POWROT
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie 
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net

Adres redakcji:
2386 Haines Rd. Suite 204
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6

Prenumerata na terenie Kanady: 
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class Mail.

***
Wydawca:
Goniec Inc.

..
TEKSTY
Toronto - Canada
Internetowa edycja, to tylko niektóre materiały publikowane w "Gońcu" - w sieci www nie ukazuje się pełna wersja naszego tygodnika wydawanego w objętość 56 stron formatu gazetowego.

GONIEC, NR 25/2010

 W stanie lewitacji
Pierwsza tura wyborów prezydenckich nie przyniosła sensacji, chyba, żeby za taką uznać czwarte miejsce Janusza Korwin-Mikkego, który z wynikiem 2,48 proc. wyprzedził przewodniczącego PSL Waldemara Pawlaka (1,75 proc.) i Andrzeja Olechowskiego (1,44  proc.). Jeśli było coś sensacyjnego, to rozbieżności między sondażami a wynikami. Niektóre sondażownie, odpowiadając na tak zwane społeczne zamówienie, stwierdziły nawet 10-procentową przewagę Bronisława Komorowskiego nad Jarosławem Kaczyńskim, zaś wszystkich przelicytowała żydowska gazeta dla Polaków, czyli "Gazeta Wyborcza", w porywie serca gorejącego przyznając marszałkowi Komorowskiemu 51 procent, czyli zwycięstwo już w pierwszej turze. 
 Nastąpił jednak bolesny powrót do rzeczywistości, bo oficjalny rezultat faworyta razwiedki i salonu okazał się znacznie skromniejszy. Marszałek Komorowski uzyskał bowiem tylko 41,54 proc., wyprzedzając Jarosława Kaczyńskiego (36,46 proc.) zaledwie o 5 procent. Dobry wynik uzyskał natomiast przewodniczący SLD Grzegorz Napieralski (13,68 proc.), co pokazuje, że demonstracyjne poparcie, jakiego na kilka dni przed pierwszą turą udzielił Bronisławowi Komorowskiemu Włodzimierz Cimoszewicz, ani nie zrobiło żadnego wrażenia na zwolennikach SLD, ani nie przyniosło marszałkowi upragnionego sukcesu. Cimoszewicz okazał się wydmuszką i jeśli nawet za to poparcie uzyskał od Platformy jakieś obietnice, to w myśl klauzuli rebus sic stantibus mogą one być anulowane. 
 Warto jeszcze na marginesie odnotować słaby wynik Marka Jurka (1,06 proc.), którego wyprzedził nawet polityk po przejściach, czyli Andrzej Lepper (1,28 proc.). Wygląda na to, że z osobą Marka Jurka raczej trudno już wiązać nadzieje na powstanie nowej formacji na politycznej scenie. W ogóle, jeśli nie liczyć Grzegorza Napieralskiego, kandydaci "drugiego planu" uzyskali razem wynik w granicach 10 procent, co pokazuje, że scena polityczna jest sprawnie kontrolowana przez razwiedkę. Urządzając wyborcze igrzyska, musi ona wprawdzie dopuszczać pewien margines spontaniczności, w ramach którego harcują sobie rozmaici naturszczycy - ale przy pomocy zastrzyków finansowych i agentury, uplasowanej m.in. w sondażowniach, ale przede wszystkim - w tzw. niezależnych mediach i innych ośrodkach opiniotwórczych - bacznie pilnuje, by ten margines pod żadnym pozorem się nie powiększył. W rezultacie spontaniczny margines tylko bezpiecznie uwiarygadnia tę socjotechniczną operację.
 Część opinii publicznej najwyraźniej zdaje sobie już z tego sprawę i odmawia statystowania w tych widowiskach. Również w pierwszej turze wyborów prezydenckich frekwencja wyniosła zaledwie 54,94 proc., co pokazuje, że prawie połowa dorosłych Polaków doszła do wniosku, że szkoda się fatygować do głosowania. Oczywiście motywacje absencji nie były w każdym przypadku identyczne; część ludzi, zwłaszcza z terenów dotkniętych powodzią, nie miała głowy do polityki, część nie poszła głosować, żeby w ten sposób zemścić się na władzy, część uznała, że nie ma w czym wybierać, część w ogóle niczym się nie interesuje, ale wydaje się, że rośnie też odsetek emigrantów wewnętrznych. Jest to uboczny skutek oligarchizacji życia politycznego, sprawiającej, że wprawdzie zmieniają się partyjne szyldy, ale pod tymi szyldami, "w tłumie wciąż te same twarze: oszusta i potępionego" - jak czytamy w wizjach św. Ildefonsa.    Najgorsze jest jednak to, że ludzie, którzy przez ostatnie 20 lat zdążyli sprawować już wszystkie funkcje publiczne, najwyższych stanowisk nie wyłączając, nie mają żadnych, ale to absolutnie żadnych pomysłów na zmianę sposobu funkcjonowania państwa. Ta stagnacja leży jak najbardziej w interesie razwiedki, która z zatwierdzonego przy "okrągłym stole" modelu państwa ciągnie grubą rentę, jak i w interesie strategicznych partnerów, którzy nie życzą sobie stworzenia w interesującym ich obszarze nawet pozorów siły.
 Toteż najmocniejszym akcentem przekomarzania między faworytami tych wyborów był proces sądowy wytoczony przez Bronisława Komorowskiego Jarosławowi Kaczyńskiemu za przypisanie kandydatowi Platformy Obywatelskiej niecnego zamiaru prywatyzacji sektora ochrony zdrowia, a w szczególności - szpitali. Marszałek Komorowski z oburzeniem te "insynuacje" odrzucił, zaś niezawisły sąd, po kilkudniowej wędrówce sprawy przez instancje, ostatecznie zakazał Jarosławowi Kaczyńskiemu powtarzania tych nieprawdziwych informacji. I chociaż odbył się "okrągły stolik" poświęcony ocenie stanu ochrony zdrowia z udziałem Jarosława Kaczyńskiego, Grzegorza Napieralskiego, Waldemara Pawlaka i reprezentującej PO minister Ewy Kopacz, to nic specjalnego tam nie wymyślono poza konstatacją, że cała ta służba zdrowia dobrze nie wygląda. Ano - "koń, jaki jest - każdy widzi", natomiast charakterystyczne jest, że żaden z uczestników tych palaverów nie zauważył, iż służba zdrowia, ze szpitalami na czele, jest jak najbardziej państwowa, co najwyraźniej nie imunizuje jej przed patologiami i niewydolnością. 
 Temu brakowi spostrzegawczości nie można się dziwić. W biurokratycznej otoczce,  jaką obrósł sektor ochrony zdrowia, podobnie zresztą, jak wszystkie inne, ma swoje żerowisko nie tylko agentura, ale również zwyczajni członkowie politycznego zaplecza wszystkich ugrupowań parlamentarnych, więc jest oczywiste, że ich liderzy, będący zakładnikami swego zaplecza, nie będą podcinali gałęzi, na której siedzą. Ale ta stałość ma też swoją cenę, która objawiła się właśnie teraz; nie chcąc podcinać gałęzi, na której siedzą, faworyci tych wyborów zostali zmuszeni do skakania z gałęzi na gałąź przed Grzegorzem Napieralskim.
   W przypadku marszałka Komorowskiego, który na pierwszym miejscu postawił na "współpracę z rządem" - mając oczywiście na myśli razwiedkę, bo przecież nie rząd Jarosława Kaczyńskiego, jaki teoretycznie może przecież pojawić się po wyborach w roku 2011 - "można zeń wszystko zrobić i w każdą formę ulepić". Nic zatem dziwnego, że odpowiada pozytywnie na wszystkie żądania, jakimi obwarował obietnicę swego poparcia Grzegorz Napieralski, a wśród których na pierwszym miejscu jest przyjęcie Karty Praw Podstawowych - tego "Manifestu Komunistycznego" Unii Europejskiej, zgoda na refundowanie z budżetu zapłodnień w szklance, czyli "in vitro", no i parytet dla kobiet - tej awangardy proletariatu zastępczego nowej lewizny. W końcu PO też była za przyjęciem Karty Praw Podstawowych, a w sprawie szklanki "dyskutowała", podobnie jak w sprawie "parytetów". 
 W przypadku Jarosława Kaczyńskiego natomiast te umizgi wypadły nieco gorzej, wręcz komicznie, budząc, z jednej strony, konsternację części jego zwolenników, a z drugiej - szyderstwa wrogów, w osobach wyciągniętego z lamusa  Jerzego Urbana i funkcjonariusza żydowskiej gazety dla Polaków, red. Pawła Wrońskiego, który zadeklarował nawet swój głos dla prezesa PiS, jednakże pod warunkiem, że zaśpiewa on "Międzynarodówkę". Trudno zatem zgadnąć, czy tę taktykę doradził mu jakiś kretyn, czy też dywersant, bo jeśli nawet wyborcy Grzegorza Napieralskiego będą głosowali na Jarosława Kaczyńskiego, to przecież nie ze względu na jego metamorfozy ideowe, tylko  przede wszystkim - z obawy przed zbytnim rozpanoszeniem Platformy, nie tyle politycznym, bo prawdziwą władzę mocno trzyma w ręku razwiedka - co jej ekspansją na żerowiskach - bo właśnie dostęp do nich decyduje o możliwościach rozwoju ugrupowań politycznych.
 Największym wydarzeniem, wręcz ucztą duchową, jaką dla publiczności przygotowały sztaby obydwu faworytów, mają być telewizyjne "debaty", w ramach których kandydaci będą przesłuchiwani przez funkcjonariuszy razwiedki, poprzebieranych za dziennikarzy rozmaitych stacji telewizyjnych, odpowiadając na pytania o różnicy między przodkiem a tyłkiem i w jaki sposób będą przychylali wszystkim nieba i  tak dalej. Obiecuję sobie po tym wiele uciechy, ponieważ właśnie ogłoszono, że - jak ustalił niemiecki minister spraw zagranicznych, ostentacyjny sodomita Gwidon Westerwelle, podczas bliskiego spotkania III stopnia z ministrem Radosławem Sikorskim w grudniu ubiegłego roku - od 1 sierpnia br. tubylczemu ministerstwu spraw  zagranicznych, a konkretnie - odpowiedzialnemu za "integrację", czyli podporządkowywanie Polski Eurosojuzowi, to znaczy - Naszej Złotej Pani Anieli - panu Mikołajowi Dowgielewiczowi zostanie przydzielony niemiecki Doradca Doskonały. Gwoli podtrzymania wrażenia symetrii, również w niemieckim Auswartiges Amt pojawi się pan Wojciech Pomianowski. Co on tam będzie doradzał, to jeden Pan Bóg wie, natomiast nietrudno się domyślić, że rola współczesnego, tym razem niemieckiego Ottona Magnusa von Stackelberga, będzie nieporównanie większa nawet od dotychczasowego konsyliarza premiera Tuska, pana Bartoszewskiego. 
 Czyż w tych warunkach buńczuczne opowieści kandydatów, jak to będą prowadzili "politykę zagraniczną", nie będą w stanie wzbudzić naszej wesołości? W końcu tyle naszego, że - póki jeszcze można - trochę się pośmiejemy. 
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

 Za berecik, za antenkę
Świat to nie gwóźdź, chociaż ten i ów pretenduje do roli młota. Jeszcze innym nadto marszczą się emocje, przez co przypominają proporce, powtykane tu i tam przez tajemniczych władców marionetek i poruszające się z wiatrem bez ładu i składu. 
 Gdybym napisał, iż przed ujawnieniem ostatecznego rezultatu batalii o urząd prezydenta współczesna Polska wstrzymuje oddech, byłaby to nieuzasadniona tromtadracja. Te wybory są ważne z obiektywnego punktu widzenia, niemniej jeśli prawie połowa uprawnionych do głosowania, czyli piętnaście milionów Polaków, wybiera milczenie, dobrowolnie lokując samych siebie poza marginesem decyzyjnym, a co za tym idzie, pozostawiając innym rozstrzygnięcie jednej z najważniejszych w demokracji kwestii, oznacza to, iż albo nie mają zaufania do siebie, albo do swego państwa, albo do siebie, swego państwa oraz demokracji jednocześnie. 

