,
czy winna była bardziej wieża, czy piloci, my nie rozstrzygniemy. Między
innymi dlatego, że podawane informacje śledcze pochodzą od Rosjan, że dochodzenie
nie było prowadzone wspólnie, lecz na zasadzie, Moskwa mówi, co zrobiła.
Po co więc zaprzątać sobie głowę spekulacjami?! Toż to strata czasu!
Ważne jest natomiast te kilka rzeczy, o których możemy mówić
z dużą dozą pewności, jak:
- Karygodne zabezpieczenie specjalnego lotu - nieprzestrzeganie
procedur Wojska Polskiego i NATO, błędy w szkoleniu pilotów, niedofinansowanie
lotnictwa - które - biorąc pod uwagę liczbę wylatywanych godzin, przypomina
aeroklub.
To trzeba naprawić, to można naprawić i tego trzeba się politycznie
domagać, gdyż to leży w gestii Polaków. Spekulacje na temat domniemanego
wprowadzenia w błąd pilota czy złego naprowadzania pozostaną li tylko spekulacjami.
Nic z tego "główkowania" nie będzie, nic konkretnego się nie narodzi.
Słowem, zamiast fascynować się lotniczym bajkopisarstwem
w oparciu o podrzucane ochłapy informacji, zastanówmy się, co zrobić, aby
do podobnej katastrofy już nigdy nie doszło. Wszak taki głównie jest cel
prowadzenia dochodzeń powypadkowych. Są po to, aby poprawić samoloty lub
procedury.
Samolotu Tu 154M nikt już poprawiać nie będzie, pozostaje więc
kwestia procedur.
Na początek wystarczy żądać odpowiedzi na kilka ważnych py-tań:
- Dlaczego lotnisko nie zostało odpowiednio przygotowane przez
polskie służby, dlaczego pilot wykonywał manewr podejścia do lądowania,
wiedząc, że warunki pogodowe są poniżej wymaganych dla tego lotniska?
Na miły Bóg! Przecież - jak to wdzięcznie brzmi w stenogramach
- leciał Polish Air Force 101. Proszę pomyśleć, jak wyglądałoby zabezpieczenie
lotu, gdyby to był Air Force One...
Jeśli więc na co dzień była taka prowizorka, to nie bez kozery
jest zapytać - kto ponosi za to odpowiedzialność służbową? Kto za to pójdzie
siedzieć? Co zrobić, aby jednak polskie państwo chroniło najwyższych urzędników?
Dowiedzieliśmy się bowiem, że polskie instytucje to komedia.
***
Podobnego striptizu Polski dokonała powódź.
Zamiast więc uciekać w mitologię "chemitrails" i zastanawiać
się, czy czasem ulewne deszcze to nie efekt celowego rozsiewania
proszków w jonosferze, trzeba nam ogarnąć morze zaniedbań na wszystkich
szczeblach władzy. Od niedbania o wały, a na zezwoleniu na budowy na terenach
zalewowych kończąc.
Polskie państwo rozłazi się w szwach. O ile jeszcze są jakieś
szwy...
Zaś dla miłośników teorii spiskowych mam radę. W czasach,
kiedy prywatny rodzic specjalistycznym sprzętem wykrywa niedozwolone ilości
kadmu w malunkach na szklankach, nic nie stoi na przeszkodzie, aby przebadać
owe tropy po samolotach. Wystarczy, że skrzykniemy się ze szwagrem i przy
pomocy zwykłego balonu meteorologicznego tudzież nieskomplikowanej aparatury
pomiarowej dokonamy analizy składu owych śladów. Oczywiście wcześniej
możemy próbować z ziemi jakiejś metody spektograficznej.
A więc zamiast mleć głupoty ozorem po internetowych forach, można
tanim kosztem rzecz sprawdzić, i to zasługiwałoby na szacunek.
Podobnie ze smoleńską katastrofą; nie "mnóżmy bytów ponad
potrzebę", ergo starajmy się tłumaczyć rzeczy najprościej, jak to możliwe.
Chyba że bajania potrzebne nam są do utrzymania równowagi psychicznej.
W takim wypadku, to ja przepraszam, kłaniam się i wychodzę.
Na koniec zaś dodam tylko, że w dzisiejszym świecie, pieniądz,
kredyt ropa, gaz i wielkie korporacje załatwiają z powodzeniem to, do czego
jeszcze w czasach II wojny światowej trzeba było armat, pancerników i bombardowań.
Drogi Czytelniku, rozejrzyj się dookoła, popatrz, jak to się
robi. Popatrz, w jaki sposób przymusza się jednych do roboty na innych.
Popatrz, na kogo dzisiaj pracują Polacy, i zastanów się, po co komu dzisiaj
"wojna" z Polską.
Wojować można o coś, co nie zostało jeszcze zdobyte.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 22/2010
Cień pojednania
Dobry kogut w jajku pieje - głosi perskie przysłowie. I słusznie -
a trafność tego spostrzeżenia widać jak na dłoni na przykładzie pojednania
polsko-rosyjskiego. Jeszcze nie zdążyliśmy przyzwyczaić się do nowej sytuacji,
a już dały o sobie znać jej dobroczynne efekty. Gdyby nie pojednanie, nikt
nie wiedziałby czego się trzymać w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu
10 kwietnia pod Smoleńskiem. Jedni mówiliby to, drudzy tamto - tymczasem
w związku z pojednaniem nic podobnego zdarzyć się nie może, bo pojednanie
przywraca właściwą hierarchię hipotez. Najprawdziwsza jest mianowicie hipoteza,
która w żadnym punkcie nie zagraża pojednaniu. Jeśli w jakimś punkcie mogłaby
zagrażać - w hierarchii hipotez należy umieścić ją zdecydowanie niżej,
a najlepiej - wykluczyć w ogóle. Dlatego też nikt się nie zdziwił, kiedy
minister spraw wewnętrznych, pan Jerzy Miller przywiózł z Moskwy kopie
stenogramów zapisów odgłosów zarejestrowanych w samolocie przez "czarne
skrzynki". Samych nagrań przywieźć nie mógł, bo Rosjanie mu nie dali, a
on - ma się rozumieć, nawet nie próbował ich prosić, bo wszelkie takie
próby na pewno mogłyby zagrozić procesowi pojednania, to chyba jasne. Więc
mamy tylko kopie, a rząd i autorytety moralne demonstrują tak głęboką wiarę
w ich zgodność z oryginałami, że wprost okrucieństwem byłoby powątpiewać,
nie mówiąc już nawet o zaprzeczaniu. Rosjanie nie tylko dali panu ministrowi
Millerowi kopie stenogramów, a nawet nie sprzeciwili się ich opublikowaniu,
chociaż po pierwsze - mogli nic nam nie dać, a nawet gdyby dali - mogliby
nie pozwolić nam na podanie treści stenogramów do wiadomości publicznej.
Tymczasem nie tylko dali, ale jeszcze pozwolili, dzięki czemu również nasza
niezależna prokuratura będzie mogła wreszcie ruszyć z miejsca z własnym,
suwerennym śledztwem.
Ale mniejsza już o naszą suwerenną prokuraturę, bo ważniejsze
są oczywiście hipotezy. A kopie stenogramów zostały tak przygotowane, by
eksperci i specjaliści na ich podstawie bez trudu mogli potwierdzić założoną
zawczasu hipotezę o błędzie pilotów. Cokolwiek bowiem o niej powiedzieć,
na pewno nie zagraża ona pojednaniu polsko-rosyjskiemu. Przeciwnie - wykazuje
jak na dłoni, że Rosjanie w tej sprawie są niewinni.
No dobrze - ale skoro Rosjanie niewinni, to kto winien? Wiadomo
- piloci, ale przecież nie o pilotów tu chodzi, bo piloci nijak się mają
do polsko-rosyjskiego pojednania, to chyba jasne? Wina, a właściwie nie
tyle "wina", co "błąd" pilotów przyczynił się do katastrofy jedynie w sensie
ściśle technicznym, bo Prawdziwym Winowajcą był kto inny. Zwróciła na to
uwagę już 2 czerwca pani psychologowa, stwierdzając w państwowej telewizji,
że piloci "oczywiście" znajdowali się pod ogromną presją. Wprawdzie z kopii
stenogramów przywiezionych przez pana ministra Millera nic na to nie wskazuje,
ale co tam kopie stenogramów, skoro pani psychologowa dopuściła do głosu
zarówno psychologiczną, jak i kobiecą intuicję? I okazało się, że słusznie,
bo już następnego dnia "Moskowskij Komsomolec" nie tylko intuicję pani
psychologowej w całej rozciągłości potwierdził, ale nawet poszedł krok
dalej, pisząc, że presja była, i to "bezpośrednia". Skąd "Moskowskij Komsomolec"
wie takie rzeczy, skoro pan minister Miller stanowczo zaprzeczył, żeby
Rosjanie dysponowali jakimiś innymi stenogramami niż mu przekazali, bo
"gdyby mieli, to by je nam przekazali". Sto pociech mamy z tym całym panem
ministrem Millerem, ale nie o to przecież w tej chwili chodzi, tylko o
to, że tym razem koordynacja miedzy razwiedką tubylczą a rosyjską jest,
jak widać, znacznie lepsza, niż zaraz po katastrofie, kiedy to nasi eksperci
jeszcze nie zostali odpowiednio ustawieni. Teraz na szczęście już są, dzięki
czemu można dopuszczać ich przed kamery bez specjalnego nadzoru. Na uwagę
zasługuje również nie pozbawiona nutki uczucia ulgi deklaracja wybitnego
przedstawiciela polskich narodowców pana red. Jana Engelgarda z "Myśli
Polskiej", który triumfalnie nieubłaganym palcem dźga wszystkich zwolenników
teorii spiskowych w chore z rusofobii oczy. Zupełnie tak samo jak "Gazeta
Wyborcza", która wprost nie może się nacieszyć wielkodusznością ruskich
szachistów i korzyściami z polsko-rosyjskiego pojednania. Sprawia to wrażenie
jakiejś gorączkowej licytacji między narodowcami a lobby żydowskim o względy
zimnego rosyjskiego czekisty Putina - komu w końcu powierzy nadzór nad
administracją tubylczą. Ciekawe, w czym narodowcy mogliby w oczach premiera
Putina przelicytować lobby żydowskie, zwłaszcza że między izraelskim prezydentem
Szymonem Peresem a rosyjskim prezydentem Dymitrem Miedwiediewem, którzy
rozmawiali w sierpniu ub. roku w Soczi, mogło przecież dojść do jakichś
konkluzji również i w tej sprawie? Oczywiście w stosownej chwili wszystko
to zostanie nam objawione, ale na razie chodzi przede wszystkim o stopniowe
przyzwyczajenie tubylczej opinii publicznej do osoby Prawdziwego Winowajcy,
który wywierał taką perfidną i w dodatku bezpośrednią presję na pilotów,
że ci, nie mogąc już dłużej jej wytrzymać, zdecydowali się położyć jej
kres poprzez dopuszczenie do błędu i w efekcie - do katastrofy. Wydaje
się, że właśnie ta hipoteza ma największe szanse na potwierdzenie w wyniku
drobiazgowego rosyjskiego śledztwa, bo - po pierwsze - nie zagraża
pojednaniu polsko-rosyjskiemu, a po drugie - na pewno zostanie przyjęta
ze zrozumieniem, a nawet z wdzięcznością przez wiele środowisk, a zwłaszcza
- przez środowisko autorytetów moralnych, co to "bez swojej wiedzy i zgody".
Tedy w oczekiwaniu na wesoły oberek, a właściwie czastuszki,
które już tam zaintonuje nam zapiewajło w randze generała KGB, jakim jest
kierująca rosyjską komisją pani Tatiana Anodina, w swoim czasie protegee
Eugeniusza Primakowa, co to "samego jeszcze znał Stalina" - cała Polska
kroczy w procesjach tradycyjnie urządzanych w święto Bożego Ciała. Przy
tej okazji wygłaszane są homilie. O polityce, ma się rozumieć, nie ma w
nich ani słówka, żeby nie narazić się na gniew pana redaktora Adama Michnika,
który w przeciwnym razie obróciłby przeciw "ajatollahom" wszystką złość
i złoto starszych i mądrzejszych. Dlatego, podobnie jak kiedyś, za komuny,
przemawiające Ekscelencje operują aluzjami. JE abp Józef Michalik zwrócił
uwagę na "proroków", uznając za jednego z nich pana Rocha Buttiglione,
który odważył się stwierdzić, że małżeństwo jest związkiem mężczyzny z
kobietą, a nie, dajmy na to, z kozą - i za karę nie objął lukratywnej posady.
Takie to ci dzisiaj bywają proroctwa i takie męczeństwa, ale cóż - takie
czasy. Ekscelencja wspomniał też z aprobatą o polskim polityku, który też
porzucił lukratywną posadę, by "ratować sumienie". Wszyscy słuchacze od
razu domyślili się, że chodzi o Marka Jurka, który kandyduje na prezydenta.
Ciekawe, na ile mu to pomoże 20 czerwca, bo przecież każdy chyba wie, że
jak człowiek politykuje, to jego sumienie politykuje także. Z kolei JE
abp Kazimierz Nycz nawoływał do "jedności" bez podziałów na "my" i "wy"
- chociaż z drugiej strony niepodobna nie zauważyć, że taki podział jest
koniecznym warunkiem określenia własnej tożsamości. Ekscelencja uściślił,
że chodzi mu również o usunięcie podziałów na dwie Polski: "prawdziwą"
i "inną". "Jaką inną"? - pytał retorycznie. Jak to: jaką inną? Przeciwieństwem
Polski prawdziwej jest Polska fałszywa - na przykład reprezentowana przez
agentów państw trzecich, udających polskich patriotów, a nawet dygnitarzy.
Obawiam się, czy to pragnienie unikania polityki nie przeradza
się aby w politykowanie a rebours - bo nie da się ukryć, że taka amikoszoneria
wszystkich ze wszystkimi najbardziej odpowiada właśnie agentom. W tej sytuacji
trudno być zaskoczonym wypowiedzią Jego Ekscelencji abpa Józefa Życińskiego,
który stanowczo sprzeciwił się próbom "zawłaszczania" księdza Jerzego Popiełuszki,
który przecież był "dla wszystkich". Ooo, tak tak! Zwłaszcza dla konfidentów,
co to "bez swojej wiedzy i zgody", jak np. sławny ksiądz Michał Czajkowski,
który właśnie na księdza Popiełuszkę donosił. Ksiądz Jerzy Popiełuszko
był również i dla nich. Łakomym kąskiem. A konkretnie Ekscelencji chodziło
o to, że dzisiaj "niektóre środowiska" chciałyby skłócić "lud prosty" z
"elitami". No proszę - "z elitami"!
Ciekawe, kogo konkretnie Ekscelencja miał na myśli; czy "profesora"
Władysława Bartoszewskiego, czy pana wicemarszałka Stefana Niesiołowskiego,
czy też lubelskiego nababa, posła Janusza Palikota. Każdy z nich należy
do "elit", jakby dobrali się w korcu maku. W tej sytuacji zaplanowane na
6 czerwca uroczystości beatyfikacyjne mogą dostarczyć nam jeszcze ciekawszych
przemyśleń, bo na mieście słychać, że ksiądz Jerzy Popiełuszko przez Jego
Ekscelencję księdza Prymasa Józefa Kowalczyka ma zostać mianowany patronem
"sprawiedliwości społecznej" - bo patronem "zgody", która "buduje" i którą
z tego powodu przybrał za swoje hasło wyborcze pan marszałek Bronisław
Komorowski - to już zostanie prawie na pewno. Ale bo też pojednanie polsko-rosyjskie
oprócz aspektu, że tak powiem międzynarodowego i katastroficznego, ma również
swój aspekt teologiczny.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Jerzy Rozenek
List z Polski
Szanowna redakcjo
Już teraz nie ma chyba nikt wątpliwości, że Platforma Obywatelska
będzie imać się różnych sposobów, aby na Urzędzie Prezydenta Polski posadzić
Bronisława Komorowskiego. Kolejne zabiegi zawodzą, teraz czas na następny.
Tym razem sprytny manewr z obsadzeniem funkcji szefa Narodowego Banku Polskiego
przez człowieka związanego z lewicą, Marka Belkę, a przez to przyciągnięcie
na stronę PO części elektoratu lewicy. Bo chyba nikt w to nie uwierzy,
że Platforma wspaniałomyślnie oddaje tak strategiczny urząd w państwie
komuś, kto nie jest związany z jej ugrupowaniem. Czyż to nie absurd,
że na kilkanaście dni przed wyborami głowy państwa powołuje się prezesa
Narodowego Banku Polskiego?!
We wtorkowym programie TVP Tomasza Lisa, premier Donald Tusk
wynosił na wyżyny kandydata na prezydenta B. Komorowskiego i na zarzuty
o zbyt częstych gafach, zdaje się wyrobionego już polityka, odpowiadał,
że to tylko tak wygląda, jednak we wnętrzu Komorowskiego siedzi diament.
Ale cóż jest wart nieoszlifowany diament, i to jeszcze schowany gdzieś
we wnętrzu, który nie widział światła dziennego. Nietrudno zgadnąć,
że jeśli przez prawie trzydziestoletni okres politykowania nie zdołano
go oszlifować, to on już lśnił pięknym blaskiem nie będzie. Co wystąpienie
Komorowskiego, to jakieś niedorzeczne powiedzenie. Czy wierzą państwo,
że mimo to te słupki poparcia są takie wysokie, jak podają media? - Chyba
nie i to jest następne przekłamanie. Proszę sobie wyobrazić podróże
zagraniczne Pana Prezydenta Komorowskiego i jego wystąpienia na forum międzynarodowym.
Prezydent Niemiec Kohler odszedł z urzędu, bo groził armią, co będzie,
jak Komorowski też się pomyli? Aż strach pomyśleć.
Jeśli chodzi o Jarosława Kaczyńskiego. - I znowu nikt nie wierzy,
Tusk nie wierzy, Lis nie wierzy, że Jarosław Kaczyński zmienił wizerunek,
że zmienił się na lepsze, a Tusk na dowód podaje zachowanie Palikota, twierdząc,
że Palikot się nie zmienił, to i Kaczyński się nie zmienił. Nie wiem, czy
świadomie, czy też nieświadomie, ale w oczach oglądających ten program
TVP, premier Tusk bardzo obraził Jarosława Kaczyńskiego tym porównaniem.
Palikota nie wyeliminowano z PO za jego niecne czyny, Niesiołowskiego nie
wyeliminowano z życia politycznego, mimo że z tym drugim nikt już nie chce
brać udziału we wspólnych audycjach TV. Palikota już się nie zaprasza do
rozmów, chociaż, bardzo przepraszam, tak, pojawił się w programie Moniki
Olejnik "Kropka nad i", w ten wtorek. Jeśli tak, to znaczy, że PO prowadzi
dalej tę swoją wojenkę, Palikot się jeszcze przyda, jeszcze o nim usłyszymy,
a to nie wróży nic dobrego. Platforma będzie dalej straszyć nas IV
RP. A co to jest ta IV RP?, czy to źle, że chce się zwalczyć korupcję,
która niszczy ludzi i państwo, przestępczość, która ciągle rośnie, dążenie
do zmniejszenia podatków, żyć w Polsce solidarnej, życzliwej każdemu obywatelowi,
czy zwrócenie uwagi na politykę historyczną. Pamiętam, jak sceptycy byli
przeciwni projektowi Muzeum Powstania Warszawskiego, twierdząc, że ci "starzy"
poumierają, a młodzi nawet tam nie zajrzą. Teraz, gdy to muzeum jest i
zobaczono, jaka to skarbnica wiedzy i historii, jak urządzone nowocześnie,
to zmienili zdanie. Okazało się bardzo potrzebne.
Dlaczego na siłę chce nam się pokazać i udowodnić, że to
co jest, tym nie jest. Politycy Platformy za pośrednictwem mediów
chcą nam przekazać, że nie rozumieją tego, co Kaczyński zrozumiał, tego
co Kaczyński odczytał czego potrzebuje naród polski. Polacy potrzebują
stabilności, każda rodzina w Polsce, i myślę, że Polacy za granicą też
tego potrzebują, żeby się rozwijać w spokoju, żeby wiedzieć, na kogo mają
liczyć, żeby mieć równe szanse i korzystać z dobra narodowego w bardzo
szerokim zakresie. PO nam tego nie gwarantuje, parlament obecny tego nie
gwarantuje, uchwalając niedorzeczne ustawy. No, choćby ostatnio przez uchwalanie
ekstraustawy, która pozwala brać parlamentarzystom, czyli posłom i senatorom,
emerytury i diety poselskie jednocześnie. Wyszło na to, że mimo kryzysu
dostają jeszcze więcej pieniędzy. Np. Stefan Niesiołowski dzięki nowej
ustawie otrzymał 13,1 tys. zł/mies. Warto tu przypomnieć, że Niesiołowski
głosował przeciwko wypłaceniu dodatków najbiedniejszym emerytom w kraju.
Kazimierz Kutz - reżyser, otrzymał ze względu na wiek (81 lat) aż 18,7
tys. zł/mies. Przypomnę, że ci najbiedniejsi dostają w Polsce 700 zł emerytury.
W tej sytuacji, jak na tym tle wygląda odebranie szkołom dofinansowania
do szklanki mleka dla dzieci i obiadów dla najbiedniejszych, a także
straszenie ludzi chorych i starszych, że zlikwiduje się refundację do niektórych
leków, tłumacząc, że za dużo się ich marnuje. Kto będzie popierał
takich rządzących? - i takich parlamentarzystów, których obowiązkiem jest
zasiadać w ławach poselskich i brać czynny udział w obradach, gdy jest
posiedzenie Najwyższej Izby, a nie włóczenie się po korytarzach sejmowych,
barze czy po Warszawie na zakupach. Wstyd to i zniewaga dla tych, przez
których zostali wybrani. Niejednokrotnie widać, że na głosowaniu
jest niewiele osób.
Platforma mniej lub bardziej jawnie, bardziej lub mniej uczciwie,
będzie szukać sojuszników. Patrząc na ostatnie sondaże, w które raczej
nie wierzę, ale innym one coś mówią, będzie próba dogadania się z niektórymi
kandydatami na prezydenta. Nie zazdroszczę tutaj Grzegorzowi Napieralskiemu,
na pewno były prezydent Aleksander Kwaśniewski będzie coś chciał ugrać
za jego plecami, dogadując się z Platformą, bo nie myślę, sądząc po zachowaniu
w ostatnich dniach, by był szczery co do Napieralskiego.
Znając wredne zagrywki Palikota, co przed niczym się nie cofnie,
można uważać, że posłuży jako pośrednik, żeby przyciągnąć Olechowskiego
do Platformy. Olechowski z 1-proc. poparciem nie ma żadnych szans i mimo
że zapewnia, że nie zrezygnuje, bo nie chce zawieść tych osób, co złożyły
na niego podpisy, myślę, że ulegnie intratnym propozycjom ze strony PO.
Dlatego tym bardziej musi zewrzeć szyki elektorat PiS, aby dać
radę wybrać Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta. W tym jest szansa na
poprawienie naszej sytuacji międzynarodowej, a przez to lepszej sytuacji
życia w kraju. Może już nikt nie będzie wyśmiewał się, tak jak to czyni
Tomasz Jastrun w "Newsweek", gdzie w swych felietonach wyśmiewa Polskę,
widząc ją zatęchłą i zaściankową, twierdząc, że PiS tego jest przyczyną.
Może poprawi się sytuacja ściągania funduszy unijnych i nie będzie takich
sytuacji jak teraz, że minister Sawicki spóźnił się z wnioskiem o dopłaty
do upraw tytoniu i przez to wielu polskich plantatorów poniosło ogromne
straty. Skończy się arogancja urzędników państwowych, a do lekarza
wszyscy będą mieli jednakowe prawo, bo służba zdrowia na zastraszająco
niskim poziomie.
Póki co nie może być takiej sytuacji jak teraz, gdy Jarosław
Kaczyński wyciąga rękę do pojednania, to Platforma mówi, że on żartuje,
że jest nieprawdziwy. W końcu ktoś tu musi zrozumieć, że PiS i PO to kiedyś
była ta sama formacja, tylko sztucznie się podzieliła, a teraz kilka osób
z PiS jest w PO i odwrotnie. Obie strony muszą widzieć interesy ludzi,
których reprezentują, i porzucić swe wydumane ambicje. W tej
sytuacji dążenie do kompromisu to najwłaściwsza droga, żeby wszystko tu
unormować, nie jest potrzebny do tego zbyt wielki wysiłek, na pewno nie
większy niż walka ze skutkami powodzi.
Gdy ten warunek będzie spełniony, wtedy o wszystko będzie łatwiej
i Polacy z Kanady chętnie przyjadą do takiego kraju, gdzie będzie z kim
porozmawiać, załatwić w miarę szybko każdą sprawę i podziwiać, jak ich
Ojczyzna rośnie w siłę. Teraz namawiałbym Polonię, żeby zamiast na Kubę,
Dominikanę czy do Meksyku, w tym roku wybrał się do Polski na wakacje.
Jest tyle bardzo pięknych miejsc w Polsce, na pewno nie przez wszystkich
jeszcze odkrytych, że warto przyjechać. Jeśli już ktoś wszystko zwiedził,
wszędzie w Polsce był, warto pokazać swoim dzieciom i znajomym zamki,
pałace, kiedyś w ruinie, teraz odnowione, niektóre można jeszcze kupić
i je urządzić.
Kiedyś pokazałem koledze, który zajmuje się fotografią polskich
krajobrazów, stronę internetową ze zdjęciami znajomego z Kanady, Pana Jacka
Kozłowskiego, który też lubi fotografować naturę, ale Kanady. Pan Wiesław
obejrzał zdjęcia, zachwycał się ich jakością i treścią, ale w zamian przesłał
mi swoje zdjęcia, które oddawały równe piękno polskich krajobrazów. W załączeniu
powiedział, że bobry w Polsce są takie same jak w Kanadzie. Są też piękne
kościoły i sanktuaria, a także aż 24 parki narodowe. Piękna historia Polski
w naturze. W ten sposób wypoczywając i wzbogacając się duchowo, pomagają
państwo swoim rodakom, których tak ciężko doświadczył los przez nieszczęście
powodzi.
Kończąc, muszę to jeszcze powiedzieć, że nie chciałbym takiego
prezydenta, jak p.o. obecnie Bronisław Komorowski, który wizytując tereny
zalane stwierdził: "Miałem PRZYJEMNOŚĆ wizytować tereny zalane" - i
- "w zeszłym roku powódź, w tym powódź, ludzie powinni się już przyzwyczaić"
- myślę - że przydomek "CIAMCIARAMCIA", który Komorowski otrzymał od narodu,
jest adekwatny do jego zachowań. Przyznać trzeba, że przeciwnie do Palikota,
Niesiołowskiego czy Kuczyńskiego, te wypowiedzi to nie zła wola czy arogancja,
ale brak wyczucia sytuacji i najprostszego w życiu obycia, którego już
nie będzie kiedy się uczyć.
Na pewno nie możemy ryzykować wyboru prezydenta takiego, którego
każda wizyta zagraniczna będzie kompromitacją, a przynajmniej wielką niewiadomą.
Dziwne przy tym jest, że ani Janina Paradowska w swym telewizyjnym programie,
ani Monika Olejnik, ani też inni prześmiewcy, co tak czatują na każde potknięcie
Jarosława Kaczyńskiego, jakby tych ułomności Komorowskiego nie zauważali.
Mam wrażenie, jestem pewien, że media bardzo chcą pomóc Komorowskiemu i
Platformie w tych wyborach, jakby im na czymś zależało, nie bacząc na obiektywizm.
Zapominają tylko, że większość społeczeństwa polskiego darzy większym zaufaniem
Jarosława Kaczyńskiego, tego nie widać na słupkach sondażowych, ale to
jest w polskim społeczeństwie. Uzewnętrzni się to na pewno, w co wierzę,
w dniu 20 czerwca 2010 roku w dniu wyborów prezydenckich. Nie musimy, ale
możemy zaufać Panu Jarosławowi Kaczyńskiemu, dając mu szansę na wypełnienie
Misji, którą zaczął jego świętej pamięci brat Lech Kaczyński, dla którego
Polska była najważniejsza, co pokazał, żyjąc i pracując, żeby w końcu oddać
życie dla Niej.
"Polska jest najważniejsza" - z takim hasłem rozpoczął kampanię
wyborczą Jarosław Kaczyński. Dla nas Polska też jest najważniejsza
i wspólnie, razem twórzmy lepszą przyszłość naszej Ojczyzny.
Serdecznie pozdrawiam
Jerzy Rozenek
Łódź
Marek Mańkowski
Proboszcz w Calgary
Kościół w historii Polski ma bardzo szczególne znaczenie. Tak samo
szczególne znaczenie ma on dla Polonii rozsianej po całym świecie. Zawsze
wokół kościoła koncentrowało się życie na obczyźnie. Nie ma skupiska Polonii,
w którym nie byłoby polskiego kościoła. Nawet jeśli czasem nabożeństwa
odbywały się czy nadal odbywają w wynajętych świątyniach czy salach. Czy
jest to wielki kościół, czy mała salka, kościół nie istniałby bez księży.
To oni swoją pracą łączą nas z Bogiem i ze sobą nawzajem. Próbują robić
nas lepszymi, wpajać i utrwalać w nas wiarę. Dają nam też miejsce do wspólnych
spotkań, poznawania się i utrwalania znajomości. Gdy przeniosłem się w
roku 2005 do Calgary, jedyny kolega, którego tu znałem, wyjechał akurat
na dwutygodniowe wakacje. Znalazłem więc w książce telefonicznej adres
polskiej parafii, podjechałem tam i nie zawiodłem się. Otrzymałem informacje,
kontakty, poznano mnie z ludźmi, którzy pomogli mi się odnaleźć w nowym
miejscu. Pamiętam, że to samo miało miejsce 22 lata temu w RFN, gdzie właśnie
polski ksiądz pomógł bezinteresownie w niemieckich urzędach i w początkach
mojej emigracji. Rozsiani po całym świecie, często nie mający wpływu na
to, gdzie rzuci ich los, polscy księża pomagają Polakom.
Ksiądz Czesław Rybacki, proboszcz parafii w Calgary. Urodził
się 22 lipca 1958 roku w Manasterzu w woj. podkarpackim. Najmłodszy z czworga
rodzeństwa. Szkołę podstawową skończył w Manasterzu, liceum w Kańczudze
z wynikiem egzaminu maturalnego pozwalającym na podjęcie studiów na Akademii
Górniczo-Hutniczej w Krakowie w roku 1977. Po roku studiów wstąpił do Wyższego
Seminarium Duchownego Księży Chrystusowców w Poznaniu. Studia teologiczno-filozoficzne
zwieńczył tytułem magistra na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w 1965
roku. Święcenia kapłańskie przyjął 21 maja 1985 roku. Po święceniach podjął
kolejne studia na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, na Wydziale
Teologicznym ze specjalnością liturgiki, które ukończył z tytułem doktora
nauk teologicznych w 1991 roku. Przez półtora roku pracował jako wikariusz
w parafii w Szczecinie, po czym został skierowany do pracy duszpasterskiej
wśród Polonii amerykańskiej. Pierwsza jego placówka to Dom Prowincjalny
w Sterling Hights w stanie Michigan, niosąc posługę Polonii z Detroit.
Po roku pracy zostaje skierowany do San Francisco, by objąć posługę proboszcza
w Misji św. Wojciecha oraz służyć pomocą w lokalnej parafii św. Gabriela
z dniem 4 września 1994 roku. Dwa lata później, na prośbę arcybiskupa,
podejmuje dodatkowo posługę duszpasterską dla wspólnoty chorwacko-słoweńskiej
w San Francisco. Tak spędził następne siedem lat. W międzyczasie w roku
1999 uzyskuje prawo do obywatelstwa USA. 14 września 2003 obejmuje parafię
w Pompane Beach na Florydzie, gdzie pełni posługę proboszcza przez następne
cztery lata do jesieni 2007 r. Następnie przez pół roku jest wikariuszem
w parafii św. Floriana w Detroit i 28 czerwca 2008 roku zostaje proboszczem
w polskim kościele w Calgary.
Sobota, 29 maja 2010 roku. Msza w polskim kościele. Uroczysta,
bo to przecież dwudziestopięciolecie posługi kapłańskiej naszego Proboszcza.
Ma nastąpić kazanie. Ksiądz Proboszcz próbuje je zacząć, aleÉ nie możeÉ
Przeszkadza w tym chór "Vox Populi", śpiewający z tej uroczystej okazji.