 PLATFORMA SKRĘCA W LEWO 
 Oznacza to również, że ludzie ci nie umieją dostrzec konsekwencji odłożonych w czasie, przypominając raczej kilkuletnie dzieci niż dojrzałych i odpowiedzialnych za swój kraj obywateli Rzeczypospolitej. Kolejny raz co drugi Polak ponad obywatelski obowiązek przedłożył niechęć do polityków i nieufność do polityki. A przecież udział w wyborach to minimum, co powinniśmy zrobić jako ludzie współtworzący naszą, nie cudzą ojczyznę. Ewidentnie coraz mniej mamy Polski w Polakach. 
 Bronisław Komorowski ponad 41 procent głosów, Jarosław Kaczyński ponad 36. Niewielka różnica, w efekcie skutkująca i przyspieszeniem, i zaostrzeniem kampanii przed drugą turą. Co tym bardziej oczywiste, skoro gra toczy się w pierwszym rzędzie o głosy fanów Grzegorza Napieralskiego. 
 Czym w takim razie Platforma Obywatelska zdecyduje się przyciągnąć do siebie lewicę za poparcie kandydatury Komorowskiego, skoro w tym celu będzie musiała  porzucić nie tylko retorykę wolnego rynku, ale i hasła w rodzaju "komercjalizacji" czy "komunalizacji"? O prywatyzacji nie wspominając. Otóż, czym tam przyciągnie, tym przyciągnie, skoro przyciągnąć musi, wszelako najbardziej interesujące wydaje się, jak ten radykalny zwrot przełkną wyborcy Platformy, zwłaszcza ci centroprawicowi, niegdysiejsi przeciwnicy "państwa socjalnego". Jak tuskokomorowszczyzna swoim sympatykom wytłumaczy, że wszystko, w co dotąd wierzyli i co wspierali, teraz przyjdzie im porzucić, a kto wie - może i zamienić na swoje przeciwieństwo? Tak czy siak, będzie się z czego pośmiać. 

 I TAK OBERWIE 
 Zresztą może i śmiać się nie będzie kiedy, jako że bez kolejnej fali agresji skierowanej w stronę Prawa i Sprawiedliwość, precyzyjniej zaś, w stronę Jarosława Kaczyńskiego, kolejnej tury wyborów wyobrazić sobie nie było sposób już w powyborczy poniedziałek. Doczekaliśmy więc szyderstw, kpin oraz ślinotoku, a wszystko okraszone ostrzeżeniami przed "IV RP", cokolwiek miałoby to znaczyć. Platforma wytoczyła najcięższe działa, w tym - a jakże - Janusza Palikota. "Prezydent Jarosław Kaczyński zgotuje nam wojnę domową" - popisał się predyspozycjami profetycznymi znany pieszczoch PO. 
 Gdy prezes PiS milczał, przytłoczony tragedią w podsmoleńskim lesie, mówiono, że "milczy złowrogo". Gdy otworzył usta, okazało się, że przyprawić mu ponurą gębę nienawistnika będzie jeszcze trudniej. Niemniej próbowali. I próbują. I nie przestaną. Bez większego ryzyka popełnienia błędu można założyć, iż nieważne, czy przyszły prezydent włoży beret, czy będzie paradował z gołą głową. I tak oberwie - albo za brak nakrycia głowy, albo za zbyt krótką antenkę przy berecie. 
 Pewnie, że dużo prościej atakować przeciwnika politycznego, niż wytłumaczyć Polakom szokujący deficyt finansów publicznych. Który - i to według szacunków Ministerstwa Finansów - w 2009 roku sięgnął prawie stu miliardów złotych (bez trzech). Co oznacza wywindowanie długu do poziomu 682 mld zł, czyli 50,7 proc. PKB. Co równie ciekawe, rząd szacuje wzrost relacji tegoż długu do PKB do poziomu 53,1 proc. na koniec 2010 roku oraz 56,3 proc. PKB na koniec roku przyszłego - i to mimo wyprowadzania poza budżet kolejnych zobowiązań finansowych państwa. 
 Nie dziwota zatem, że Komisja Europejska niemal wprost zarzuca ministrowi Rostowskiemu kreatywną księgowość, określając wysokość polskiego długu publicznego na 57 proc. PKB. 
 Tymczasem Konstytucja Rzeczypospolitej zakazuje działań (zaciągania pożyczek, a nawet udzielania gwarancji i poręczeń finansowych), w następstwie których państwowy dług publiczny może przekroczyć 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto. Czyli 60 proc. PKB. 
*** 
 Dokąd nas zaprowadzi ten poziom deficytu przy obserwowanej skali rządowej nonszalancji? Ja osobiście typuję okolice Morza Egejskiego. I raczej wcześniej niż później. I nie będą to wczasy. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 
Zapraszam również tutaj: http://www.widnokregi.salon24.pl 

 Monika J. Curyk
ALIMENTACJA WSPÓŁMAŁŻONKA
W swoim poprzednim artykule pisałam o historycznym i ustawowym kontekście alimentacji współmałżonka. W dzisiejszym artykule skupię się przede wszystkim na Spousal Support Advisory Guidelines (Guidelines) i ich praktycznych implikacjach.
 Zadaniem Guidelines jest ustalenie wysokości alimentów i długości trwania zobowiązania alimentacyjnego. Guidelines oparte są na koncepcji "podziału dochodów" według określonej formuły. Formuła ta jest inna w związkach posiadających dzieci i w związkach nie posiadających dzieci. Jeżeli para ma dzieci, ale są one dorosłe i finansowo niezależne, to traktuje się ją jako parę bez dzieci. Wynikiem formuły nie jest konkretna cyfra odzwierciedlająca wysokość alimentów, ale "zakres" mówiący, że osoba z niższymi zarobkami powinna otrzymywać alimenty wysokości "od - do" przez okres czasu "od - do".  
 W przypadku par nie posiadających dzieci formuła jest stosunkowo prosta.  Mniej zarabiający małżonek ma prawo do alimentów w wysokości od 1,5 do 2 proc. różnicy między dochodami małżonków, za każdy rok trwania związku.  Przy obliczaniu wysokości alimentów bierze się oczywiście pod uwagę podatki płacone przez obie strony.  
 Na przykład, wyobraźmy sobie państwa A, którzy rozwodzą się po 10 latach trwania związku i nie mają dzieci. Pan A zarabia 100 tysięcy rocznie, a pani A 50.  
 W takiej sytuacji pani A należą się alimenty w wysokości pomiędzy 625 do 833 dolarów miesięcznie. Jako że Guidelines zakładają, że pani A należy się od pół roku do roku alimentacji za każdy rok trwania związku, a więc pani A ma prawo do alimentacji przez 5 do 10 lat.
 Zakresy bywają dość szerokie i to, w jakiej dokładnie wysokości powinny być otrzymywane alimenty, zależy od wielu czynników oraz jest przedmiotem dyskusji pomiędzy stronami i ich prawnikami.  
 Oto kilka innych scenariuszy, w których wyliczyłam zakres alimentacji współmałżonka w sytuacji, gdy para nie ma dzieci.
 Pan B zarabia 50 tysięcy rocznie, pani B nie pracuje. Pani B należy się pomiędzy 625 dolarów miesięcznie do 833 (różnica w dochodach jest 50 tysięcy dolarów, tak ja w przypadku państwa A).
 Pan C zarabia 80 tysięcy rocznie, pani C zarabia 35. Pani B należy się od 562 do 750 dolarów miesięcznie,
 Pan D zarabia 65 tysięcy rocznie, pani D zarabia 40.  Pani D należy się od 312 do 417 dolarów miesięcznie.
 Pan E zarabia 120 tysięcy dolarów, pani E zarabia 45.  Pani E przysługuje od 738 do 1504 dolarów miesięcznie.
 Jeżeli para ma dzieci, to kalkulacja staje się dużo bardziej skomplikowana, albowiem uwzględnić musi ona nie tylko podatki, ale również koszty utrzymania dzieci. Oto kilka przykładów. Wszystkie przykłady zakładają, że po rozstaniu dzieci będą mieszkać z matką, ale Guidelines zawierają także formułę pozwalającą na wyliczenie wysokości alimentów płaconych małżonkowi mniej zarabiającemu przez małżonka lepiej zarabiającego, z którym dzieci mieszkają.
 Państwo F rozstają się po dwudziestoletnim związku.  Mają dwoje dzieci w wieku lat 10 i 12.  Dzieci mieszkają z Panią F.  Pan F zarabia 100 tysięcy dolarów rocznie, Pani F 35.  
 Pan F zobowiązany jest do płacenia 1404 dolarów miesięcznie alimentów na dzieci. Ponadto, pan F może się spodziewać, że będzie musiał płacić alimenty pani F w wysokości od 453 do 1504 dolarów miesięcznie.
 Pan G zarabia 50 tysięcy rocznie, pani G nie pracuje, mają jedno dziecko: alimenty na dziecko 462, alimenty na panią G od 916 do 1161 dolarów miesięcznie. W tym samym scenariuszu, przy dwójce dzieci alimenty na dzieci 753, na panią G od 518 do 760.
 Pan H zarabia 80 tysięcy rocznie, pani H zarabia 35, mają dwoje dzieci: alimenty na dzieci 1159, na panią H od zera do 604 dolarów miesięcznie. W tym samym scenariuszu, przy jednym dziecku alimenty na dziecko 719, na panią H od 328 do 952.
 Pan I zarabia 65 tysięcy rocznie, pani I zarabia 40, mają jedno dziecko: alimenty na dziecko 601, na panią I od zera do 273 dolarów. W tym samym scenariuszu, przy dwójce dzieci alimenty na dzieci 972. Nie ma alimentów dla pani I.
 Pan J zarabia 120 tysięcy dolarów, pani J zarabia 45, mają dwoje dzieci: alimenty na dzieci 1644, na panią J od 738 do 1504. W tym samym scenariuszu, przy trójce dzieci, alimenty na dzieci 2135, na panią J od 328 do 1169.

 Jak długo może trwać
 zobowiązanie alimentacyjne?
 Jak wspominałam wcześniej, jeżeli rozstaje się para bez dzieci, Guidelines zakładają, że alimenty będą płacone od pół roku do roku za każdy rok trwania związku.  Czyli po dwunastoletnim związku, alimenty na współmałżonka będą płacone od 6 do 12 lat.
 Jeżeli rozchodzi się para, która ma dzieci, to sądy z reguły przyznają alimenty na czas nieokreślony (indefinite). Nieokreślony niekoniecznie musi znaczyć na zawsze, choć w przypadku długo trwających związków często to oznacza. Z reguły wysokość alimentacji ulega zmianie, gdy zmieniają się okoliczności małżonków.  
 Guidelines używają dwóch modeli ustalania czasu trwania obowiązku alimentacyjnego, jeżeli para ma dzieci:
 W oparciu o czas trwania związku (formuła jest taka sama jak dla par bezdzietnych).
 W oparciu o wiek dzieci (dla par rozstających się po krótkich związkach). Ta formuła zakłada, że najszybciej obowiązek alimentacyjny ustaje, gdy najmłodsze dziecko idzie do szkoły, a najdłużej trwa do czasu skończenia przez  najmłodsze dziecko szkoły średniej.
 Ponadto obowiązuje tak zwana "reguła 65", która stanowi, że jeżeli suma długości trwania związku i wieku osoby otrzymującej alimenty wynosi lub przewyższa  65 lat, to alimenty przyznawane są na nieokreślony okres, co w praktyce często znaczy na zawsze.

 Alimenty na współmałżonka 
 i podatki
 Generalnie rzecz biorąc, na potrzeby rozliczenia podatkowego, alimenty na współmałżonka  odliczane są od dochodu osoby, która je płaci, i doliczane są do dochodu osoby, która je otrzymuje.
 Jeżeli pan K zarabia rocznie 100 tysięcy dolarów, a pani K 45, i jeżeli pan K płaci pani K 1000 dolarów miesięcznie alimentów (12 tysięcy rocznie), to pan K zapłaci income tax od 88 tysięcy dolarów, a pani K od 57.  Przypominam, że alimenty na dzieci nie są traktowane w taki sam sposób i jeżeli państwo K mają jedno dziecko, to pan K płaci na nie 877 dolarów miesięcznie, których nie odlicza się od jego dochodu.
 Zdarza się, że zamiast comiesięcznych alimentów, rozchodzące się pary zawierają porozumienie, które pozwala jednemu z małżonków na zapłacenie jednorazowej sumy, która zwalnia go lub ją z przyszłego obowiązku alimentacyjnego. W takiej sytuacji, sumy tej (zwanej lump sum payment) nie odlicza się od dochodu osoby płacącej alimenty i nie dolicza się do dochodu osoby, która ją otrzymała.

 Alimentacja współmałżonka 
 i nowe związki
 Co się dzieje, gdy osoba otrzymująca alimenty wstępuje w nowy związek małżeński lub nieformalny?  Rozpowszechniony mit głosi, że automatycznie traci ona (lub on) prawo do alimentacji. Opinia ta nie jest prawdziwa.  W praktyce, utworzenie nowego związku traktuje się jak powstanie nowych okoliczności, które mogą, ale nie muszą, pociągać za sobą zmianę wysokości alimentów. Założyć należy, że jeżeli stopa życiowa w nowym związku nie wzrosła drastycznie, to zmiana przysługującej alimentacji może być niewielka albo żadna.
 Wprawdzie wprowadzenie Guidelines w znacznym  stopniu uprościło kwestie związane z alimentacją współmałżonka, temat ten jest nadal niezwykle skomplikowany.  
 Ponadto kalkulacje niezbędne do uzyskania zakresu wysokości alimentów w oparciu o dochody małżonków nie są możliwe do wykonania bez odpowiedniego programu komputerowego. Dlatego małżonkowie lub partnerzy negocjujący tę kwestię bez porady prawnej, narażają się na to, że zgodzą się na otrzymywanie alimentów dużo niższych od tych, które im się należą, lub na płacenie alimentów dużo wyższych od tych, które powinni płacić.
Monika J. Curyk
Mississauga

  Na truskawki!
Zdrowe i smaczne truskawki obrodziły w tym roku wyjątkowo, są także wcześniej niż zazwyczaj, tak że mamy już prawie środek truskawkowego sezonu. Pogoda sprzyja tym roślinom - jest ciepło i aura nie skąpi deszczu, owoce są dorodne i słodkie. W najbliższy więc weekend wybierzmy się na jedną z otaczających torontońską aglomerację truskawkowych farm, bo własnoręcznie zbierane truskawki smakują najbardziej...
Plantacje typu "pick-your-own" (nazbieraj sobie sam) są niezwykle popularne w Kanadzie. Na wielu z nich oprócz zagonów z warzywami, truskawkami, jagodami czy malinami znajdują się jadłodajnie, sklepiki z przetworami oraz minizwierzyńce - szczególnie ukochane przez dzieci. 
 Jeśli zdecydujemy się na wyprawę ze swoimi pociechami, to powinniśmy z góry znać marszrutę i raczej wybrać farmę niezbyt od domu odległą. Dzieci bowiem tak szybko, jak zyskują entuzjazm, tak szybko go tracą, więc skróćmy do minimum czas podróży na truskawkowe pola. W towarzystwie bardziej dorosłym radziłbym poeksperymentować i pojeździć po leżących z dala od miasta polnych drogach. Tam często możemy natrafić na malutkie plantacje, których wcześniej nie zdewastowały hordy spragnionych truskawek mieszczuchów - również ceny za zebrane owoce są najczęściej niższe, bo płacimy tylko za truskawki, a nie za całą zbędną nam otoczkę.
 Od lat sezon truskawkowy zaczynam od odwiedzenia Andrews Scenic Acres, gdzie znajduje się również 35 akrów zagonów truskawkowych. Należy ona do małżeństwa Andrewsów (Lauraine i Bert) od 1980 roku, które prowadzi ją wraz ze swymi dziećmi: Angelą, Kurtisem i Valerie. Farma położona jest w pobliżu Milton, nieopodal skalnego uskoku zwanego Niagara Escarpment, a więc w niezwykle malowniczej okolicy, prawie co roku się powiększa i teraz zajmuje 175 akrów upraw. Dominują pola truskawkowe, ale zbierać tu można również kwiaty, rabarbar, szparagi, a wkrótce i czarne jagody, maliny, agrest, czerwone i czarne porzeczki, jeżyny oraz wiśnie. W sumie farma ma aż 600 akrów, ale część z nich zajmują nieużytki oraz sady.
 Zbudowana kiedyś przez menonitów stodoła służy teraz za sklep, w którym można kupić przetwory z owoców i warzyw produkowanych na farmie. Ciasta własnego wypieku oraz naprawdę doskonałe lody,  to wszystko wyrób własny - smaczny i niedrogi. Można tu również na własne oczy zobaczyć, jak powstaje miód - sprytnie skonstruowany plaster miodu przykryty pleksiglasem umożliwia podglądnięcie życia pszczół - wspaniała lekcja dla dzieci, a i dorosłych może prawdziwie zainteresować  
 Przed dziesięciu laty Andrews Scenic Acres powiększył wachlarz oferowanych przetworów o wina własnej produkcji. Pochodzą one z wytwórni "Scotch Block Country Winery"; wytwarza się tam wina owocowe - są one dostępne w sklepiku na terenie farmy. Są tu wina z wszystkich owoców - a nawet z dyni. Dla znawców polecam znakomite porto z czarnych porzeczek o nazwie "Black Currant Obsession". Przy zakupie truskawek lub czegokolwiek w farmerskim sklepiku otrzymuje się "bonus savings", który umożliwia zakup owocowego wina po promocyjnych cenach.  
 Natomiast dla dzieci na farmie znajduje się plac zabaw, stodoła, w której straszy, oraz mały zwierzyniec z królikami, kozami i drobiem. Zwierzęta można własnoręcznie karmić, co jest wielkim przeżyciem dla naszych milusińskich.
 Na odległe pola z uprawami chętnych do zbierania owoców podwozi traktor ciągnący przyczepę z balami słomy służącymi za ławki - po farmie można również poruszać się indywidualnie i na własnych nogach dotrzeć do truskawkowych plantacji.
 Plantacja Andrews Scenic Acres słynie nie tylko z truskawek, malin, sklepiku z winem i wspaniałych wypieków oraz lodów z własnych owoców ale także z plantacji kwiatów. Spacerując po farmie, można zobaczyć sektory pokryte uprawami mieczyków czy georginii - warto więc tu przyjechać nawet po skończeniu sezonu na truskawki i maliny, by zaopatrzyć się w piękne i tanie kwiaty. 
 Farma prowadzi też sprzedaż własnych sadzonek - za pół ceny (jeśli porównać Canadian Tire czy Home Depot) można tu kupić pędy truskawek, malin, agrestu i porzeczek.   
 Dojazd z Toronto: Hwy 401 do Trafalgar North (exit 328), dalej na północ (7 km) do Siderd #10 (Ashgrove). Skręcamy w lewo (na zachód).
 Tel.: 905-878-5807, Internet: www.andrewsscenicacres.com.

 Whittamore's Berry Farm.
 Farma jest własnością  braci Franka, Mike'a i Dave'a Whittamore'ów i leży w Markham. Jest to jedna z najstarszych farm w regionie - w rękach rodziny znajduje się od 1804 roku. Logo farmy zawiera fotografię powożącego bryczką pradziadka współczesnych właścicieli Joe Lappa, która wykonana została w 1890 roku. Uprawami warzyw zajął się dziadek braci Frank J. Whittamore dziewięćdziesiąt lat temu - sprzedawał je później, wędrując od domu do domu, po północnym Toronto (Yonge i St. Clair).
 Jego syn Gilbert dokupił 50 akrów ziemi i rozpoczął hurtowe dostawy warzyw. Po ślubie z Evelyn Lapp w 1954 roku stali się pionierami farm typu "pick-your-own" w Ontario. Aktualnie jest to największa plantacja w regionie - zajmuje 220 akrów upraw. Corocznie odwiedza ją ponad 200 tysięcy osób. Na miejscu, pod rozpiętym wielkim namiotem, znajduje się też sklep, gdzie można kupić zebrane z pól plony. Groszek, fasola, pomidory, papryka, dynie, maliny i truskawki dominują w uprawach w Whittamore.
 W polowym sklepie można kupić tegoroczny, niedawno utoczony syrop klonowy oraz spróbować wypieków z własnej piekarni. Dzieci można zapoznać ze zwierzętami domowymi w znajdującym się tu minizoo, a po nazbieraniu pełnych koszyków truskawek - całą rodziną wybrać się na spacer po farmie leżącej w malowniczej dolinie Rouge River. 
 Nie zapomnijmy adresu Whittamore's Berry Farm - gdy wkrótce rozpocznie się sezon na maliny - odwiedźmy farmę ponownie, z upraw tych owoców słynie ona najbardziej i, prawdę mówiąc, nie raz wybierałem się specjalnie właśnie tam, mimo iż mieszkam na granicy Mississaugi i Oakville - tak wielkich i smacznych malin nie ma nigdzie indziej! 
 Dojazd: Hwy. 401 do Markham Rd. (Hwy. 48). Farma znajduje się przy 8100 Steeles Ave. E., 6 km na wschód od Markham Rd.
 Strona w Internecie: www.whittamoresfarm.com, tel. 905-294-3275.
***
 Truskawki można spożywać  na każdy sposób, najbardziej jednak cenne dla organizmu są te jedzone na surowo, zerwane prosto z krzaka. Posiadają one wówczas wspaniałe wartości odżywcze i kosmetyczne, są bowiem bardzo bogate w witaminę C, B1 i B2 oraz zawierają praktycznie wszystkie ważne mikroelementy, a szczególnie dużo w nich  żelaza, wapnia, fosforu, magnezu i manganu - pierwiastków wpływających korzystnie na cerę i włosy.
 Jeśli planujemy zamrożenie truskawek, to przy zbieraniu (egzemplarze średniej wielkości i bardzo dojrzałe) pozbawmy je od razu szypułek, uważając, by nie zanieczyścić owoców piaskiem czy źdźbłami słomy, która na plantacjach zalega między rzędami upraw; po przybyciu do domu natychmiast wkładamy truskawki do jednofuntowych, szczelnie zamykanych torebek i umieszczamy w zamrażalniku lodówki. Owoców przeznaczonych do zamrożenia nie wolno wcześniej płukać i myć w wodzie!
 Sezon na truskawki nie trwa zbyt długo - nie odkładajmy więc decyzji w nieskończoność. Nie zmarnujmy szansy ucieczki choć na chwilę od G-20, trzęsienie ziemi i tornada - ku własnemu zadowoleniu i zdrowiu. A truskawkowy pretekst niech zamieni się w stałe przyzwyczajenie udawania się na farmy typu "nazbieraj sobie sam".
Jerzy Rosa - Mississauga  