Wreszcie gdy już się wydaje, że Proboszcz rozpocznie homilię, pojawia się
ksiądz Piotr, niespodziewany gość prosto z Polski. Gestem prosi, by Proboszcz
zajął miejsce na krześle przy ołtarzu i sam wygłasza piękne kazanie o posłudze
duszpasterskiej. Nadchodzi moment przyniesienia Darów. Mszę prowadzi Proboszcz,
podchodzi więc, by te Dary przyjąć. Nie widzi niosących. Zasłaniają ich
Rycerze Kolumba w uroczystych strojach, w kapeluszach z piórami. Rośnie
dziwne napięcieÉ Nagle rycerze rozstępują się. Ksiądz Proboszcz cofa się
jak uderzony, patrzy, nie wierzy. Chór nie śpiewa. Płacze! Płaczą ludzie
wypełniający kościół. Przed Proboszczem jubilatem stoi z Darami jego od
lat niewidziana, mieszkająca w Polsce rodzona siostra z mężem. To był szok.
Siostra, bojąca się lotów samolotem, nigdy przedtem nie wybierała się z
wizytą na inny kontynent. Tym razem pokonała strach. Przyleciała do brata
na jego uroczystość i to był najwspanialszy prezent.
Po mszy, uroczysta kolacja w sali parafialnej. Tłumy gości. W
niedużej sali 160 osób. Pięknie przystrojone stoły, doskonałe jedzenie,
przemówienia, prezenty, życzenia. Występ zespołu "Polanie", prawdziwie
profesjonalnego zespołu występującego na wielu kanadyjskich i międzynarodowych
scenach. By uczcić ten wieczór, członkowie zespołu roznoszą dania z kuchni
dla wszystkich gości. Uśmiechnięci, weseli, piękni w swoich ludowych polskich
strojach. Solistka chóru "Vox Populi", Marzena Kulaga, śpiewa pieśń specjalnie
dla Proboszcza. Na zakończenie wszyscy goście śpiewają pieśń ze słowami
specjalnie dla niego:
"Powołane serce, przemieniona dłoń / Duch święty poświęcił, umiłował
On / Tęcza Twoich marzeń w Twym ornacie lśni / On Cię wciąż miłuje.
Jemu służysz Ty".
Jest jeszcze jeden gość z Polski. Specjalnie na ten jubileusz
przyjechał razem z księdzem Piotrem poseł na Sejm RP Andrzej Jaworski.
Proboszcz siedzi przy stole razem z siostrą, ciągle trochę zszokowany,
nie spodziewał się takiego przebiegu uroczystości w tym dniu. Jest szczęśliwy.
Wszystkiego najlepszego księże Proboszczu. Zostań z nami w Calgary
przynajmniej przez następne 25 lat. Wiesz już przecież, ile dla nas znaczysz.
Marek Mańkowski
Calgary
Kelso
Kelso Conservation Area to malowniczo usytuowany park z plażą położony
w niewielkiej odległości od Mississaugi. Z uwagi na tę "niewielką odległość"
- Kelso w każdy upalny dzień jest pełne wypoczywających tu ludzi uciekających
z rozgrzanych do czerwoności okolicznych miast i miasteczek. Choć ucieczka
na łono Natury zwykle sprowadza się do przepełnionej plaży, to warto w
tym parku nieco pozwiedzać i podelektować się urodą majestatycznie piętrzącego
się tu Uskoku Niagary.
Niagara Escarpment, skalna struktura wypiętrzona tu w niektórych
miejscach na ponad 70 metrów, jest doskonale widoczna z Kelso. Właśnie
w tym parku "przecina" ją autostrada 401, i jadąc nią, doskonale widać
jezioro u podnóża pionowej skały, której grzbiet pokrywają wysokie drzewa.
Nie trzeba mieć wybujałej wyobraźni, by porównać ten widok do indiańskiego
pióropusza.
Park Kelso ma powierzchnię niespełna czterech kilometrów kwadratowych,
przecina go rzeka Sixteen Mile Creek, którą w latach 60. ubiegłego wieku
przegrodzono tamą, a powstały w ten sposób zbiornik nazwano Kelso Lake.
W najbliższej okolicy jest jeszcze kilka podobnie powstałych jezior i zalewów,
ponieważ budowa tam i zbiorników na Sixteen Mile Creek skutecznie ujarzmiła
tę niesforną i niewinnie wyglądającą latem rzeczkę. To ona była sprawcą
corocznych wiosennych powodzi w Milton, dlatego w 1961 roku lokalna agenda
Conservation Halton wykupiła za 41 000 dolarów teren dzisiejszego parku
i za sumę 325 000 dolarów zbudowała tamę i całą infrastrukturę, którą możemy
teraz podziwiać i z niej korzystać.
W Kelso można wypożyczyć kajak lub canoe, by popływać po jeziorze.
Można tu również łowić ryby - zabronione jest tylko używanie motorowych
łodzi, by nie czynić hałasu, choć ten i tak dociera do plaży aż z dwóch
stron: od widocznej stąd autostrady oraz od pociągów, które przemykają
prawie przez środek parku. To jest cena, którą płaci Kelso, że leży tak
niedaleko od Wielkiej Aglomeracji Torontońskiej. Nikt jednak tu nie narzeka
na hałas i harmider, jeśli szukamy spokoju i odludnych zakątków, to omijajmy
Kelso w upalne dni - plaża zawsze wtedy jest pełna, zewsząd dochodzą nas
radosne krzyki bawiących się w wodzie dzieci, a łąki wokół wody zasnute
są dymem z BBQ, gdzie rodzice przygotowują w plenerze coś apetycznego dla
siebie i swych pociech. Nie da się ukryć, że park tętni swym życiem i -
a powtarzam to drugi raz - kto nie lubi zapachu pieczonej kiełbasy, niech
tu nie przyjeżdża, gdy jest ładna pogoda.
Gdy na dworze jest zimno, plaża zamiera i wtedy mogą odwiedzić
Kelso bardziej wrażliwi na uroki przyrody jej miłośnicy. Warto wybrać
się na spacer, wspinając się na grzbiet Niagara Escarpment. Na jego zboczach
ulokowany jest znany wszystkim amatorom białego szaleństwa ośrodek zimowych
sportów Glen Eden. Oczywiście, latem wszystko jest nieczynne, dlatego na
szczyt wzniesienia trzeba wdrapać się samemu, ale widok z góry jest fantastyczny.
Doskonale widać stąd też Milton - miasto, które dzierży w Kanadzie tytuł
najszybciej rozwijającej się miejscowości w naszym kraju. Populacja Milton
wzrosła między rokiem 2001 a 2006 o 72 procent! W tej chwili miasto ma
ponad 100 tysięcy mieszkańców (w 2001 roku zamieszkiwało je 31 000 ludzi)
i jak podają statystyki, ponad 80 procent nowych miltończyków osiadłych
tu po 2006 roku stanowią przedstawiciele tzw. widocznej mniejszości.
Historię tej okolicy możemy dobrze poznać, odwiedzając Halton
Region Museum, które ulokowane jest na terenie parku. Muzeum zajmuje 5-akrowy
teren po byłym gospodarstwie należącym do rodziny Alexandrów. Muzealna
ekspozycja oraz biblioteka usadowione są w byłej stodole. Jest tu również
kuźnia powstała w latach 80. XIX wieku oraz naprawdę historyczny jak na
Ontario budynek właścicieli majątku z lat 30. XIX wieku. Miłośnicy sztuki
również znajdą tu coś dla siebie, bo muzeum posiada wystawę współczesnego
malarstwa.
W Kelso odbywa się także wiele ciekawych imprez zarówno o charakterze
sportowo-rekreacyjnym, jak i kulturalnych. W niedzielę, 6 czerwca odbędą
się tam zawody "Milton Triathlon" (uwaga: z tego powodu do południa nie
będzie czynna wypożyczalnia kajaków), 12 i 13 czerwca coś dla miłośników
górskich rowerów "O-Cup Downhill", a 30 czerwca park zaprasza na rodzinną
imprezę "Outdoor Family Movie Night".
Na terenie parku znajdują się również namiotowe obozowiska, które
można wynająć. Niestety, nie są to indywidualne campsites, lecz przeznaczone
dla większych grup. Jeśli planujemy wypad pod namiot z zaprzyjaźnionymi
kilkoma rodzinami, to możemy to uczynić właśnie w Kelso. Ceny są umiarkowane,
więcej informacji pod tel.: 905-878-5011 wew. 221.
Do Kelso możemy się wybrać także ze swoim czworonogim pupilem
- w pobliżu wypożyczalni łodzi jest plaża także i dla psów. Pamiętajmy
jednak, by poza nią nasz piesek był uwiązany na smyczy nie dłuższej niż
dwa metry. Nie wchodźmy też z nim na teren publicznej plaży.
Opłata za wjazd do parku wynosi 5,50 dol. od osoby dorosłej
oraz 4 dolary od dzieci (5-14 lat). Emeryci (ponad 65 lat) płacą kwotę
4,75 dol. Niestety, nie jest to tania rozrywka dla dużej rodziny,
bo w parkach typu conservation areas opłaty pobiera się od każdej osoby
w samochodzie, a nie od auta, jak to się czyni w parkach prowincyjnych.
Dojazd do Kelso z Mississaugi zajmuje 20 minut. Drogą nr 25 dojeżdżamy
do Steeles Ave., skręcamy w nią na zachód do Tremainc Rd. i zaraz w lewo
w Kelso Rd. Dla posiadaczy GPS-ów podaję namiar: 43 st.3040 N, 79 st.5645
W.
Jerzy Rosa
Mississauga
Buta i pogarda
Druga wojna światowa była m.in. wynikiem upadku porządku międzynarodowego
zbudowanego po 1918 roku i opartego na koncepcji Ligi Narodów. Nasi dziadowie,
po traumie Wielkiej Wojny i rewolucji, usiłowali wymyślić coś, co pozwoliłoby
uniknąć następnej.
Druga wojna światowa była m.in. skutkiem powersalskiej
mentalności Niemców - poczucia osaczenia i krzywdy, połączonych z przekonaniem
o własnej rasowej wyższości i historycznym przeznaczeniu do rządzenia ludzkością.
Druga wojna była też wynikiem mistycznej wizji terytorialnej,
w której Bóg powierza Niemcom misję cywilizacyjną na wschodzie.
To straszne, że podobne ślady znaleźć można dzisiaj w izraelskim
społeczeństwie żydowskim; poczucie osaczenia zbudowane na "kulcie" antysemityzmu
(wszyscy nam zazdroszczą i chcą zaszkodzić); przekonanie o wybraniu przez
Boga do rzeczy wyższych (jak to objaśnił prywatnie pewien Żyd, "jesteśmy
nauczycielami" innych narodów). I wreszcie last but not least artykułowane
mniej lub bardziej oficjalnie roszczenia do "biblijnego terytorium Wielkiego
Izraela" rozciągającego się od Egiptu do po Iran.
W dzisiejszym świecie, gdzie polityczna poprawność każe młodym
Niemcom czy Brytyjczykom odżegnywać się od dumy narodowej, młodzi Żydzi
wychowywani są w oparach szowinizmu i dwubiegunowej optyki podziału na
"nazi" i "nasi".
Przeprowadzony na wodach międzynarodowych atak na flotyllę statków
wiozących pomoc dla Gazy odbył się z pogwałceniem najbardziej podstawowych
praw obecnego ładu. Tam, gdzie innych spotkałoby gremialne potępienie
tzw. społeczności międzynarodowej, sankcje gospodarcze i izolacja dyplomatyczna,
Izrael spotyka medialne wyciszenie sprawy.
Nie o sam tragiczny incydent tu chodzi, lecz o nastawienie syjonistów
rządzących w Izraelu oraz powszechne przeświadczenie, że Żydzi są ponad
prawem. Incydent wpisuje się w całą serię podobnych, absolutnie jednostronnych,
brutalnych kroków Izraela, przy których Tel Awiw nawet nie zadaje sobie
trudu, aby przedstawiać jakieś prawdopodobne usprawiedliwienia.
To polityka antagonizacji i radykalizacji prowadząca wprost do
wojny. Jest to zgubna idea syjonistów, że jedynie naga siła jest
w stanie zapewnić bezpieczeństwo. Wprost przeciwnie!
Oczywiście nie chodzi o to, aby Żydzi byli przymilni, lecz by
działali w ramach jednego wspólnego porządku międzynarodowego. Ten porządek
traci na znaczeniu, kiedy nagle z błogosławieństwem największego gwaranta
tego ładu, Stanów Zjednoczonych, mamy do czynienia z "równiejszym", który
nie podlega zwykłym prawom.
Jeśli popatrzymy na całość z boku i bez żadnych emocji, okaże
się, że Izrael jest państwem, które od wielu lat w nosie ma rezolucje podejmowane
przez ONZ, które prawdopodobnie nielegalnie pozyskało broń nuklearną i
nie podpisało układu o nierozprzestrzenianiu tego rodzaju broni, jednocześnie
domagając się od Iranu - sygnatariusza tegoż dokumentu i kraju poddającego
się kontrolom Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej - zaprzestania realizacji
pokojowego programu nuklearnego.
Do tego wszystkiego dochodzi polityka wobec Palestyńczyków -
blokada Gazy (cokolwiek by mówić) podobna do stosowanej przez Niemców w
warszawskim getcie, otoczenie palestyńskich terytoriów murem, oficjalna
polityka apartheidu.
Piszę to wszystko nie dlatego, że szczególnie lubię Arabów, muzułmanów,
czy też uważam Żydów jako takich, za złych, piszę o tym, ponieważ mierzi
mnie i napawa bezsilną wściekłością stosowanie podwójnych standardów i
powszechna na Zachodzie zmowa milczenia wokół żydowskich zbrodni.
Wyrosłem z narodu, który w swojej historii kilkakrotnie doświadczał
buty i arogancji okupantów, który wiele razy poległ w starciu z mocarstwami.
Dlatego instynktownie staję po stronie słabszych i niesłusznie bitych.
Obecna polityka Izraela popycha nas wszystkich do wojny. Ta zaś
- jak to wojna - przyniesie ze sobą same nieszczęścia. Do końca sierpnia
- jak piszą na portalu izraelskim Debka - u brzegów Iranu powinno znaleźć
się od 4 do 5 amerykańskich lotniskowców.
Napad na statki z pomocą dla Gazy na wodach międzynarodowych
zniszczył też dyplomatyczną koncepcję wykorzystania Turcji w charakterze
pomostu między Zachodem a światem muzułmańskim. Pomostu między Izraelem
a Arabami. We wtorek premier Turcji uznał to, czego dopuścili się izraelscy
komandosi, za państwowy terroryzm.
Być może była to żydowska riposta na zabiegi Ankary zmierzające
do rozwiązania kryzysu irańskiego i plan transferu materiałów rozszczepialnych
produkowanych przez irańską elektrownię atomową.
***
Na pokładzie jednego ze statków flotylli była dziennikarka Ewa
Jasiewicz. Rodzina p. Ewy mieszka w Toronto... Szczęśliwie Ewa Jasiewicz
przeżyła.
***
Wszyscy jesteśmy równi przed Bogiem, Żyd, Niemiec, Polak czy
Palestyńczyk. Polityka pogardy zawsze ściąga nieszczęścia na tych, którzy
ją prowadzą, i na tych, którzy przymykają na nią oczy.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 21/2010
W objęciach carycy Władymiry
Ponieważ wody potopu, jakie nawiedziły Polskę za sprawą zderzenia się
mas ciepłego powietrza, napływającego nad Polskę znad francuskiego kieszonkowego
imperium, czyli Unii Śródziemnomorskiej, z chłodnym powietrzem napływającym
znad Imperium Rosyjskiego, właśnie zaczęły powoli opadać, niezależne media
powracają do wyjaśniania przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu pod
Smoleńskiem. Tak się bowiem szczęśliwie złożyło, że Rosjanie podali polskim
niezależnym prokuratorom do wierzenia wersję znaną od samego początku,
a może nawet jeszcze przed katastrofą, że jej przyczyną powinien być błąd
pilota, albo nie tylko pilota, ale również osób, których głosy Rosjanie
usłyszeli podczas szczegółowego odsłuchiwania zapisów w czarnych skrzynkach.
Okazało się mianowicie, że w kabinie pilotów musiał panować straszny
tłok, a kto wie, czy samolotu własnoręcznie nie prowadził nawet sam generał
Błasik. Na razie głosy nie wskazują na obecność w kokpicie prezydenta Kaczyńskiego,
chociaż wszystko jeszcze przed nami i kto wie, co jeszcze uda się usłyszeć
z czarnych skrzynek.
Ciekawe, czy można na przykład wgrać na nie dodatkowe nagrania,
które przecież mogłyby pierwotną wersję przyczyn katastrofy znakomicie
uwiarygodnić. Jeśli można, to nie należy takiej możliwości zaniedbywać,
bo im lepiej oficjalna wersja zostanie udokumentowana, tym lepsze podstawy
będzie miał premier Tusk do obdarzania strony rosyjskiej pełnym zaufaniem,
no a my wszyscy - zgodnie z oczekiwaniami Stronnictwa Ruskiego, które właśnie
wypączkowało ze Stronnictwa Pruskiego - powody do wdzięczności.
I kiedy tak niezależne media posłusznie zachodzą w głowę, któż
jeszcze mógł wtargnąć do kabiny pilotów, mało kto ma już głowę do zastanawiania
się nad przyczyną, dla której wszyscy obecni w kokpicie sprawiali wrażenie,
jakby myśleli, że lotnisko jest gdzie indziej i bliżej. Tego pewnie już
nigdy się nie dowiemy, bo pracownik wieży kontrolnej, który z prezydenckim
samolotem się kontaktował, natychmiast po katastrofie przeszedł na zasłużoną
emeryturę i podobnież nie ma z nim kontaktu. Nie ma kontaktu! Esperons,
że nie dostał "ćwiary bez prawa korespondencji", co za czasów Ojca Narodów
oznaczało w Rosji transfer do lepszego świata - no ale ten brak kontaktu
w kraju, gdzie nawet włosy na głowie każdego obywatela są policzone, również
i dzisiaj skłania do głębokiej zadumy.
W tej sytuacji, jeśli takie będzie społeczne zamówienie, nie
można wykluczyć, iż końcowy komunikat obwieści nam, że obawiając się sądu
zagniewanego ludu, prezydent Lech Kaczyński popełnił samobójstwo, celowo
kamuflując je pod postacią lotniczej katastrofy, by dodatkowo rzucić cień
na prastarą ziemię smoleńską.
Zresztą nie czekając na końcowe orzeczenie komisji, prawdę tę
spenetrował od razu przywódca Partii Nacjonal-Bolszewickiej, pan
Aleksander Dugin, który bez zdziwienia skwitował fakt, że na widok takiej
zuchwałości prastara ziemia smoleńska uniosła się gniewem tak bardzo, że
aż wyszła naprzeciw prezydenckiemu samolotowi, no i stało się, co się w
tych okolicznościach stać musiało.
Żeby jednak wszystkie wersje, stopniowo uzupełnianie i poprawiane,
zostały przyjęte powszechnie i bez zastrzeżeń, starsi i mądrzejsi przypomnieli
sobie wskazówkę Ojca Narodów, że "kadry decydują o wszystkim", w związku
z czym zaktywizował się aktyw oraz związki zawodowe w państwowej telewizji.
Prywatne, te założone przez razwiedkę, już od dawna ustawione są kadrowo
w jak najlepszym porządku i jeśli przychodzi tam do przesłuchania jakiegoś
delikwenta z opozycji, to nawet bez stosowania niedozwolonych metod śledczych,
każdy śpiewa z właściwego klucza. Gorzej w mediach państwowych, to znaczy
- w radiu i telewizji, które jeszcze trwają w sprośnych błędach Niebu obrzydłych
i nie tylko jątrzą i dzielą, ale w dodatku zasiewają różne wątpliwości,
podkopujące jedność moralno-polityczną narodu.
Na szczęście są jeszcze zdrowe siły zdolne położyć temu kres,
bo kadry poszły w ruch. Kierownictwo tygodnika "Wprost" objął redaktor
Lis, a z radiowej trójki właśnie wyleciał ze stanowiska dyrektora
pan Jacek Sobala, który objął je po pani Magdalenie Jethon, będącej prawdziwą
duszeńką niezależnych mediów. Podobno wziął udział w imprezie, którą autorytety
moralne uznały za wiec wyborczy Jarosława Kaczyńskiego, no a za takową
psotę - wiadomo: tylko dymisja. Gdyby tak dla symetrii wziął udział w wiecu
ku czci "drogiego Bronisława", czyli pana marszałka Komorowskiego, może
by jeszcze się uratował, a tak, to "trup baronowo, grób baronowo, plajta,
klapa, kryzys, krach!".
Ale jedna jaskółka nie czyni wiosny ludów, toteż w telewizji
zmobilizowane zostały związku zawodowe, które postawiły sprawę na gruncie
godnościowym. Trzeba powiedzieć, że tym razem koordynacja była dobra, bo
jednocześnie w Senacie znany z karności marszałek Borusewicz zarządził
głosowanie nad sprawozdaniem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Gdyby
Senat sprawozdanie to odrzucił, podobnie jak odrzuciłby je Sejm, to nikt
nie ma najmniejszych wątpliwości, że odrzuciłby je również pełniący obowiązki
prezydent pan marszałek Bronisław Komorowski i w ten sposób Krajowa Rada
przestałaby istnieć, dzięki czemu państwowa telewizja ległaby przed razwiedką
z rozłożonymi nogami. Oczywiście przed rozpoczęciem kohabitacji przeszłaby
intensywną kurację przeczyszczającą ją z różnych redaktorów Janów Pospieszalskich
czy Ew Stankiewicz, którzy ośmielili się nakręcić film "Solidarni 2010",
przedstawiający żałobę po ofiarach katastrofy pod Smoleńskiem w sposób
całkowicie odmienny od zatwierdzonego, "jątrząc" i "dzieląc" "Polaków"
w momencie, kiedy ci nade wszystko pragnęli "być razem" - jak kazała pani
red. Justyna Pochanke z TVN i znany na całym świecie z żarliwego obiektywizmu
red. Tomasz Lis. Wprawdzie na skutek perfidnej obstrukcji senatorów PiS,
którzy kilkakrotnie zrywali marszałkowi Borusewiczowi quorum ("całe się
zbiegło quorum; doctorum, redactorum...") Senat nie przegłosował nawet
porządku dziennego, ale po innej linii rozkazy dotarły już gdzie trzeba
i pan Roman Gutek, zajmujący się dystrybucją "kina niezależnego", wycofał
się z dystrybucji filmu "Solidarni 2010". Najwyraźniej mobilizacja na potrzeby
kampanii prezydenckiej nie uznaje żadnych wyjątków.
A przecież na mediach - chociaż to w nich wytwarza się opium
dla ludu - świat się nie kończy, toteż pełniący obowiązki prezydent marszałek
Bronisław Komorowski właśnie wysunął kandydaturę prof. Marka Belki na prezesa
Narodowego Banku Polskiego. Premier Tusk nie może się go za to nachwalić,
podobnie jak prof. Grzegorz Kołodko. Jużci - prof. Marek Belka składa się
z niezliczonej ilości zalet, a wśród jego niebagatelnych dokonań było również
piastowanie stanowiska premiera rządu, do którego nie przyznawało się żadne
ugrupowanie parlamentarne, a który aż do końca kadencji rządził sobie jak
gdyby nigdy nic. Rzuca to snop światła na prawdziwe umocowanie rządów w
Polsce, zwłaszcza że prof. Marek Belka został zarejestrowany - oczywiście
"bez swojej wiedzy i zgody" - w charakterze zaufanego razwiedki aż pod
dwoma pseudonimami: "Nawal" i "Belch". Na poprzednim etapie nawet sam Donald
Tusk w 2005 roku zwracał w związku z tym uwagę na "niejasną postawę" prof.
Belki w wyjaśnianiu swojej przeszłości - ale teraz etap się zmienił, wszystko
jest jasne i prof. Marek Belka jest naszą najukochańszą duszeńką. Najwyraźniej
razwiedka porzuciła już pozory i pełniącym obowiązki prezydentem panem
marszałkiem Komorowskim steruje już ręcznie, co budzi sprzeciw nawet w
rozumiejącym wszystko wicepremierze Waldemarze Pawlaku.
Czyż można w związku z tym dziwić się opinii przedstawionej niedawno
przez panią minister Ewę Kopacz, że premier Tusk nigdy nie podnosi głosu,
bo wystarczy samo spojrzenie. Rzeczywiście - ostatnio pan premier Tusk
spogląda na świat coraz straszniejszym, można powiedzieć - bazyliszkowym
wzrokiem. Powiadają nawet, że siłą tego spojrzenia powstrzymał wody potopu,
pewnie na tej samej zasadzie, na jakiej wzrok Meduzy zamieniał człowieka
w kamień. Ciekawe, od czego mu się to zrobiło, bo wiele wskazuje na to,
że te objawy wystąpiły u niego od momentu, gdy pod Smoleńskiem premier
Włodzimierz Putin schwycił go w swoje objęcia.
Ciekawe, że przewidział to Janusz Szpotański, pisząc jak to "de
Gaulle, sklerotik i starik" po pocałunkach carycy Leonidy "formalno popał
w trans, on przestał bredzić o belle France i tolko skuczał u mych stóp:
Ach Leonide, ty mienia lub, dla ciebie cały Zapad broszę, tylko mnie jeszcze
całuj, proszę!". Najwyraźniej caryca Władymira całuje jeszcze lepiej niż
Almanzor.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Izabela Embalo
"Goście"
Wiele oburzonych osób telefonuje do nas, kiedy ktoś z bliskich czy
znajomych zostanie zatrzymany na granicy, ewentualnie zawrócony najbliższym
samolotem. Oczywiście nie ma się co dziwić, każdy życzy sobie, by zapraszana
w gości do Kanady osoba była mile potraktowana i by zezwolono na przekroczenie
granicy. Jakie są realia? Należy sobie uświadomić, że władze Kanady nie
mają obowiązku akceptowania wszystkich osób - "gości", które chcą Kanadę
odwiedzić. Zresztą nie tylko Kanada, praktycznie każdy inny kraj ma prawo
decydowania o tym, kto może na ich teren przybyć i jak długo może pozostać.
Państwo także nie mają obowiązku wpuścić do domu każdego, kto zapuka do
Waszych drzwi. Na co zwracają zatem uwagę urzędnicy pilnujący kanadyjskiej
granicy? Ogólnie, na bezpieczeństwo swoich rezydentów i obywateli oraz
na to, czy osoba opuści w wyznaczonym terminie Kanadę, a stanowi o tym
reguła prawna określona w sekcji 20 kanadyjskiego prawa imigracyjnego (IRPA).
A zatem można stanąć na kanadyjskiej granicy (myślę o obywatelach
polskich, którzy nie muszą posiadać wizy wjazdowej), ale nie gwarantuje
to przekroczenia granicy. Jeśli zaistnieje sytuacja przesłuchania turysty
na granicy, urzędnik musi być usatysfakcjonowany, że osoba nie zagości
zbyt długo... Jak zatem przekonać, że nasz "gość" turysta powróci w terminie?
W zależności od urzędnika, turysta może być zapytany o to, jaka jest
jego sytuacja w kraju pochodzenia (studia, zatrudnienie), ile posiada funduszy,
do kogo przylatuje i w jakim celu. Wiadomo, że ci bogatsi mają łatwiej,
także studenci i osoby z dobrym zatrudnieniem. W takiej sytuacji mniejsze
jest bowiem podejrzenie, że osoba ma powody pozostania czy nielegalnej
pracy w Kanadzie. Proszę także mieć na uwadze, że władze kanadyjskie mają
prawo dokładnie sprawdzić, to co turysta ma przy sobie - komputery, komórki,
nawet portfele... Dlatego zalecamy, by przekroczenie granicy traktować
poważnie. Najczęściej sytuacji przykrych unikają osoby na taką
rozmowę przygotowane. Nie zawsze jest obecny polski tłumacz, więc znajomość
języków pomaga.
A jeśli nasz polski turysta ma się czym "pochwalić", zalecamy,
by przygotować odpowiednią, potwierdzającą dokumentację, na przykład
wyciąg z konta bankowego, list z pracy potwierdzający urlop w terminie
ważności biletu powrotnego etc. Czasami turyści pytani są o posiadanie
kart kredytowych oraz wykupioną polisę ubezpieczenia medycznego.
Do tematu jeszcze powrócę, ponieważ uważam, że wielu przykrych
sytuacji mogą nasi rodacy uniknąć. Brak informacji, złe podejście do sprawy,
kończą się w bardzo nieprzyjemny sposób i utratą zainwestowanych w podróż
funduszy. Jeśli mają Państwo pytania odnośnie do powyższego artykułu, także
do mnie czy do mecenasa Johna Koziny, prosimy o kontakt telefoniczny: 416-820-9576,
416-515-2022.
Zapraszam do odwiedzenia naszej informacyjnej strony internetowej,
gdzie zamieściliśmy inne przydatne informacje:
www.emigracjakanada.net
Izabela Embalo
KANCELARIA ADWOKACKA
JOHNA WALTERA KOZINA LAW OFFICE
tel. 416 515 2022
e-mail: Emiz@live.ca
1 Yonge Street, Suite 1801
M5E 1W7 Toronto Ontario
www.emigracjakanada.net
Monika J. Curyk
Rozwody, separacje i co z nich wynika
Alimentacja współmałżonka to jedno ze znaczniejszych zobowiązań towarzyszących
rozpadowi związku, zarówno małżeńskiego jak i nieformalnego. Towarzyszy
mu wiele niejasności, nieporozumień, a nawet mitów.
Historycznie rzecz biorąc, alimentowanie współmałżonka, a w zasadzie
alimentowanie żony, gdyż na początku swojego istnienia koncepcja ta była
zdecydowanie jednokierunkowa i zakorzeniona w koncepcji małżeństwa, u źródeł
której leżało zobowiązanie męża do utrzymywania swojej żony na poziomie
życiowym określonym przez pozycję społeczną danej pary. Jeżeli małżeństwo
rozpadło się z winy męża, to jego zobowiązanie finansowe nie wygasało tylko
dlatego, że w taki czy inny sposób rozbił swoje małżeństwo i "niewinnej"
żonie należała się "pensja na życie".
Biorąc pod uwagę zmiany, jakie nastąpiły od tamtych czasów, taki
model alimentacji nie ma miejsca w nowoczesnym świecie, w którym rozwody
udzielane są bez orzekania winy, majątek pary dzieli się na pół i większość
kobiet pracuje.
Przez krótki czas (mniej więcej od 1987 do 1992 roku), sądy kanadyjskie
wierzyły, że osiągnięte zostało pełne równouprawnienie kobiet i alimentacja
nie jest już potrzebna albo potrzebna jest w bardzo ograniczonym wymiarze.
Obowiązywała filozofia "clean break", która zakładała możliwość szybkiego
rozstania pary bez znacznych zobowiązań finansowych. Skutkiem filozofii
"clean break" alimentacja współmałżonka (a w zasadzie należałoby otwarcie
powiedzieć, że współmałżonki), jeżeli w ogóle miała miejsce, to była krótkotrwała
i niewysoka.
Na początku lat dziewięćdziesiątych ustawodawcy i sędziowie zauważyli,
że pomimo olbrzymich zmian w sytuacji ekonomicznej kobiet, daleko jeszcze
do prawdziwej równości w tym względzie. Statystycznie rzecz biorąc, zarobki
kobiet były (i są nadal) niższe niż mężczyzn i kobiety z reguły przejmują
na siebie większość obowiązków związanych z opieką nad dziećmi, co ma olbrzymi
wpływ na ich życie zawodowe.
Sądy uznały, że alimentacja ma za zadanie kompensowanie tych
różnic. Wysokość przyznawanych alimentów znacznie wzrosła, a okres, na
który je przyznawano, wydłużył się. W przypadku wieloletnich związków małżeńskich
alimentacja trwająca do końca życia nie jest niczym niezwykłym.
Mało tego, w późnych latach dziewięćdziesiątych sądy uznały,
że sam fakt, iż jedno z małżonków potrzebuje pomocy finansowej, na przykład
ze względu na chorobę, jest wystarczającym powodem do przyznania alimentów.