 Nie łudźmy się!
Można się szczerze dziwić, dlaczego władze kanadyjskie postanowiły zorganizować szczyt G-20 w samym sercu kilkumilionowego miasta, dlaczego mimo niedomkniętego budżetu i kuśtykającej gospodarki wyrzuca się miliard dolarów na zapewnienie bezpieczeństwa uczestnikom narady? W Kanadzie nie brakuje miejsc, gdzie można tanio i skutecznie odizolować się od świata, nawet w całkiem luksusowych warunkach. Wówczas koszty ochrony zamykałyby się w kilkudziesięciu milionach. O co więc chodzi?
       O pretekst?
 - Poćwiczenia na żywych "kukłach" kontrolowania tłumu?
 - Doposażenie policji w nowoczesne urządzenia?
 - Zwiększenia inwigilacji "podejrzanych" organizacji i grup?
 - Pogrożenie palcem?
 Oczywiście, wszelkiej maści antyglobaliści to drobni krzykacze, którym setki kilometrów brakuje do organizacji i umotywowania takich, dajmy na to, bojowych torontońskich Tamilów. Ci, próbując kiedyś nakłonić Kanadę do interwencji dyplomatycznej na Cejlonie, elegancko pokazali policji, jak skutecznie kieruje się demonstracją; jak zamienia tłum w wężyk pieszych i ponownie w wiec, jak zgrabnie obchodzi policyjne blokady, i przelewa przez bramki i zapory. Antyglobaliści to po prostu niedojrzali zadymiarze, na których można poćwiczyć nowe rodzaje środków przymusu, tym bardziej że stopień nasycenia policyjnymi agentami ich środowisk, pozwala na skuteczne rozpoznanie prowodyrów i blokowanie zbytnich ekscesów kiedy trzeba. Ciekawsze będą protesty Indian, a raczej, reakcja na nie - czy będziemy pokazywać światu, jacy jesteśmy mili wobec każdej świętej krowy, czy też trzask, prask i bez krzyku uprzątniemy z widoku każdą barykadę, śląc sygnał, że tym razem nie bawimy się.
       Przy okazji wypada zapytać, cóż takiego złego jest w globalizmie? Dlaczego tworzenie jednego światowego "rządu" z jednym zestawem przepisów  i procedur w ramach  jednej ogólnoświatowej gospodarki z jedną walutą dla wszystkich jest złe? Przecież świat nam się coraz bardziej kurczy i zamienia w globalną wioskę; telekomunikacja, transport lotniczy, kontenery, wszystko to przybliża kontynenty i każe latać jak z piórkiem to tu, to tam...
 Odpowiedź jest banalnie prosta. Projekt globalizacyjny oznacza oddalanie ośrodków władzy od zwykłego człowieka; poddanie nas coraz bardziej anonimowym decyzjom, w coraz bardziej zbiurokratyzowanej rzeczywistości. Słowem, globalizacja to realizacja konkretnego zamiaru ideologicznego, który depce godność człowieka, likwiduje "naszość" małych ogródków i usiłuje stanowić jedno prawo dla wszystkich.
 Projekt ten jest z gruntu antynarodowy, tworząc ponadnarodową międzynarodówkę elit, "odpowiedzialnych za wdrażanie na przydzielonych odcinkach". Te elity otrzymują możliwośc lukratywnej kariery w ponadnarodowych instytucjach, co natychmiast i bezpośrednio wzbudza u nich zainteresowanie powodzeniem całego przedsięwzięcia. Jednocześnie nowe drogi awansu oznaczają, że odpowiednio charyzmatyczni przywódcy, którzy mogliby poprowadzić swe społeczeństwa w niepożądanym kierunku, są neutralizowani taką marchewką. Niewielu się jej oprze.
    Aby zwiększyć powodzenie globalnego eksperymentu, drugim przykazaniem po tworzeniu międzynarodówki elit, staje się wymieszanie narodów. 
 Do tego służy emigracja. Projekt zakłada, że ludzie z rejonów wysokiej demografii osiedlać się będą w rejonach niskiego przyrostu naturalnego. Jednocześnie posługując się biczykiem równouprawnienia i antyszowinizmu, przeciwdziała się wszelkim próbom przeciwdziałania spadkowi przyrostu poszczególnych narodów. 
 Demografia zmusi tradycyjne narody do otwarcia granic dla gastarbeiterów i stworzy nieodwracalne zmiany ludnościowe. Głównym wyzwaniem dla autorów takiej manipulacji pozostaje odarcie nowo przybyłych z dotychczasowej kultury (zazwyczaj prymitywnej) i nakłonienie do udziału w narzuconym schemacie społecznym. Dokonuje się to poprzez wychowywanie drugiego i trzeciego pokolenia.
 Tu dochodzimy do trzeciego wielkiego mechanizmu proglobalizacyjnego - odpowiedniego kształcenia (a raczej otumaniania) nowych pokoleń. Tłoczenie do głowy nowej ideologii, jak to ma miejsce we wszystkich systemach totalnych, zaczyna się od żłobka, pożądane jest, aby struktury administracyjne jak najwcześniej odebrały rodzicom wyłączność na kształtowanie młodych rozumów, no bo tylko w  ten sposób można doprowadzić do szybszej zmiany. 
 Nowe wychowanie to przede wszystkim uznanie nowego porządku globalnego za normalny i jedyny możliwy. Temu towarzyszy kreowanie świeckiej hierarchii wartości, w której na najwyższym szczeblu jest poszanowanie inności pożądanej z punktu widzenia nowej rewolucji (bo nie  każdej inności - są inności lepsze i gorsze). Nowe kształcenie opiera się również na wytworzeniu nowego politycznie poprawnego języka, w którym nie można skutecznie wyrazić buntu czy oprotestować nowego porządku. Są to rzeczy przerabiane już dawniej, które pachną szaleństwem przeszłych totali.
 O co w tym wszystkim chodzi?
 Teoretycznie o skuteczne rozwiązywanie mniej lub bardziej urojonych "globalnych problemów ludzkości" (klimat, pozyskiwanie energii, nadmierny przyrost naturalny), zapobieganie konfliktom i wojnom, praktycznie - jak zawsze w historii świata - chodzi o władzę i pieniądze. Globalizacja umożliwia bowiem pokojowe podbijanie małych krajów, odbieranie ich mieszkańcom możliwości samodzielnego kształtowania losu, pozbawia ich przywódców, niszczy dotychczasowy sposób życia, narzucając inny, politycznie poprawny. 
 Z założenia antyreligijny globalizm posiada w sobie mechanizmy, które tłumaczą wszystko, zaś jego kośćcem jest konsumeryzm - ludzie mają gros swego czasu przeznaczać na bezustanne pozyskiwanie dóbr. W ten tylko sposób mogą zasypać pustkę, jaka powstaje po odarciu ich z eschatologii silnych religii.
    Projekt globalny wyszedł już z powijaków, spotkania G-20 stanowią drobne etapy na drodze do świetlanej przyszłości. Widać jednak już dzisiaj, że w tej postaci   jest to projekt antyludzki, odzierający nas z prawdziwego człowieczeństwa.
Andrzej Kumor
Mississauga
 
 
 

 
GONIEC, NR 24/2010

Testy lojalności
Ajajajajajajaj! "Pani traci już wszelką powagę"... Mówię oczywiście o żydowskiej gazecie dla Polaków, czyli prasowym organie pana redaktora Adama Michnika, zgodnie z rozkazem (a my wszyscy za "drogim Bronisławem") angażującej się po stronie marszałka Bronisława Komorowskiego. Mimo mobilizacji totalnej, notowania pana marszałka muszą wyglądać umiarkowanie, bo wśród jego zwolenników dominuje nie tyle siła spokoju, co przeciwnie - zaniepokojenie, aż po granice bezradnej irytacji. 
 W tej sytuacji jeszcze nie wiadomo, czy generał Marek Dukaczewski, szef Wojskowych Służb Informacyjnych, których jak wiadomo, już "nie ma", będzie mógł już w niedzielny wieczór uraczyć się szampanem. Pan generał Dukaczewski odgrażał się bowiem, że w przypadku wygranej marszałka Komorowskiego z radości otworzy szampana. Oficjalnie chodzi mu o to, że marszałek Komorowski jako jedyny sprzeciwiał się rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych. 
 Tego oczywiście lekceważyć nie można, bo lojalność pana marszałka wobec WSI błyszczy nawet na tle posłusznej wobec razwiedki Platformy Obywatelskiej, ale przecież nie o sprzeciw tu chodzi, bo zgodnie ze zbawiennymi pouczeniami filozofa Tadeusza Kotarbińskiego, "nieistnienie jest atrybutem zaszczytnym, przysługującym także Bogu i sprawiedliwości" - więc i formalne nieistnienie Wojskowych Służb Informacyjnych jest tylko wyższą formą ich obecności w polskim życiu publicznym, jako okupanta całego państwa. Okupacja ta sprawowana jest za pośrednictwem agentury, pracowicie ulokowanej również przez ostatnie 20 lat we wszystkich, bez żadnego wyjątku, środowiskach społecznych zarówno w imieniu własnym - jak i w coraz większym stopniu - w imieniu strategicznych partnerów, coraz mocniej ujmujących w swoje wypróbowane ręce ster europejskiej polityki. Dlatego poparcia swego udzielił marszałku Bronisławu Komorowskiemu również słynny lider lewicy Włodzimierz Cimoszewicz, którego gorliwość wywołała zaskoczenie nie tylko szeregowych działaczy, ale nawet samego Aleksandra Kwaśniewskiego. Jest to zrozumiałe tym bardziej, że przed laty intrygi PO posługującej się podstawioną Włodzimierzu Cimoszewiczu w charakterze asystentki panią Jarucką, zniechęciły go nie tylko do kandydowania na prezydenta, ale nawet do jakiejkolwiek działalności politycznej. Teraz jednak panią Jarucką niezawisły sąd właśnie skazał za rozpuszczanie o Włodzimierzu Cimoszewiczu fałszywych pogłosek, a i na niego samego też musiały zadziałać jakieś Siły Wyższe, bo okazał wielkoduszność i marszałka Komorowskiego poparł, żeby tylko przeszkodzić Jarosławu Kaczyńskiemu w reaktywacji IV Rzeczypospolitej.    Widmo reaktywacji IV Rzeczypospolitej spędza również sen z powiek reżyseru Andrzeju Wajdzie, który już nie może z tego niepokoju znaleźć sobie miejsca, podobnie jak inne autorytety moralne z Władysławem Bartoszewskim na czele. Władysław Bartoszewski poskarżył się  na pogróżki, jakich nie oszczędzili mu anonimowi korespondenci, i w związku z tym nawet otrzymał ochronę Biura Ochrony Rządu, jako ostatni nasz skarb narodowy, który nam pozostał po zgonie "Drogiego Bronisława", czyli Bronisława Geremka. Wszystko to powinno wznieść na przepastne wyżyny popularność marszałka Komorowskiego,  bo wiadomo, że nic tak nie pomaga kandydatowi, jak prześladowania, jeśli już nie jego samego, to przynajmniej jego zwolenników - ale chyba nie wzniosło i to nie tylko ze względu na gafy, z jakich marszałek zdążył już zasłynąć. 
 Najsłynniejsza dotyczyła zamiaru wyprowadzenia Polski "z NATO", co marszałek miał nawet skonsultować już z zaskoczonym premierem Tuskiem. W wielu środowiskach nie przysparzają marszałkowi Komorowskiemu popularności koncepty posła Palikota w iście biłgorajskim stylu, zaś nudna debata, jaka odbyła się w państwowej telewizji z udziałem 4 kandydatów reprezentujących ugrupowania parlamentarne, przysporzyła sympatii raczej liderowi SLD Grzegorzowi Napieralskiemu, chociaż "jako człowiek" był on "zasmucony" woltą Cimoszewicza. Na stan notowań nie wpłynął również proces, jaki marszałek Komorowski wytoczył Jarosławowi Kaczyńskiemu przed niezawisłym sądem za to, że sztab prezesa PiS zarzucił mu opowiedzenie się za prywatyzacją szpitali. Marszałka Komorowskiego tak to oburzyło, jakby PiS przypisał mu co najmniej zamiar obrabowania nie tylko szpitali, ale nawet wszystkich pacjentów, a chociaż niezawisły sąd przyznał mu rację, to zwycięstwo to może okazać się pyrrusowe, ponieważ ostatecznie demaskuje nie tylko samego marszałka Komorowskiego, ale również całą Platformę Obywatelską, w oczach zwolenników wolnego rynku, których liczba chyba rośnie zwłaszcza wśród młodego pokolenia. Pokolenie to zaczyna rozumieć, że dalsze umacnianie w Polsce modelu sitwowego kapitalizmu kompradorskiego, którego głównym beneficjentem jest razwiedka z komunistycznym rodowodem, grozi im w Polsce dożywotnią marginalizacją, albo koniecznością emigracji, a samo państwo skazuje w najlepszym razie na chroniczną słabość, a w najgorszym - nawet na scenariusz rozbiorowy. Świadczą o tym wysokie notowania w Internecie, a więc medium raczej zdominowanym przez młodzież, Janusza Korwin-Mikkego, prezentującego się jako kandydat antysystemowy i atakującego zarówno PiS, jak i Platformę z prawej, wolnorynkowej strony.
 Sytuacja marszałka Komorowskiego jest tym trudniejsza, że Jarosław Kaczyński prezentuje się jako gołąbek pokoju, który nade wszystko pragnie nie tylko zakończenia "wojny polsko-polskiej", to znaczy - doprowadzenia do wielkiej koalicji Platforma Obywatelska - Prawo i Sprawiedliwość, ale również ocieplenia stosunków z Rosją, której nie szczędził komplementów w ostatnim wywiadzie dla agencji "Nowosti". Wprawdzie Salon uchwalił, że nie wierzy w pokojową metamorfozę Jarosława Kaczyńskiego, a podsycanie wątpliwości w pozytywną przemianę "Jarka-Podróbki" stanowi główny nurt czarnej propagandy uprawianej przez posła Palikota, ale cóż to znaczy w zestawieniu z recenzją wystawioną Jarosławowi Kaczyńskiemu przez samego prezydenta Dymitra Miedwiediewa, który w prezesie PiS dostrzegł ostatnio wybitnego męża stanu? Następstwem tej diagnozy był wspomniany wywiad dla agencji "Nowosti" - a to wskazuje, że Rosjanie, którzy w sprawach polskich raczej są zorientowani niezależnie od sondaży i opinii Salonu, muszą realistycznie oceniać zarówno perspektywy marszałka Komorowskiego, jak i możliwości Jarosława Kaczyńskiego. Ich zachowanie potwierdza przypuszczenie, jakie prezentowałem od samego początku, że dobry gracz nie stawia wszystkiego na jedną kartę, więc i strategiczni partnerzy nie zamierzają zostać zakładnikami premiera Tuska i marszałka Komorowskiego. Znacznie bardziej odpowiada im sytuacja, gdy będą mogli wybierać jako arbitrzy między obozem zdrady i zaprzaństwa i obozem płomiennych obrońców interesu narodowego, którzy nie tylko Traktat lizboński, ale i inne traktaty też podpiszą, może nawet znowu bez czytania, jeśli zajdzie taka nieubłagana konieczność.
 A właśnie tubylcze władze, na skutek prowokacji, albo zwyczajnie - głupiej nadgorliwości tajniaków na lotnisku Okęcie, będą musiały przejść test lojalności. Chodzi oczywiście o aresztowanie niejakiego Uri Brodskiego, prawdopodobnie agenta Mosadu, którego wydania oczekują od Polski Niemcy na podstawie tzw. europejskiego nakazu aresztowania za sfałszowanie paszportu i poświadczenie nieprawdy - a więc przestępstwa ścigane również w Polsce. Władze Izraela z kolei twierdzą, że przed izraelskim sądem Uri Brodski też zostanie praworządnie osądzony. Taktownie nie wspominają, że nie mają zaufania do polskiego wymiaru sprawiedliwości, ale to jest zrozumiałe samo przez się. Decyzja należy oczywiście do niezawisłego sądu, ale to z pewnością zbyt duży wiatr na jego wełnę, toteż jestem pewien, że każdą dobrą radę zwłaszcza ze strony razwiedki,  niezawisły sąd przyjąłby z wdzięcznością. Zwłaszcza, że i tak źle, i tak niedobrze, bo za odmowę ekstradycji do Niemiec z pewnością obraziłaby się Nasza Złota Pani Aniela, dotknięta brakiem zaufania premiera Tuska do niemieckiego wymiaru sprawiedliwości, a z kolei odmowa spełnienia oczekiwań władz Izraela może spowodować pojawienie się nie tylko na łamach "prasy międzynarodowej", ale i przeznaczonej dla tubylczych Polaków opinii, że Polacy "znowu" wydają Żydów Niemcom.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

 Blisko, coraz bliżej...
Głupota jest przywilejem durniów. Ludzie przyzwoici zwykle posługują się rozumem. Czemu członkowie rządu Donalda Tuska wraz z Bronisławem Komorowskim walczą o zakwalifikowanie do tej gorszej kategorii? Otóż widzę tylko jedną możliwą odpowiedź: bo z jakichś powodów chcą. Bądź muszą. 
 Kancelaria Prezydenta pod kontrolą. Instytut Pamięci Narodowej spacyfikowany. Narodowy Bank Polski przejęty. Rzecznik Praw Obywatelskich, można powiedzieć, ze słusznej linii rodzinnej. Sprawozdanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji odrzucone, a furtka pozwalająca przejąć całkowitą kontrolę nad mediami publicznymi szeroko otwarta. A ty, elektoracie, przyglądaj się, ucz i zapamiętuj raz na zawsze: albo całym sercem kochasz tuskokomorowszczyznę, więc, co oczywiste, gromadzisz się pod sztandarem partii ziejącej miłością do przeciwników politycznych, albo, by tak rzec, spadaj szczaw siorbać. Nie ma to, tamto. 

 MOŻNA PRZYZWOICIE 
 Dwa dni przed końcem sierpnia 1996 roku, w Norwegii, czternaście kilometrów na wschód od lotniska Svalbard Airport Longyear, o szczyt wzgórza Operafjellet rozbił się samolot Tu-154M, własność linii lotniczej Wnukowo Airlines. Na pokładzie znajdowało się 130 rosyjskich i ukraińskich górników, zdążających do pracy. Zginęli wszyscy, wraz z jedenastoosobową załogą. Nim upłynęły 24 godziny, na miejscu tragedii znalazły się służby rosyjskie. Norwegowie nie protestowali. Wypadek badano wspólnie, zaś "czarne skrzynki" Norwegia natychmiast przekazała właścicielowi samolotu. 
 Innymi słowy, nawet niezwykłe sytuacje pozwalają zachować się przyzwoicie. Tak, jak należy. Jak wygląda to w Polsce? Ano, polska prokuratura nie ma dostępu do świadków, których chciałaby przesłuchać. Obietnice o rychłym wyjeździe na miejsce tragedii polskich archeologów można między bajki włożyć. Oryginały "czarnych skrzynek" prawdopodobnie na zawsze pozostaną w rękach Rosjan. Mało tego, okazało się, że zapis ostatnich minut przed katastrofą, przekazany stronie polskiej, był o szesnaście sekund krótszy, niż powstały na jego podstawie stenogram. Co oznacza, że nagranie było montowane. Nie wiadomo tylko, w jakim celu. Tymczasem większość mediów przeistoczyła się w usta rządu i wbrew faktom lansuje poglądy bliskie platformianym sercom. I tak dalej, i tak dalej. 
 Co w obliczu powyższego najbardziej dla mnie zaskakujące, kandydaci na prezydentów - wyjąwszy Jarosława Kaczyńskiego (oraz, gwoli sprawiedliwości, także Andrzeja Leppera) - oświadczyli unisono, iż zaangażowanie polskiego rządu w sprawę rozwiązania smoleńskiej katastrofy nie budzi wątpliwości. Jak gdyby za wszelką cenę chcieli potwierdzić oficjalnie (przed kim?) wasalny status polskiego państwa. 
 No to co to jest, do diabła, jeśli nie jest to wyścig po okruchy z pańskiego stołu nieznanych bliżej demiurgów, kształtujących rzeczywistość w naszej części Starego Kontynentu? 

 POLISH NIGHTMARE 
 Coś bardzo niepokojącego stało się z Polską. Miało być uczciwiej i sprawiedliwiej niż w PRL-u - a nie jest. To frustrujące uczucie, ale przede wszystkim uczucie upokarzające. W swoim własnym kraju Polacy nie czują się bezpiecznie, postrzegając władzę jako nieudolną i nieuczciwą, prawo jako nieskuteczne i niesprawiedliwe, a kraj oddany w pacht polityczno-biznesowym koteriom. 
 Jeżeli skonfrontować nasze dawne marzenia o życiu w demokratycznym społeczeństwie i gospodarce wolnorynkowej, z tym co teraz dzieje się wokół nas, to trudno nie odnieść wrażenia, iż własne marzenia oglądamy w krzywym zwierciadle. Naturalne staje się zatem pytanie: dlaczego "American dream" na naszych oczach zmienił się w "Polish nightmare"? Dlaczego to, czego doczekaliśmy, nie jest tym, czego oczekiwaliśmy, o czym marzyliśmy? 
 Pełne sklepowe półki. Wymienialna złotówka. Paszporty. Wolna prasa. Swoboda podróżowania, zrzeszania się i swoboda wypowiedzi. Z drugiej strony, brak nadziei, perspektyw, pewności jutra, poczucia bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Zamiast wolnego rynku - kompradorski kapitalizm. Zamiast społecznej solidarności - mafijne nawyki rządzącej biurokracji. I tak dalej, i tak dalej. Gdzie podziało się to coś w duszy polskiej, czego dzisiaj nie widać, to coś, co było silniejsze od strachu przed śmiercią nawet, to coś, co wiodło Polskę ku wolności? I co z naszą wolnością zrobiliśmy? 
*** 
 Powiedzmy dość. Wybierzmy mądrze. Rozsądnie, rozważnie, rozumnie, przyzwoicie. Chyba nikt nie ma wątpliwości, iż następcą Lecha Kaczyńskiego nie może być suchy technokrata, zaplątany w niejasne uwarunkowania, prowadzany za rączkę nie wiedzieć dokąd przez nieprzyjazne Polsce koterie. Że prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej powinien zostać ktoś, kto jest w stanie godnie zastąpić człowieka, który nie zwracał uwagi na żyrandole, ponieważ miał je nad głową, a nie w głowie. I który zginął na służbie, broniąc najświętszych dla Polski wartości. Zginął, ponieważ trzy dni wcześniej ktoś zwany premierem RP pozwolił jak dziecko rozegrać się premierowi Federacji Rosyjskiej, ustawiającemu pionki na własnej szachownicy i grającemu we własną grę. 
 Zatem, jeżeli chcemy zmienić Polskę, głosujmy na Jarosława Kaczyńskiego. Kto wie, może uda się ludziom przyzwoitym rozstrzygnąć kwestię następstwa już w pierwszej turze? 
 ...Bo Polska jest najważniejsza. 
 Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 
Zapraszam również tutaj: http://www.widnokregi.salon24.pl 

 Aleksander graf Pruszyński
Na kogo głosować
Trochę ludzi chodzi w Polsce w T-shirtach z napisem: "Przebrała się miarka, Trzeba wybrać Jarka". Jest rzeczywiście problem, niekoniecznie kocham Jareczka, ba, uważam go za chama, bo nie odpisuje na listy doręczone Mu nawet do rąk własnych, co nawet jest wykroczeniem przeciwko Kodeksowi postępowania administracyjnego, ale jak dojdzie do władzy mdławy Bronek hr. Komorowski, to Tusk i spółka będą rozdawali kraj na lewo i prawo bez żadnych przeszkód.
 Jak podał "Nasz Dziennik", pan Kaczyński od kilkunastu dni nie potrafi znaleźć czasu, by dać wywiad temu pismu, pewnie myśli, że nie warto, bo i tak ma głosy ich czytelników w kieszeni. Być może, ale nie wskazuje to na nadmiar jego odwagi. Z drugiej strony, to pismo powinno było zwrócić się z prośbą o odpowiedzi na pytania zamieszczone tam do wszystkich kandydatów. Niestety, nadmiar pomyślunku, jak zresztą i innych rzeczy, nie cechuje Jaśnie Oświeconej Redaktorki tej gazety, która robi mdławe pismo, kocha przydługie teksty oraz ma chyba awersję do humoru.
 Mało kto zastanawia się, czy te wybory będą uczciwe. Mam wątpliwości, bo Komisja Wyborcza, w myśl ustawy o wyborach, nie ma prawa organizowania dyskusji między wszystkimi kandydatami oraz nie będzie, jak np. we Francji, wystąpienia każdego kandydata po 10 minut w TV, w czasie gdy telewizja ma wielu widzów.
 Inna sprawa to billboardy, czyli duże plakaty. Widuję w Warszawie sporo z podobizną Kaczyńskiego i podobizną Olechowskiego oraz widziałem jeden z podobizną Janusza Korwin-Mikkego. A gdzie billboardy z podobiznami pozostałych siedmiu kandydatów?