Obecnie alimentowanie współmałżonka to jedno z bardziej znaczących
zobowiązań powstałych po rozpadzie stałych związków, zarówno małżeńskich
jak i nieformalnych. Istniejące prawo stanowi, że przy ustalaniu
wysokości płaconych alimentów i długości trwania zobowiązania alimentacyjnego,
sądy powinny brać pod uwagę następujące czynniki:
1. Czas, przez jaki małżonkowie lub partnerzy zamieszkiwali razem
(liczy się również czas wspólnego zamieszkania przed ślubem i czas mieszkania
razem w związku nieformalnym);
2. Role, jakie spełniali małżonkowie w czasie trwania związku;
3. Umowy zawarte przez małżonków odnośnie do alimentacji lub
wydane decyzje sądowe.
Z ustawowego punktu widzenia alimentacja ma na celu:
1. Identyfikację i wyrównanie ekonomicznych konsekwencji związku
i jego rozpadu. Jeżeli w związku jedna osoba pełniła funkcje pomocniczą,
aby umożliwić drugiej robienie kariery lub rozwijanie biznesu, to osoba
ta musi uzyskać kompensatę za swój wysiłek, w postaci udziału w przyszłych
zarobkach ekonomicznie silniejszego partnera.
2. Skompensowanie ekonomicznych konsekwencji wypływających z
opieki nad dziećmi. Matka, która nie pracowała albo pracowała mniej, aby
zająć się dziećmi, ma prawo być za to wynagrodzona.
3. Niesienie ulgi w trudnej sytuacji spowodowanej rozpadem związku.
Zakłada się, że jest drastycznie niesprawiedliwe, aby stopy życiowe rozwiedzionych
małżonków znacznie się różniły.
4. W miarę możliwości zachęcanie małżonków do osiągnięcia niezależności
finansowej. Od "słabszego ekonomicznie" małżonka oczekuje się, że znajdzie
zatrudnienie, ale sądy nie mają trudności z uznaniem, że w wielu sytuacjach
może się to nigdy nie zdarzyć. Na przykład, jakie są szanse, że żona, która
nie pracowała przez 35 lat małżeństwa i która rozstała się z mężem
w wieku lat 60, znajdzie dobrą pracę.
Dla jasności warto wspomnieć, że ani akty prawne, ani decyzje
sądowe nie stwierdzają, że alimenty z definicji płacone są żonie. Istnieją
przypadki, w których sąd uznał, że to żona ma płacić mężowi alimenty.
Nie ma ich za wiele.
Przez wiele lat ustalanie wysokości alimentów i tego, jak długo
mają być płacone, zależało w dużej mierze od sędziego podejmującego decyzję.
Jako wytycznych używano budżetów obu małżonków i założenia, że ich standardy
życia po rozpadzie związku nie powinny się bardzo różnić od siebie, powinny
w miarę możliwości odzwierciedlać standard życia przed rozstaniem, jednocześnie
biorąc pod uwagę, że gdy za ten sam dochód utrzymuje się dwa domy zamiast
jednego, to standard życia obu domów z konieczności się obniża. Prawnicy
narzekali na problemy z udzielaniem konkretnych rad swoim klientom, wobec
czego wiele osób, którym należały się alimenty, nie występowało o nie ze
względu na niepewność i niedoinformowanie.
W odpowiedzi na te dylematy, w 2005 roku wprowadzono Spousal
Support Advisory Guidelines (SSAG), których celem jest uproszczenie kwestii
alimentacji współmałżonka.
Słowo "advisory" ma na celu zaznaczenie, że przestrzeganie SSAG
nie jest nakazane prawem i służą one głównie niesieniu pomocy w ustalaniu
zakresu wysokości alimentów i czasu ich płacenia. Pomimo swojego niewiążącego
charakteru, Guidelines zostały zaakceptowane przez sądy jako obowiązujące
i sytuacje, w których się ich nie stosuje, są bardzo nieliczne.
Swój następny artykuł poświęcę w całości analizie Spousal Support
Advisory Guidelines i przedstawieniu przykładów ich działania.
Monika J. Curyk - Mississauga
Nie tylko plaże
Plaże w Ontario, to zwykle kąpieliska nad olbrzymimi jeziorami, których
Natura nie poskąpiła naszej prowincji. Można wybrać się na nie już teraz,
na przełomie maja i czerwca, bo upały zapowiadają się na ten weekend wyjątkowe,
ale woda jest jeszcze chłodna i nie warto ryzykować przeziębienia. Warto
jednak poznać już teraz te zakątki, bo często oferują one różne formy odpoczynku
- nie tylko leżenie na piasku czy pluskanie się w wodzie.
Charleston Lake Provincial Park
W tym parku nie sposób się nudzić. Choć posiada dwie plaże, to
poważną konkurencją dla nich są wędrowne trasy zarówno wodne, jak i lądowe.
Dobrze więc jest, jadąc do Charleston Lake Provincial Park, zabrać nie
tylko kąpielowy strój, ale też parę wygodnych butów oraz canoe. Łódkę warto
posiadać własną, bo lokalna wypożyczalnia nie nadąża z zaspokojeniem potrzeb
- tyle jest chętnych!
Park, choć oddalony do naszej aglomeracji o ponad 300 km, jest
chętnie odwiedzany przez jej mieszkańców, a to z powodu prostej i łatwej
drogi - wystarczy wjechać na autostradę 401 i jechać nią na wschód, by
po czterech godzinach jazdy mijać parkową bramę.
Park o powierzchni 2353 hektarów leży po zachodniej stronie jeziora
Charleston. Na jednym z półwyspów ulokowane są trzy obozowiska dla namiotów
i kempingowych przyczep - w sumie jest ich tutaj 248. Niestety, nie
wszystkie wabią przestronnością i urodą, ale wiele jest ładnie położonych
i zapewnia większą od innych campsites dyskrecję. Najdalej od jeziora
leży obozowisko Meadowlands - pozostałe dwa: Bayside i Shady Ridge - ulokowane
są nad samym brzegiem Charleston Lake.
Jak już wspomniałem, w parku są dwie plaże; bardziej urokliwa
jest ta położona przy Shady Ridge Campground. Jest tu też mniej ludzi,
bowiem pierwsza plaża przy Bayside pełni także rolę miejsca wypoczynku
dla gości przybywających do parku na jednodniowy piknik.
Nie tylko plaże powinny być miejscem naszej eksploracji tego
parku. Znajduje się tu parę pieszych szlaków, które warto zaliczyć ze względu
na ich urok. Tollow Rock Bay Trail, choć jest najdłuższa (11 kilometrów),
to także najbardziej przeze mnie polecana. Na jej pokonanie potrzeba 4
godzin, ponieważ miejscami prowadzi przez trudny teren.
Oprócz trasy Tollow Rock Bay na terenie parku znajdują się jeszcze
trzy krótsze: 1,5-kilometrowa Beach Woods Trail, 2-kilometrowa Hemlock
Ridge Trail i najpiękniejsza z całej trójki 3,3-kilometrowa Sandstone Island
Trail. Tu naocznie spotkamy się z prehistorią, bowiem zobaczymy miejsce,
gdzie morze w erze paleozoicznej wyrzeźbiło w skale tajemnicze jaskinie.
Absolutnie konieczne jest zwiedzanie parku także od wody. Piękna
trasa canoe wiedzie wzdłuż zachodniego wybrzeża parku do Slim Bay Bridge,
gdzie wpłyniemy na wewnętrzny akwen należący do parku. Nie ma tu żadnych
motorowych łodzi - jest za to urzekająca cisza i wspaniałe widoki.
W parku Charleston można wynająć sobie campsites w interiorze.
Dotrzeć do niego można tylko wodną drogą, do czego może się nam przydać
nasze canoe.
Dojazd do parku z Toronto: autostradą nr 401 na wschód, mijamy
Kingston i za Gananoque skręcamy w drogę nr 3 na północ.
The Pinery Provincial Park
Podobnej wielkości co Charleston Lake Provincial Park, Pinery
jest jednak różny pod każdym innym względem. Nie ma tu skał, ciemnych lasów
i przepastnie głębokich jezior - króluje słońce i piasek. Położony nad
jeziorem Huron oferuje bowiem cudowne plaże i najładniejsze zachody słońca
w całej prowincji!
Park swą nazwę zawdzięcza sosnowym uprawom, które założono na
jego terenie w latach 60. ubiegłego wieku. Posadzono aż trzy miliony tych
drzew, zmieniając całkowicie ekosystem. Dopiero w 1980 roku zauważono,
że taka monokultura zagraża istniejącej tu unikatowej dębowej sawannie.
Rozpoczęto rekultywację i wycinkę nadmiaru drzew, co w efekcie doprowadziło
do odtworzenia się sawanny. Oak savanna stanowi granicę przejściową między
dębowym lasem a porosłymi trawą obszarami. Na całym świecie zniszczono
ją prawie całkowicie, a połowa z zachowanych obszarów dębowej sawanny znajduje
się właśnie na terenie Pinery.
Leżący nad jeziorem Huron park ma długą 10-kilometrową plażę,
która do złudzenia przypomina wybrzeże Bałtyku; jezioro jest prawie zawsze
rozfalowane i zgrzywione, a piaszczyste wydmy i posadzone wokół nich sosny
tylko to wrażenie pogłębiają. Park jest rozległy (2532 ha); na jego terenie
znajduje się 1000 miejsc kempingowych, tworzących trzy obozy: Burley, Dunes
i Riverside Campgrounds. Dwa pierwsze ulokowane są nad brzegiem jeziora
- blisko stąd do plaży, do której idzie się drewnianymi pomostami przerzuconymi
nad wydmami. Pole namiotowe Riverside oddalone jest od jeziora o kilka
kilometrów i znajduje się nad starym korytem rzeki Ausable. Jeśli zamierzamy
łowić ryby i pływać canoe, to zaklepmy sobie miejsce pod namiot właśnie
w tym obozowisku. W obrębie parku znajduje się
wiele wędrownych szlaków i 14-kilometrowa rowerowa trasa. Droga jest wyasfaltowana,
więc nadaje się też do jeżdżenia na rolkach. Na miejscu jest wypożyczalnia
rowerów i sprzętu pływającego.
Dojazd z Toronto zajmuje trzy godziny: autostradą 401 do London,
tam autostradą 402 i drogą nr 81 do Grand Bend. Z Grand Bend skręcamy na
południe w drogę nr 21.
Sandbanks Provincial Park
Jeśli mowa jest o plażach w naszej prowincji, to koniecznie trzeba
wspomnieć o niezwykłym miejscu, jakim jest Sandbanks Provincial Park. To
raj dla amatorów płytkiej ciepłej wody i gorącego, plażowego piasku. I
choć plaże stanowią w tym parku główną atrakcję, to bez trudu znajdziemy
jeszcze kilka innych. Można tutaj łowić ryby, puszczać latawce, nurkować
w zasypywanej przez ruchome wydmy głębokiej zatoce, jak również wędrować
po klifowym brzegu w poszukiwaniu prehistorycznych śladów życia odciśniętych
w skale.
Rozległe plaże określane jako Sandbanks, powstały z tej samej
przyczyny, co odległy o kilkadziesiąt kilometrów półwysep Presqu'ille.
Wiejące stale z zachodu wiatry oraz istniejące w jeziorze podwodne prądy
podmywają strome brzegi w okolicach Scarborough i Darlington i niosą setki
ton piasku na wschód, gdzie na wysokości Brighton część osadza się, poszerzając
corocznie o kilka metrów półwysep. Jeszcze przed paru wiekami, Presqu'ille
była wapienną wysepką oddaloną o parę kilometrów od stałego lądu, teraz
jednak naniesione przez prądy kamienie i piach połączyły ten skrawek ziemi,
tworząc głęboko wrzynający się w wody jeziora półwysep, na którym utworzono
jeden z piękniejszych parków prowincyjnych.
Przesuwające się po dnie jeziora masy piachu wędrują dalej i
przez trzynaście tysięcy lat, czyli od ustąpienia ostatniego lodowca z
południowego Ontario, utworzyły w okolicach Trenton i Belleville cały system
wysepek, który z czasem zamienił się w to, co nazwane jest teraz Prince
Edward County. W zachodniej części hrabstwa piach spiętrzony przez wiatr
urodził ruchome wydmy oraz największe na świecie słodkowodne plaże.
Niebanalna uroda parku powoduje, że w sezonie praktycznie niemożliwe
jest tu rozbicie namiotu bez wcześniejszej rezerwacji. Ponieważ jednak
wspomniane plaże położone są niezbyt daleko od Toronto, można wybrać się
tu na jednodniową wycieczkę.
Dojazd do Sandbanks zajmuje 2,5 godziny; do Belleville autostradą
401, później na południe drogą nr 62 do County Road 12.
Wasaga Beach Provincial Park
Z wszystkich dzisiaj przedstawianych parków Wasaga Beach jest
najbardziej "plażowa". W rzeczywistości jest to letniskowa miejscowość
położona nad Nottawasaga Bay, której część leżącą nad samą wodą stanowi
prowincyjny park.
14-kilometrowa plaża przyciąga w porze letniej tysiące spragnionych
udanego odpoczynku Ontaryjczyków. Wybrzeże, w zależności od poziomu wód
w jeziorze Huron, corocznie zmienia swą szerokość i są lata, że plaża
w Wasaga Beach walczy o palmę pierwszeństwa z opisywaną wcześniej plażą
w Sandbanks! Dogodny dojazd, parkingi i stoły poustawiane na piaszczystym
wybrzeżu zapraszają do urządzenia tutaj pikniku i poużywania sobie w nagrzanej
wodzie.
Park czynny jest przez cały rok, należy do grupy parków dziennych
- więc nie ma w nim żadnej możliwości spędzenia nocy. Jednak dla
chcących przedłużyć sobie pobyt w tym niezwykle uroczym miejscu,
zbudowano w okolicy wiele moteli, hoteli i cottage'ów.
Dojazd do parku drogą 26 lub 92 zajmuje z Toronto około 1,5 godziny
jazdy samochodem.
***
Pamiętajmy, że od 1 lipca wzrosną ceny za korzystanie z uroków
prowincyjnych parków, bo w życie wchodzi łączony podatek HST. Do ceny doliczać
będzie się 13-procentowy haracz (dotychczas podatek wynosił 5 procent).
Jerzy Rosa - Mississauga
Potem ludzie przyjdą sami
Jarosław Kaczyński zebrał siły i pokazał się w minioną sobotę na placu
Teatralnym, widziałem fragmenty i szczerze mówiąc, nie powaliło mnie na
kolana.
Dlaczego?
Bo:
- za dużo ogólników,
- wydawał się sztuczny.
Ludzie są z nim sercem i trzeba porwać naród do walki. Odrzucić
magików od sprzedawania proszku Persil i pijaru, za to być sobą - szczerym
Polakiem
Wygląda na to, że Jarosława "prowadzą fachowcy", a na mojego
nosa, przyszła pora na naturszczyków. Ludzie, deko dojrzeli, dosyć mają
manipulacji i reżyserii - opalonych polit-amantów w białych garniturach.
Skuteczniejsze byłoby prowadzenie kampanii prosto z mostu, jasno mówiąc,
kto wróg, kto przyjaciel, odwołując się do polskich wartości.
Tylko czy Jarosław chce tak właśnie robić, czy chce naruszyć
podwaliny systemu, w którym też przecież do tej pory jakoś funkcjonował?
Nadal czekam na porywającą wizję polskiej sanacji, nakreślenie
zrębów reformy państwa polskiego odpowiadającego aspiracjom 40-milionowego
narodu, dokładnego określenia polskiej racji stanu, stosunku do Unii Europejskiej,
do niepodległości, do polityki energetycznej czy zasobów gazu.
Czekam na konkretny program - listę celów politycznych do osiągnięcia.
Wiem, że prezydent nie rządzi, ale sytuacja jest wyjątkowa i głosowanie
na prezydenta powinno być wstępem do rozstrzygającej batalii o wizję państwa.
Sytuacja międzynarodowa zmienia się bardzo szybko, wracają stare
kierunki polityki Rosji i Niemiec, osłabione Stany Zjednoczone wycofują
się z europejskiego zaangażowania, pora na nową politykę zagraniczną. W
tej dziedzinie prezydent ma coś do powiedzenia. Przy odbudowie instytucji
państwa postawa prezydenta też byłaby bardzo pomocna.
Czekam na stworzenie ram "stronnictwa sanacji", ogólnonarodowego
ruchu odbudowy Polski, który wykrystalizowany w wyborach prezydenckich,
sięgnie później po władzę w Sejmie.
Ruch taki z założenia musiałby zniszczyć obecny salon i przeorać
warszawską elitę. Nie jest to niemożliwe, bo czasy idą burzliwe, a
projekt Unii Europejskiej trzęsie się w posadach.
Tak więc wciąż czekam na poinformowanie, jakie są zamiary kandydata
Jarosława Kaczyńskiego w kwestii Traktatu z Lizbony, jak widzi główne osie
polskich sojuszy, jaki jest jego stosunek do polityki niemieckiej, co sądzi
o polityce Kremla, czy będzie pracował na rzecz zachowania złotego jako
waluty kraju, czy przewiduje zmianę konstytucji? Jaki jest jego stosunek
do prywatyzacji proponowanej przez rząd Tusk?
Lista oczekiwań jest długa. Chciałbym po prostu pod nienagannym
garniturem dostrzec żywego, może niezbyt uczesanego i dogolonego człowieka,
który gotów jest oddać Polsce serce i umysł.
Kogoś, kto otwarcie wskazuje na projekty globalizacyjne, realizowane
wobec naszego kraju, i zacznie posługiwać się publicznie bez żadnych zahamowań
kategorią interesu państwowego.
Starym piernikom z warszawskich salonów wydaje się, że są w stanie
nadal trzymać Polaków na wodzy. W kraju mieszka już nowe pokolenie, ludzi
zdających sobie sprawę ze starych gorsetów, gotowych poprzeć polski program
polityków wyraźnych i z ikrą. Pewnie, że w takiej sytuacji druga strona
sięgnie po wielkie armaty. I tak po nie już sięga, i tak będzie na noże,
i tak Wajda straszy "wojną domową".
Straszy, bo może się okazać, iż siła obecnego układu to blef,
a za obecną "partią władzy" jest pusto. Jeśli ktoś rzuca rękawicę
z napisem "wojna domowa", trzeba mu uświadomić, że w jej przypadku zostałby
zmieciony.
Trwa walka o młodzież i dlatego stronnictwo sanacji ludziom w
młodym wieku, musi przedstawić wizję silnej Polski.
Konkretną i wykraczającą poza schemat kampanii prezydenckiej
- być może reformy monetarnej, być może głębokiej reformy sił zbrojnych,
być może znoszącą ograniczenia dla drobnej przedsiębiorczości, przy jednoczesnym
nałożeniu uczciwych ograniczeń i podatków na wielkie korporacje,
być może różnicującą przepisy gospodarcze na korzyść kapitału polskiego.
Czy Jarosław Kaczyński na to się zdobędzie? Nie wiem. W każdym
razie czasu pozostało niewiele.
Zakorzeniona w tradycji katolickiej, nowoczesna Polska, dostatecznie
uzbrojona, promująca własny polski biznes, wyzwalająca energię gospodarczą
zwykłych ludzi, zwłaszcza młodych - to marzenie, które musi znaleźć
odbicie w wyborach.
Chyba że jest już za późno, że wszystko jest przegrane i możemy
co najwyżej wystawić pośliniony palec do góry, by zobaczyć, z której strony
wieje i komu bardziej opłaca się nam nadstawić zadek.
To upiorny wybór. Zanim do niego zostaniemy zmuszeni, zawalczmy
choć jeszcze trochę o Polskę.
Jarosław Kaczyński przede wszystkim mógłby zacząć od w miarę
dokładnego wskazania obecnych zagrożeń. Na pewno nabrałby przez to wiarygodności.
I na Boga, nie róbmy z jedności bożka. Po co jedność ze zdrajcami?
Naród najpierw potrzebuje wizji, wokół której mógłby się zjednoczyć.
Potem ludzie sami przyjdą.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 20/2010
Początek ciekawych czasów?
Nieszczęścia chodzą parami, a nawet trójkami. Jeszcze nie ochłonęliśmy
po katastrofie prezydenckiego samolotu w pobliżu lotniska Siewiernoje pod
Smoleńskiem i nadal tyle wiemy o przyczynach tej katastrofy, co i przedtem,
a tu, jak grom z jasnego, a właściwie zachmurzonego nieba, runęła na Polskę
powódź.
Jeśli chodzi o katastrofę, to Rosjanie od razu, a kto wie - może
nawet na kilka dni przedtem, wiedzieli, że jej przyczyną był błąd pilota.
Jeszcze bowiem nie zostały pozbierane szczątki samolotu, jeszcze nie znaleziono,
ani tym bardziej - nie odczytano zapisów w czarnych skrzynkach, a już wiadomo
było, że samolot zachował się bez zarzutu. No bo i jakżeby inaczej, skoro
kilka miesięcy wcześniej został gruntownie wyremontowany w Samarze? Skoro
padł taki rozkaz, to wiadomo, że inaczej być nie może, bo w tej sytuacji
wszelkie podejrzenia "mogłyby zagrozić urzeczywistnieniu celów Unii Euro..."
- pardon - to był cytat z Traktatu lizbońskiego, który, rzecz prosta, ze
śledźtwem, jakie rosyjska prokuratura prowadzi w sprawie katastrofy, nie
ma nic wspólnego. Więc wszelkie podejrzenia mogłyby zagrozić sławnemu i
tak bardzo wytęsknionemu przez Stronnictwo Ruskie pojednaniu polsko-rosyjskiemu.
Z tej tęsknoty - a tęsknota - wiadomo: im większa, tym większe powoduje
onieśmielenie po stronie tęskniącego, toteż Nasi Umiłowani Przywódcy, zarówno
w osobie charyzmatycznego marszałka Bronisława Komorowskiego, który pewnie
już niedługo zostanie udelektowany tytułem "Drogiego Bronisława", jak i
energicznego premiera, laureata Nagrody im. Karola Wielkiego Donalda Tuska,
jak również marsowego właściciela "strefy zdekomunizowanej", ministra spraw
zagranicznych Radosława Sikorskiego, nawet nie ośmielili się skorzystać
z obowiązującego porozumienia, jakie Polska zawarła w 1993 roku z Rosją
w sprawie badania katastrof lotniczych. W rezultacie cała Polska, kiedy
tylko nie czyta bajek dzieciom, słucha bajek wymyślanych przez Naszych
Umiłowanych Przywódców na temat "wspólnego" śledztwa.
Ponieważ jak wiadomo, Naszych Umiłowanych Przywódców jest wielu,
a jeszcze nie nabrali oni takiej eksperiencji w bajczarstwie, jak, dajmy
na to, ruscy szachiści czy chińscy mandaryni, to poszczególne bajki niekiedy
znacznie się między sobą różnią.
Oto na przykład minister spraw wewnętrznych pan Miller kategorycznie
stwierdza, że polscy prokuratorzy uczestniczą we wszystkich czynnościach
podejmowanych przez prokuratorów rosyjskich, ale co z tego, kiedy zaraz
potem prokurator wojskowy, pułkownik wojsk lotniczych oznajmia, że właśnie
"oczekuje" na protokoły, jakie ma mu nadesłać strona rosyjska. Gdyby uczestniczył
w czynnościach śledczych razem z prokuratorami rosyjskimi, to po zakończeniu
każdej czynności musiałby wraz z prokuratorami rosyjskimi podpisywać protokół
i nie musiałby czekać, aż mu go przyślą, bo jedną kopię miałby od razu.
Miejmy jednak nadzieję, że jak śledztwo trochę jeszcze potrwa, to i bajki
będą skoordynowane znacznie lepiej, tak żeby wszystko zakończyło się wesołym
oberkiem.
Więc kiedy tak oczekujemy na końcowy komunikat komisji,
która pod przewodnictwem premiera Włodzimierza Putina przedstawi nam do
wierzenia prawdę służącą umocnieniu nierozerwalnego pojednania polsko-rosyjskiego
- na Polskę ni stąd, ni zowąd runęła powódź. Jak wiadomo - im cieplej,
tym zimniej, więc na skutek globalnego ocieplenia początek maja był wyjątkowo
chłodny. Na domiar złego, znad Morza Śródziemnego napłynęło ciepłe powietrze
z chmurami. Kiedy zderzyło się ono z mroźnymi podmuchami, jakie w ramach
podgotowki do pojednania napłynęły z Północnego Wschodu, z chmur lunęły
potoki deszczu. Akurat bawiłem wtedy na Podbeskidziu i gdybym nie wyjechał
wieczorem do Tarnowa, to już nie mógłbym opuścić Nowego Sącza. Kiedy nazajutrz
wracałem koleją z Tarnowa do Warszawy, wszystkie potoki przypominały Mekong
albo Missisipi, a woda sięgała już poziomu mostów kolejowych. Obecnie Wisła
wylała szeroko w rejonie Sandomierza, gdzie trwa dramatyczna obrona tamtejszej
huty szkła. Wylała także Odra, zalewając Brzeg i ponownie zagrażając Wrocławiowi.
Kiedy to piszę, kulminacyjna fala dociera właśnie do Warszawy i jeśli na
którymś odcinku wały zostaną przerwane, to niżej położone dzielnice, a
więc i moje Powiśle, mogą zostać podtopione, a może nawet zalane. W każdym
razie wojewoda mazowiecki dał dzisiaj do zrozumienia, że na Mazowszu wały
gdzieś muszą puścić, tylko nie wiadomo gdzie i kiedy.
Powtarza się zatem sytuacja z roku 1997, kiedy to miała miejsce
"powódź tysiąclecia". Wygląda na to, że nowe tysiąclecie właśnie zostało
zainaugurowane nową powodzią, która przybiera tak zastraszające rozmiary
przede wszystkim dlatego, że władze państwowe z tamtej powodzi nie wyciągnęły
żadnych wniosków. Dotyczy to zarówno premiera Włodzimierza Cimoszewicza,
którego tamta powódź spłukała z rządowego fotela, charyzmatycznego premiera
Jerzego Buzka, który zadbał o wprawienie w korpus Rzeczypospolitej setek
tysięcy klamek, żeby wyposzczeni działacze Solidarności i pozostałych stronnictw
patriotycznych z koalicji AWS-UW mieli się gdzie uwiesić, jako że SLD i
PSL zdążyły uprzednio wszystkie co do jednej klamki zająć. Dotyczy to także
premiera Leszka Millera, który swoją katastrofę samolotową jednak przeżył,
oraz premiera Marka Belki, do którego rządu żadne ugrupowanie parlamentarne
nie chciało się przyznawać, a który mimo to trwał sobie beztrosko w najlepsze
aż do końca kadencji. Na jego przykładzie widać wyraźnie, że polską demokracją
muszą jednak rządzić Siły Wyższe, bo jakże inaczej wytłumaczyć taki fenomen?
Dotyczy to także premiera Kazimierza Marcinkiewicza, premiera Jarosława
Kaczyńskiego oraz premiera Donalda Tuska, który udając się do powodzian,
poradził im najpierw, żeby tworzyli listy proskrypcyjne tych, którzy coś
"spieprzyli". Myślał pewnie, że wpiszą tam tylko opozycję, ale po kilku
godzinach pewnie dotarło do niego, gdzie ludzie mają te wszystkie przekomarzania,
którymi Nasi Umiłowani Przywódcy wypełniają sobie czas między kręceniem
lodów i podlizywaniem się starszym i mądrzejszym, bo sformułował na poczekaniu
strategiczną doktrynę przeciwpowodziową, że ludzie "muszą uciekać". Ano,
jak mają takich Umiłowanych Przywódców, to nie pozostaje im już nic innego.
Tylko gdzie? Gdyby Umiłowani Przywódcy byli trochę bardziej odpowiedzialni
i bardziej samodzielni względem razwiedki, to może przez te trzynaście
lat zdążyliby umocnić wały przeciwpowodziowe, żeby ucieczka nie była jedyną
powinnością obywateli płacących podatki. Na razie premier Tusk oszacował
wstępne koszty doraźnych zasiłków na pół miliarda złotych. Kiedy porównamy
to z 11 miliardami, jakie co roku Polska odprowadza do Unii Europejskiej
tytułem składki, to trochę lepiej rozumiemy, jakie potężne pieniądze są
trwonione.
A skoro już doszliśmy do pieniędzy, to tak się złożyło, że akurat
w trakcie powodzi inaugurującej trzecie tysiąclecie, tonie również złotówka.
Dzisiaj za jednego dolara amerykańskiego płacono już 3,39 złotego, a ponieważ
kryzysowi finansowemu i ekonomicznemu w strefie euro towarzyszy również
powódź w Polsce, to nie jest to z pewnością ostatnie słowo. Ta perspektywa
najwyraźniej musi niepokoić Umiłowanych Przywódców również w innych państwach
europejskich, bo właśnie po cichutku zaczęły one w szybkim tempie uzupełniać
zapasy dla obrony cywilnej, a charakter tych zapasów wskazuje na zamiar
szybkiego rozwinięcia tych oddziałów, żeby były one zdolne do stłumienia
gwałtownych rozruchów. Nadchodzą ciekawe czasy.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Jerzy Rozenek
List z Polski
Szanowna Redakcjo!
Dzień wyborów prezydenckich w Polsce zbliża się wielkimi krokami.
Jeszcze miesiąc, to dużo i mało, można przez ten czas coś wygrać lub sobie
zaszkodzić. W sondażach przewaga Komorowskiego stale maleje, doprowadza
to do furii, i o dziwo, nie tak samego kandydata, tylko jego zauszników,
szczególnie zaś tak zwany "honorowy komitet poparcia dla Komorowskiego".
Sympatycy Komorowskiego i Platformy zrozumieli, że tak pewne zwycięstwo
w wyborach prezydenckich, misternie przygotowane przez "prawybory", zaczęło
się wymykać i podniesiono głośne larum. Zmobilizowano media i różnych opiniodawców,
żeby głosić, iż nowy wizerunek Jarosława Kaczyńskiego nie jest prawdziwy.
Że to czysty marketing, że wszystko sprytnie przygotowano na rzecz wyborów
i potem będzie normalnie. Zaczęto już znowu straszyć powrotem IV RP. Jednak
to co pokazali tzw. intelektualiści z komitetu Komorowskiego, to było coś
żenującego.
W ostatnią niedzielę, w Pałacu w Łazienkach Warszawskich, zebrało
się to gremium i żal było patrzeć i słuchać, jak Władysław Bartoszewski,
skądinąd człowiek zasłużony, były więzień obozów zagłady, który prawdopodobnie
wiele przeżył, zachował się bardzo niegodnie wobec Jarosława Kaczyńskiego.
Wstyd mi było za tego człowieka, który przygarbiony, trzęsący się, acz
postukujący laską, naigrawał się z człowieka, który nie tak dawno stracił
ukochanego brata. Twierdził, że jakoby to brak własnej rodziny, czyli żony
i dzieci, miał dyskwalifikować Kaczyńskiego jako przyszłego prezydenta.
Nie tylko ja pewnie tak twierdzę, że niejednokrotnie rodzina, nie chcę
powiedzieć, że przeszkadza, ale jest czasami utrudnieniem w prowadzeniu
działalności społecznej. Mówiła niedawno o tym Pani Jakubiak z Kancelarii
Prezydenta, która ma dwie córki potrzebujące matki, a nie zawsze mogą być
razem. Bartoszewski już kiedyś wyzwał społeczeństwo od dewiantów
i bydła, oj, nie przystoi, nie przystoi! - Czas już wnuki bawić i nie w
głowie polityka, Panie Władysławie.
Następny z komitetu, Andrzej Wajda, zasłynął ostatnio tym, że
próbował skłócić polski naród listem otwartym w sprawie pochówku na Wawelu
Pary Prezydenckiej. Potem żalił się w "Polityce" nr 21 maj/2010, że "Pani
doktor, która go leczyła, na prośbę o wizytę domową powiedziała, że nie
ma czasu go zbadać, jutro też nie i niech pan znajdzie sobie innego lekarza".
No a czegóż mógł się spodziewać? Po takim liście? W tym samym numerze "Newsweek"
twierdzi, że przeżył już rządy Kaczyńskiego, który jest "demonem konfliktu".
Czy tak jest? - na pewno nie. Teraz w Niedzielnym spotkaniu nawoływał do
wojny z PiS-em, jakby Katyń mu nie wystarczył, przecież tam zginął jego
ojciec.
Następnie prześmiewca Marek Majewski, powtórzę - Marek, bo znam
wielu porządnych Majewskich, a ten ze swym szyderczym uśmieszkiem na ustach
nazwał Jarosława Kaczyńskiego "psychopatą". Trzeba mieć tupet.
W komitecie jest Daniel Olbrychski, który rozsiewa nienawiść.
Jakiż to z niego autorytet? - znany z licznych skandali, no i to pamiętne
"rozłożenie wystawy" obrazów w warszawskiej "Zachęcie", gdzie z szablą
przemyconą pod płaszczem wtargnął na wystawę i pociął kilka cennych płócien.
Wystawa była o "Nazistach" na portretach. Byli to aktorzy z filmów, m.in.
Olbrychski.
Gdy piszę te słowa, Polskę zalewa fala powodzi, pewnie ktoś tam
sobie pomyśli, że to jakiś znak, może pewien symbol naszego losu, losu
Polski, która nie potrafi niczego zrozumieć. Ta woda to może są łzy tych
ludzi, którym dzieje się krzywda i znowu nie z ich winy. Ta ich tragedia
zwraca uwagę polityków, którzy tam jadą i widzą ludzki dramat, po raz kolejny!!!
I co teraz zrobią, czy się zjednoczą, naprawią błędy, dadzą ludziom żyć
godnie? Południe Polski, bardzo zaniedbane przez państwo polskie,
biedne domki i taka tragedia, strata dorobku życia. Będą obietnice, jak
przy poprzednich powodziach. Nowe wały zabezpieczające, nowe zbiorniki
retencyjne i specjalne strefy zalewowe.
Idą wybory, może teraz nawet przełożone o dalsze trzy miesiące,
ze względu na to nieszczęście powodzi, czy w swych programach, a potem
w realizacji, znajdzie się problem powodzi? Teraz, póki co, ci wszyscy
intelektualiści mają pole do popisu, zamiast na wojnę z PISEM niech ruszą
na południe Polski, tam ludzie wołają o pomoc. Tam można powalczyć z żywiołem.
Sytuacja jest naprawdę dramatyczna. Nie sztuka stanąć przed obiektywem
kamery i się wymądrzać, ale trzeba dać świadectwo wspólnoty, że jesteśmy
jedną Polską. Możemy i musimy sobie pomagać, szczególnie w takich trudnych
sytuacjach. Niekoniecznie tam na miejscu, ale przez wspomożenie groszem
i dobrym słowem.
Wracając do krytyki spadającej na Jarosława Kaczyńskiego, zastanawiające
jest, że wiele głosów krytykujących jego osobę, wręcz prowokujących do
takich samych zachowań, mówi jednocześnie, że premier Rosji Putin bardzo
się zmienił. Mówi się wręcz, że to nie ten sam Putin. Czy to nie dziwne?
Tu nasz ziomek Polak z krwi i kości, a nieprawdziwy, a były pułkownik KGB
to już inny Putin, mało, to nasz przyjaciel, nie tylko Donalda Tuska, ale
wszystkich Polaków. Społeczeństwo Rosji częściowo się zmieniło i to jest
prawda, ale nie ktoś o mocarstwowych ambicjach.
Nie zmienia się ten, kto był w KGB. Kto przeczytał choć jedną
książkę Wiktora Suworowa, ten wie, że tam człowiek wychodzi ukształtowany
i powiązany jest do końca życia z tą organizacją, chyba że zdezerteruje,
ale to i tak będą go szukać z wyrokiem śmierci. Czy może się zmienić człowiek,
który?
- o Prezydencie Kaczyńskim mówił, używając haniebnego określenia
o "ohydnie brudnym prezydencie";
- to Putin umorzył śledztwo w "sprawie zbrodni katyńskiej", gdzie
prokuratura stwierdziła, że "przekroczono obowiązki służbowe", mimo że
wcześniej za Jelcyna uznano, że jest to "zbrodnia wojenna";
- Putin powiedział - "tylko ten, kto nie ma serca, nie tęskni
za Związkiem Radzieckim";
- "załamanie się imperium sowieckiego było największą tragedią
geopolityczną XX wieku";
- świętowanie w Rosji Dnia Jedności Narodowej, na cześć wypędzenia
w 1612 polskiego garnizonu z polskim carem z Kremla, od Listopada
2004 roku jest to najważniejsze święto Rosji;
- ignorowanie przez Rosję rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego;
- embargo na import polskiego mięsa i produktów roślinnych;
- pamiętamy 60. rocznicę zakończenia II wojny światowej i potraktowanie
Prezydenta Kwaśniewskiego;
- doprowadzenie do realizacji budowy gazociągu po dnie Bałtyku
i wiele, wiele innych nieprzyjemnych gestów i działań wobec Polski.
Na pewno niektórzy muszą wziąć to wszystko pod uwagę i zamienić
swój huraoptymizm odnośnie do zmiany nastawienia władz rosyjskich w stosunku
do Polski. Powściągliwość w otwartości w stosunku do naszego wschodniego
sąsiada będzie tu zrozumiana. To wcale nie znaczy, że nie należy dążyć
do formowania jak najlepszych stosunków z naszym wschodnim sąsiadem, ale
na warunkach partnerskich, takich do jakich dążył Prezydent Lech Kaczyński,
a teraz, miejmy nadzieję, przyszły nasz Prezydent Jarosław Kaczyński.
Myślę, i tak jest na pewno, że wielu Polaków w Kanadzie utożsamia się z
polityką Jarosława Kaczyńskiego i da wyraz poparcia w nadchodzących wyborach
na zaszczytny Urząd Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.
Pozdrawiam serdecznie
Jerzy Rozenek
Warszawa
Joanna Jaroszewska
"No przecież możemy głosować" - czyli kilka uwag na marginesie wyborów
Ostatnio spotkałam się z projektem listu otwartego o zmianę polskiego
prawa wyborczego w celu ułatwienia Polonii udziału w głosowaniu. Gdy zwróciłam
się do znajomych z prośbą o poparcie tego apelu, wielokrotnie usłyszałam
opinię: ..."Gdzie tu jest problem, no przecież możemy głosować".
Ano, jest problem, a nawet kilka.
Aby głosować, trzeba być najpierw zarejestrowanym na liście wyborców.
Pomijam trudności faktyczne. Niewystarczająca liczba polskich placówek
dyplomatycznych i ten ich "styl" pracy. To temat na osobną rozprawę (spróbujcie
się Państwo dodzwonić w okresie wyborczym). Przerażające jest dla mnie,
jak równocześnie narzekając na wszechmoc "Wielkiego Brata", za oczywisty
i nieszkodliwy można uważać wymóg posiadania "ważnego dokumentu tożsamości",
w tym wypadku chodzi o ważny paszport polski, aby zostać zarejestrowanym
na liście wyborców w okręgu konsularnym. Wymóg ten dotyczy, zgodnie z obwieszczeniem
Konsulatu RP, Polaków zamieszkałych na stałe za granicami Polski. Tak więc
aby skorzystać z mojego podstawowego prawa obywatelskiego, to jest czynnego
prawa wyborczego, muszę takowy posiadać. A co jeżeli posiadam tylko "nieważny"
albo w ogóle żadnego? Czy to znaczy, że przestałam być obywatelem polskim???
Czynne prawo wyborcze jest powiązane z obywatelstwem polskim,
a nie posiadaniem paszportu! Obywatelstwo polskie nabywa się przez urodzenie
z rodzica, który posiada takowe, lub przez naturalizację, a nie przez otrzymanie
paszportu (żeby było śmieszniej, paszport musi być akurat ważny).
Tak w ogóle, konieczność udowadniania na każdym kroku, że "ja
to ja", doprowadza do białej gorączki... Wychodzi na to, że jeżeli
nie ma dokumentu, to nie ma człowieka. Jest to jeden ze skutków ubocznych
zasadniczej zmiany w systemach prawnych. Stopniowo, po cichu, obywatel
z podmiotu prawa (suwerena), stał się jego przedmiotem. Nie trzeba było
zmieniać konstytucji w żadnym kraju. Wystarczyło opleść nas siecią paszportów,
dowodów osobistych, licencji, zezwoleń, zaświadczeń itp. A wszystko dla
naszego dobra i bezpieczeństwa. Proszę mi nie mówić, że posiadanie ważnych
dokumentów leży w moim interesie, wręcz odwrotnie, ono ogranicza moje prawa,
a leży w interesie biurokracji!
Pomysł, abym mogła iść do konsulatu i tylko oświadczyć, że jestem
obywatelem polskim i chcę głosować, wydawać się może absurdalny, ale nie
dla mnie! Powinno wystarczyć moje słowo (dawno temu tak bywało), poparte
np. oświadczeniem świadków. Jeżeli urzędnik twierdzi inaczej, to musi się
pofatygować i mi udowodnić, że kłamię. Wiem, wiem, zaraz usłyszę, że po
co marnować czas i energię urzędu (oraz nasze podatki). Ano, można, to
tylko niewielka cena wolności osobistej i równości wobec prawa. Nie można
tego przeliczyć na pieniądze, tak jak nie można zakładać, że każdy obywatel
to potencjalny złoczyńca.
To by było na tyle, jeżeli chodzi o ideały, ale skoro rzeczywistość
skrzeczy, to wróćmy do niej... Jeżeli już muszę udowadniać swoje obywatelstwo
polskie, to katalog moich możliwości powinien być znacznie szerszy.
Każdy dokument wydany przez organ administracji państwowej lub
samorządowej, który ma rubrykę "obywatelstwo polskie", powinien być wystarczający
(także akt urodzenia lub dowód osobisty). Każdy taki dokument, bez względu
na to, kiedy został wystawiony, np. 50 lat temu, i bez względu również
na jego datę ważności (tak jak obywatelstwo polskie nie ma best before
date). Powinno być też dopuszczone złożenie oświadczenia o posiadaniu obywatelstwa
polskiego np. wsparte oświadczeniami "udokumentowanych" obywateli. Raz
dokonane wpisanie na listę wyborców w danym okręgu konsularnym powinno
uprawniać do głosowania "na zawsze", co nie wykluczałoby wpisania w innym
okręgu, np. jeżeli ktoś jest w podróży.
Podsumowując, tak niewinnie brzmiące wymogi jak ważny paszport
i zarejestrowanie się w konsulacie na liście wyborców mogą pozbawić nas
ostatniej możliwości wpływu na to, co się dzieje z naszym państwem (pomiędzy
wyborami ten wpływ już praktycznie utraciliśmy dawno).
A tak na dobranoc - czy ktoś się kiedyś zastanawiał, dlaczego
paszport ma datę ważności?
Joanna Jaroszewska
Toronto
Klucz do polskości
Wielu rodziców, których dzieci uczą się w Kanadzie języka polskiego
w sobotnich szkołach, solennie przyrzeka sobie, że w momencie ukończenia
przez nie podstawówki, dadzą sobie spokój i nie będą nalegać, by ich pociechy
kontynuowały poznawanie ojczystego języka na wyższym poziomie, w szkole
średniej. Dowożenie bowiem dzieci na sobotnie zajęcia jest uciążliwe dla
obu stron: dzieci buntują się, bo nauka polskiej mowy odbywa się kosztem
ich wolnego czasu, a rodzicom poranna szkoła często dezorganizuje lub komplikuje
plan zajęć.
Dlatego niezwykłe wrażenie wywołuje widok pełnej auli w Polskiej Średniej
Szkole im. Mikołaja Kopernika, która znajduje się w John Cabot Catholic
Secondary School przy 635 Willowbank Trail w Mississaudze, niedaleko kościoła
p.w. Maksymiliana Kolbe. W sobotę, 15 maja, odbyło się tam zakończenie
roku szkolnego i 125 uczennic i uczniów otrzymało świadectwa. Zdaje się
więc, że nauka języka polskiego, poznawanie historii, kultury i tradycji
nie musi być przykrym obowiązkiem, który z trudem egzekwują rodzice - bo
przecież ta młodzież może według panującego w Kanadzie prawa odmówić uczęszczania
na dodatkowe zajęcia, a jednak co roku w szkole uczy się ponad 300 osób.
To naprawdę budujące zjawisko!
W biuletynie wydawanym przez szkołę, który napisała jedna z jej
nauczycielek, p. Zuzanna Stupak, czytamy:
"Średnia Szkoła Języka Polskiego im. Mikołaja Kopernika
przy John Cabot S.S. powstała w 1989 roku i jest obecnie jedną z największych
polskich szkół średnich w Kanadzie. Program szkoły zapewnia młodym ludziom
polskiego pochodzenia kontakt z ojczystym językiem, kulturą i tradycją.
Uczniowie poznają tu najważniejsze wydarzenia z historii Polski i polską
ziemię z najpiękniejszymi jej zakątkami. To tutaj rośnie w nich szczególna
duma z polskiego pochodzenia".
Miłość młodzieży do języka polskiego ma też bardziej praktyczny
wymiar - są to tzw. kredyty, które ułatwiają dostanie się na lepsze uczelnie.
W szkole średniej młodzież za każdy rok nauki uzyskuje jeden "kredyt" (maksymalnie
3 kredyty). Kredyt z XII klasy można wliczyć do średniej ocen przy składaniu
podań do szkół wyższych, a dzięki współpracy z Dufferin-Peel Catholic District
School Board oceny końcowe i kredyty są dopisywane do świadectwa w szkole
dziennej.
Największa polska średnia szkoła w Kanadzie - tak bowiem określiła
ją prowadząca uroczystość p. Zuzanna Stupak - posiada bardzo utalentowaną
i uzdolnioną młodzież. W wielu konkursach uczniowie szkoły zdobywali czołowe
nagrody. W tym roku szkolnym w konkursie na najlepsze wypracowanie w języku
polskim zwyciężył Daniel Buczko, a drugie miejsce zajęło aż siedem dziewcząt:
Martyna Gadomska, Natalia Gdula, Diana Czubat, Monika Jackiewicz, Katarzyna
Powęska, Tina Tomaszewska i Sylwia Woźniak; w konkursie recytatorskim organizowanym
przez Fundację im. Władysława Reymonta wyróżniono Huberta Świętorzeckiego
i Marka Rutę - obaj uczniowie wezmą udział w finale, który odbędzie się
już niebawem, 30 maja. W konkursie plastycznym organizowanym przez
Związek Nauczycielstwa Polskiego trzy równorzędne pierwsze nagrody przyznano
Klaudii Bieleckiej, Beacie Dziedzic i Benjaminowi Kozłowskiemu, a dwie
drugie trofea zdobyła Kasia Powęska i Michelle Grodzka. W międzyszkolnym
konkursie na mistrza ortografii pod patronatem Maria Sklodowska-Curie Association
drugie miejsce zdobył Daniel Buczko, a jego szkolne koleżanki: Ilona Marzec,
Julia Mroczek i Martyna Gadomska, zajęły kolejne III, IV i V miejsce.
Wszyscy laureaci konkursów otrzymali w trakcie uroczystości zakończenia
roku szkolnego nagrody i dyplomy z rąk fundatorów. Dziwi nieco ich nikłość
- np. pierwszą nagrodą w konkursie na najlepsze wypracowanie był czek na
25 dolarów. Myślę, że warto byłoby zainteresować sponsorów, bo skromność
nagród jest mniej niż symboliczna - albo w ogóle zrezygnować z nagród pieniężnych.
W trakcie uroczystości wiele ciepłych słów padło pod adresem
Ojców Oblatów z parafii p.w. Maksymiliana Kolbe, którzy objęli duchowy
patronat nad tą średnią szkołą, oraz polskiego konsulatu, który coraz częściej
wspomaga finansowo tę polską kulturową enklawę.
"Goniec" dziękuje za zaproszenie na uroczystość zakończenia roku
szkolnego. Kończąca naukę młodzież wynosi z tej szkoły nie tylko potrzebne
jej "kredyty", ale i przekonanie o wielkiej wartości, jakie reprezentuje
polska historia i kultura, do których prawdziwego zgłębienia potrzebny
jest właśnie ojczysty, polski język.
Jerzy Rosa
Mississauga
Nie mówmy o zeszłorocznym śniegu
Polityka polega na umiejętności przewidywania zagrożeń i dostrzegania
szans. Jest to trudne, ponieważ większość z nas tkwi w zaszłościach i starych
schematach, a to uniemożliwia właściwą ocenę szybko zmieniających się warunków.
Nawet w obliczu radykalnych zmian zachowujemy stare nawyki i
nie potrafimy dostrzec ich znaczenia.
W polskiej polityce czkawką odbija się postrzeganie świata, ukształtowane
pod koniec zimnej wojny; postrzeganie nie pozwalające realnie określić
interesu Polski.
Tymczasem sytuacja międzynarodowa szybko ewoluuje. Patrząca
z globalnej perspektywy, można zauważyć kilka nowych "uskoków tektonicznych",
wzdłuż których działają siły wielkich państw.
Aby określić interes naszego kraju, trzeba wcześniej dostrzec
ramy politycznych tarć międzykontynentalnych.
Pomijając kwestie cywilizacyjne i religijne, idzie to mniej więcej
tak:
Supermocarstwowa pozycja Ameryki jest zagrożona przez wzrost
Azji, gdzie w Chinach, ale nie tylko tam, uruchomiony został olbrzymi potencjał.
Pekin, działając planowo i sensownie, usiłuje sobie na całym
świecie zapewnić dostęp do bogactw naturalnych i surowców energetycznych.
Inwestuje olbrzymie kwoty (niedoszacowane w oficjalnych danych) w modernizację
sił zbrojnych i program kosmiczny.
Wzrost znaczenia Chin skłania dotychczasowe mocarstwa do montowania
naokoło siatki powstrzymującej, która zdolna będzie zagwarantować ich interesy.
Pekin, po pierwsze - jak dawniej Japonia - uznaje w naturalny
sposób strefę Pacyfiku za obszar swej historycznej dominacji. To godzi
w interesy Waszyngtonu, którego pozycja na tym właśnie obszarze została
zagwarantowana w rezultacie II wojny światowej i okupiona olbrzymim wysiłkiem
materialnym oraz krwią.
Pekin, po drugie - również jak imperialna Japonia - łakomym okiem
spogląda na Syberię, co denerwuje kremlowskich ekskagiebistów. Chińskie
wpływy na Syberii sięgają tysięcy lat. Mao Tse-tung oraz Deng Xiaoping
publicznie mówili, że Władywostok i Chabarowsk powinny należeć do
Chin.
Coraz bardziej zauważalna jest też chińska migracja na tereny
syberyjskie, słabo zaludnione i słabo uprzemysłowione.
Związki prowincji syberyjskich z Chinami są wielopłaszczyznowe,
tamtejsze władze regionalne czerpią duże korzyści z tej współpracy.
Moskwa jest biedna i daleko, Pekin bardzo bogaty i bliżej.
A na Syberii znajduje się większość rosyjskich surowców energetycznych
i bogactw naturalnych - 85 proc. rosyjskiej ropy naftowej, 80 proc. gazu
ziemnego, 80 proc. węgla i 40 proc. tarcicy. Do tego dochodzą olbrzymie
zasoby wody pitnej. Syberia jest największym rozpoznanym i słabo wykorzystywanym
rezerwuarem bogactw naturalnych świata, akurat w sam raz dla zaspokojenia
wykładniczo rosnących potrzeb chińskiego społeczeństwa.
Możliwości działania państwa chińskiego wywołane postępującym
uzależnieniem świata od towarów Made in China są olbrzymie.
Na tym tle - chińskiego zagrożenia - dochodzi do zbliżenia rosyjsko-amerykańskiego.
W interesie Amerykanów leży silna Rosja, zdolna powstrzymać Chiny
na Syberii. To ograniczy parcie chińskie w rejonie Pacyfiku i na inne tradycyjne
amerykańskie tereny zależne - jak chociażby Ameryka Południowa.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w Europie obowiązywał schemat
przeciwstawiający związki atlantyckie - zawiązane po II wojnie światowej
- tradycyjnym związkom eurazjatyckim opartym na współpracy niemiecko-rosyjskiej.
Po upadku komunizmu Rosja wróciła do tradycyjnych zainteresowań, zaś Niemcy
zaczęły postrzegać siebie za główną siłę zdolną - jak to było za carów
- zeuropeizować pokomunistyczne, moskiewskie mocarstwo na glinianych nogach.
Związek z Kremlem byłby fundamentem politycznego znaczenia siły nowych
Niemiec w zjednoczonej Europie i pomostem, przez który rosyjskie elity
wkroczyłyby do europejskiego klubu.
Wcześniej, za czasów prezydentury Busha, taki rozwój sytuacji
nie cieszyłby zbytnio Waszyngtonu, dlatego, że oznaczałby automatycznie
zmniejszenie politycznych i wojskowych wpływów USA w Europie.
Na tym założeniu opierała się polska wizja "wyjątkowego" sojuszu
z Ameryką, w ramach NATO; sojuszu, który pozwalał na niewielkie, bo niewielkie,
ale pole manewru. Niestety, w zamian za usługi "strategiczne" świadczone
w regionie przez Warszawę Amerykanom, nic konkretnego nie uzyskano. Ameryka
w żaden znaczący sposób nie zaangażowała się militarnie czy gospodarczo
w Polsce. Pewną mutacją tej opcji mogłaby być próba zaangażowania
amerykańskich koncernów w eksploatację złóż gazu łupkowego. Notabene zasoby
tego gazu były poznane jeszcze w latach 80. w rezultacie 16-letniego
programu badań geologicznych w Polsce.
Jednak dzisiaj Stany Zjednoczone szukają nowej formuły swej pozycji
po upadku jednobiegunowej wizji świata - mrzonki neokonserwatywnych geostrategów
Busha pierwszego i drugiego. Zagrożenie chińskie jest głównym czynnikiem
kształtującym dalekosiężne myślenie strategiczne Waszyngtonu, zwłaszcza
w kontekście konkurencji o surowce, a przecież to jeden z najważniejszych
aspektów walki o dominację.
Sytuacja Polski wymaga więc przeformułowania założeń strategicznej
polityki bezpieczeństwa, określenia tego co realne i co z punktu widzenia
naszej obecnej siły (a raczej jej braku) byłoby najkorzystniejsze. Pozbierajmy
do kupy atuty i zastanówmy się, z kim nam po drodze. W przeciwnym wypadku
zostaniemy doczepieni do jakiegoś tranzytowego eszelonu.
A na marginesie, to ponoć wedle "plotkarskiej" wersji III Tajemnicy
Fatimskiej, kolejna wojna światowa ma się rozpocząć od zaskakującego ataku
Chin na Rosję. Jeszcze kilka lat temu pukalibyśmy się w czoło...
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 19/2010
MCDonald w Służbie Bezpieczeństwa
Mówi się, że trzynastka to pechowa liczba, a tymczasem jest wprost
przeciwnie. Jakże tu uważać trzynastkę za liczbę pechową, kiedy właśnie
13 maja premier Donald Tusk nie tylko otrzymał w Akwizgranie prestiżową
Nagrodę im. Karola Wielkiego, ale również - został udelektowany laudacją
wygłoszoną przez samą Naszą Złotą Panią Anielę? Czy tubylczy śmiertelnik,
nawet jeśli jest prezesem lokalnej administracji, może dostąpić większego
zaszczytu? Nie może, to jasne jak słońce, bo chociaż nagroda ma charakter
symboliczny i obejmuje pieczęć miejską, dyplom i czek na 5 tysięcy euro,
to przecież nie w tym rzecz, tylko w tym, że stanowi wstęp do dalszej,
oszałamiającej, prawdziwie europejskiej kariery.
Premier Donald Tusk otrzymał Nagrodę im. Karola Wielkiego za
szczególne zasługi dla jedności europejskiej. Polegały one na tym, że Donald
Tusk, jeszcze nie będąc nawet premierem, doprowadził do transformacji ustrojowej
w Europie, a potem nie ustawał w wysiłkach na rzecz porozumienia i współpracy
Rzeczypospolitej Polskiej z jej europejskimi partnerami. Wprawdzie żyją
jeszcze ludzie pamiętający, że do transformacji ustrojowej w Europie miał
doprowadzić Lech Wałęsa, ale czasy się zmieniają, a zatem - muszą zmieniać
się też i bohaterowie naszych czasów. Obecność przy premieru Tusku Andrzeja
Wajdy i Normana Daviesa może zapowiadać przyszłe niezbędne korekty historii
najnowszej, jeśli oczywiście Ministerstwo Prawdy uzna taką konieczność.
Nie jest to wykluczone, bo wprawdzie niezawisły sąd napiętnował książkę
Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie, ale już drugi niezawisły sąd oddalił pozew
mecenasa Rydygiera, który na tym samym co i córka byłego prezydenta naszego
państwa patencie, chciał wydębić sobie odszkodowanie i listek do wieńca
sławy. Wtedy Andrzej Wajda nakręciłby długometrażowy film pod tytułem,
dajmy na to, "Człowiek z plasteliny", w którym wyeksponowałby niebywałą
plastyczność premiera Donalda Tuska, która objawiła się nie tylko podczas
"nocnej zmiany" w roku 1992, ale i później, zwłaszcza później.
W osobie premiera Donalda Tuska uhonorowana została bowiem cała
razwiedka, która nie tylko zainspirowała transformację ustrojową, nie tylko
ją przeprowadziła, ale w zwartym szyku nadzorowała jej przebieg, rozbudowując
przez cały czas szeregi tajnych współpracowników. Dzięki temu dzisiaj,
kiedy tylko zajdzie potrzeba, obok Stronnictwa Pruskiego, wyhodowanego
na pożywce Fundacji Batorego i Fundacji Adenauera, żeby wymienić przynajmniej
te najważniejsze, w jednej chwili może zostać powołane bardzo reprezentatywne
Stronnictwo Ruskie, obejmujące przedstawicieli wszystkich środowisk społecznych,
nie wyłączając przewielebnego, postępowego Duchowieństwa. Stwarza to niebywałe
perspektywy dla poszerzania i pogłębiania współpracy Rzeczypospolitej Polskiej
ze strategicznymi, europejskimi partnerami, którzy nigdy o tubylczych Polakach
nie zapomnieli. Ani wtedy, gdy przedstawiciele NKWD i Gestapo naradzali
się nad zapewnieniem tubylczemu narodowi świetlanej przyszłości, ani wtedy,
kiedy w stosunkach między strategicznymi partnerami doszło do błędów i
wypaczeń, których symbolem może być jednostka SS Charlemagne, nadużywająca
imienia Patrona dzisiejszej Nagrody do niewłaściwego pojmowania jedności
europejskiej, to znaczy - bez uwzględnienia interesów i oczekiwań strategicznego
partnera. Na szczęście dzisiaj te nieporozumienia należą już do przeszłości,
podobnie jak niewłaściwy stosunek do starszych i mądrzejszych. Któż inny
bowiem pozwoli się prześcignąć w czujności wobec wszelkich przejawów odchyleń
mniej wartościowych narodów tubylczych od zatwierdzonej linii politycznej
poprawności? Ot, choćby teraz, dzięki tej argusowej czujności napiętnowane
zostały manifestacje kibiców piłkarskich w Rzeszowie, którym nie spodobały
się "garbate nosy". I od razu cały świat aż zatrząsł się z oburzenia. Dlatego
też, przy obmyślaniu najbardziej odpowiedniego wariantu świetlanej przyszłości,
jaką strategiczni partnerzy przygotowują dla mniej wartościowego narodu
tubylczego, te właściwości starszych i mądrzejszych z pewnością zostaną
wzięte pod uwagę i odpowiednio wykorzystane.
I dopiero na tym tle można zrozumieć przyczyny, dla których Nasza
Złota Pani Aniela doradziła premieru Donaldu Tusku, by zrezygnował z kandydowania
na stanowisko tubylczego prezydenta. Kandydując bowiem, musiałby pospolitować
się z innymi kandydatami i udawać, że jest to sytuacja normalna. Tymczasem
Nasza Złota Pani Aniela najwyraźniej przeznaczyła premiera Donalda Tuska
do wyższych rzeczy - kto wie, czy nie do godności królewskiej, do której
pierwszym stopniem jest właśnie Nagroda imienia Karola Wielkiego? Kiedy
już ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym spełni swoje zadanie, doprowadzając,
zarówno na obszarze Ziem Utraconych, jak i Polskim Terytorium Etnograficznym
do pożądanej zmiany stosunków własnościowych w duchu ubiegłorocznej deklaracji
CDU i CSU oraz postulatów, kierowanych pod adresem Polski przez organizacje
wiadomego przemysłu, Donald Tusk, uhonorowany dziedzicznym tytułem
MCDonalda (Majesty Caesar), będzie mógł zasiąść na tubylczym tronie - oczywiście
w obstawie starszych i mądrzejszych - tak na wszelki wypadek, żeby przypadkiem
ani nie przewróciło mu się w głowie, ani nie zapomniał, skąd wyrastają
mu nogi.
W przewidywaniu nadchodzących rozstrzygnięć, w obliczu krzepnącego
właśnie Stronnictwa Ruskiego, które wystąpiło z apelem o zapalenie świeczek
i ogarków, również kandydujący na tubylczego prezydenta z ramienia obozu
płomiennych obrońców interesu narodowego Jarosław Kaczyński przedstawił
rosyjskiemu prezydentu Dymitru Miedwiediewu i rosyjskiemu premieru Włodzimierzu
Putinu ofertę pojednania. Wywołała ona oczekiwany rezonans nie tylko w
tubylczych mediach, ale również w Rosji. I nic dziwnego, bo w ten oto sposób
między obozem zdrady i zaprzaństwa a obozem płomiennych obrońców interesu
narodowego zapanowała niezbędna symetria. Wychodzi ona naprzeciw oczekiwaniom
strategicznych partnerów, którzy - jak każdy dobry gracz - nie stawiają
wszystkiego na jedną kartę, tylko, na wszelki wypadek, wolą mieć kilka
asów w rękawie.
Oczywiście takie symetryczne pojednanie to rzecz byt poważna,
by puszczać je na łaskę lotnych piasków masowych nastrojów. Dlatego też
kandydujący na urząd tubylczego prezydenta marszałek Bronisław Komorowski
(tylko patrzeć, jak zostanie uhonorowany tytułem "Drogiego Bronisława")
zapowiedział utworzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. W skład tej Rady
ma wejść premier, wicepremier, minister spraw zagranicznych, minister obrony
narodowej, minister finansów, prezes NBP, marszałkowie Sejmu i Senatu,
kierownicy głównych partii politycznych, no i oczywiście - prezydent, któremu
ta Rada ma niby doradzać. Tak naprawdę jednak nietrudno się domyślić, że
intencją powołania Rady jest podgarnięcie wszystkich tych dygnitarzy na
kupkę, by ścisłe kierownictwo razwiedki nie musiało użerać się z każdym
z osobna, tylko przekazywało dyrektywy wszystkim za jednym posiedzeniem.
W ten sposób zarówno zasada jednoosobowego kierownictwa, jak i centralizmu
demokratycznego, jako podstawowe zasady ustrojowe przyszłej Królewskiej
Rzeczypospolitej, zostaną harmonijnie pogodzone.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Tlen czy inna cholera
Chociaż podobanie się każdemu to nie jest wyzwanie dla męża stanu z
prawdziwego zdarzenia, w demokracji polityk podobający się większości zwycięstwo
ma zapewnione. Nieobarczony plecakiem, buławę nosi prawdopodobnie w kieszeni
marynarki.
Wszyscy mamy do odegrania jakąś rolę społeczną. Niektórzy tych
ról odgrywają po kilka w życiu. Problem w tym, że przywódcy Platformy Obywatelskiej
uwierzyli, zdaje się, że są czymś więcej niż tylko efektem "public relations".
Że wystają ponad produkt przeznaczony do sprzedaży. Im się wydaje, że to
oni kreują scenę, na której sami, jak by to ująć: polityczne ciało wyginają
śmiało.
NIEBO ZAPAMIĘTA
Zresztą powyższe dałoby się jakoś znieść. Przyjąć za element
demokratycznego folkloru. Prawdziwy dramat zaczyna się wówczas, gdy ktoś
decyduje się aspirować do zadania, które go przerasta. Właśnie dlatego
kandydatowi Platformy na prezydenta RP nie sposób zazdrościć.
Co gorsza, premier Donald Tusk nie pomaga partyjnemu koledze
ogarnąć sytuacji. Przeciwnie. Niedawno stwierdził, że nie ma w Europie
przywódcy, stojącego przed trudniejszym zadaniem niż Bronisław Komorowski.
Dlaczego? Ponieważ w przypadku jego przegranej w prezydenckim wyścigu Polska
może przekształcić się w kolejny zdestabilizowany kraj europejski.
No, jeśli receptą na ów czarny scenariusz ma być gloryfikacja
człowieka uważanego za pieszczocha Wojskowych Służb Informacyjnych (byłych,
a jakże), to niech dzieje się wola nieba. Ludzka pamięć jest ulotna, ale
niebo, miejmy nadzieję, zapamięta.