 Mordobicie w Sandomierzu
 W propagandowych celach premier Tusk pojechał z ekipą dziennikarzy i fotografów w zeszłym tygodniu na "gospodarski przegląd" do Sandomierza, gdzie wody Wisły zrobiły 14-kilometrowy zalew aż do Tarnobrzega i kilkadziesiąt tysięcy rodaków straciło dorobek swego życia. Gdy zaczęli go fotografować, to tłum poszkodowanych rzucił się na niego z pięściami i okrzykami: "Już was wybierzemy", "My damy wam wybory". Borowcy, czyli ochroniarze, twardo bronili szefa, ale jeden z krewkich rodaków przedarł się i kropnął premiera w ryło. Choć było świadków z
mediów wielu, informacja ta nie dostała się na szpalty gazet.

 Niezwykle droga impreza
 W zeszłym tygodniu po raz pierwszy widziałem okazałą świątynię Opatrzności Bożej, której budowa kosztowała dotąd 170 mln złotych i do końca będzie kosztowała dalsze 50 mln. Pytam się więc, dlaczego Muzeum Żydów Polskich ma kosztować dwa razy tyle? Jeśliby łożyli na to tylko Żydzi z Nowego Jorku, to ich sprawa, ale na ten "zbożny" cel dało 100 mln złotych miasto Warszawa, a 250 mln Ministerstwo Kultury RP.

 Z drugiej ręki
 Znajomy był w Berlinie z okazji fety zakończenia wojny i noc spędził z rosyjskimi generałami na rozmowach, oto co się dowiedział.
 1. Amerykanie chcą wojny, by zmniejszyć liczbę ludzi na świecie. Zresztą podobnie chcieli w 1939, o czym otwarcie mówili ambasadorowi Polski hr. Potockiemu.
 2. Chińczycy postawili moc wojska nad granicą z Rosją i ci nie bardzo wiedzą, jak się do tego ustosunkować.
 3. W Rosji coraz bardziej zyskuje na znaczeniu opinia publiczna, która jest niezadowolona z panoszenia się nowobogackich i szczególnie nierdzennych Rosjan. To między innymi powoduje gwałtowny wzrost sił Partii Komunistycznej, co zagraża ludziom u władzy.
 Wprowadzono tam ostatnio pod wpływem narodu ustawę o zakazie zajmowania czołowych stanowisk obcoplemiennym, konkretnie wymierzoną przeciw Żydom.
 4. Rosjanie są zaniepokojeni eksploatacją polskich złóż łupków, bo to zagraża ich monopolowi na eksport gazu, ale współczują Polakom, bo ich władze prawa do korzyści z eksploatacji tych złóż chcą dać obcym.
 5. Prezydent L. Kaczyński nie miał ważniejszych spraw jak wystąpienie do rządu Niemiec o "ukoronowanie" orła na pomniku Polaków, którzy zdobywali Berlin i mają w tym mieście pomnik, naturalnie z godłem PRL-u, oraz by z tego pomnika zdjąć herb NRD. Niemcy jego wniosek zignorowali, a gdy go ponownie złożył, powiedzieli, że w ich kraju są inne zwyczaje niż w Polsce.

 Hej na Kubę i... Kubanki
 Przyjaciel torontoński, tłumacz, właściciel firmy Habdank Communication, dziennikarz i były redaktor mego pisma Maciek Syrokomla Syrokomski od lat co kilka miesięcy jeździ na Kubę, a po wielu mniej lub więcej udanych "time sharing" z tamtejszymi pięknościami pojechał się tam ożenić.
 Ponad rok temu napisał książkę o Kubie zatytułowaną "Pocztówki z Kuby" i jej manuskrypt posłał do dziesięciu polskich wydawnictw. Tylko trzy z nich podziękowały mu za przysłanie tekstu, ale nie interesowało ich wydanie tej książki. Wreszcie uległ mym namowom, przygotował książkę w wersji elektronicznej i przesłał mi ją do Warszawy. Dałem ją tutejszej małej drukami elektronicznej Sowa, po tygodniu wydrukowali 50 jej sztuk, część posłałem Maćkowi, a część zostawiłem sobie; mając już książkę w ręce, może znajdę wydawcę, a jedną właśnie skończyłem czytać.
 Nigdy dotąd nie byłem na Kubie, znam ją raczej z antykomunistycznej literatury, ale każdemu chcącemu tam jechać ją z ręką na sercu polecam, choć książka ma mało atrakcyjny tytuł i może bardziej chwytliwy byłby tytuł "Kuba - morze - plaże - słońce - seks i... ".
 Nie da się ukryć, Kuba zatoczyła wielkie koło. Za dyktatora Batisty była wielkim kasynem gry i burdelem dla Amerykanów. Teraz kasyn brakuje, ale panienek "do towarzystwa" zatrzęsienie i mimo inflacji tak "tanie" jak dawniej. Ba, chyba jest to dziś bardziej popularny "zawód" niż dawniej, bo "panienka" za noc ma więcej niż np. jej brat czy ojciec zarabiający miesiąc tu lub tam na posadzie.
 Kubańczyków można podzielić na trzy części, tych co są u władzy, a tym zawsze jest dobrze. Tych co mają styczność z turystami i tak czy inaczej dorabiają, oraz resztę, która cierpi biedę, ale mimo wszystko w karnawale i na licznych minikarnawałach doskonale się bawi.
 Jako ekonomiście, trudno mi zrozumieć, dlaczego za Batisty sporo ludzi żyło bardzo przyzwoicie, a teraz jest ogólna bieda. Wtedy główny dochód był z turystów i trzciny cukrowej. Dziś jest podobnie, choć sporo przynosi Kubie wysyłanie personelu medycznego, którego naprodukowano masę, do różnych krajów Ameryki Południowej. Tam sporo zarabiają, a jeszcze więcej zarabia na ich "eksporcie" władza. Proceder jest tak masowy, że z jednego dziesięciotysięcznego miasta pojechało za granicę na saksy, jak się mówiło za PRL-u, 300 osób ze służby zdrowia, ba, i moc szpitali w tym kraju nastawionych jest na obsługę zagranicznych "turystów".
 Oczywiście takich i innych turystów byłoby dwa razy więcej, gdyby pan Obama zezwolił normalnym Amerykanom jeździć na tę wyspę. Problem Kuby to "socjalizm" i przerosty biurokracji, by nie powiedzieć aparatu terroru. Można tam jeździć, tak jak czyni to z kilkadziesiąt tysięcy Kanadyjczyków oraz coraz więcej Europejczyków. Za pewną sumę dostają praktycznie wszystko. Z lotniska jadą autobusem do hotelu z dobrym standardem zakwaterowania i wyżywienia. Tam mogą spędzić tydzień lub dwa, tańczyć, opalać się, nurkować i pić do woli rumu i nawet polskiej wódki, jeździć na ciekawe wycieczki, a potem wrócić do domu wypoczęci. Można też trochę urozmaicać sobie życie, wychodzić na zewnątrz getta dla cudzoziemców, wynająć skuter i jeździć po okolicy, dać się np. zaprosić na obiad z homarem w jakimś kubańskim domu, bo homarów w hotelach nie serwują, a za złapanie homara Kubańczykowi grozi do dwóch lat więzienia. Ba, można przyjechać z pełną walizką ciuchów, a wyjechać w jednej koszuli i szortach, bo trudno nie zostawić ich komuś w prezencie.
 Można też jak Maciek, który coraz lepiej zna tę wyspę i mówi po hiszpańsku, wylądować tam z rowerem, a potem już na własną rękę organizować sobie pobyt i, co najciekawsze, mieć styczność z bardziej normalnymi Kubańczykami i poznać ich życie. Kilku Polaków tam zagustowało we wdziękach Kubanek, że z pompą i paradą pożeniło się tam, ale wyniki tego niekoniecznie są zachwycające. Książka Maćka jest ciekawa, bo opisuje i pobyt w getcie, i pobyt wśród tubylców, choć niewiele znalazłem na temat tego, jak się Kuba zmieniła ostatnio, gdy władzę przejął młodszy brat Castra, który - trzeba dodać - był synem jednego z najbogatszych plantatorów trzciny cukrowej.
 No i polski wątek. Okazuje się, że Polak Karol Rolo-Miałkowski jest bohaterem Kuby, dowodził w powstaniu przeciw Hiszpanom w XIX wieku i nadal jest ciepło tam wspominany.
Okazuje się jednak, że Kuba zaczyna mieć konkurencję w postaci Dominikany, gdzie plaże są wspaniałe, hotele i panienki trochę droższe, ale by tam pojechać, wystarczy pokazać tylko prawo jazdy.
 Każdy, kto ma jakieś ciekawe wspomnienia, powinien je spisać, poprosić, by mu Maciek przygotował do druku, i przysłać do Sowy, by mu tu wydrukowali, a wszystko nie zuboży go na więcej niż tysiąc dolarów.
Aleksander graf Pruszyński

 PS Książkę "Pocztówki z Kuby" można dostać po 20 dol. w Habdank Communications. 
 W ostatnim tekście "Dla każdego coś miłego" nie podałem adresu firmy, która załatwia wiele słodkich i dramatycznych spraw, jest to: www.zycietoprzygoda.pl.