"Dwudziestego czerwca Polacy będą mogli wybierać między atmosferą
odwetu, rywalizacją, kto kogo pokona, kto jest winny, kto jest prawy, którą
dziś stwarza PiS, a propozycją prezydentury Komorowskiego. Jest on człowiekiem
gotowym do współpracy, rozumiejącym innych. To jego atut. Dla Polski to
jak tlen" - dorzucił też premier.
SKWIERCZĄCE KLAWIATURY
W kwestii tlenu jednak polemizowałbym, skoro marszałek Komorowski
potrafi pozwolić sobie na apel, by po informacjach o znajdowanych na miejscu
smoleńskiej katastrofy rzeczach osobistych ofiar oraz częściach ich garderoby
(a nawet o znajdowaniu fragmentów ciał osób zmarłych), czyli w obliczu
porażającej niefrasobliwości rosyjskich służb, które nie zadbały o należyte
zabezpieczenie miejsca tragedii: "zachować umiar w tworzeniu atmosfery,
że oto gdzieś znaleziono kawałek ubrania", ponieważ "to nie jest wielki
problem".
Równie udaną wypowiedzią Komorowskiego była ta o "konieczności
pogłębiania wrażenia, że pojednanie polsko-rosyjskie stało się faktem".
Co ciekawe, zdanie to pan marszałek wygłosił następnego dnia po powrocie
z Moskwy. Cóż, najwyraźniej tlen pomylił się premierowi z chlorem. Czy
z inną, równie groźną dla ludzkich płuc substancją.
Czepiam się, pewnie. Przecie sztabowcy Platformy Obywatelskiej
sporo mają na głowie. Nie mogą być wszędzie i wszystkiego kandydatowi podpowiedzieć,
więc nie dziwota, że czasem chlapnie coś niewłaściwego sam z siebie. Wszelako
jest jedna kwestia, dotykająca ich szczególnie. Która nieustannie strząsa
im sen z powiek, krew w żyłach doprowadzając do wrzenia. Która sprawia,
że długopisy w ich dłoniach miękną, a komputerowe klawiatury skwierczą.
Otóż ludzie ci panicznie boją się, że rozsierdzony nie na żarty naród,
obserwujący skandaliczne poczynania ich pupili, mógłby 20 czerwca powierzyć
restytucję polskości w Polakach oraz naprawę Ojczyzny komuś innemu niż
Bronisław Komorowski. Choć to jego chłopcy-pijarowcy obstawili. Mało tego,
ten sam naród mógłby następnie odesłać ich wszystkich do krainy wiecznego
zapomnienia. Zatem łatwo skór nie oddadzą, a nas czekają tygodnie obfitujące
w pijarowskie sztuczki.
ALBO COŚ PODOBNEGO
Tymczasem śledztwo mające wyjaśnić przyczyny katastrofy trwa,
Polacy zaś cieszą się gwarancjami, że prowadzone jest ono rzetelnie. Obiecał
to nam - osobiście obiecał - były pułkownik KGB. Człowiek, kierujący komisją
badającą dramat marynarzy rosyjskiego okrętu podwodnego "Kursk". Nadzorujący
służby, odpowiedzialne za genocyd Czeczenów.
I tak dalej, i tak dalej.
Oczywiście, że doczekamy efektów. A jakże. Przy czym owe efekty
skomentował już przed laty śp. Maciej Rybiński, w którymś ze swoich felietonów
przypominając, jak to w roku 1964 międzynarodowemu towarzystwu zaprezentowano
operację wydobywania z toni Czarnego Jeziora (na granicy czesko-enerdowskiej)
zatopionych jakoby przez Waffen SS skrzyń, w których - patrzajta, ludzie!
- znajdowały się dokumenty kompromitujące prominentnych polityków RFN,
w tym Heinricha Lübkego, ówczesnego prezydenta (zarzucano mu m.in. projektowanie
Auschwitz). Maciej Rybiński: "Niezależni uczeni potwierdzili ich autentyczność.
Wiele lat później okazało się, że dokumenty wytworzono w Berlinie Wschodnim,
zatopiono chyłkiem, a potem z pompą wydobyto. Tak to jest z papierami.
Skoro Ochrana mogła wyprodukować Protokoły Mędrców Syjonu, co to dla niej
sporządzić Protokoły Mędrców Antysyjonu albo coś podobnego".
...Albo coś podobnego...
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Zapraszam również tutaj: http://www.widnokregi.salon24.pl
Marek Mańkowski
GLOBALNE OCIEPLENIE
I SZCZĘŚLIWA WOŁOWINA w Calgary
Eh, to globalne ocieplenie. Znowu narobiło bałaganu w Calgary. Pierwsza
dekada maja się kończy, a tu śnieg, minusowa temperatura, zimne wiatry
i niewiele słońca. Lepiej żebym nie spotkał pana Suzuki, guru ocieplania
globalnego, bobym mu powiedział parę słów, co myślę o nim i jego teoriach.
Spotkałem go 15 lat temu w Toronto na jakiejś imprezie. Nie wiedziałem
wtedy jeszcze (chyba nikt nie wiedział), co wyniknie z jego działalności,
ale już wtedy sprawił na mnie wrażenie podstępnej łasicy. Dalsze lata tylko
utwierdziły mnie w tym odczuciu.
Nie znaczy to, że globalnego ocieplenia nie będzie, czy nie ma
ono miejsca. Owszem, wszystkie badania wykazują, że następuje, i to szybciej
niż moglibyśmy sobie tego życzyć. Tyle tylko, że udział człowieka w tym
procederze jest mniej niż mizerny. Cała światowa produkcja dwutlenku węgla
dokonana przez człowieka to zaledwie 5 proc. tego, co powstaje w naturze.
Gdybyśmy nagle zatrzymali wszystkie samochody, fabryki, wytwórnie koksu,
pociągi, elektrownie, samoloty i co tylko człowiek stworzył, to i tak nie
powstrzymalibyśmy tego, co cyklicznie dzieje się w klimacie ziemi. Gdy
ziemię ogarnęła epoka lodowcowa nie było żadnego przemysłu, gdy się skończyła
i nastąpiło udowodnione ponad wszelką wątpliwość stopnienie lodowców i
ocieplenie klimatu, też nie było żadnego przemysłu i niewielu ludzi. Chyba
że uznamy wpływ tych kilku tysięcy ognisk rozpalanych w jaskiniach epoki
kamiennej.
Ostatnia (chyba) teoria "suzukowców" czy "gorowców" głosi, że
ogromne zanieczyszczenia powietrza dwutlenkiem węgla tworzą zwierzęta hodowlane,
a zwłaszcza krowy. A to dlatego że puszczają one bąki i robią kupy. Poza
tym krowy w Albercie to najszczęśliwsze krowy nowoczesnego świata, bo są
chowane w naturalnych warunkach. Cały rok żyją na powietrzu i przestrzeni,
a nie jak bydło w zwierzęcych obozach koncentracyjnych Europy. Cielaki
rodzą się na pastwiskach, krowy żyją swobodnie na wielkich przestrzeniach
i chociaż przez kilka lat prowadzą normalne życie nie sprowadzone do kojca
w oborze i rzeźni.
Człowiek też puszcza bąki i robi kupy, ale jeszcze się do tego
nie przyczepili. Chyba na ziemi powinny pozostać tylko roślinki. Tylko
jak te roślinki przeżyją, gdy do ich rozwoju potrzebny jest dwutlenek węgla
właśnie?
Czemu o tym piszę z Alberty? Otóż liczba krów w Albercie jest
większa niż liczba ludzi i w związku z tym te nasze krowy sprowadzają stopienie
lodów arktycznych i zalew oceanów. Kiedy pisałem artykuł o "krowie Romana",
nie wiedziałem, że mój przyjaciel Roman Kneblewski przysłużył się całej
ludzkości, gdy zastrzelił tę krowę (nie będzie więcej kupała i puszczała
bąków). Mogą państwo o tym przeczytać w dziale "archiwum" na stronie www.marekmankowski.com.
Właściwie to każdy myśliwy przyczynia się do ochrony przed globalnym ociepleniem,
jak i każdy rzeźnik, a nawet morderca: mniej bąków, mniej kupy, mniej wydechów,
mniej dwutlenku węglaÉ Wychodzi na to, że każde zabicie to dobrodziejstwo
dla planety Ziemia. Tylko dla kogo ta planeta wtedy zostanie?
Głupota ludzka nie zna miary. Wykorzystują to ludzie w rodzaju
Davida Suzuki czy Ala Gore'a. Wykorzystują głupotę młodych ludzi a starszych
też, by nabić sobie kabzę. Nie zrozumcie mnie źle. Ja nie jestem przeciwko
"zielonym". Dzięki nim nie przeginamy w drugą stronę i nie zapaskudzimy
ziemi na sztywno własnymi śmieciami, ale nie dajmy się zwariować.
I tu następna rzecz dotycząca Alberty, a więc i Calgary - roponośne
piaski. Ostatnio panuje wielka nagonka na wydobycie ropy z tych piasków
właśnie. Alberta posiada największe na świecie złoża ropy po Arabii Saudyjskiej.
Generalnie "zieloni" zaszczepili opinię, że to jest "brudna ropa" i że
powoduje zanieczyszczenie naturalnego środowiska. Nic bardziej idiotycznego
nie słyszałem. Nikt nie zabrudzał tych "piasków" i ziemi. Te złoża powstały
tam naturalnie. Ich wydobycie nie zanieczyszcza ziemi, a wręcz przeciwnie,
oczyszcza ją. Problem jest, że aby tę ropę wydobyć, potrzeba wiele gorącej
wody, do której ogrzewania trzeba użyć gazu, którego spalanie powoduje
wytwarzanie dwutlenku węgla. Taka jest cena tego wydobycia. A jaka może
być cena wydobycia bardziej konwencjonalnego? Mamy właśnie przykład w Zatoce
Meksykańskiej, gdzie uszkodzenie zaworu platformy wiertniczej powoduje
wielotygodniowy wyciek na masową skalę do wód zatoki, zagrażając wybrzeżom
wszystkich południowych stanów.
Jak na razie nie zapowiada się na cieplejsze dni, trawy ledwo,
ledwo się zazieleniły, pąki na drzewach zatrzymały swój rozwój, a o listkach
można pomarzyć. Za to ptaki rano dają piękny majowy koncert, jakby nadeszło
lato. Tydzień temu pojechaliśmy do przyjaciół na ranczo i już paręnaście
kilometrów na północ od Calgary widać było ogromne zaspy zaległe od niedawnej
burzy zimowej w środku wiosny. Zazdrość mnie zżerała, gdy widziałem urywki
filmów z Ontario, gdzie drzewa mają już normalne liście i zieleń jest wszędzie.
Z polonijnego podwórka to tyle, że odbywa się wiele imprez w
Domu Polskim, jak Dzień Matki organizowany przez calgaryjskich harcerzy,
msza odprawiana przez biskupa z okazji bierzmowania, wieczór Big Band,
koncert Andrzeja Koryckiego i innych w Domu Polskim, występ Polan w sali
parafialnej. W tę niedzielę, 16 maja, odbędzie się koncert z okazji roku
szopenowskiego, na którym zagra nasz calgaryjski wirtuoz światowej już
sławy Janek Lisiecki. Organizatorzy tego koncertu, z którego dochód ma
być przekazany na cele charytatywne dla wielu organizacji, zadziwili mnie
niezwykle, chociaż myślałem, że niewiele rzeczy mnie już zdziwi. Otóż występujący
w tym koncercie artyści muszą zapłacić za bilety wstępu, czyli za to by
mogli wystąpić. Nie wiem, czy wszyscy, w tym Jan Lisiecki, również? Takiego
kuriozum jeszcze nie spotkałem. Zawsze myślałem, że występujący w koncertach
charytatywnych dają swój talent, nie biorąc honorarium, by inni kupując
bilety dali swój wkład w zbożny cel. Okazuje się, że byłem w błędzie. Świat
zwariował, wysiadam, na koncert nie idęÉ
Marek Mańkowski
Calgary
Pora na parki!
Już za tydzień mamy urodziny babci królowej Elżbiety II, czyli Victoria
Day. To wielki dzień w życiorysie każdego biwakowicza, ponieważ w ten pierwszy
wiosenny długi weekend swe bramy otwierają prawie wszystkie prowincyjne
parki w Ontario. Zaczyna się nowy sezon! Pora więc najwyższa, by sprawdzić
swój kempingowy sprzęt, naprawić co się da, ubytki uzupełnić i za tydzień
ruszyć w teren.
Choć prowincja Ontario nie ma takich atrakcji jak Góry Skaliste, oceanicznych
pejzaży czy bezgranicznych prerii, to jest na jej terenie tyle pięknych
zakątków, że nie starczyłoby życia na zwiedzenie ich wszystkich. Większość
z nich znajduje się na terenie 330 parków prowincyjnych, które zajmują
dziewięć milionów kwadratowych obszaru naszej prowincji. Tak więc prawie
dziesiątą część Ontario stanowią parki - to najlepszy wynik w całej Ameryce
Północnej!
Wobec takiej obfitości wydawałoby się, że rozbicie namiotu na
terenie tych przyrodniczych pereł zależy tylko od naszych chęci - nic z
tego! W promieniu 200-300 km od Toronto, by spędzić kilka dni w którymś
z parków, trzeba dokonać rezerwacji nierzadko 5 miesięcy naprzód, a jeśli
się to przegapiło, to zdani jesteśmy na los, bo tylko nieznaczna liczba
campsites przeznaczona jest dla przypadkowych biwakowiczów, którzy bez
rezerwacji zawitają u parkowych bram.
Wiele najładniej położonych parków jest w sezonie bezustannie
oblężonych - tam zdobycie miejsca graniczy z cudem, choć w tym roku kilka
zmian w regulaminie pozwoliło ukrócić naganne praktyki wcześniejszego rezerwowania
i odwoływania. W nowym sezonie Ontario Parks, które zawiaduje systemem
parków w naszej prowincji, wprowadziło nowy komputerowy program ułatwiający
rezerwacje. Co prawda, miejsc w atrakcyjnych parkach nie przybyło, ale
przejrzystość programu umożliwia szybszą decyzję przy wyborze miejsc pod
namiot czy przyczepę kempingową.
Aby nasz pierwszy tegoroczny kontakt z przyrodą nie był zakłócony
niemożnością wjazdu na teren parku z prozaicznej przyczyny braku wcześniejszej
rezerwacji, warto kilka chwil poświęcić poznaniu komputerowego systemu.
Pod adresem www.ontarioparks.com znajduje się główna strona wszystkich
parków w Ontario objętych systemem rezerwacji miejsc pod namiot. W tym
miejscu możemy sprawdzić, czy park, do którego zamierzamy się udać, podlega
temu systemowi. Aby to uczynić, trzeba nacisnąć guzik z napisem VISITING
PARKS, a pod nim w otwierającej się tabeli uaktywnić link do strony Park
Locator. Po lewej stronie znajduje się tabela z parkami, gdzie można
zarezerwować sobie wcześniej miejsce, a po prawej wymienione są parki,
gdzie nie prowadzi się takiej usługi i w praktyce te parki nie pozwalają
na spędzanie tam nocy pod namiotem. Można je tylko odwiedzać za dnia, bowiem
pozbawione są całej biwakowej infrastruktury. Parki te znajdują się nie
tylko na dalekiej północy naszej prowincji, ale także w pobliżu naszej
aglomeracji, jak np. Hockley Valley w pobliżu Orangeville czy przepiękny
park Forks of the Credit koło Caledon.
Możliwość rezerwacji miejsc ma ułatwiać miłośnikom biwakowania
zdobycie miejsca pod namiot w ulubionym parku. Jeśli nasz faworyt nazywa
się Killbear, Balsam Lake, Bon Echo, Sandbanks, Silent Lake, Long Point,
Pinery czy Awenda, to praktycznie w pełni sezonu możemy te miejsca odwiedzać
tylko jako dzienni goście. Zdobycie campsites w tych "Perłach Ontario"
jest niemożliwe, jeśli do tej operacji chcemy się zabrać teraz - trzeba
było to uczynić dużo wcześniej - najlepiej na pięć miesięcy przed planowanym
terminem przybycia do parku.
W innych parkach w południowym Ontario sytuacja nie jest już
tak dramatyczna. Jeśli udajemy się w dalszą podróż na północ za Sudbury
- często parki stoją prawie puste, więc choć to jest możliwe - szkoda
pieniędzy na wcześniejsze rezerwacje.
Aby dokonać rezerwacji w parku przez Internet (można również
uczynić to przez telefon - nr: 1-888-668-7275), trzeba nacisnąć na stronie
głównej guzik z napisem ONLINE SERVICES, a pod nim uruchomić połączenie
Reservation. Tam w oczy rzuca się wielki niebieski link "BY INTERNET".
Jeśli znamy nazwę parku, to wpisujemy go do tabelki "Find a Park
by Name" - jeśli nie, to klikamy w poszukiwanie "by Region", gdzie znajduje
się mapa Ontario z podziałem na regiony. Każdy po dotknięciu uaktywnia
się, pokazując nam umiejscowienie parków.
Każdy park dotknięty myszką (to nowość w programie), wyświetla
planszę z opisem i mapką dojazdową (Ontario Parks obiecuje, że wkrótce
będziemy w ten sposób mogli zobaczyć każdy campsites).
Po prawej stronie znajduje się też tablica ogłoszeń, gdzie pojawiają
się ważne komunikaty - np. przy Rock Point Provincial Park w "Special Notices"
znajdziemy informację, że do 24 maja obowiązuje na terenie parku całkowita
alkoholowa prohibicja...
Po lewej stronie tablicy z opisem wybranego parku znajduje się
kolumna z przyciskami - wybieramy klawisz "Campground Map(s)". Pojawia
się wówczas mapa parku z obozowiskami. Jeśli zdecydujemy się na to, gdzie
chcemy szukać miejsca pod namiot - klikamy w wybrany campground. Szczegółowy
plan pokazuje nam układ miejsc. W kolorze żółtym zaznaczone są miejsca
zelektryfikowane, na zielono - bez prądu. Również kształt figury oznaczającej
campsite ma znaczenie - kółka oznaczają miejsca pod namiot, kwadraty i
X - miejsca dostosowane do parkowania przyczepą kempingową. Symbolem domku
zaznaczone są jurty (np. w parku Bon Echo).
Po wyborze miejsca klikamy w symbol oznaczający campsite, wyświetla
się nam wówczas tabela z kalendarzem, gdzie można się zorientować, czy
nasze miejsce jest dostępne i nikt wcześniej go nie zaklepał. Możemy wówczas
wypełnić tabelę z terminem naszego przyjazdu i przed uiszczeniem
opłaty zapoznać się z parkowym regulaminem. Po zaakceptowaniu go (w innym
wypadku nie dokonamy rezerwacji) pojawi się tabela, gdzie wpisujemy nasz
login i password. Jeśli rezerwujemy w nowym programie miejsce pod namiot
po raz pierwszy w tym sezonie, to musimy wcześniej wypełnić kwestionariusz,
do którego link znajduje się na dole strony. "Nowością" jest ograniczenie
czasowe - na zapłacenie, czyli podanie numeru karty kredytowej, mamy około
5 minut. Czas ten wyświetla się po prawej stronie ekranu.
W praktyce obsługa nowego programu jest łatwiejsza, niż to wynika
z opisu - radzę potrenować, a przy okazji poznać rozkład pól namiotowych
w najbardziej popularnych parkach. Ta wiedza przyda nam się, gdy trzeba
szybko podejmować decyzję o rezerwacji.
Niestety, biwakowanie w parkach prowincyjnych nie jest już tanie
jak niegdyś, a do tego nieustannie rośnie. Choć w nowym sezonie obniżono
o trzy dolary opłaty za rezerwację (wynosi ona w tej chwili 9 dol.) oraz
zredukowano o dwa dolary karę za zmiany lub likwidację rezerwacji (opłata
ta wynosi teraz 7 dol., lub nawet 5, jeśli uczynimy to przez Internet),
to stawka za wynajęcie skrawka ziemi pod namiot wynosi średnio 30 dolarów
za dobę, a najwyższa opłata może wynieść 42.75 dol. Do tego od czerwca
dochodzi podwyżka o 8 procent z okazji wprowadzenia łączonych podatków
HST.
Przeciętnie za dwie doby spędzone w parku musimy zapłacić ponad
80 dolarów z 13-procentowym podatkiem.
Choć podnoszenie cen za korzystanie z prowincyjnych parków może
irytować, to po przybyciu na miejsce zwykle zapominamy o tym przykrym wydarzeniu,
bo większość naszych parków urzeka swą urodą. Mam nadzieję, że w tym roku
lato będzie mniej deszczowe niż ubiegłe, kiedy to posiadacze namiotów zmagali
się z nieustannymi burzami i podmakającymi podłogami i pozwoli na prawdziwy
wypoczynek bez suszenia przemoczonego sprzętu po powrocie z weekendu.
Gorąco zachęcam do poznawania w nowym sezonie uroków naszej prowincji
i do przysyłania na adres "Gońca" swych wrażeń oraz opisów miejsc, które
warto zwiedzić.
Jerzy Rosa
Mississauga
Na początek głosujmy portmonetką
Do coraz większej liczby rodaków dociera prosta prawda, że państwo
polskie jest bezsilne. Słabe, toczone chorobami, bez wojska, z chaotyczną
administracją i zbiurokratyzowane.
Walające się po miejscu katastrofy resztki zwłok ofiar i części
rozbitego samolotu prezydenta Polski, sprzeczne komunikaty prokuratury
cywilnej i wojskowej, zamęt informacyjny - wszystko to sprawia, że
zza zasłon symboliki narodowej, biało-czerwonych sztandarów, zza eleganckich
gabinetów instytucji wyziera smutna prawda, że to wszystko atrapa
państwa - jak to określił kiedyś Stanisław Michalkiewicz - państwo niepoważne.
Co jeszcze bardziej smutne, to że niepoważne państwo jest formą
organizacji pracowitego, zaradnego, wykształconego 40-milionowego narodu
zamieszkującego w samym sercu Europy na przecięciu najważniejszych szlaków
komunikacyjnych kontynentu, zaopatrzonego przez Pana Boga w bogactwa naturalne
i pobłogosławionego wspaniałą historią.
Na usta ciśnie się więc proste pytanie - dlaczego? Dlaczego
Polska jest chora? Dlaczego państwo polskie jest słabe?! W diagnozie choroby
leży klucz do znalezienia dróg naprawy.
Grzechem pierworodnym Trzeciej Republiki jest brak odcięcia się
od PRL, brak jasnej cezury wobec przeszłości, wobec administracji, która
na zlecenie czerwonej kacapii zarządzała polskim terenem kolonialnym. Nie
można wybudować silnego suwerennego państwa, silnych instytucji, jeśli
tę budowę opieramy na namiestnikowskim aparacie, na ludziach, których przyuczono,
by decyzje, które podejmowali, konsultowali u "przełożonego". Pokoleniom
Polaków przetrącono kręgosłup i przyuczono do postawy kolonialnej. Oni
tę postawę przenieśli w pierwsze pokolenie nowej Polski
Organizm państwa, jak mięso tłuszczem, jest poprzerastany przez
agenturę rodzimą i obcą. Ta rodzima agentura nigdy nie była samodzielna,
pracowała na zlecenie.
Widać to doskonale, porównując sytuację w Rosji i Polsce? Dlaczego?
Bo, jak to kiedyś wspaniale podsumował wielki polski satyryk i prześmiewca,
Janusz Szpotański, "w przeciwieństwie do PRL, Związek Radziecki był państwem
niepodległym".
Dlatego agenci z "zakonu" KGB, którzy robią dzisiaj w Rosji politykę,
pracują skutecznie nad odbudowywaniem wpływów czerwonego imperium,
agenci, którzy w III RP mieli w rękach postronki realnej władzy, patrzą
tylko, jak by tu wpisać kraj w cudzą rozpiskę. Pozbawieni centrali, nie
są w stanie samodzielnie myśleć.
Dlatego, o ile wpływy agentury kagiebowskiej działają w Rosji
państwowotwórczo, o tyle wpływy agentury w Polsce wystawiają polskie państwo
na żer cudzych central.
Od tego należy zacząć robić porządek; od odsunięcia agentury
od rządzenia; od oparcia się na młodych ludziach w wojsku i w polityce,
którzy rozumieją interes państwa i którym Polska bije w sercu.
Dzisiaj, kiedy wszyscy chodzą z wielką nadzieją, żeby "coś
zrobić", trzeba zacząć budować ruch narodowy.
Ruch, który starały się tępić powojenne elity przywiezione
do Polski na czołgach. To zbrodnia w Katyniu umożliwiła Stalinowi
przyszycie do polskiego organizmu łba sowieckich politruków. Dzieci i wnuki
tych ludzi zaludniają warszawskie salony, wydają gazety, pracują w telewizji.
Ci ludzie są podszyci strachem i pogardą wobec Polaków.
Jednym z zadań salonu po roku 1989, było pilnowanie, aby nie
doszło do odrodzenia "polskiego nacjonalizmu", który rzekomo przetrwał
"w zamrożeniu" czasy komunizmu i zagrażał modernizacji. Stąd wyszydzanie
polskiego patriotyzmu, stąd naśmiewanie się z prostych, szczerych, uczciwych
Polaków, pragnących dobra Ojczyzny i dumnych z jej historii; stąd wdeptywanie
w błoto ludzi, którzy podnosili się w obronie polskiego interesu narodowego,
przeciwstawiali postkomunistycznej grabieży i rozdrapywaniu gospodarki
przez obcych.
Wybory prezydenckie łba hydrze nie urwą, ale wybory prezydenckie
mogą przeorać scenę i stworzyć ruch, który będzie zaczynem odrodzenia Polski.
Czasu niewiele, my słabi i niezorganizowani, kręcimy się w chocholim
tańcu, a tymczasem z miesiąca na miesiąc tężeją zewnętrzne zagrożenia.
Katastrofa pod Smoleńskiem pokazała nagle, że miliony Polaków
chcą Polski. Dostatniej, wzbudzającej szacunek swą siłą, prowadzącej mądrą
politykę. Przyszedł czas działania i widać już, że przeciwnicy chcą ten
zaczyn przerobić w zakalec; widać harcowników wypuszczonych do rozpoznania
sił przeciwnika, widać kanalizowanie i rozpraszanie niezadowolenia.
Mamy szansę. Za jej niewykorzystanie będziemy odpowiadać przed
dziećmi.
Na pytanie, dlaczego polskie państwo jest słabe, odpowiedź jest
jedna: bo nie rozliczyliśmy przeszłości, nie powiedzieliśmy, kto był zdrajcą,
a kto bohaterem. Przykładem postawy tamtych zdrajców usprawiedliwiają się
nowi, dzisiejsi.
Problemem Polski jest kula okrągłego stołu i Magdalenki przykuta
do nogi. Czas zerwać te pęta i powiedzieć, co czarne, a co białe. W przeciwnym
razie nigdy w Polsce nie będzie normalnie, bez tego kolejne pokolenia będą
rosły w atmosferze patriotycznej "ambiwalencji".
Patriotyzm to troska o dobrze pojęty własny interes - interes
naszych rodzin, miejscowości, kraju. Nikt o ten interes nie zadba, jeśli
sami tego nie zrobimy. Przejawem tej troski musi być odzyskanie przestrzeni
publicznej - mediów. To można łatwo zrobić, głosując portmonetką. Czasu
niewiele.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 18/2010
Marzenia, świeczki i ogarek
W kampanii prezydenckiej początek ostrego startu. 6 maja o godzinie
24.00 upłynął termin złożenia przez komitety wyborcze co najmniej 100 tysięcy
podpisów, co jest warunkiem zarejestrowania kandydata przez Państwową Komisję
Wyborczą ze wszystkimi tego konsekwencjami, zwłaszcza - przydziałem darmowego
czasu antenowego w państwowej telewizji i radiu - co dla wielu kandydatów
może być celem samym w sobie. Na trzy godziny przed upływem terminu wiadomo,
że podpisy złożył Waldemar Pawlak, Grzegorz Napieralski, Andrzej Olechowski,
Marek Jurek i niektórzy mniej znani kandydaci, zaś sensacją dnia stało
się dostarczenie rekordowej liczby około 1700 tysięcy podpisów przez sztab
wyborczy Jarosława Kaczyńskiego, który w ten sposób ponad dwukrotnie przebił
sztab wyborczy Bronisława Komorowskiego, legitymujący się jedynie 700 tysiącami
podpisów. Prawnego znaczenia nie ma to oczywiście żadnego, natomiast pokazuje
kilka rzeczy jednocześnie. Po pierwsze - sprawność sztabu wyborczego Jarosława
Kaczyńskiego, a także - jego politycznego zaplecza. Po drugie - potwierdza
przypuszczenia, że wahadło sympatii opinii publicznej wychyliło się wyraźnie
w stronę Jarosława Kaczyńskiego, który w związku z tym - po trzecie - ma
szanse na przejście do drugiej tury z Bronisławem Komorowskim.
A w drugiej turze - na czyje głosy może liczyć Jarosław Kaczyński,
a na czyje - Bronisław Komorowski? Jarosław Kaczyński może liczyć
na głosy, które w pierwszej turze zbierze Marek Jurek oraz część głosów
zebranych przez Waldemara Pawlaka. Wprawdzie PSL jest w koalicji z Platformą
Obywatelską, ale nie jest tajemnicą, iż ta koalicja jest małżeństwem z
rozsądku i to w dodatku takim, w którym tzw. ciche dni zdarzają się dość
często. Ale może też zebrać głosy tych wyborców, którzy niezależnie od
sympatii partyjnych uważają, iż niebezpieczne byłoby oddanie Platformie
Obywatelskiej pełnej kontroli nad państwem - co nastąpiłoby w przypadku
zwycięstwa Bronisława Komorowskiego. Oczywiście ta pełna kontrola PO to
tylko taki skrót myślowy; pełną kontrolę nad państwem polskim sprawują
tajne służby, dobrze, jeśli tylko tubylcze - ale nie wszyscy wyborcy w
takie spiskowe teorie wierzą, zwłaszcza, że "Gazeta Wyborcza" i powtarzający
za nią Salon każdego wyznawcę spiskowej teorii uważa nie tylko za oszołoma
i łajdaka, ale ostatnio, za sprawą gorliwości Jego Ekscelencji - nawet
za grzesznika. A skoro nie wierzą, to mogą myśleć, że w przypadku zwycięstwa
Bronisława Komorowskiego Platforma Obywatelska stanie się dyktatorem Polski,
podobnie jak kiedyś PZPR - a taka ewentualność może skłonić ich do poparcia
mniejszego zła, to znaczy - powierzenia urzędu prezydenckiego przedstawicielowi
innej opcji. Bo Bronisław Komorowski może liczyć na głosy wyborców Andrzeja
Olechowskiego i Grzegorza Napieralskiego. Warto jednak zwrócić uwagę, iż
zbyt ostentacyjne poparcie SLD dla Bronisława Komorowskiego w II turze
może w oczach części wyborców być dla niego pocałunkiem Almanzora. Wprawdzie
smoleńska katastrofa połączyła obóz zdrady i zaprzaństwa z obozem płomiennych
obrońców interesu narodowego braterstwem przelanej krwi - a w każdym razie
w tym kierunku zmierzały przemyślenia pana posła Ryszarda Kalisza - ale
nie wszyscy zaraz muszą się tym nastrojom poddawać i po staremu myśleć,
że co komuna, to komuna. W każdym razie wybory będą miały charakter plebiscytu
między Jasnogrodem a Ciemnogrodem - i w tym właśnie kierunku zmierza linia
propagandowa razwiedki, Salonu i "Gazety Wyborczej".
Chociaż wybory tubylczego prezydenta przedstawiane są jako najważniejsze
polityczne wydarzenie, to wcale nie musi to być prawda, bo przecież na
prawo i lewo od Polski świat nadal istnieje, a konkretnie - istnieją strategiczni
partnerzy, którzy mają względem nas i naszego państwa swoje zamysły. Pośrednio
zwrócił na to uwagę Jarosław Kaczyński, realistycznie akcentując w swoim
przemówieniu nasze "prawo do marzeń o Polsce silnej, zasobnej i sprawiedliwej".
Ano, marzyć wolno każdemu, kto by tam zabraniał ludziom marzyć, zresztą
- nawet gdyby i chciał, to trudno byłoby mu to wyegzekwować. Marzyć zatem
o Polsce silnej, zasobnej i sprawiedliwej będziemy mogli sobie do woli
i nikt nam tego nie zabroni. Ale - jak śpiewał Wojciech Młynarski
- "miewamy często głupie sny, ale potem się budzimy i...". No i wtedy następuje
bolesny powrót do rzeczywistości, którą niestety w przewidywalnym czasie
będą coraz mocniej kształtowały uzgodnienia strategicznych partnerów, coraz
mocniej ujmujących ster europejskiej polityki. Wskazują na to liczne znaki
na ziemi, a właściwie jeden, o którym za chwilę.
Żeby lepiej przybliżyć zrozumienie wymowy tego znaku, chciałbym
przypomnieć historię opowiedzianą przez Adama Grzymałę-Siedleckiego o spostrzeżeniu
poczynionym w miasteczku Prele, położonym w dawnych Inflantach Polskich.
W początkach XX wieku miasteczko to było zaludnione w większości przez
Żydów, więc pewnego wieczoru uwagę Grzymały-Siedleckiego zwróciła iluminacja,
jaką prelowscy Żydzi urządzili w oknach swoich domów, niczym w piątek -
a właśnie nie był piątek. Przygodny Żyd zapytany o przyczynę jarzących
się w oknach świec, odpowiedział wymijająco, że to ot, tak sobie, żeby
było jaśniej. I dopiero następnego dnia się okazało, że rewolucjoniści
zamordowali onegdaj słynącego z niechęci do Żydów rosyjskiego ministra
Plehwego i iluminacja w Prelach odbywała się najwyraźniej na cześć tego
wydarzenia. Skąd jednak tamtejsi Żydzi wiedzieli o udanym zamachu, skoro
radia jeszcze nie było, a wysyłanie depeszy mogło w tej sytuacji być jednak
ryzykowne? Na to pytanie Grzymała-Siedlecki nie znalazł odpowiedzi, ale
nie o to chodzi, bo ta ilustracja rzuca snop światła na inicjatywę, z jaką
wystąpiła liczna grupa znanych osobistości.
Chodzi o apel, by w dniu 9 maja w całej Polsce zapalić świeczki
na grobach żołnierzy Armii Czerwonej, poległych i pochowanych na terenie
Polski. Jest to dalszy ciąg inicjatywy objawionej w czasie żałoby po smoleńskiej
katastrofie przez Jego Ekscelencję abpa Józefa Życińskiego, który w odpowiedzi
na niesłychane objawy życzliwości i ze strony zwykłych Rosjan, i ze strony
władz Federacji Rosyjskiej wezwał do roztoczenia opieki nad grobami żołnierzy
radzieckich. Ten apel, powiedzmy sobie otwarcie i szczerze, służył nie
tyle grobom, co zwróceniu uwagi na autora pomysłu, bo niezależnie od przyjaciół
Związku Radzieckiego, których w Polsce jest znacznie więcej, niż mogłoby
się wydawać, i niezależnie od harcerzy, którzy opiekują się grobami, działa
też rządowe BONGO, czyli Biuro Opieki nad Grobami Obcokrajowców, ale mniejsza
już o to. Ważniejsze bowiem jest to, że apel, wraz z nazwiskami jego sygnatariuszy,
ogłosiła "Gazeta Wyborcza", która nigdy nie zapomina o leninowskich przykazaniach
dotyczących organizatorskiej funkcji prasy. Wydaje się oczywiste,
iż przedstawienie pełnej listy sygnatariuszy skierowane było do wiadomości
rosyjskiej ambasady, a za jej pośrednictwem - do władz Federacji Rosyjskiej,
jako swego rodzaju deklaracja lojalności nie tylko podpisanych osobistości,
ale również środowisk - na wypadek dalszego zacieśnienia współpracy strategicznych
partnerów przy ostatecznym rozwiązywaniu kwestii polskiej. Przede wszystkim
apel podpisali prawie wszyscy wpływowi Żydzi, co stanowi dodatkową poszlakę,
iż podczas rozmów, jakie w ubiegłym roku prezydent Miedwiediew przeprowadził
z izraelskim prezydentem Peresem, sprawa utworzenia Żydolandu w ramach
ostatecznego rozwiązywania przez strategicznych partnerów kwestii polskiej
mogła zostać owocnie poruszona. Wskazuje na to również obecność pośród
sygnatariuszy apelu prawie wszystkich znanych koniunkturalistów, co skłania
do podejrzeń, że mogły zostać poczynione nawet jakieś ustalenia natury
finansowej. Czy w przeciwnym razie apel w sprawie świeczek podpisywałby
Andrzej Wajda? I wreszcie listę sygnatariuszy apelu w sprawie świeczek
zamyka JE abp Józef Życiński, co sprawia, że i perspektywa ewentualnego
utworzenia u nas Żywej Cerkwi też nabiera rumieńców, zwłaszcza w sytuacji,
gdy niektórzy przedstawiciele hierarchii zostali właśnie przez Salon
surowo napiętnowani za pogrążanie się w sprośnych błędach Niebu obrzydłych.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Krzysztof Ligęza
Garaż na Grochowie i Parada Zwycięzców
Im więcej czasu upływa od katastrofy w smoleńskim lesie, tym głośniej
rozbrzmiewają wątpliwości. Coraz wyraźniej widać również, jak bardzo skompromitowały
się polskie władze. Mało tego, tej kompromitacji nie ma końca.
Skompromitował się premier Donald Tusk, przyjmując zaproszenie
do Katynia na 7 kwietnia, tym samym pozwalając rozegrać swoją grę premierowi
Federacji Rosyjskiej (i stając się narzędziem w jego rękach). Skompromitowało
się Ministerstwo Obrony Narodowej, które odpowiadało za organizację wyjazdu
10 kwietnia, oraz służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo głowy państwa,
generałów, parlamentarzystów i osób towarzyszących. Powszednieje przekonanie,
wedle którego rząd firmowany przez Platformę Obywatelską oraz Polskie Stronnictwo
Ludowe nie poradziłby sobie z organizacją wiejskiej potańcówki. Kompromituje
się Prokuratura Wojskowa, potulnie godząc na rolę petenta, wyznaczaną jej
przez Rosjan. Jak to sprecyzował Włodzimierz Cimoszewicz, zachowuje się
ona "tak, jakby chodziło o włamanie do garażu na Grochowie. To jest niezrozumiałe."
CO ONI ROBIĄ?
Jacek Trznadel w rozmowie z "Rzeczpospolitą" formułuje zarzut
mocniej, przypominając, że Federacją Rosyjską "rządzi były agent KGB, członek
klanu czekistów. Jego ojciec był w NKWD, a dziadek był kucharzem Lenina.
Dziś jego potomek kieruje państwem o imperialnych ambicjach, państwem nieprzychylnym
wobec Polski. To wszystko chyba wręcz powinno skłaniać do ostrożności,
do braku zaufania do rosyjskich śledczych. Niestety, nasz rząd całkowicie
ignoruje ten kontekst i rozpływa się nad rzekomo wspaniałą postawą Rosjan.
(...) Żadne silne, suwerenne państwo nie pozwoliłoby sobie na to, co robią
teraz z nami Rosjanie".
W istocie. Oficjalnie nie wiemy niczego. W chwili, gdy piszę
te słowa (4 maja) oficjalnie nie znamy nawet godziny, w której rozbił
się samolot. Obserwujemy za to chaos organizacyjny, chaos decyzyjny, chaos
kompetencyjny, a na dodatek totalny zanik odpowiedzialności u ludzi mieniących
się przywódcami narodu. W istocie wygląda na to, że polskiego państwa już
nie ma, chociaż ten i ów z decydentów, z jakichś bliżej nieznanych powodów,
wstrzymuje się, by tę wieść Polakom zakomunikować. Tak czy owak, nie można
pozbyć się wrażenia, iż los 38-milionowego kraju zależy dziś wyłącznie
od instynktu samozachowawczego Polaków.
ZAPIS NASTROJÓW
Z którym to instynktem, Bogu dzięki, najgorzej nie jest. Dowodem
"Solidarni 2010", film Ewy Stankiewicz (poprzednio: "Trzech kumpli"). Dokument
wyemitowany na antenie pierwszego programu telewizji publicznej zaowocował
furią mainstreamu nie ze względu na zawartość, lecz z powodu zasięgu oraz
emocji, które wywołał. Relacja, dokumentująca zachowania Polaków zintegrowanych
wokół żałobnej symboliki, dowiodła, że wstrząs po tragedii w smoleńskim
lesie nabrał charakteru zbiorowej refleksji, której potencjalnych skutków
dla tożsamości narodowej Polaków nie sposób przecenić.
Ewa Stankiewicz: "Nie roszczę sobie pretensji do całościowego
uchwycenia procesu żałoby. Była to próba uchwycenia nastrojów i zarejestrowania
- jak to odebrałam - pewnego zrywu społecznego, który dokonuje się na moich
oczach. Była to też próba przywrócenia równowagi w jednostronnych relacjach
medialnych z żałoby - całkowicie pomijających lęki i obawy społeczne, czy
przyczyną katastrofy nie był zamach. Oraz próba oddania głosu ogromnej
części społeczeństwa - która sama o sobie mówi, że od lat była dyskryminowana
i upokarzana przez media".
Dobrze powiedziane.
DNI KLĘSKI
Tymczasem w najbliższą niedzielę świat obiegną obrazy z moskiewskiego
placu Czerwonego. Warto więc przy tej okazji przypomnieć, że podczas II
wojny światowej życie straciło ponad sześć milionów polskich obywateli.
Oznacza to, że procentowo, w stosunku do ogólnej liczby ludności, straty
w tkance biologicznej narodu były wśród Polaków największe na świecie.
Polacy uczestniczyli w większości kampanii tamtej wojny. W zachodniej,
północnej i południowej Europie, w Azji i w Afryce, a od końca 1943 roku
także na europejskim froncie wschodnim. W maju 1945 roku Polskie Siły Zbrojne
na Zachodzie liczyły blisko 200.000 żołnierzy skupionych we wszystkich
możliwych formacjach. Dodatkowo, ze wschodu szturmowało III Rzeszę kolejnych
400.000 Polaków. Jednocześnie, jak ktoś to słusznie ujął, na ziemiach polskich
trwała już powojenna, nowa faza umierania: w łagrach i więzieniach NKWD
oraz UB.
Ósmy i dziewiąty maja 1945 roku uznawane są za dni, w których
zakończyła się w Europie najkrwawsza z dotychczasowych konfrontacji militarnych.
Mówi się, że są to "dni zwycięstwa". A przecież Polacy, jako pierwsi stawiający
opór Niemcom, a następnie Rosjanom, bynajmniej nie odzyskali tego, o co
od 1939 roku walczyli. Innymi słowy, Polska wojny nie wygrała, kończąc
ją jako kraj zniewolony, z jedną trzecią przedwojennego terytorium oraz
z ustrojem narzuconym przez totalitarnego sąsiada.
CZYJE ZWYCIĘSTWO?
Już w 1942 roku brytyjski sztab generalny uznał, że bez Sowietów
wojny wygrać się nie da. Zatem wszystko, co w tym przeszkadzało (wybuch
wojny polsko-sowieckiej 17 września, kwestia odpowiedzialności za Katyń,
zatarg o granice i niezawisłość), wcześniej czy później należało wyeliminować.
Stąd właściwie już od konferencji Wielkiej Trójki w Teheranie, Polska stawała
się "klinem wbijanym w drzewo koalicji" - jak o tym pisały brytyjskie gazety.
A Rosjanie szybko zrozumieli, że Zachód nie będzie kruszyć kopii o Polskę.
Od 1945 roku w kraju panoszył się terror, mordy, aresztowania,
więzienia i zsyłki polskich patriotów, którzy przelewali krew w walce o
ojczyznę. Setki tysięcy Polaków skazano na wygnanie. Większość nigdy do
Polski nie wróciła.
...Takie to było zwycięstwo.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Zapraszam również tutaj: http://www.widnokregi.salon24.pl
Izabela Embalo
Praca w Kanadzie
Imigracyjny program dla opiekunek pozwala pracować w Kanadzie legalnie,
opiekując się starszą osobą, dzieckiem czy osobą niepełnosprawną. Wiele
opiekunek z zagranicy korzysta z tego programu tylko po to, by po dwóch
latach zatrudnienia w kanadyjskich domach, ubiegać się o wymarzony pobyt
stały. Program był kontrowersyjny, ponieważ niektórzy pracodawcy wykorzystywali
swoje opiekunki czy niańki, które nie tylko wykonywały czynności związane
z opieką, ale także usługiwały, sprzątały, zajmowały się praktycznie całym
gospodarstwem domowym i pracowały wiele nadgodzin bez żadnego wynagrodzenia.
Agencje pracy dla opiekunek pobierały wysokie sumy za znalezienie
kanadyjskiej rodziny - pracodawców, niekiedy obietnice agencji były bez
pokrycia, gdyż po przylocie do Kanady praca nie była załatwiona i ich wizyta
kończyła się nakazem deportacyjnym. Podobnie z gwarantowanymi przez agencje
zarobkami... Przylot do Kanady okazywał się wielkim rozczarowaniem.
W sytuacji zależności od kanadyjskich pracodawców-sponsorów,
którzy są jedyną "przepustką" do pobytu stałego w Kanadzie, niejedna
z kobiet decydowała się na ten trudny imigracyjny początek, wytrzymując
niegodziwe warunki pracy. Wiele skarg wpływało do urzędu i dlatego ministerstwo
wprowadziło znaczne zmiany, mające polepszyć sytuację zagranicznych opiekunek.
Przede wszystkim to pracodawca musi opłacić koszty agencji, transportu,
ewentualnie pomocy prawnej. Prawo surowo zabrania, by kanadyjscy pracownicy
żądali zwrotu kosztów od swojej pracownicy, grozi im za to 50.000 dolarów
grzywny oraz roczny nakaz uwięzienia. Ponadto kanadyjscy pracodawcy muszą
zarejestrować się odpowiednio w urzędzie pracy i są zobowiązani zapewnić
opiekunce nie tylko godziwe warunki pracy i zamieszkania, także opiekę
medyczną, zanim pracownica uzyska rządowe ubezpieczenie.
Zastanawiam się tylko, ilu pracodawców zechce zgodzić się na
wszystkie wymogi programu i zechce zatrudnić opiekunki z Filipin, Ukrainy,
Polski czy innych krajów.
Izabela Embalo
Osoby zainteresowane emigracją, do Kanady prosimy o kontakt,
tel. 416-820-9576 lub 416-515-2022. Zapraszam do odwiedzenia naszej strony:
www.emigracjakanada.net. Jesteśmy jedną z nielicznych polonijnych firm
imigracyjnych, która oferuje licencjonowaną obronę i reprezentację adwokacką.
Ze znakiem Q
Audi po mercedesach były obiektem westchnień każdego mieszkańca Polski,
gdy nikomu jeszcze nie śniło się, że kraj ten stanie się częścią Unii Europejskiej,
a samochody będzie można kupować w firmowych salonach, a nie na talony
lub na Niskich Łąkach we Wrocławiu, które bardziej przypominały wielkie
złomowisko niż samochodową giełdę.
Nic więc dziwnego, że wozy marki Audi tak chętnie kupują Polacy mieszkający
w Kanadzie, bo oprócz doskonałej jakości tych aut często spełnia się ich
dawne marzenie, jeszcze rodem z biednej ojczyzny.
Od niedawna mamy zresztą coś specjalnego w niemieckiej ofercie,
coś na nasze kanadyjskie warunki i tutejszy styl życia - dwie terenówki:
Q7 i Q5.
Q5 to autentyczna nowość - kompaktowy SUV produkowany w Niemczech
i na Słowacji bazujący na platformie podłogowej pożyczonej od modelu
A5 coupe. Choć "piątka" określana jest jako "kompaktowa", to jej rozmiary
śmiało konkurują z tutejszymi średniowymiarowcami - taki trend jest zasadą
u Audi. Prawdziwym maluchem być może będzie Q3, który zadebiutuje w sezonie
2011. Pojazd ma korzystać z podłogi volkswagena tiguana, który zbudowany
jest na bazie golfa Mk5.
W niemieckim Audi małe auta są duże, a duże - ogromne. Wystarczy
popatrzeć tylko na pierwszego firmowego SUV-a - Q7. Ten mieszczący wygodnie
siedem osób wóz ma długość ponad 5 metrów i waży od 2200 do 2600 kg. Całkowita
waga zależy od rodzaju silnika, w jaki Q7 jest wyposażony.
Pierwszy luksusowy pojazd z działu terenówek Audi stworzył w
2005 roku. W Ameryce samochód zadebiutował rok później na wystawie
w Los Angeles. Data narodzin wozu nie była przypadkowa, bowiem właśnie
w tym samym czasie Mercedes zademonstrował swego olbrzyma klasy GL, z którym
w zawody miało stanąć audi Q7. Oba wozy posiadają bardzo zbliżone gabaryty
i możliwości, a różni je tylko cena - podstawowy model Q7 kosztuje 54 tysiące
dolarów, a GL-class - 69 000 dolarów (nie dodaję, że kanadyjskich, ponieważ
różnica w kursie naszej i amerykańskiej waluty jest teraz minimalna).
Aby zminimalizować koszty wytwarzania pierwszej terenówki, Q7
oparty jest na tej samej płycie podłogowej co volkswagen touareg i porsche
cayenne.
Ten obszerny, luksusowy wóz można kupić w Kanadzie, mając do
wyboru jeden z trzech silników: dwa benzynowe o pojemności 3,6 i 4,2 litra
oraz 3-litrowego ropniaka. Najpopularniejsza wersja posiada V6 o mocy 280
KM, ale prawdziwym przebojem jest model wyposażony w 225-konnego diesla
spalający na autostradzie zaledwie 8,3 litra ropy. To naprawdę świetny
wynik, bo trzeba przypomnieć, że sam wóz w tej wersji waży 2,5 tony! Wszystkie
jednostki współpracują z 6-stopniowym automatem.
Na szybko zbliżający się nowy sezon 2011 Audi postanowiło odmłodzić
nieco Q7 - obiecując całkowicie zmodyfikowany nowy model na rok 2012. Z
zewnątrz zmiany są bardzo subtelne: nowy grill, przednie lampy czy odmieniony
układ lamp LED to tylko niektóre z nowych rzeczy. We wnętrzu także niewielkie
modyfikacje: dodano kilka kolorów wykończenia, eleganckie aplikacje z chromu
oraz nawigację MMI trzeciej generacji.
Firma większą wagę przywiązała do zmian pod maską. W Q7 na sezon
2011 zastosowano układ odzyskiwania energii, który podczas hamowania i
zjeżdżania z wysokości na wolnym biegu kumuluje mechaniczną energię, zamieniając
ją na elektryczną, która następnie przechowywana jest w akumulatorach.
Dzięki temu udało się zmniejszyć emisję dwutlenku węgla o 5 g na kilometr.
Pod maską Q7 znajdą się trzy nowe silniki. Zgodnie z ideą downsizingu,
duża pojemność i liczba cylindrów ustępują mniejszym konstrukcjom z turbodoładowaniem.
Z oferty znikną jednostki 3,6 V6 i 4,2 V8. Na ich miejsce trafi nowy motor
3,0 TFSI o konstrukcji V6.
Rozwarcie cylindrów wynosi 90 stopni. Zastosowano też dwa intercoolery
schładzające powietrze, zanim trafi ono do komory spalania, dzięki czemu
poziom tlenu w mieszance powietrza jest wyższy. To z kolei przekłada się
na bardziej efektywne spalanie.
3-litrowy silnik TFSI występuje w dwóch odmianach różniących
się mocą. Słabszy produkuje 268 KM, a mocniejszy, pożyczony od audi S4,
dysponuje mocą 329 KM.
Odmłodzone Q7 dzięki nowym jednostkom napędowym osiąga setkę
w niecałe 8 sekund, a prędkość maksymalna dochodzi do 225 km/h. Mocniejszy
silnik do setki dochodzi w 6,9 sekundy. Audi zapewnia, że nowy silnik TFSI
jest wydajniejszy niż poprzednie jednostki odpowiednio o 12 i 16 proc.
Średnie spalanie wynosi 10,7 l/100km.
Zmiany dotknęły również jednostki dieslowskie. W porównaniu do
poprzedniej wersji, nowy 3.0 TDI waży o 20 kg mniej. Ciekawostką jest też
zastosowanie oddzielnych obiegów chłodzenia dla każdego z cylindrów w silniku
V6. W momencie rozruchu woda nie krąży po układzie, co powoduje, iż silnik
szybciej uzyskuje temperaturę roboczą. W momencie jej osiągnięcia, zawory
otwierają automatycznie obieg i woda zaczyna krążyć między blokiem a chłodnicą.
Standardem we wszystkich 8- i 6-cylindrowych wersjach Q7 będzie nowa, 8-biegowa,
automatyczna skrzynia biegów, dzięki której spalanie zmniejsza się o ok.
5 proc. Konstrukcja bazuje na znanym 6-biegowym automacie Tiptronic. Przekładnia
przenosi moc na 4 koła w proporcjach 40:60, ale możliwe jest również przekazanie
65 proc. na przednią oś lub 85 proc. mocy na tył.
Cena Q7 wynosi w Kanadzie od 54 200 dol do 75 200. Jak widać,
nie są to tanie samochody - warto jednak pokusić się o model 2-3-letni,
który kosztuje połowę wymienionej kwoty, a na pewno posłuży nam przez wiele,
wiele lat. Jego wielkość pozwoli nam na wygodną i bezpieczną podróż, a
moc - na holowanie przyczepy czy łodzi o wadze do 3,5 tony! Mało jest w
tej klasie tak pożytecznych samochodów!
Jerzy Rosa
Mississauga
Uwaga, uwaga, nadchodzi... Gazprom
Mój tekst o polskim gazie łupkowym wywołał żywy odzew, choć jedynie
zestawiał powszechnie dostępne informacje.
O tym, że polski gaz niejednemu wierci w nosie, świadczą doniesienia
z ubiegłego tygodnia: minister spraw zagranicznych Sikorski przeprowadził
w USA rozmowy z Chevronem "na temat eksploatacji gazu łupkowego w Polsce,
szczegółów nie ujawniono", zaś szef Gazpromu, Miller (nie mylić z polskim
politykiem komunistycznym z Łodzi), ogłosił nieoczekiwanie, że Rosja ma
doświadczenie i technologię do eksploatacji gazu łupkowego i - tu cytat
z konferencji prasowej - "jeśli macie gaz łupkowy, do idziemy do was".
Rozumiem, że kontynuując sowieckie tradycje, Gazprom do Polski zawsze "czuje
się zaproszony".
Te dwa zdarzenia kreślą bieguny obecnego napięcia dyplomatycznego.
Reakcja Rosjan jest z pewnością ciekawa, ponieważ można domniemywać, iż
Moskwa ma informacje o polskich złożach strategicznych jeszcze ze starych
czasów, zaś za PRL prowadzone były liczne wiercenia i badania geologiczne.
Wiadomo, gdzie są łupki gazonośne, i wiadomo też prawdopodobnie, jakie
jest ich nasycenie gazem.
Nawiasem mówiąc, wiele osób, które z miną znawców wypowiadają
się na ten temat okazuje zadziwiająco małą wiedzę na temat samej technologii
eksploatacji łupków, zazwyczaj przyrównując to do znanej tu z Alberty niezwykle
"brudnej" eksploatacji roponośnych piasków i łupków bitumicznych.
Gdzie Rzym, a gdzie Krym!
Ropę z łupków eksploatuje się metodą kopania odkrywki - olbrzymiej
dziury w ziemi - urobek transportowany jest ciężarówkami do zakładów, gdzie
materiał miesza się z parą - a następnie dokonuje ekstrakcji ropy
z mieszaniny.
Technologia poziomej eksploatacji gazu łupkowego jest o wiele
ciekawsza. Jej wertykalna faza przebiega jak standardowe wiercenia gazowe
- odwiert uszczelnia się betonem, aby nie dopuścić do skażenia wód głębinowych,
następnie na odpowiedniej głębokości nad warstwą łupka wiertło skręca
powoli w bok, by ostatecznie zacząć wiercić poziomo.
Tu znów następuje uszczelnienie płaszczem betonowym. W tak przygotowaną
poziomą część odwiertu wprowadza się urządzenie do strzelania otworów i
odpala ładunki wybuchowe, dzięki temu następuje perforacja rury i skały
w pobliżu odwiertu. Następnie urządzenie do strzelania wycofuje się i pod
bardzo wysokim ciśnieniem tłoczy w odwiert specjalnie dobraną płuczkę.
Ciśnienie rozsadza łupek na 900 m, a przez szczeliny wychodzi gaz.
Manewr można powtarzać, dokładnie "osuszając" łupek z gazu.
Dzięki zastosowaniu takiej technologii w ostatnich kilku latach
produkcja gazu ziemnego w USA wzrosła o 20 proc. i nadal rośnie.
Nie są to więc opowieści o żelaznym wilku, lecz wiedza sprawdzona
w działaniu.
W większości specjalistycznych magazynów mówi się obecnie o Polsce
jako o najbardziej obiecującym terenie eksploatacji gazu w Europie. Przepowiada
się, że Polska będzie "nową Norwegią". Norwegia jest obecnie trzecim na
świecie eksporterem gazu. Notabene, 60 proc. produkcji kontroluje Statoil,
firma będąca w 70 proc. własnością norweskiego państwa. Resztę mają BP
ExxonMobil i ConocoPhillips. Eksploatacja norweskiego gazu ruszyła w 1971
roku w dwa lata po odkryciu zasobów.
To, że w Polsce jest gaz łupkowy nie ulega wątpliwości. Obecnie
rozstrzyga się, kto go dostanie i na jakich zasadach.
Można się obawiać najgorszego, ponieważ polskie państwo przypomina
protektorat, na dodatek, dużym rzecznikiem interesów rosyjskiego gazownictwa
są Niemcy, mające w Polsce duże wpływy gospodarcze, medialne i polityczne.
Stąd też tak wielkie naciski dla zagwarantowania interesów Gazpromu i zawierania
kontraktów z Rosjanami opiewających na dziesiątki lat i bajońskie sumy.
Tymczasem właśnie z uwagi na gaz łupkowy i inne niekonwencjonalne sposoby
eksploatacji można oczekiwać, iż mimo wzrostu energetycznego głodu państw
Azji, cena gazu może spadać.
Do tego dochodzi nadzwyczaj szybko uchwalana ustawa "Prawo geologiczne
i górnicze", która zdaniem wielu prawników, jest niczym innym jak próbą
rabunkowej prywatyzacji polskich bogactw naturalnych. Wychodzi na to, że
polskie złoża (nie tylko gaz łupkowy) zostaną rozszabrowane na podobnych
zasadach, jak to zrobiono z iracką ropą, po obaleniu Saddama, kiedy to
również natychmiast "sprywatyzowano" złoża.
Wypadki ostatnich tygodni pokazują, że Polakom powoli otwierają
się oczy i poczynają dostrzegać jak zgrabnie przejechano im walcem po mózgach,
jednocześnie zapuszczając węża do kieszeni.
Wybory prezydenckie dają okazję do organizacji i mobilizacji.
Oczywiście, że nie ugramy wszystkiego, ale być może zaczniemy budować ruch,
być może wyłonieni zostaną nowi działacze, którym na sercu leży dobro Polski;
być może ludzie, którzy czując się ubezwłasnowolnieni, zostawali na głosowanie
w domach, ruszą do urn.
Świat się zmienia i Polska się zmienia. Gaz łupkowy przyspiesza
wypadki. Polska ponownie staje się terenem strategicznej rozgrywki. Nie
dajmy się po raz kolejny zrobić w bambuko, odsuńmy kompradorów od
władzy.
Jest to trudne, ale nie niemożliwe. Potrzeba tylko przedłożyć
interes Polski nad własny. Bo interes Polski to najlepiej pojęty interes
własny - nic nie daje większej radości niż rodzina, dzieci i praca
we własnym, dobrze rządzonym, zasobnym kraju. Polska może być takim państwem.
Między innymi za sprawą bogactw, którymi Bóg nas obdarzył. Warto o to zawalczyć.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 17/2010
Ciągłość i zmiana
Już wszyscy wiedzą, z jakiego klucza wypada im śpiewać. Premier Donald
Tusk na specjalnej konferencji prasowej zaintonował hymn ku swojej chwale,
a właściwie nie tyle może ku swojej, co ku chwale III Rzeczypospolitej,
że w momencie kryzysu zdała egzamin z ciągłości i w ogóle. Wprawdzie pojawiają
się głosy, że działania władz stanowią znakomitą ilustrację braku suwerenności
i bałaganu, ale kto by tam słuchał jakichś oszołomów, kiedy jest rozkaz
obrony III Rzeczypospolitej przed próbami reaktywacji Rzeczypospolitej
IV? Nikt takich oszołomów słuchał nie będzie, nawet jeśli jest to szef
Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych pan Klich, który w krótkich,
żołnierskich słowach odsłonił rąbek tajemnicy, otaczającej działania polskiego
"śledztwa", przypominającego błądzenie dzieci zagubionych we mgle. Jest
dobrze, a będzie jeszcze lepiej - podsumował premier Tusk, zapowiadając,
że do zakończenia wyborów prezydenckich nie będzie też podejmował żadnych
decyzji personalnych "tylko dlatego, że ktoś tak chce". A chciało co najmniej
dwóch; z jednej strony generał Sławomir Petelicki, a z drugiej poseł Ludwik
Dorn. Obydwaj domagali się dymisji ministra obrony Bogdana Klicha, przy
czym generał Petelicki, nie dbając już o zachowanie pozorów, podyktował
premieru Tusku nawet nazwiska kandydatów na inne posady, które też powinny
zostać opróżnione. Nieomylny to znak, że w momencie, gdy karty poszły w
tas, w łonie razwiedki doszło do nieporozumień, jak to zwykle w klubie
gangsterów, no i stąd ten zryw serca gorejącego u generała Petelickiego.
Poseł Dorn był bardziej powściągliwy i domagał się dymisji ministra Klicha
z powodu zaniedbań w szkoleniu pilotów. Jak pamiętamy, minister Klich miał
największe osiągnięcia w zarządzonej przez premiera Tuska akcji poszukiwania
20 miliardów oszczędności, co musiało odbić się również na szkoleniu nie
tylko pilotów, ale pilotów również. O tym jednak sza! - bo minister Klich,
zapewne już wiedząc, że włos mu z głowy nie spadnie i przemawiając na pogrzebie
dowódcy Sił Powietrznych, generała Andrzeja Błasika, odgrażał się, że zarówno
on, jak i pozostali urzędnicy ministerialni nie pozwolą na dyskredytowanie
jego dorobku. Słowem - minister Klich, na wszelki wypadek, jednym susem
schował się za plecy nieboszczyka, którego pamięci nikt nie ośmieli się
urągać, jako że stanęło ostatecznie na tym, iż w katastrofie pod Smoleńskiem
zginęła patriotyczna elita naszego kraju. Wynikałoby z tego, że przy życiu
została ta gorsza część, ale jeśli nawet, to nic nie szkodzi, bo najważniejsze,
że państwo nasze zdało egzamin z ciągłości.
Ale dlaczego właściwie nie miałoby ono zdać egzaminu z ciągłości,
kiedy tak naprawdę, powiedzmy sobie szczerze, żadna ciągłość nie została
przerwana? Przecież w samolocie znajdował się tylko prezydent ze swoimi
ministrami, prezes IPN, prezes NBP, dowódcy poszczególnych rodzajów wojsk,
kierownicy duszpasterstwa wojskowego, parlamentarzyści i przedstawiciele
Rodzin Katyńskich. Nie było wszak nikogo ani z WSI, ani z UB, czyli z razwiedki,
która - w odróżnieniu od ofiar katastrofy, które piastowały tylko zewnętrzne
znamiona władzy - sprawuje w naszym państwie, a właściwie w tych resztkach,
które składają się na jego atrapę, władzę rzeczywistą - oczywiście nie
w imieniu własnym, co to, to nie, tylko w imieniu strategicznych partnerów.
W tej sytuacji nawet dwie takie katastrofy jak smoleńska nie byłyby w stanie
naruszyć, nie mówiąc już o przerwaniu, ciągłości III Rzeczypospolitej.
Tak jak c'est le ton, qui fait la chanson, tak o ciągłości państwa nie
przesądzają prezydenci czy jacyś tam parlamentarzyści, tylko towarzysze
z bezpieczeństwa, co to jeszcze samego znali Stalina.