  Kanadyjski luksus
W Ontario produkuje się dwa najpopularniejsze w Kanadzie modele samochodów: hondę civic i toyotę corolla. Są to przedstawiciele aut z niższej półki, niedrogie i niezbyt wyrafinowane. Dla amatorów czegoś bardziej luksusowego nasza prowincja również ma coś w zanadrzu - lincolna MKX i MKT, acurę MDX, ZDX i CSX oraz lexusa RX 350. Ten ostatni jest także bestsellerem w swej grupie, którą określa się jako luksusowe crossovery (CUV) lub luksusowe terenówki (SUV). Od siedmiu lat RX powstaje w zakładach Toyoty w Cambridge. 
W 2010 roku lexus RX 350 pojawił się w salonach sprzedaży w nieco odmienionej formie - to w jego 12-letnim życiorysie już trzecia metamorfoza. Każda w zasadzie dotyczy technicznych rozwiązań poprawiających bezpieczeństwo jazdy, bo luksusowy samochód to nie tylko wygoda i modny styl, ale przede wszystkim właśnie bezpieczeństwo.
 Takie założenie stało się podstawą stworzenia przed ponad 20 laty firmy Lexus. Początkowo miały w niej powstawać luksusowe samochody produkowane z myślą o sprzedaży ich w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, ale w bardzo krótkim czasie firma stała się globalna i jej produkty oferowane są w 70 krajach na całym świecie. I choć w dalszym ciągu większość produkcji tych samochodów pochodzi z japońskich zakładów ulokowanych w Kraju Kwitnącej Wiśni, to w Kanadzie od 2003 roku produkowany jest model RX, który początkowo nosił symbol 300 (ze względu na taką właśnie pojemność silnika 3,0 litry), a teraz nazywa się 350. Ontaryjski Cambridge to jak dotąd jedyny zakład Lexusa ulokowany poza granicami Japonii, gdzie powstają crossovery RX - w ubiegłym roku stworzono tu ich ponad 64 tysiące.
 Zanim jednak powstała nowa marka, przedstawiciele Toyoty wysłali do USA kilka grup swych inżynierów, projektantów i ekonomistów dla podpatrzenia tajników, jakie obowiązują na rynku luksusowych aut.  Wielu z nich latem wynajmowało na koszt firmy domy w luksusowej  miejscowości Laguna Beach w Kalifornii, by z bliska obserwować styl bycia amerykańskiej upper-class. Właśnie wówczas (1985 r.) zapadła decyzja, by stworzyć własną sieć salonów dealerowskich (nie sprzedawać lexusów w tych samych sklepach co toyoty) oraz posiadać na miejscu centrum operacyjne z działem stylistycznym - takie właśnie powstało w Torrance w Kalifornii.
 Czas spędzony na podglądaniu bogatych Amerykanów unaocznił także problem trafnej nazwy dla mającej powstać nowej samochodowej firmy. Rozpatrywano ponad 200 nazw - wśród nich na czołowych miejscach znalazły się Vectre, Verone, Calibre i Alexis. Ta ostatnia, to imię głównej bohaterki wieloodcinkowego filmu "Dynastia", który swe lata triumfu świętował w latach 80. ubiegłego wieku. Perypetie Alexis Carrington, którą odtwarzała  Alexis Colby, wzbogacane były o barwne epizody z prywatnego życia aktorki, która w trakcie ponad 10-letniej emisji "Dynastii" 3-krotnie wychodziła za mąż. 
 "Alexis" stała się faworytem w konkursie na nazwę firmy i wkrótce nieco zmieniona w formę "Lexus" zapoczątkowała triumfalny marsz, który trwa już dwie dekady.  Po latach zresztą powstały jeszcze inne teorie dotyczące nazwy firmy: według zarządu Lexusa, nazwa ta stanowi idealne połączenie słowa "luksus" ze słowem "elegancja", a jeszcze inna sugeruje, że to akronim od wyrażenia "luxury exports to the U.S."
 Po dziesięciu latach od swego powstania Lexus poszerzył swoją ofertę o luksusowego crossovera z serii RX. Pierwszy z 1998 nosił symbol RX 300 - następne: 330, 350, 400h oraz 450h. Te z literką "h" posiadają napęd hybrydowy, czyli wspomagane są silnikiem elektrycznym obok klasycznego, spalinowego.
 Lexus RX korzysta z platformy osobowego lexusa ES, dzięki temu samochód ma doskonałe właściwości trakcyjne i prowadzi się prawie jak ten flagowy sedan. W 2007 roku otrzymał 3,5-litrowy silnik o mocy 270 KM; standardową przekładnią był 5-biegowy automat. Najnowsza generacja lexusa RX  pojawiła się w ubiegłym roku na targach samochodowych w Los Angeles. Modele 350 i 450h posiadają to samo nadwozie. Ciekawostką jest fakt, że dopiero trzecia generacja tego crossovera wyeliminowała z japońskiego rynku bliźniaka RX - toyotę harrier, od sezonu 2010 w Japonii można kupić oryginalnego lexusa!
 Nowy model RX 350 ma nieco większy rozstaw osi (o 25 mm) i kół (o 70 mm), obniżono także w nim zawieszenie silnika (o 15 mm) - wszystkie te czynności polepszają stabilność auta. Zwiększone rozstawy zwiększyły również pojemność wnętrza o pięć procent. Poprawiono również aerodynamikę, obniżając opory powietrza. Nowy wskaźnik wynosi teraz 0.33. RX 350 posiada również o 5 koni mocniejszy silnik oraz nową 6-biegową automatyczną skrzynię biegów. Samochód waży prawie dwie tony (1970 kg) i może holować przyczepy o wadze do 1587 kg. Na setkę spala w mieście 12,4 litra, a na trasie 9 litrów benzyny 91-oktanowej.
 2010 lexus RX 350 kosztuje w Kanadzie 46 900 dolarów. Podstawowa wersja tego auta posiada napęd na cztery koła (nowa przekładnia jest odchudzona o 16 kg) z systemem stabilizacji jazdy i nowym układem kontrolującym przyczepność kół o nazwie Active Torque Control. Lista standardowego wyposażenia jest  imponująca i zawiera m.in.: 2-strefową klimatyzację, 9-głośnikowy zestaw audio, MP3, bluetooth, radio satelitarne, elektrycznie regulowany fotel kierowcy i pasażera, 8-calowy monitor czy wycieraczki automatycznie włączające się w trakcie deszczu.
 Oczywiście - cena lexusa jest wysoka, ale oferuje on więcej niż inne wozy w swej grupie, no może z wyjątkiem acury MDX. Choć XR 350 reprezentuje średniowymiarowy sektor crossoverów, to znajduje się w nim w specyficznym miejscu. Jest nieco mniejszy od BMW X5, ale zdecydowanie większy od modelu X3, nie może równać się z audi Q7, ale z powodzeniem konkuruje z Q5; wszystkie mercedesy (GL, GLK i M) są większe i droższe. Tylko wspomniana acura MDX, choć jest większa, to oferowana jest w tym samym cenowym przedziale. W rzeczywistości lexus RX 350 stanowi klasę sam dla siebie i może tylko lincoln MKX czy infiniti FX35 są mu w stanie  dorównać niektórymi parametrami.
***
 Lexus RX 350 produkowany jest w tych samych zakładach Toyoty co niezwykle popularna w Kanadzie corolla; jest to najtańszy samochód  Toyoty opuszczający bramy zakładów w Cambridge - kosztuje 15 260 dolarów. Podstawowa wersja uterenowionego lexusa ma cenę 3-krotnie wyższą, ale oba auta są liderami na listach samochodowych bestsellerów w swych grupach nie tylko w Kanadzie. RX 350 znajduje nabywców przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, ale w ubiegłym roku prawie 9000 sztuk tych samochodów trafiło w ręce Kanadyjczyków - widać cena nie jest równie wysoka dla wszystkich...
Jerzy Rosa
Mississauga 

  Albo, albo
Wybory na prezydenta w Polsce mają charakter "większościowy" i jak żadne umożliwiają głosowanie za konkretną opcją. 
 Niedzielna elekcja, albo stanowić będzie zapowiedź zmian albo przypieczętuje wasalną rolę.
 Polska jest w opłakanym stanie. Można sobie zadać pytanie, jaki ośrodek władzy podejmuje znaczące decyzje  - czy Polacy mają jeszcze podmiotowość i czy rzeczywiście są w stanie decydować o sobie.
 Wiele przesłanek wskazuje na to, że sprawy zostały przesądzone i pole manewru jest niewielkie. W tym sensie, wybór Jarosława Kaczyńskiego wcale nie musi przesądzać o odnowie państwa, z pewnością jednak opóźni rozkład - przynajmniej formalnie. 
 Zwycięstwo jego konkurenta to zgoda na Polskę pod pantoflem - kraj, który grzecznie pomaszeruje do wyznaczonej zagrody, zamykając za sobą haczyk na furtce.
 Dobrze się stało, że przy okazji ubiegłotygodniowej debaty telewizyjnej Kaczyński pokazał rzecz dla Polski fundamentalną; najważniejszą niezależnie od światopoglądu, wyznania czy politycznej afiliacji. Tą rzeczą, która nie tylko zadecyduje o przyszłym kształcie kraju, ale rozstrzygnie o polskim "być albo nie być", jest przyrost naturalny.
 Bez młodych Polaków nie będzie Polski; bez młodych Polaków nie będzie polskiej kultury i religii. Obecny przyrost naturalny w Polsce jest poniżej prostego odtwarzania społeczeństwa. Ponieważ będzie nas coraz mniej, za sto lat "problem polski" w Europie Wschodniej przestanie istnieć.
 Demografia jest kluczem do wszystkiego innego, co widać właśnie tutaj z kanadyjskiej perspektywy. W dodatku tendencję spadkową jest bardzo trudno powstrzymać.
 Niski przyrost naturalny tradycyjnych  społeczeństw Zachodu, w tym Polski, jest na rękę ideologom globalizmu i promującym pomieszany świat multikulti. Już wkrótce okaże się bowiem, że na polskich emerytów nie ma komu pracować, w związku z tym konieczne jest szerokie otwarcie granic dla imigracji - azjatyckiej, afrykańskiej, innej. Medialnie już się Polaków do tego przygotowuje.
 Proszę zauważyć, że jednocześnie w Polsce niewiele się mówi o wzmocnieniu kraju naszą własną narodową aliją - poprzez sprowadzenie potomków Polaków ze Wschodu, wszystkich, którzy tego chcą! Wszak ich będzie o wiele łatwiej asymilować niż Arabów czy Hindusów.
 Zawszeć to jakieś doraźne rozwiązanie.
 Masowa, niepolska imigracja, zniweczy  ostatnie szanse na uleczenie obecnego skarlenia.
 Jarosław Kaczyński wspomniał również o bezpieczeństwie energetycznym i gazie łupkowym. Obawiam się jednak, że rzeczy zostały już rozstrzygnięte i obecnie pozostaje tylko zadecydować, komu damy nam ten gaz zabrać. To, że gaz jest, nie ulega wątpliwości, jednak - ponieważ sprawa jest geopolitycznie znacząca - pociągnięte zostały odpowiednie sznurki, i stosowni ludzie otrzymali polecenia - szczekania, rozpraszania, zastraszania itp. mącenia, dezinformowania. 
 Skąd wiadomo, że jest? No stąd,  skąd Amerykanie już ładnych kilka lat temu wiedzieli, że lit, podstawowy i rzadki minerał do produkcji baterii elektrycznych, jest w Afganistanie - ze starych komunistycznych badań geologicznych. W przypadku Afganistanu sowieckich,w przypadku Polski, peerelowskich.
 Konieczne więc są w Polsce rozwiązania stanowcze. 
 W przypadku demografii - państwo musi zainwestować w dzieci. - Nie tylko przez "becikowe", nie tylko przez ulgi podatkowe, ale poprzez dodatek na każde dziecko pozwalające - powiedzmy - nawet kobiecie samotnej z piątką dzieci - utrzymać się na minimalnym poziomie z państwowej renty dziecięcej.
 To brzmi jak herezja dla każdego zwolennika wolnego rynku, ale nie oszukujmy się, przy przyroście naturalnym 1,3 proc. konieczne są drastyczne środki.
 Poza tym traktując rzecz z czysto finansowego punktu widzenia, inwestycja w dzieci jest bardzo opłacalna, Nowi ludzie, to nowi płatnicy podatków i nowe dochody skarbu państwa. Nie wiem też, dlaczego przy takich okazjach zawsze traktuje się nowych ludzi jako obciążenie systemu  socjalnego i ostrzega, na przykład, że nie starczy miejsc pracy, zamiast cieszyć się, że dodatkowi ludzie łożyć będą na system socjalny i tworzyć miejsca pracy.
 Gospodarka nie jest jednym i tym samym tortem, nie jest grą zero-sumową, lecz dynamicznym, rosnącym organizmem. 
 Kolejny wybór - który Polacy uczynią w niedzielę, to czy chcą mieć kraj wyposażony w armię, czy też zgadzają się, by polskie wojsko  nadawało się jedynie do zagranicznych misji policyjnych.
 Prezydent nie rządzi i wiele nie zmieni, ale jego wybór w niedzielę może stanowić cezurę, która obudzi polską elitę - przynajmniej część, uświadamiając jej, że jest odpowiedzialna za ludzi i kraj, że wreszcie przyszedł czas, aby skończyć z krainą zakompleksionych chłopków roztropków i miło uśmiechających się pucybutów od zagranicznego obuwia, i zaczęli stawiać ten kraj na nogi, w przeciwnym razie sami skażemy się na rolę europejskiego Arbeitskomando.
 Bez zacietrzewienia, bez durnochmurnych głupstw, lecz stojąc mocno na nogach, Polacy muszą ocenić, co mają, z kim można iść po drodze; a komu narysować rubikon na piasku.
 Sytuacja na świecie jest płynna, sytuacja w Polsce również może się szybko zmienić, wybory parlamentarne można sprowokować, najpierw jednak trzeba stworzyć obóz sanacji. Czy Jarosław Kaczyński będzie w stanie to uczynić? Czy Jarosław Kaczyński zechce to uczynić? Czy Jarosław Kaczyński pozwoli to uczynić innym?
Andrzej Kumor
Mississauga
 