I na dowód tej ciągłości pełniący obowiązki prezydent marszałek
Sejmu Bronisław Komorowski, który - jak powiadają na mieście - już w dwie
godziny po katastrofie zabezpieczył dla razwiedki archiwa Kancelarii Prezydenta
i Biura Bezpieczeństwa Narodowego - właśnie podpisał nowelizację ustawy
o Instytucie Pamięci Narodowej, oddającą IPN pod kuratelę tajnych służb,
za pośrednictwem starannie dobranych w korcu maku konfidentów. Westchnienie
ulgi, jakie z tego powodu dobyło się z wezbranych wcześniej jaskółczym
niepokojem piersi tysięcy autorytetów moralnych, musiało chyba odbić się
echem również za Oceanem Atlantyckim. Już im żadna IV Rzeczpospolita nie
będzie spędzać snu z powiek. Wieloletnie wysiłki wspierania PO uwieńczone
zostały wreszcie powodzeniem - tym bardziej nieoczekiwanym, że przecież
chyba nikt się nie spodziewał, iż prezydencki samolot, który - według spiżowych
słów Aleksandra Dugina - leciał z misją skażenia prastarej ziemi smoleńskiej
czarnym PR-em - w akcie dziejowej sprawiedliwości strąci sama ręka Opatrzności!
Jestem przekonany, że taką właśnie wersję przyczyn katastrofy ustali badająca
ją komisja, wyrażając tę myśl oczywiście innymi, bardziej technicznymi
i fachowymi terminami - a premier Tusk na kolejnej konferencji prasowej
pouczy wszystkich, że trzeba przyjąć ją bez dyskusji, bo w przeciwnym razie
Rosjanie poczują się urażeni. Widać, że już powinności swej służby zrozumiał
i może spokojnie jechać do Moskwy na uroczystości 9 maja, nawet w jednym
samolocie z generałem Wojciechem Jaruzelskim.
Tymczasem, kiedy w Moskwie będą się odbywały uroczystości
w kolejną rocznicę pobiedy, na terenie polskiego terytorium etnograficznego
wejdzie w decydującą fazę kampania wyborcza tubylczego prezydenta. Jak
dotąd zgłosiło się ponad 20 kandydatów, ale ilu naprawdę stanie do wyborów
- okaże się dopiero 6 maja, kiedy upłynie termin zebrania 100 tysięcy podpisów.
Póki co kandydaci, a właściwie ich sztaby pracowicie podpisy zbierają i
w przekonaniu, że zgoda buduje, przekraczają niekiedy wszelkie podziały.
Ku swojemu zdumieniu otrzymałem nawet informację, jakoby Akcja Katolicka
w Lubelskiem zaangażowała się na rzecz... dra Andrzeja Olechowskiego. Oczywiście
niepotrzebniem się zdumiał; jeśli to prawda, to wszystko się zgadza, zwłaszcza
że to zaangażowanie prawie na pewno odbywa się "bez wiedzy i zgody". Ale
nie tylko na tym przykładzie widać, że razwiedka zmobilizowała wszystkie
swoje rezerwy, z czego można wnioskować, że i strategiczni partnerzy już
dojrzeli do ostatecznego rozwiązania kwestii naszej tubylczej państwowości.
"Gazeta Wyborcza" wychodzi z siebie, by przekonać tubylczych Polaków, że
w III Rzeczpospolitej, pod kuratelą strategicznych partnerów, którzy prawie
na pewno skorzystają z usług starszych i mądrzejszych, będzie im najlepiej.
Właśnie okazało się, że rząd, a konkretnie - minister finansów pan Rostowski
pracuje nad projektem ustawy o kredycie z odwróconą hipoteką. Przeznaczony
ma on być dla "seniorów" po ukończeniu 60 roku życia, którzy za przekazanie
własności nieruchomości mogą dostać z banku kredyt na przeżycie resztek
egzystencji. Na pewno z niego skorzystają, zwłaszcza jak rząd obetnie im
emerytury i w ten oto sposób w ciągu najwyżej 15 lat nie tylko dojdzie
do upragnionej zmiany stosunków własnościowych na Ziemiach Utraconych,
ale również - do pośredniego zrealizowania roszczeń majątkowych starszych
i mądrzejszych, których te kredyty nie będą nic kosztowały w sytuacji,
gdy opanowali przecież sztukę wypłukiwania złota z powietrza. W tej sytuacji
plebiscytowy charakter tubylczych wyborów prezydenckich może sprowadzić
się do tego, że w przypadku zwycięstwa pana marszałka Bronisława Komorowskiego
na pewno zostaniemy zoperowani bez znieczulenia, podczas gdy w przypadku
zwycięstwa pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego jest nadzieja na jakieś,
przynajmniej miejscowe, znieczulenie. Różnica, jak widać, nie jest specjalnie
duża, ale, jak to mówią, dobra psu i mucha.
Stanisław Michalkiewicz
Paweł Chojecki
Czy mamy państwo?
To, że nie mamy tajnych służb zdolnych ochronić państwo, już wiemy.
Pozostają pytania, czy mamy armię i wiarygodnych sojuszników.
W wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" 27.04.2010 gen. Petelicki (pierwszy
dowódca GROM) merytorycznie obnaża tragiczne zaniedbania polskich służb
specjalnych dotyczące bezpieczeństwa władz RP.
Przede wszystkim polskie służby powinny zabezpieczyć nie tylko
lotnisko docelowe w Smoleńsku, ale też zapasowe - zwraca uwagę gen. Petelicki.
- BOR nie miał informacji o lotnisku zapasowym - twierdzi Dariusz
Aleksandrowicz, rzecznik tej służby. Według rzecznika Sił Powietrznych
płk. Roberta Kupracza, takie zostały wybrane: były to Witebsk i Mińsk.
Dlaczego informacja o tym nie trafiła do BOR? Rzecznik Sił Powietrznych
nie potrafił wyjaśnić. (É)
Inną zasadą obowiązującą w NATO, o której przypomina dowódca
GROM, jest ta, że "delegacja takiego szczebla i w takim składzie powinna
udać się do Smoleńska czterema samolotami (minimum dla krajów biedniejszych
- trzy samoloty)". A 10 kwietnia delegacja polskich władz leciała jedną
maszyną Tu-154 (Jak-40 zabrał głównie dziennikarzy).
Dyletantyzm czy celowe zaniedbania są na porządku dziennym w
naszych służbach. Oto na pogrzebie gen. Gągora na Cmentarzu Powązkowskim,
gdzie zgromadziła się generalicja i oficjele, nie było żadnej ochrony.
Pewien oficer NATO tak to skomentował:
"Macie szczęście, że mimo waszego większego zaangażowania w Afganistanie
niż hiszpańskie, nie zainteresowali się wami dotąd terroryści, bo moglibyście
stracić na tym cmentarzu resztę generałów oraz ministra obrony i szefa
BBN".
Podobne zdziwienie przeżyłem podczas uroczystości żałobnych w
Krakowie. Wraz z dwoma przedstawicielami władz Unii Polityki Realnej mieliśmy
wejściówki do sektora strzeżonego na wprost wejścia do Bazyliki Mariackiej.
Na ulicy Sławkowskiej rzeczywiście dokładnie nas zrewidowano i wylegitymowano.
Ale później do przemieszczania się po strefie zamkniętej wystarczyło pomachać
identyfikatorem. Postanowiłem zrobić pewien eksperyment. Wszedłem do jednej
z kamienic okalających Rynek i spędziłem tam przynajmniej 20 minut. Do
gospodarza powiedziałem: jeśli po moim powrocie na Rynek nie podejdzie
do mnie tajniak, by mnie powtórnie zrewidować, to znaczy, że nie ma tu
żadnej ochrony (kamienica nie została wcześniej sprawdzona przez BOR).
Przez nikogo nieindagowany powróciłem do sektora i podszedłem do barierki,
przy której stały lawety dla trumien Pary Prezydenckiej. W odległości paru
metrów przeszedł cały orszak żałobnyÉ
Nie mamy służb, ale może mamy przynajmniej armię? By to sprawdzić,
należałoby zapytać, czy w kilka minut po katastrofie nasze wojsko zostało
postawione w stan najwyższej gotowości bojowej? Nikt nie potrafił wtedy
wykluczyć zamachu, a armia musi być przygotowana na najgorszy wariant.
Jeśli takiego rozkazu nie było, nie mamy także wojska.
Podobny test można przeprowadzić w stosunku do NATO. Czy w kilkanaście
minut po rozbiciu prezydenckiego samolotu Dowódca Sił Sojuszniczych Paktu
ogłosił alarm w podległych mu jednostkach (nie znam fachowego nazewnictwa,
stąd używam potocznego)? Czy zebrała się w trybie nagłym Rada Północnoatlantycka,
by ocenić stan zagrożenia i ewentualnego wsparcia jednego z państw członkowskich?
Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale w mediach o tym była kompletna
cisza. Można więc z dużym prawdopodobieństwem domniemywać, że nic takiego
się nie stało. Jedyne, co wiemy, to informacja o kolejnym przełożeniu (tym
razem na koniec maja) rozmieszczenia w Polsce rakiet PatriotÉ
Mamy więc do wyboru dwa scenariusze:
1. Jesteśmy całkowicie bezbronni i każdy może nas bezkarnie (i
bez trudu) zaatakować.
2. "Wypadek" polskiej delegacji udającej się do Katynia nie był
dla nikogo prócz zwykłych ludzi zaskoczeniem.
A więc robi się nieprzyjemnie, "straszno i grozno"É.
Paweł Chojecki
niezależna.pl
Monika J. Curyk
Alimentacja dzieci - tajemnicze "wydatki specjalne"
Wprowadzenie w życie federalnych i ontaryjskich Child Support Guidelines
znacznie uprościło większość kwestii związanych z alimentacją dzieci w
Kanadzie. Zgodnie z Guidelines alimenty na dzieci (child support) obliczane
są według tabeli, która uwzględnia tylko dwa czynniki: dochód osoby płacącej
alimenty i liczbę dzieci. Dochód osoby otrzymującej alimenty, czyli tej
z którą dzieci mieszkają, nie ma znaczenia. Jeżeli osoba, z którą
dzieci mieszkają, zarabia milion dolarów rocznie, a rodzic płacący alimenty
zarabia 10 tysięcy, to od 10 tysięcy zobowiązany jest płacić alimenty,
chyba że rodzic, z którym dzieci mieszkają, zrezygnuje z roszczeń.
Dla przykładu, w Ontario osoba zarabiająca:
- 14 tysięcy rocznie płaci miesięcznie 104 dolary na jedno dziecko
lub 220 dolarów na dwoje dzieci,
- 35 tysięcy rocznie płaci 325 dolarów na jedno dziecko lub 521
dolarów na dwoje dzieci,
- 88 tysięcy rocznie płaci 1158 dolarów na jedno dziecko lub
1841 dolarów na dwoje dzieci.
Osoba zarabiająca mniej niż 8 tysięcy rocznie nie jest zobowiązana
do płacenia alimentów.
Oprócz kwoty wynikającej z tabeli, rodzic, z którym dzieci nie
mieszkają, zobowiązany jest także do dokładania się do tak zwanych "wydatków
specjalnych" (special and extraordinary expenses) proporcjonalnie do wysokości
swoich dochodów i dochodów rodzica, z którym dzieci mieszkają. Znaczy
to, że jeżeli tato zarabia 60 tysięcy rocznie, a mama 40 tysięcy, to tato
płaci 60 proc. wydatków specjalnych, a mama 40 proc.
Co podlega pod definicję wydatków specjalnych?
Praktycznie bez dyskusji za wydatki specjalne uważane są koszty:
1. opieki nad dziećmi (baby sitting, day care, summer camps itd.).,
2. ubezpieczenia medycznego i dentystycznego dzieci,
3. leczenia i opieki medycznej, jak na przykład: leczenia ortodontycznego,
psychoterapii, fizykoterapii, logopedy, lekarstw, okularów, aparatów słuchowych
itp.,
4. wydatki na studia.
Kiedy wydatki są "specjalne"?
Co w kwestii innych wydatków, jak np. opłat za prywatne szkoły
podstawowe lub średnie, programy edukacyjne zgodne z potrzebami dziecka
i zajęcia pozalekcyjne? Czy sąd uznaje je za "specjalne"? Zależy to od
paru czynników. Pierwszym z nich jest dochód rodzica, z którym dzieci mieszkają,
i wysokość alimentów płaconych przez drugiego rodzica. Jeżeli rodzic,
z którym dziecko mieszka, ma spory dochód i dostaje wysokie "alimenty z
rozdzielnika", to niedrogie zajęcia pozalekcyjne i programy edukacyjne
nie są traktowane jako wydatki specjalne. Na przykład sąd uznał, że koszty
lekcji jogi dla dzieci nie są "specjalne", gdy połączony dochód żyjących
w separacji rodziców wyniósł 235 tysięcy dolarów. Jednak te same
lekcje jogi mogłyby zostać uznane za specjalne, gdyby dochód rodziców wynosił
23 tysiące dolarów.
Konieczne i rozsądne
Rodzic, z którym dzieci mieszkają, nie może zapisywać dzieci
na każdy program, jaki mu, a częściej jej, przyjdzie do głowy, a potem
domagać się od drugiego rodzica, aby pokrywał proporcjonalną część kosztów.
Specjalne wydatki muszą być "konieczne i rozsądne" (necessary and reasonable).
Ponieważ konieczność i rozsądek to terminy względne i w znacznym stopniu
zależne od indywidualnej interpretacji i percepcji, ustawodawcy wymienili
kilka czynników, które sądy biorą pod uwagę, gdy decydują o tym, co jest
konieczne i rozsądne:
1. rodzaj i ilość specjalnych wydatków,
2. specjalne potrzeby i talenty dziecka,
3. wysokość sumy wydawanej na wszystkie programy i zajęcia pozalekcyjne,
4. zajęcia i programy, w których dziecko brało udział przed rozstaniem
rodziców.
I tak na przykład, gdy łączny dochód rodziców wynosił około 190
tysięcy dolarów rocznie, sąd zdecydował, że wydatki na szkołę prywatną,
obóz letni, sporty, lekcje tańca i opiekunkę dla dziecka w wysokości trzech
tysięcy trzystu dolarów miesięcznie, są za wysokie, a tym samym nie są
rozsądne.
W innym przypadku sąd uznał, że wydatki na opiekę nad dziećmi
przed i po szkole, program Kumon, obóz letni i zajęcia sportowe, które
w sumie kosztowały 10 tysięcy dolarów rocznie dla dwójki dzieci ze specjalnymi
potrzebami, przy rocznym dochodzie obydwojga rodziców wynoszącym 100 tysięcy
dolarów, są jak najbardziej konieczne i rozsądne. Podobnie lekcje tańca
i hokeja dla trójki dzieci kosztujące 12 tysięcy rocznie, zostały uznane
za konieczne i rozsądne przy rocznym dochodzie rodziców wynoszącym ponad
220 tysięcy dolarów.
Za wydatki, które nie są "wystarczająco specjalne", uważa się
koszty, które wszyscy rodzice ponoszą w związku z tym, że dzieci uczęszczają
do szkoły (dojazdy, mundurki, przybory szkolne, wymagane opłaty za
rejestrację w szkole, książki itp.). Również koszty wakacji i podróży nie
kwalifikują się jako wydatki specjalne.
Koszty zajęć pozalekcyjnych kwalifikują się jako specjalne w
zależności od dochodu rodziców. Dla bogatych rodziców wydatek rzędu
100 dolarów miesięcznie na zajęcia pozalekcyjne nie jest specjalny, dla
biednych - może być.
Podobnie dla rodziny z niskim dochodem ekstrawaganckie wydatki
na zajęcia pozalekcyjne lub sporty, mogą nie zostać uznane za konieczne
i rozsądne. Jeżeli jedno z rodziców chce za nie płacić, to nie może
wymagać, aby drugi rodzic się dokładał. Te same wydatki mogą jednak zostać
uznane za konieczne i rozsądne dla rodziny o wysokim dochodzie.
Niektóre kategorie wydatków prawie zawsze uważane są za niezbędne
i rozsądne. Należą do nich: koszty leczenia, opieki zdrowotnej, dentysty,
aparatów ortodontycznych, okularów, aparatów słuchowych, leków, wszelkiego
rodzaju terapii itd. Ponadto koszty edukacji, zwłaszcza wyższej, rzadko
podlegają dyskusji. Dotyczy to również kosztów utrzymania dzieci w czasie
studiów. W przypadku dzieci mających potrzeby specjalne, dodatkowe koszty
szkoły podstawowej i średniej, jak np. opłaty za szkoły prywatne, korepetycje
i programy zaspokajające indywidualne potrzeby dziecka, np. nadpobudliwość,
trudności w koncentracji uwagi itp. również mają duże szanse być uznane
za specjalne.
Kwestia, jak długo rodzice zobowiązani są do płacenia za edukację
po skończeniu przez dzieci szkoły średniej, jest skomplikowana i nie do
końca jasna. Rodzice, którzy nie są rozwiedzeni ani nie pozostają w separacji,
w zasadzie nie mają obowiązku dokładać się do czesnego i kosztów utrzymania
dorosłych, uczących się dzieci. W przypadku rodziców nie żyjących
razem, z reguły zakłada się, że mają obowiązek płacenia przynajmniej do
23 lub 24 roku życia dziecka albo do ukończenia przez dziecko pierwszych
studiów. Sądy wiele razy stwierdzały, że możliwość wymagania od rodziców,
aby płacili za drugie, a nawet trzecie studia dzieci, nie jest wykluczona,
ale na razie nie ma decyzji sądowej, wymagającej płacenia alimentów na
studiujących trzydziestolatków ani nawet dwudziestosiedmiolatków.
Od czego może zależeć fakt, że sąd narzuci na rodziców obowiązek
płacenia za kolejne studia? Od oczekiwań i standardów w danej rodzinie.
Innymi słowy, rodzice lekarze mają większe szanse, aby wymagano od nich
dokładania się do czesnego na drugie studia, niż rodzice, którzy ukończyli
tylko szkołę średnią.
Kwestia wydatków specjalnych nie jest prosta. Rodzice,
którzy mają powody, by przypuszczać, że ich byli partnerzy powinni dokładać
się do wydatków specjalnych, powinni skonsultować się w tej kwestii z prawnikiem.
Monika J. Curyk
Mississauga
Pierwsza dekada
Sportowe terenówki BMW tak wtopiły się w motoryzacyjny pejzaż, że z
trudem uzmysławiamy sobie, że zaledwie dziesięć lat temu pierwsze auta
z serii X pojawiły się na montażowych taśmach. Dziś rodzina składa się
już z czterech modeli, ale prym w grupie nadal wodzi X5, choć po piętach
depcze mu maluch X3, a temu zapewne już niedługo zacznie zagrażać lilipuci
X1. Tylko bmw X6 nikomu nie zagraża, bo to samochód dla koneserów...
X5 był pierwszym uterenowionym autem bawarskiej wytwórni, od samego
początku samochód był tworzony z myślą o rynku amerykańskim, dlatego jego
produkcja została umiejscowiona w Spartanburgu w Karolina Południowej.
Bmw X5 określane było jako sport activity vehicle (SAV) i w odróżnieniu
od rzeczywistych SUV-ów, zbudowane zostało na bazie samonośnego nadwozia,
podobnie jak powstające w tym samym czasie pojazdy konkurentów: lexus RX
300 i mercedes M-class.
W roku 2006 model E53 (taki symbol nosi bowiem pierwsza edycja
X5) przeszedł gruntowną modernizację. Auto zostało wydłużone o 16,5 cm,
poszerzone o 6, a w kolejnych modyfikacjach w 2009 roku jeszcze podwyższone
o 1,5 cm. W sumie w 2010 roku model E70 może pochwalić się następującymi
wymiarami: długość - 486 cm, szerokość - 193,3 cm, wysokość - 177,6 cm.
Zwiększenie gabarytów szło w parze z modyfikacjami wozu dotyczącymi
komfortu i bezpieczeństwa. Mocny silnik oraz napęd na wszystkie koła
zapewnia pojazdowi dynamikę, jakiej pozazdrościć może "piątce" niejeden
sportowiec. To dlatego każdy kierowca X5 ma wrażenie, że prowadzi raczej
zwinnego sedana niż ponad 2-tonową "ciężarówkę". Wygodną jazdę w
terenie zapewnia X5 przede wszystkim samonośne nadwozie oraz niezależne
zawieszenie. Dodatkowym elementem zwiększającym komfort i bezpieczeństwo
w poruszaniu się po bezdrożach jest układ dynamicznej kontroli stabilności
zawierający elektroniczną blokadę systemu różnicowego oraz system kontroli
zjazdu po stoku.
Choć samochód naszpikowany jest nowoczesną techniką mającą zapewnić
kierowcy oraz pasażerom maksymalne bezpieczeństwo jazdy w terenie - nie
ono decyduje o popularności crossowego bmw. Auto jest po prostu przestronne
i komfortowo wyposażone, a 8-biegowa automatyczna przekładnia (standard!)
przyczynia się do polepszenia ekonomiczności jazdy. To nie powinno być
istotne, bo jeśli pojazd kosztuje prawie 60 tysięcy dolarów, to nie kupuje
go osoba, dla której istotne są koszty utrzymania wozu. A jednak, nabywcy
uterenowionych aut BMW - jak wykazały rynkowe badania - zwracają na ten
aspekt więcej uwagi, niż można by było przypuszczać. X5 doskonale spełnia
więc oczekiwania osób wrażliwych na ekologię, a jednocześnie pragnących
posiadać wielką, luksusową niemiecką terenówkę.
Nie da się ukryć, że X5 ma niepowtarzalny styl, szczególnie w
swym drugim, zmodyfikowanym rok temu wcieleniu. Atletyczny charakter nowego
jest dodatkowo podkreślony przeprojektowanym zderzakiem tylnym, a także
obwódkami końcówki układu wydechowego.
Podwójne okrągłe reflektory uzupełniono diodowymi pierścieniami
świetlnymi LED, które pełnią funkcję efektywnych świateł do jazdy
w dzień. Przeprojektowane tylne światła w kształcie litery "L", z których
każde zawiera dwa jednolicie podświetlone rzędy diod LED, zapewniają nowemu
modelowi typową dla marki rozpoznawalność również nocą.
Wnętrze X5 zachwyca wszechstronnością rozwiązań oraz ergonomicznością
- praktycznie nie trzeba czytać instrukcji, by intuicyjnie odnajdywać potrzebne
urządzenia i sposób posługiwania się nimi. W standardowym wyposażeniu znalazł
się system iDrive najnowszej generacji, który daje dodatkową możliwość
łatwej obsługi wszystkich systemów audio, nawigacji i telekomunikacji.
Pojemność ustawnego bagażnika może zostać zwiększona z 620 do
maksymalnych 1750 litrów. W kabinie X5 zmieszczą się dodatkowo dwie
osoby przy zamówieniu trzeciego rzędu siedzeń.
Oglądając bmw X5, trudno wyobrazić sobie, że można tu jeszcze
coś zmienić - a jednak! Na sezon 2011 firma przygotowuje nowy model, który
przejdzie kilka kosmetycznych zmian.
Również pod maską znajdziemy inny doładowany silnik i nieco
zmienioną automatyczną transmisję. Produkcja już się zaczęła i od maja
wóz powinien pojawić się już w salonach.
Na razie można zapolować na "stary" model, bo pod koniec sezonu
są one tańsze. Dla orientacji podam, że standardowy X5 z 3-litrowym silnikiem
z szeregowym ustawieniem cylindrów kosztuje w Kanadzie 58 200 dolarów.
Wyobraźmy sobie, ile można zaoszczędzić na takim samochodzie!
Jerzy Rosa
Mississauga
Z naszej własnej winy
Moja prywatna teoria głosi, że zło i głupota, które do dzisiaj tkwią
w myśleniu polskich elit, to efekt grzechów przedrozbiorowych. Polska była
mlekiem i miodem płynącym królestwem, Bóg błogosławił temu krajowi. W wieku
XVI i XVII był to raj na ziemi, żyli nasi pradziadowie w wolności bez głodu
i prześladowań.
Dobrobyt i władza wkrótce odebrały im pokorę i przepełniły pychą,
wkrótce nowe pokolenia zapomniały, czemu zawdzięczają tę łaskę, i uznały,
że z pewnością sobie samym; uznały, że tak musi być po wsze czasy, jednym
słowem, zgłupiały.
Kiedy przyszło otrzeźwienie, kiedy ich głupota została wykorzystana
przez zaborców, Polacy nadal nie mogli wyzwolić się z pychy. Zamiast zrobić
rachunek sumienia, uznali, że są Chrystusem narodów, że przecież tak wspaniałych
ludzi jak oni, tak wspaniałego narodu, jak ich, Bóg nie mógł ot tak zwyczajnie
pokarać za głupotę; Bóg ich w ogóle nie mógł ukarać, Bóg ich tylko mógł
wywyższyć, tym razem w cierpieniu.
I znów Polacy mogli sobie nie mieć nic do zarzucenia; znów,
w upodleniu, pod butem obcym mogli mieć dobre mniemanie o sobie samych.
Ta racjonalizacja upadku, okrzepła w romantycznej wizji polskiego
patriotyzmu, była przejawem pychy kolejnego pokolenia. Ten grzech
owocował przeniesieniem się mitu na kolejne pokolenia, również w
Polsce niepodległej, która wysiłkiem politycznych realistów powróciła po
Wielkiej Wojnie na mapę świata i której pierwszy raz od wiktorii wiedeńskiej
udało się znów odnieść olbrzymi sukces militarny - powstrzymać nawałę bolszewicką
To grzech patriotycznego romantyzmu, który każe nam mieć wspaniałe
mniemanie o sobie samych, niezależnie od tego jak wielką głupotę popełnimy,
w jak wielką kupę wdepniemy i jak bardzo jesteśmy nieodpowiedzialni.
***
Katastrofa samolotu wiozącego polską delegację do Katynia po
raz kolejny odsłoniła polską duszę.
Dzisiaj znów pokaźna część narodu wierzy w złowrogie spiski światowe,
wykluczając w świadomości najprostsze rozwiązanie - że tak wielka tragedia
mogła być następstwem naszej własnej głupoty i błędów.
Snuje się domysły zamachu. Mówi, że nie możemy mieć zaufania
do tego, co przekazują nam Rosjanie...
ZGODA, nie możemy mieć zaufania do Rosjan! Tylko, że wcześniej
wcześniej bez zmrużenia oka zaufaliśmy im cały prezydencki samolot z najważniejszymi
osobami w państwie, nie zabezpieczając kontrwywiadowczo lotu, nie wymagając
odpowiedniego sprzętu nawigacyjnego w Smoleńsku, nie umieszczając w wieży
tamtejszego lotniska polskich oficerów od naprowadzania. Wówczas trzeba
było nie ufać Rosjanom, bo to by coś nam dało!
To jest problem, o którym powinniśmy mówić, bo ten błąd
tkwi u nas i możemy go naprawić!
Jeśli przegrywasz i dostajesz po pupie, to nie wiń za to okoliczności,
lecz popatrz, jak mogłeś się lepiej przygotować, wyciągnij wnioski,
aby być zabezpieczonym w przyszłości, aby nie musiały podobnie dostawać
po pupie twoje dzieci.
Tymczasem my szukamy winnych dookoła. Tak, śledztwo w sprawie
katastrofy powinni prowadzić Polacy, tak, trzeba było wymóc to na Rosjanach.
Ale tego nie zrobiono. Dlaczego? Bo masz Polaku takich ludzi
u władzy, na jakich zasługujesz. To był Twój wybór, teraz zjedz sobie ze
smakiem tę żabę.
Szukając przyczyn, zaczynaj od siebie, bo Ty Putina z Kremla
nie wyrzucisz. Nawiasem mówiąc, nawet gdyby to była prawda, gdyby to Rosjanie
zabili nam prezydenta, to co Polska mogłaby zrobić? Tupnąć nóżką!
Państwo jest w rozgardiaszu, wojsko w rozsypce, służby specjalne
przeżarte agenturą. Ludzie, najpierw zróbcie silne państwo polskie, które
będzie w stanie prowadzić poważną niezależną politykę i z którym inni będą
się liczyć, a potem miejcie pretensje do innych.
Na razie jest to żałosne. 40-milionowy naród w środku Europy,
który nie może nawet wymóc sensownego śledztwa w sprawie największej powojennej
tragedii lotniczej.
Ja się Rosjanom nie dziwię. Mogą sobie pozwolić, aby traktować
Polaków per noga.
Potwierdzeniem polskiej słabości są apele, by dochodzenie w sprawie
katastrofy prowadziła międzynarodowa komisja. Proszą sobie wyobrazić, że
Amerykanie proszą, aby dochodzenie w sprawie katastrofy ich samolotu prowadziła
komisja międzynarodowa?! Ba, oni nawet nie zgadzają się, by ich żołnierze
mogli być sądzeni za zbrodnie wojenne przed międzynarodowym sądem!
Domaganie się powołania komisji międzynarodowej to przyznanie,
że jest się tak słabym, iż bez zagranicznego protektoratu nie da rady.
Zgroza!
A to wszystko jest efekt polskiego garbu - faktu, że nasi praojcowie
z własnej winy stracili imperialne państwo i przez ponad 120 lat naród
żył na łasce obcych, że oduczył się skutecznego działania i w swych politycznych
podrygach stał się śmieszny. Boli? Musi boleć! Najpierw trzeba poznać chorobę,
żeby móc ją leczyć.
Głupota lubi się powielać, ale z głupoty można się wyzwolić,
dlatego konieczna jest praca organiczna, konieczne jest wspieranie jeden
drugiego i tłumaczenie jeden drugiemu. Jesteśmy w sercu Europy 40-milionowym
polskim narodem, upokarzanym i wodzonym za nos. Z naszej własnej winy.
Dlatego podnieśmy się i wybudujmy silną Polskę. Wiele osób wspomina
dzisiaj czasy saskie i wieszczy nadchodzący upadek. Jest jednak różnica:
w czasach saskich kraj pławił się w bogactwie i przepychu.
Uczmy się, podglądajmy innych i bądźmy gotowi. I na Boga, nie
miejmy pretensji do wilka, że nie jest owcą, miejmy pretensje do siebie,
że nie potrafimy bić wilka po pysku.
Bo w tym jest główny problem.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 16/2010
Reaktywacja
Zanim reaktywujemy TPPR trwają jeszcze pogrzeby kolejnych ofiar katastrofy
prezydenckiego samolotu, który rozbił się podczas podchodzenia do lądowania
w pobliżu wojskowego lotniska Siewiernoje pod Smoleńskiem. Zidentyfikowano
już ciała, a właściwie to, co pozostało z ciał ostatnich ofiar katastrofy
i tego dnia, gdy piszę te słowa, trumny ze szczątkami mają zostać przewiezione
do Polski wojskowymi samolotami. Jednak oficjalna żałoba już się skończyła
i polityczna wścieklizna ponownie toruje sobie drogę na telewizyjne ekrany,
radiowe anteny i łamy gazet.
Zresztą nie tylko tam. W Krakowie doszło do skandalicznej sytuacji,
kiedy to uzgodniony ze wszystkimi osobistościami pogrzeb prezesa Instytutu
Pamięci Narodowej Janusza Kurtyki w jednym z krakowskich kościołów, został
dosłownie w ostatniej chwili odwołany przez Jego Eminencję Stanisława kardynała
Dziwisza. Komentatorzy dopatrują się w tym nacisków wpływowego w polskim
Kościele zakonu Ojców Konfidencjałów, którzy prezesowi Kurtyce najwyraźniej
nie mogą wybaczyć pozwalania na ujawnianie różnych wstydliwych zakątków
z dokumentacji SB. I tak dobrze, że w ogóle pozwolili pochować go w poświęconej
ziemi!
Wygląda na to, że rzewny postulat "bycia razem" chyba nie zostanie
spełniony, bo z jednej strony ludzie wolą jednak dobierać sobie przyjaciół,
niż przyjaźnić się ze wszystkimi jak leci, bo w takiej sytuacji ryzyko
wpadnięcia w złe towarzystwo zaczyna graniczyć z pewnością, a z drugiej
- razwiedka też nie widzi powodu do spoufalania się z masami w sytuacji,
gdy jest akurat w trakcie wykonywania ważnej operacji sprzedawania tychże
mas strategicznym partnerom w ramach tak zwanego "pojednania".
Zaostrzeniu podziałów sprzyja też ogłoszenie terminu wyborów
prezydenckich, które marszałek Sejmu, Bronisław Komorowski, pełniący zarazem
obowiązki prezydenta państwa, wyznaczył na 20 czerwca. Oznacza to, że komitety
wyborcze będą miały niecałe dwa tygodnie na zebranie stu tysięcy podpisów,
które stanowią konieczny warunek zarejestrowania kandydata do wyborów.
Dotychczas oprócz kandydata Platformy Obywatelskiej Bronisława Komorowskiego
zamiar wzięcia udziału w wyborach prezydenckich podtrzymał Andrzej Olechowski
oraz Marek Jurek i Janusz Korwin-Mikke, a zgłosił swoją kandydaturę Waldemar
Pawlak. PiS jeszcze się na ten temat nie wypowiedziało, ponieważ decyzję
ma podjąć dopiero w sobotę, ale chociaż wymieniane są różne nazwiska, m.in.
Zbigniewa Romaszewskiego, to wydaje się, iż naturalnym kandydatem jest
Jarosław Kaczyński, który nie tylko kilka razy już przemówił na pogrzebach,
ale i wyznaczył Adama Lipińskiego do administrowania partią. Kandydata
nie wyznaczył również Sojusz Lewicy Demokratycznej, który waha się między
Markiem Siwcem a Ryszardem Kaliszem.
Oczywiście są to na razie zamiary, bo zebranie 100 tys. podpisów
w niecałe dwa tygodnie może dla niektórych komitetów okazać się barierą
nie do przebycia, a jeśli nawet by ją przebyły, to potem na sforsowanie
czeka jeszcze gorsza bariera finansowa. Ze sprawozdań czołowych komitetów
wyborczych z wyborów prezydenckich w roku 2005 wynika, że zgłosiły one
do PKW wydatki na poziomie 14 milionów złotych. Zebranie takiej sumy, a
nawet sumy porównywalnej, z marszu dla komitetów pozaparlamentarnych, które
nie korzystają z subwencji budżetowej ani nie zaryzykują kredytu bankowego,
może okazać się też niewykonalne, co sprawi, że nie będą one podczas kampanii
widoczne.
Krótko mówiąc, sytuacja sprzyja dalszej oligarchizacji politycznej
sceny, na której pozostaną w końcu dwa ugrupowania bliźniaczo do siebie
podobne i w piastowaniu zewnętrznych znamion władzy, to znaczy - mandatów
poselskich i senatorskich, foteli ministerialnych, limuzyn, sekretarek,
gabinetów i temu podobnych, będą się "pięknie różnić". Prawdziwą władzę
bowiem sprawują w Polsce, podobnie zresztą jak w wielu innych państwach,
tajne służby, które w ramach akcji dezinformacyjnej aranżują na użytek
skołowanego ludu rozmaite demokratyczne przedstawienia. Towarzysząca im
polityczna wścieklizna sprzyja lepszemu zakamuflowaniu tego stanu rzeczy,
co jest konieczne tym bardziej, że tubylcze tajne służby od lat wysługują
się strategicznym partnerom.
A strategiczni partnerzy najwyraźniej postawili na symetrię w
stosunkach z tubylczym państwem, powoli przekształcanym w "strefę buforową",
to znaczy - obszar rozbrojony i stopniowo pozbawiany przemysłu ciężkiego.
Jak wiadomo, z Niemcami "pojednaliśmy się" bowiem jeszcze za czasów premiera
Mazowieckiego, którego niemiecki kanclerz Koehl wyściskał w Krzyżowej,
więc po deklaracji prezydenta Obamy z 17 września ubiegłego roku, kiedy
otwartym tekstem oznajmił, że już żadnych dywersantów w Europie Środkowej
nie potrzebuje, przyszła pora na pojednanie z Rosją.
I 7 kwietnia, podczas wspólnej uroczystości w Katyniu, stosowne
deklaracje zostały złożone, co entuzjastycznie powitał red. Adam Michnik,
najwyraźniej wiele obiecujący sobie po tym pojednaniu dla starszych i mądrzejszych.
Wiadomo bowiem, że nikt lepiej nie przekona tubylczego narodu, by wrócił
do prastarych słowiańskich korzeni. Dlatego też z jednego klucza ze środowiskiem
"Gazety Wyborczej" o pojednaniu z Rosją śpiewają "narodowcy", a nawet wybitni
przedstawiciele hierarchii, z moim faworytem, JE abpem Józefem Życińskim,
co to w swoim czasie "bez swojej wiedzy i zgody..." - i tak dalej, na czele,
co pokazuje, że miłość do Rosji potrafi przezwyciężyć wszelkie podziały.
W tej sytuacji tylko patrzeć, jak reaktywuje się TPPR, czyli
najbardziej masowa za czasów pierwszej komuny organizacja, pod zmieniona
częściowo pod tym samym skrótem nazwą, bo już nie przyjaźni "Polsko-Radzieckiej",
tylko - Polsko-Rosyjskiej. Jak się okazuje, znajdą się enklawy, gdzie postulat
"bycia razem" zostanie jednak zrealizowany.
Na tym tle nieprzyjemnym zgrzytem zaznaczył się list otwarty,
z jakim do premiera Tuska wystąpił generał Sławomir Petelicki, ongiś legendarny
dowódca GROM - formacji utworzonej dla ochraniania transportów rosyjskich
Żydów przez Warszawę do Izraela, a obecnie używanej do walczenia z terrorystami
na różnych krańcach świata - a jeszcze wcześniej - mówię oczywiście o panu
generale - funkcjonariusz SB, do której wstąpił, żeby - jak sam wyznał
- spełniać dobre uczynki.
To pragnienie rozpiera go zapewne i teraz, bo w liście do premiera
Tuska nie tylko domaga się niezwłocznej dymisji ministra obrony narodowej
Bogdana Klicha, ale również wysuwa konkretne propozycje personalne. Najwyraźniej
przy tasowaniu kart musiały wystąpić jakieś nieporozumienia również w łonie
tubylczej razwiedki, bo to jest niewątpliwie moment, w którym ukształtują
się układy i hierarchie w atrapie państwa, w jaką z roku na rok przepoczwarza
się III Rzeczpospolita.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Rozmawiajmy poważnie
Każdy kolejny dzień i każdy kolejny tydzień, każda chwila, upływające
od śmierci Lecha Kaczyńskiego, czynią Go większym. I takimi powinny czynić
Polaków. Tymczasem przyczyny katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem
wyjaśniają potomkowie oprawców z Katyńskiego Lasu, wskazani przez spiritus
movens - być może projektodawcę i nadzorcę - ataków terrorystycznych na
budynki mieszkalne w Riazaniu, Moskwie oraz Wołgodońsku, byłego oficera
KGB. Mało tego, bo wyjaśniają pod jego osobistym kierownictwem. Oni, plus
paru Polaków na doczepkę.
A jednak termin "zamach" wciąż nie może z należytym łoskotem
przebić się do medialnego głównego nurtu. Przynajmniej w Polsce. Zupełnie
tak, jak gdyby najoczywistsza hipoteza, którą w obliczu dramatu w smoleńskim
lesie należałoby uwzględniać, z niewiadomych powodów stawała ością w gardle
polskim dziennikarzom i politykom.
PYTANIA BEZ ODPOWIEDZI
A może chodziło jedynie o to, by samolot wylądował w Mińsku czy
Moskwie, by storpedować uroczystość upamiętniającą polskie ofiary spoczywające
w Katyniu? By Lech Kaczyński nie mógł wygłosić swojego, tak chwytającego
za serce, przemówienia, nad grobami pomordowanych Polaków? A może zamach
- mamy prawo to podejrzewać - był skutkiem walki o władzę w środowisku
rosyjskich elit?
I dalej: na ile uzasadniona jest teza, iż elita polskich pilotów
mogła nie znać ścieżki podejścia do smoleńskiego lotniska? Czemu Polacy
nie przejęli kontroli nad miejscem katastrofy? Czy na miejscu nie było
naszych służb? Nikt z BOR-u na prezydenta nie czekał? Dlaczego ciała ofiar
katastrofy znalazły się w stolicy Rosji (wyłączając ciało prezydenta Rzeczypospolitej,
a i to na wyraźne ponoć żądanie Jarosława Kaczyńskiego)? Czy Warszawa nie
mogła dokonać identyfikacji?
Dlaczego wyjaśnianie przyczyn katastrofy scedowaliśmy na Rosję?
Z jakiego powodu polski rząd nie apelował o powołanie międzynarodowej komisji,
która zajęłaby się wyjaśnieniem jej przebiegu i określaniem przyczyn? I
wreszcie, czemu zgodziliśmy się, by "czarne skrzynki" przez kilkanaście
pierwszych godzin pozostawały w rękach Rosjan, a potem powędrowały do Moskwy?
Wiktor Suworow: "Przecież rzeczą oczywistą jest, że w tej chwili informacje
w niej zawarte są całkowicie niewiarygodne. To dokładnie tak, jakby dać
nóż z odciskami palców na 15 godzin w ręce potencjalnego mordercy".
UKŁADANIE STOSUNKÓW
Takie pytania - a przecież podobne można mnożyć w nieskończoność
- nie tylko, że nie znajdują racjonalnych odpowiedzi, to na dodatek niemal
nikt nie chce ich oficjalnie postawić (piszę te słowa dziesięć dni po katastrofie).
W zamian obserwujemy zadziwiającą dekretację "zdrowego rozsądku" oraz "pojednania".
A to po to, by "ułożyć dobre stosunki z Rosjanami".
Ach! Więc to my - zapytam - my ułożyliśmy je źle?
Skoro nie my, niechże Rosjanie te stosunki układają jak należy.
Tylko czy rzeczywiście chcą? Bo przypuszczam, że wątpię.
Oto w przestrzeni publicznej media całymi dniami celebrowały
odezwę Miedwiediewa adresowaną do Polaków, ogłoszenie żałoby narodowej
w Rosji, szeroko otwarte ramiona Putina, ojcowskim gestem przytulającego
Tuska na miejscu katastrofy, wreszcie emisję "Katynia" w jednej z wiodących
stacji telewizyjnych. Ale czy ktoś słyszał, by premier Putin powiedział
na przykład tak: "Śledztwo mające wyjaśnić przyczyny wypadku prowadzone
będzie pod nadzorem polskich prokuratorów. Natychmiast po katastrofie,
działając w imieniu i z upoważnienia najwyższych władz Federacji Rosyjskiej,
zaoferowałem polskiemu rządowi wszelką pomoc, która okaże się konieczna".
Ktoś to słyszał? Nie? No to może prezydent Miedwiediew oświadczył, że:
"Ta niewyobrażalna tragedia musi być wyjaśniona tak szybko, jak to tylko
będzie możliwe. W porozumieniu z rządem Federacji Rosyjskiej oddajemy do
dyspozycji polskich specjalistów wszystkie środki, jakimi dysponuje Rosja".
Wreszcie, czy ktokolwiek słyszał - czy ktoś słyszał, pytam! -
by na "fali bólu" Moskwa zapowiedziała ujawnienie tajnych akt rosyjskiego
śledztwa dotyczącego mordu NKWD na polskich oficerach?
Też nie?
SPEKTAKL DLA MEDIA-OSIOŁKÓW
To kto i na jakiej podstawie ośmiela się fajfurzyć o pojednaniu
czy do pojednania nawoływać? W obliczu takiej tragedii? Doprawdy, w tych
okolicznościach słowa i gesty, czynione na poziomie decydentów, niewiele
Kreml kosztują. Więcej kosztowałby Rosję brak tego rodzaju reakcji.
Innymi słowy, obserwujemy teatr. Medialny spektakl dla media-osiołków.
Podkreślam - na poziomie władz, nie społeczeństw. Na poziomie społeczeństw
są łzy i szczere wyrazy współczucia. Na poziomie władz, Siergiej Iwanow,
odgrywający rolę "złego policjanta" wicepremier Rosji, zapytany, dlaczego
dotąd nie odtajniono wszystkich dokumentów z archiwów rosyjskich na temat
Katynia, odpowiada krótko, zwięźle, na temat oraz w duchu pojednania: "Takie
jest prawo w Rosji". Po czym cierpliwie wyjaśnia: "Rosjanie też mają swoje
żale i pretensje, choćby co do wydarzeń w latach 20. - śmierci wielu żołnierzy
Armii Czerwonej w wojnie polsko-bolszewickiej. Można wszystko odtajnić,
można potem to przerabiać i tak bez końca. Aż cofniemy się do XVI wieku,
kiedy Polska napadła na Moskwę. Nie ma potrzeby tego robić".
Nie miejmy więc złudzeń. Wszak dyrektor Instytutu Historii Rosyjskiej
Akademii Nauk uprzejmie poinformował stronę polską, że dokumentów dotyczących
zbrodni katyńskiej ujawniać nie należy, ponieważ znajdują się tam nazwiska
morderców, zatem ujawnienie tych danych mogłoby naruszyć dobre imię potomków
bezpośrednich sprawców mordu.
***
Powiadają, że to, do jakiego stopnia można ufać zmianie nastawienia
rosyjskich władz, pokaże czas. Nie wydaje mi się. W polityce czas jest
tylko narzędziem. Na przykład: znakomicie zaciera ślady. W tych okolicznościach
nawoływanie o pojednanie można skomentować tylko w jeden sposób, mianowicie
przywołując Mariana Hemara: "Teraz pokój? Po zabiciu? Pokój z wami? Nigdy
w życiu".
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Zapraszam również tutaj: http://www.widnokregi.salon24.pl
Jan Ostoja
Nieodparte porównanie
Nim ten tekst dotrze do kanadyjskiego czytelnika, tragiczna katastrofa
zostanie omówiona i przeanalizowana przez ekspertów wiele razy i będzie
o niej wiadomo znaczniej więcej niż teraz, kiedy to piszę.
Obecnie nasuwa się nieodparcie porównanie z katastrofą samolotu
gen. Sikorskiego, w której zginął razem ze swoją córką. Mimo upływu kilkudziesięciu
lat i wszechstronnych badań i dochodzeń, tamten wypadek pozostawił do dzisiaj
parę znaków zapytania, na które nie udało się odpowiedzieć. A przecież
czasu nie brakowało, układy polityczne, które hamowały przepływ informacji,
zmieniały się, i co najważniejsze, cały samolot został wydobyty z wody,
a czeski pilot katastrofę przeżył.
Teraz rządowy tupolew rozstrzaskał się na kawałki i dodatkowo
spłonął. Czy w tym wypadku wyjaśnienie przyczyn - dlaczego - nie będzie
trudniejsze? Dlatego chciałbym dorzucić kilka ogólnych uwag do tematu,
który dzisiaj, 10 kwietnia 2010 roku, zapełnia tu, w Polsce, łamy wszystkich
gazet i ekrany stacji telewizyjnych oraz rozbrzmiewa w radiu.
Przedstawiciele rządu i oczywiście hierarchia kościelna podkreślają
znaczenie jedności, wspólnego działania niezależnie od różnic poglądów
i dotychczasowych, często niezbyt kulturalnych swarów. Podkreśla się, że
wszyscy jesteśmy Polakami, a Lech Kaczyński został wybrany w wolnych, demokratycznych
wyborach na naszego prezydenta.
Kiedy prawie 30 lat temu tak lubiany przez nas prezydent R. Reagan
został postrzelony przez niezrównoważonego zamachowca chcącego zaimponować
aktorce Judy Foster, to leżąc już na stole operacyjnym pozwolił sobie na
żartobliwe pytanie skierowane do pochylonych nad nim lekarzy - mam nadzieję,
że jesteście republikanami? Operujący chirurg odpowiedział - dzisiaj, panie
prezydencie, wszyscy jesteśmy republikanami! Dzisiaj my wszyscy od lewicy
do prawicy, jesteśmy przede wszystkim Polakami.
Jest w tej śmierci pewien symbol. Prezydent Kaczyński zawsze
starał się podkreślać historyczne momenty w dziejach Polski, które musimy
przyznać, często są szerokiemu światu, a nawet Europie prawie nieznane.
Prezydent był inicjatorem otwarcia Muzeum Powstania Warszawskiego, aby
podkreślić jego znaczenie historyczne i aby przestano mylić go z powstaniem
w getcie warszawskim. Prawie nie rozważa się aspektu - jak daleko posunęłaby
się w Europie Armia Czerwona, gdyby Stalin nie zatrzymał jej na pełne dwa
miesiące na linii Wisły, czekając, aż Niemcy poradzą sobie z polskimi buntowszczykami.
Może nad Danią, Holandią i Belgią także zaświeciłoby słoneczko socjalizmu?
Przecież to w pierwszych dniach maja 1945 marszałek Montgomery, jak to
się sportowo mówi, rzutem na taśmę odciął Armię Czerwoną od Półwyspu Jutlandzkiego.
A i NRD mogło sięgnąć dużo dalej na zachód wbrew "ustaleniom", w których
łamaniu Stalin był specjalistą.
Poza powołaniem znanych już przez wszystkich wydarzeń z tragicznego
lotniska, media otworzyły swe łamy dla słuchaczy i czytelników. Charakterystyczny
był głos jednej z telefonujących osób, która stwierdziła - od zawsze popierałam
Platformę Obywatelską, ale teraz, kiedy B. Komorowski ma właściwie prezydenturę
w kieszeni, a pozycji Tuska nic nie zagraża, zastanawiam się, czy należy
nadal popierać takie jednowładztwo? Może powinna zaistnieć silna opozycja,
która ten team PO mogłaby kontrolować.
Prezydent Kaczyński robił wiele, aby świat dowiadywał się o polskim
wkładzie w walkę o wolność i polskich ofiarach. Jego śmierć stała się jakby
podsumowaniem tych starań. To, że obrońca prawdy o Katyniu zginął w tym
miejscu, ma szczególne znaczenie. Katastrofalne zrządzenie metafizycznego
losu wpisało się na trwale w historię. Cały świat słucha wiadomości o wydarzeniu.
Słowo Katyń jest powtarzane we wszystkich językach. Ludzie dowiadują się,
po co ci wszyscy polscy dygnitarze tam lecieli. To ostatnie, choć niezamierzone
posłanie do narodów świata, które pozostawił nam, jakże symbolicznie, prezydent
Lech Kaczyński.
Mój pobyt w Polsce dobiega końca. Cieszę się, że polecę LOT-em,
a nie samolotem lub helikopterem (niedawna katastrofa oficerów lotnictwa)
rządowym z ich doświadczonymi pilotami. Na szczęście lotnictwo cywilne
wycofało się z eksploatacji rosyjskich samolotów. A pilot nie musi być
"doświadczony". Niech będzie po prostu dobrym, przeciętnym pilotem. Bo
czasem okazuje się, że najciemniej jest pod latarnią i to co powinno być
najbezpieczniejsze, wcale bezpieczne nie jest.
Na zakończenie ciekawostka (jeśli to nie zbyt frywolne w tym
miejscu słowo). Generał Jaruzelski w wywiadzie dla TVN "Kropka nad i" w
dniu 30 marca na zapytanie Moniki Olejnik, czy poleci prezydenckim samolotem,
bo minister Stasiak powiedział, że znajdzie się dla niego miejsce - odpowiedział:
tak można powiedzieć o walizce, nie jestem walizką. I nie poleciał. Prezydencki
samolot Tu-154 startuje o 7.23 rano w Warszawie. Do odprawy nie zgłasza
się Zofia Kruszyńska, sekretarka prezydenta RP, Stanisław Żelichowski,
szef klubu parlamentarnego PSL, odstępuje miejsce w samolocie koledze Wiesławowi
Wodzie.
Jan Ostoja
Toronto
Luksus dla oszczędnych
Japońskie samochody przez długie lata kojarzone były na kontynencie
północnoamerykańskim z byle jakim wykonaniem i złą opinią - posiadacz hondy,
nissana czy toyoty traktowany był jak ktoś, kogo nie stać było na prawdziwy
samochód. Wielkie chryslery, buicki czy chevrolety królowały na przydomowych
podjazdach. W ich cieniu dynamicznie zwiększał się jednak popyt na "japończyki"
z uwagi na ich kompaktowe rozmiary i umiarkowaną cenę...
Mijały lata, przeżyliśmy kilka ekonomicznych kryzysów, wojen i przykręcania
naftowego kurka przez Arabów. Jak dinozaury wyginęły wielkie amerykańskie
krążowniki szos, a japońskie auta stały się synonimem dobrej jakości. Jednak
zła aura nie zniknęła i nadal posiadanie japońskiego samochodu świadczyło
o gorszej finansowej pozycji. Trudno było sobie wyobrazić, by ktoś bardziej
majętny w Kanadzie czy USA kupował luksusowo wyposażoną hondę czy toyotę,
skoro do dobrego tonu należało zasiadanie za kierownicą niemieckiego bmw,
mercedesa czy audi - no z konieczności alternatywę stanowił cadillac.
Japończycy jednak uczą się niezwykle łatwo i są zdolni - stworzyli
więc nowe marki z myślą o kliencie z grubszym portfelem, których nadal
u nas nie brakuje. Honda była pierwsza - jej Acura zaczęła swoją działalność
27 marca 1986 roku. Nowa firma rzuciła wyzwanie ugruntowanym ikonom amerykańskiego
oraz europejskiego luksusu w branży motoryzacyjnej. Udało się to dzięki
zaoferowaniu samochodów o bardzo wysokiej jakości, zaawansowanym technologiom
oraz wydajnym i niezawodnym jednostkom napędowym. To w samochodach Acury
po raz pierwszy pojawiły się systemy nawigacji, zestawy telefoniczne Bluetooth,
a także zintegrowane zestawy odtwarzające filmy w formacie DVD. Należy
także dodać, że była to pierwsza japońska firma, która posiadała swoje
studia projektowe oraz linie montażowe na terenie Stanów Zjednoczonych.
Trzy lata później za oceanem pojawiły się następne dwie luksusowe
marki gotowe do walki o względy zamożniejszych i bardziej wymagających
nabywców aut: Lexus i Infinity. Początkowo lexusy powstawały w Japonii
(gdzie uznawane są za jedne z najlepszych krajowych aut), ale w 2003 roku
Toyota ulokowała swą produkcję w naszym ontaryjskim Cambridge, gdzie montowane
są teraz SUV-y RX 350.
Inaczej rzecz ma się z nissanowskim Infinity, które w Kraju Wschodzącego
Słońca w ogóle nie jest znane. Na naszym kontynencie zadebiutowało w 1989
roku, aktualnie produkuje pięć modeli samochodów w różnych nadwoziowych
wariantach.
Co ciekawe, nie wszystkie japońskie koncerny zdecydowały się
na stworzenie nowej luksusowej marki - Mazda wycofała się z tego projektu
pod koniec lat 90. ubiegłego wieku. Firma miała zamiar stworzyć markę
o nazwie Amati.
Wróćmy jednak do Acury. Znana jest ona w USA, Kanadzie, Hongkongu
oraz od kilku lat w Meksyku i Chinach. Marka nie występuje w Japonii, ale
zamiar wprowadzenia jej na ten rynek ogłosił niedawno dyrektor Hondy -
Takeo Fukui.
Luksusowy oddział Hondy aktualnie produkuje siedem modeli aut,
w tym SUV-a o nazwie MDX. Jest to pierwszy tego typu wóz z trzema rzędami
foteli, co pozwala wygodnie podróżować nim siedmiu osobom jednocześnie.
Po raz pierwszy pojawił się na rynku w 2001 roku i warto tu zaznaczyć,
że jest to produkt całkowicie kanadyjski - auto powstaje bowiem w ontaryjskim
Allistone pod Barrie.
Bardzo dobrze wyposażony MDX śmiało konkuruje z niemieckim BMW
X5, jest jednak od niego dużo tańszy. Obniżenie ceny na swe luksusowe
produkty Honda uzyskuje w prosty sposób - korzystając z unifikacji produkcji.
Na przykład: druga generacja MDX zbudowana jest na tym samym podwoziu co
honda pilot czy honda ridgeline. Całą konstrukcję zaprojektował pod względem
mechanicznym zespół pod kierownictwem szefa o swojsko brzmiącym nazwisku
Frank Paluch, stylizację natomiast stworzył Ricky Hsu. Nie jest ona, moim
zdaniem, szczególna, auto nie wyróżnia się urodą, ale na pocieszenie trzeba
dodać, że nie budzi też opinii negatywnych. Jest w swej stylistyce niezwykle
zachowawcze, co uzasadnia nieco fakt, iż nabywcami samochodów luksusowych
są zwykle ludzie unikający szokujących rozwiązań i hołdujący raczej konserwatywnym
definicjom dobrego smaku.
MDX jest najbardziej popularnym modelem produkowanym przez Acurę.
W ubiegłym roku jego sprzedaż w Kanadzie wzrosła o 17 procent, choć rok
ten uważany jest za jeden z najgorszych w historii kanadyjskiej motoryzacji.
Mimo tak oczywistych sukcesów, na sezon 2010 firma zmodernizowała nieco
wóz. Siedmioosobowy SUV otrzymał chromowaną atrapę wlotu powietrza chłodnicy,
nowe zderzaki, nowe światła, końcówki układu wydechowego ze stali nierdzewnej
oraz nowe obręcze kół.
Acura MDX napędzana jest benzynowym silnikiem sześciocylindrowym
3,7 VTEC SOHC o mocy 300 KM i maksymalnym momencie obrotowym 270 lb-ft,
który współpracuje z sześciostopniową przekładnią automatyczną. Auto może
holować przyczepy o wadze do 5000 funtów - standardem jest system trailer
stability assist. Choć podobno nabywcy luksusowych aut nigdy nie pytają
o to, ile palić będzie ich wóz - MDX jest w tej dziedzinie nadzwyczaj umiarkowany.
W mieście zużywa 13,2 litra benzyny, na trasie spala 9,6 litra (ale
potrzebuje tej lepszej - premium). Trzeba tu dodać, że cała konstrukcja
waży ponad dwie tony (2060 kg), więc pojazd można uznać za naprawdę oszczędzający
paliwo.
Wnętrze modelu 2010 również nieco się zmieniło się dzięki zastosowaniu
skóry Milano Premium. Nowe jest koło kierownicy i pedały oraz kontrolki
z diodami LED. Lusterko wsteczne połączone jest z kamerą ułatwiającą cofanie.
Podstawowa odmiana MDX kosztuje w Kanadzie 51 990 dolarów - za
BMW X5, które jest konkurentem SUV-a Acury, trzeba zapłacić od 56 200 dolarów
w górę. Wóz Japończyków na pewno więc znajdzie uznanie wśród ceniących
luksus, ale również umiejących liczyć swe pieniądze nabywców.
***
W salonach Acury warto także przyglądnąć się nowince - modelowi
o nazwie ZDX, która zdaje się być nadwoziową wersją SUV-a MDX. Pojazd również
produkowany jest w Ontario, w tych samych zakładach Hondy w Allistone.
Styl, jaki reprezentuje, określa się jako fastback. Najnowszy wóz Acury
bardzo przypomina model BMW X6, co na pewno nie jest przypadkiem.
Jerzy Rosa
Mississauga
Wojna o polski gaz
Pogrzeb prezydenckiej pary pokazał, że przynajmniej formalnie milionom
Polaków wciąż zależy na Polsce; że jednak pragniemy dobra kraju. Świadczy
o tym również poszukiwanie prawdziwych przyczyn tragedii. Czy aby
nasz prezydent nie został zamordowany?
Powiem przewrotnie, że nie ma to już znaczenia.
Nawet gdyby został, to nie zostanie to nigdy oficjalnie stwierdzone.
Nie ma takiej siły. Wszystkie próby "internetowych śledztw" na własną
rękę na podstawie wyimków i puszczanych w Internet filmików jest czystą
głupotą i stratą czasu.
Wielkie znaczenie ma natomiast naruszenie procedur bezpieczeństwa,
jakie nastąpiło przy tym locie; znaczenie ma to, że samolot z prezydentem
leciał do Smoleńska bez należytego zabezpieczenia na miejscu, że polskiego
oficera nie było w wieży kontroli, że nie sprawdzono, czy działają instalacje
lotniska, że pilot lądował w niebezpiecznych warunkach itd. itp. Jednym
słowem, katastrofa pokazała czarno na białym złe działanie polskich instytucji
i słabość państwa. Co do tego nie ma wątpliwości.
I po tym stwierdzeniu można zaprzestać ekscytowania się internetowymi
dywagacjami o strzałach czy "mało prawdopodobnym" rozbiciu samolotu w drebiezgi.
- Nawiasem mówiąc, radzę sięgnąć w YouTube do filmów TVP z katastrofy
iła-76 w Lesie Kabackim - tam było podobnie i tam też było słychać "strzały".
Czy prezydent w czymś "przeszkadzał"? Prawdopodobnie, ale też
od dłuższego czasu był politykiem "spacyfikowanym", o czym świadczy chociażby
podpisanie Traktatu lizbońskiego; zresztą prezydent w Polsce od dawna już
nie rządzi, a jedynie reprezentuje.
***
Tymczasem w Polsce jesteśmy świadkami największej rozgrywki w
powojennej historii tych ziem. Zaczęły się dziać rzeczy duże. I niestety
ten kraj i to państwo nie są do nich przygotowane; życzenie, aby
Polska była Polską, pozostaje właśnie tym - życzeniem.
Walka, jaka się rozpoczęła, jest bezceremonialna i na noże,
nie wiemy, czy już się czasem nie rozstrzygnęła, w każdym razie to, że
nie jest to dzisiaj główny temat debaty politycznej, świadczy o wadze sprawy.
Uruchomieni zostali agenci wpływu, pociągnięto sznurki medialnych "śpiochów".
Chodzi o gaz łupkowy. Amerykański koncern Chevron odkrył na polskich
ziemiach olbrzymie pokłady. Pokłady, które są w stanie poważnie wpłynąć
na strategiczne kierunki polityki w regionie. Przede wszystkim zagrażają
pozycji Rosji i jej "dyplomacji" uprawianej przy pomocy gazowej rury.
Odkrycie tak olbrzymich pokładów gazu w Polsce (ale nie tylko)
stawia również pod znakiem zapytania inwestycje niemieckie w rosyjski gaz,
eksploatację złóż na Morzu Barentsa czy budowę gazociągu pod dnem Bałtyku.
Polacy otrzymują jedną na pięć pokoleń szansę rozwarcia gnębiącego
nas historycznego szczękościsku Rosji i Niemiec.
Mamy złoty róg i wszystko wskazuje na to, że większość nas nie
zdaje sobie z tego sprawy. Trudno się dziwić, bo większość polskich mediów
nie należy do Polaków.
Front bitwy o Polskę wygląda dzisiaj mniej więcej tak:
1. Amerykanie dzięki nowej technologii eksploatacji gazu łupkowego
w ciągu kilku lat stali się głównym producentem gazu ziemnego na świecie,
wyprzedzając Rosję. Zagrozili tym Gazpromowi na rynkach trzecich.
2. Amerykanie kilka tygodni temu udokumentowali złoża zdolne
zaspokoić potrzeby Polski na 120 lat - spowodować przestawienie energetyki
i uczynić z Polski eksportera gazu.
3. Możliwość ta mocno niepokoi nie tylko Rosjan, ale Niemców,
którzy obawiają się strategicznej nierównowagi i zagrożenia interesów swych
korporacji.
4. Berlin naciska na Warszawę w celu: a. ograniczenia eksploatacji
łupków (że niby brudna nieekologiczna technologia, a z Rosji jest czysty
gaz); b. dopuszczenia Rosjan do kupna złóż i udziału w wydobyciu.
5. Gaz łupkowy to oczko Radka Sikorskiego - z jego inicjatywy
niedawno odbyło się w Warszawie sympozjum na ten temat. Sikorski jest za
zaangażowaniem Amerykanów. Zaangażowanie takie oznaczałoby rzeczywiste,
a nie egzotyczne gwarancje bezpieczeństwa. USA - nie można im tego zarzucić
- troszczą się o swe koncerny naftowe.
6. Rząd w Berlinie naciska premiera Tuska, aby ograniczyć rolę
amerykańskich firm. Jedną z pierwszych ustaw podpisanych przez nowego p.o.
prezydenta była ustawa zezwalająca ministrowi skarbu na ingerencję i zrywanie
podpisanych umów "ze względu na bezpieczeństwo strategiczne".
W tym kontekście nieważne jest, czy prezydent Kaczyński został
zamordowany, czy też nieszczęśliwy wypadek spowodował jego śmierć - nieważne,
czy "stawiał się" pewnej opcji, dzisiaj liczy się to, by Polska się obudziła,
by ludzie zadecydowali o swej przyszłości.
O tych sprawach trzeba rozmawiać, te sprawy nie mogą być rozstrzygane
poza plecami przez bandy politycznych kompradorów. Teraz rozstrzyga się
przyszłość na kolejne 20 - 30 lat.
Czytam "Rzeczpospolitą", przeglądam "Dziennik", słucham polskiego
radia... Nic o gazie, za to wiele o nagłej miłości Rosjan...
Wściekłość? To mało powiedziane...
Andrzej Kumor
Mississuaga
TEKSTY: ARCHIWUM 29
KONTAKT:
tel. 905-629- 9738
fax 905-629-9764
e-mail: redakcja@goniec.net
|