GONIEC, NR 23/2010 

Dorzynania watahy ciąg dalszy 
Minął właśnie drugi miesiąc od katastrofy samolotu wiozącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego żonę oraz kilkudziesięciu wysokich dygnitarzy cywilnych, wojskowych i duchownych oraz działaczy Rodzin Katyńskich. Jak wiadomo, wszyscy pasażerowie samolotu i jego załoga zginęli. Rosjanie pod przewodnictwem generała FSB Tatiany Anodiny próbują ustalić przyczyny tej katastrofy, a ustalenia te zmierzają do potwierdzenia przedstawionej już na samym początku hipotezy, że przyczyną tą był błąd pilota. Strona polska, która ze swoim suwerennym śledztwem nadal cierpliwie czeka na dokumenty, które mają przysłać jej Rosjanie, idzie krok dalej - że mianowicie przyczyną błędu pilota była "presja", jakiej piloci zostali poddani przez Dysponenta Samolotu. W każdym razie żarliwą wiarę w taki przebieg wypadków demonstruje środowisko "Gazety Wyborczej", które zresztą już od 7 kwietnia, to znaczy - od uroczystości zorganizowanych w Katyniu przez rosyjski rząd z udziałem polskich gości z premierem Tuskiem na czele, nie może się doczekać polsko-rosyjskiego pojednania.    Ciekawe, że jeszcze kilka lat temu to właśnie "Gazeta Wyborcza", wyrażająca punkt widzenia żydowskiego lobby, nie dawała się nikomu prześcignąć w niechęci do zimnego rosyjskiego czekisty Putina - no a teraz jednym susem wskoczyła do pierwszego szeregu Stronnictwa Ruskiego. Nieomylny to znak, że rozmowy, jakie przeprowadził 18 sierpnia ubiegłego roku w Soczi izraelski prezydent Szymon Peres z rosyjskim prezydentem Dymitrem Miedwiediewem, mogły dotyczyć nie tylko jakichś odległych obszarów i spraw, ale również - a może nawet przede wszystkim - rozwoju sytuacji w Europie Środkowej. 
 Skoro zatem środowisko "GW" wydaje się na sto procent przekonane, iż  Głównym Sprawcą katastrofy w Smoleńsku był prezydent Lech Kaczyński, zaś w toczącej się aktualnie kampanii prezydenckiej nie ukrywa sympatii do pana marszałka Bronisława Komorowskiego, który z kolei wydaje się bardziej związany z razwiedką niż którykolwiek z pozostałych kandydatów, może z wyjątkiem pana dra Andrzeja Olechowskiego - to może to zapowiadać przebudowę tubylczej sceny politycznej w kierunku pożądanym nie tylko przez strategicznych partnerów, tzn. - Naszą Złotą Panią Anielę i zimnego rosyjskiego czekistę Putina, ale również - lobby żydowskie, czyli starszych i mądrzejszych, którzy najwyraźniej wiele sobie po tym obiecują.
 Pierwszym, ale nie jedynym sygnałem nadchodzących przetasowań wydaje się głosowanie nad kandydaturą prof. Marka Belki na prezesa Narodowego Banku Polskiego. Prof. Marek Belka był - oczywiście bez swojej wiedzy i zgody - zarejestrowany w swoim czasie przez razwiedkę aż pod dwoma operacyjnymi pseudonimami i nawet obecny premier Donald Tusk jeszcze na początku 2005 roku czynił mu gorzkie wyrzuty, że swojej przeszłości nie przedstawia w sposób jasny. Wtedy jednak prof. Belka był premierem dziwnego rządu, do którego nie przyznawało się żadne spośród parlamentarnych ugrupowań, ale który rządził sobie bez problemów, jak gdyby nigdy nic. Najwyraźniej musiały wspierać go jakieś Siły Wyższe, których, jak wiadomo, "nie ma". Te same Siły Wyższe musiały dzisiaj, gdy - jak to skwapliwie i proroczo zauważył podczas zmiany watahy pan Radosław Sikorski -  weszliśmy w etap "dorzynania watahy", podsunąć panu marszałku Komorowskiemu kandydaturę pana prof. Belki na stanowisko prezesa NBP. Jak zauważył koalicyjny wprawdzie, ale dlaczegoś kandydaturze prof. Belki niechętny pan wicepremier Waldemar Pawlak, ci, którzy panu marszałku kandydaturę tę podsunęli do przeforsowania, nawet nie zadali sobie trudu, by porządnie przygotować mu papiery kandydata.
 Papiery może nie były dopięte na ostatni guziczek, ale za to przygotowaniom do przeforsowania kandydatury pana prof. Belki na odcinku politycznym nie tylko niczego zarzucić nie można, ale nawet ich skuteczność skłania do dalej idących wniosków. Oto bowiem początkowo niechętny kandydaturze prof. Belki przewodniczący SLD i kandydujący na prezydenta Grzegorz Napieralski, po rozmowie ze starszymi i mądrzejszymi, a konkretnie - z byłym prezydentem naszego państwa Aleksandrem Kwaśniewskim, nagle zmienił zdanie i klub SLD w podskokach kandydaturę prof. Marka Belki poparł, dzięki czemu został on wybrany na prezesa NBP. 
 Aleksander Kwaśniewski, który do niedawna piastował coś w rodzaju posady stróża nocnego przy jakiejś żydowskiej jaczejce, badającej postępy ksenofobii i antysemityzmu w Europie, objął nową posadę szefa stowarzyszenia pod nazwą Jałtańska Strategia Europejska, należącego do ukraińskiego nababa Wiktora Pińczuka. Dobry kogut w jajku pieje, więc pochodzący z żydowskiej rodziny Wiktor Pińczuk od dawna objawiał niebywały dryg do biznesu, ale prawdziwie przepastne wyżyny otworzyły się przed nim, gdy poślubił córkę ukraińskiego prezydenta Leonida Kuczmy. Wtedy został miliarderem, obok Tatara Rinata Achmetowa najbogatszym na Ukrainie  i chociaż zainicjowana przez "filantropa" Jerzego Sorosa, który włożył w ten interes 20 mln dolarów, "pomarańczowa rewolucja" nieco popsuła mu szyki, to przecież nie stracił nawet kopiejki, no a teraz, po zmianie prezydenta i rządu na Ukrainie, ponownie rozwija skrzydła. 
 Objęcie posady agenta Wiktora Pińczuka przez Aleksandra Kwaśniewskiego nie tylko wyjaśnia przyczyny, dla których obóz postępu gwałtownie zapragnął pojednania polsko-rosyjskiego, ale również rzuca światło na siłę argumentacji, której musiał ulec Grzegorz Napieralski. Może on i młody, ale przecież na tyle kumaty, żeby rozumieć, że skoro weszliśmy w etap dorzynania watah, to bezpieczniej jest słuchać starszych i mądrzejszych, nawet gdy w charakterze ich porte parole występuje Aleksander Kwaśniewski. Jałtańska strategia to nie żarty; to może być wstęp do przebudowy nie tylko tubylczej politycznej sceny, ale nawet - kawałka Europy.
   Więc kiedy już prof. Marek Belka szczęśliwie został wybrany na prezesa NBP, Sejm zajął się odrzuceniem sprawozdania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji za 2009 rok. Wcześniej sprawozdanie to odrzucił Senat, a kiedy w ciągu 14 najbliższych dni odrzuci je również pełniący obowiązki prezydenta marszałek Bronisław Komorowski, to kadencja Krajowej Rady się zakończy. Oznacza to, że na miejsce związanych z PiS Wiktora Kołodziejskiego i Barbary Bubuli, związanego z Akcją Katolicką Piotra Boronia, związanego najpierw z SLD, a później - z Samoobroną Tomasza Borysiuka i związanego z Młodzieżą Wszechpolską i LPR Lecha Haydukiewicza zostaną powołane inne osoby, które - już jako nowa Krajowa Rada - będą mogły powołać nowe rady nadzorcze TVP i Polskiego Radia, które wybiorą nowych prezesów i zarządy, a tamci - dorżną wszystkie watahy, jakie jeszcze pozostały w centrali i ośrodkach regionalnych. Nowa Rada zrewiduje pewnie też niektóre koncesje na nadawanie i nie jest wykluczone, że skoncentruje się na Radiu Maryja - bo zwłaszcza ono samym swoim istnieniem zakłóca ład medialny, jaki jeszcze w 1989 roku zaprojektował generał Kiszczak ze swoimi konfidentami i przy niejakim udziale pożytecznych idiotów. Wtedy zapanuje taka wolność słowa, jak za czasów Ojca Narodów Józefa Stalina. Ale bo też "kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku", więc kiedy strategiczni partnerzy przy udziale starszych i mądrzejszych, za pośrednictwem tubylczej razwiedki posługującej się swoimi konfidentami, przystępują do przebudowy tubylczej politycznej sceny przed zamierzoną przebudową tej części Europy, to nie czas na grymasy i jakieś wolnościowe fanaberie.
 Wprawdzie niezadowoleni już wkrótce nie będą mieli gdzie nawet pisnąć, ale "na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności", więc Sejm na wszelki wypadek wybrał na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich panią profesor Irenę Lipowicz. Pani prof. Lipowicz, od początku związana z "partią zagranicy", czyli najpierw Unią Demokratyczną, a potem - Unią Wolności, sprawiała zawsze wrażenie grzecznej, wzorowej uczennicy, więc jeśli nawet na początku udawała, to consuetudo est altera natura, co się wykłada, że przyzwyczajenie jest drugą naturą i teraz też, jak przystało na grzeczną uczennicę, na pewno będzie słuchała starszych i mądrzejszych, zwłaszcza że  od 2008 roku dyrektorowała Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, która próbuje jeszcze ściślej związać Polskę i Polaków z Niemcami. Czegóż chcieć więcej - więc Senat na pewno ją zatwierdzi. 
 Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji prezes Jarosław Kaczyński pragnie już tylko zakończenia "wojny polsko-polskiej", a w Siedlcach powiedział, co to ma konkretnie oznaczać. Konkretnie ma oznaczać koalicję PiS z PO, która akurat rządzi Siedlcami. Czy jest to jaskółka zapowiadająca wiosnę, czy raczej  jakiś anachroniczny wyjątek na etapie dorzynania watah? Czy starsi i mądrzejsi go ułaskawią?
Stanisław Michalkiewicz 
www.michalkiewicz.pl 

 Krzysztof Ligęza
Kompromitacja czy kolaboracja
Chociaż idzie o wyjaśnienie przyczyn i okoliczności śmierci głowy państwa, w śledztwie prowadzonym przez Rosjan nasz rząd zaakceptował rolę petenta, a nie partnera. Czy mógł postąpić rozważniej? 
 Mógł, ponieważ w prawie międzynarodowym nie istnieją przepisy, regulujące wydarzenia bez precedensu. Precedens określa wyłącznie umowne zasady, obowiązujące w stosunkach między państwami we wszystkich sprawach podobnych do takiej, która choć raz zaistniała, bądź takich, które umawiające się strony były w stanie przewidzieć. Jednak wypadek rządowego T-154 miał oczywiście charakter bezprecedensowy. 
 Tymczasem dwa miesiące po 10 kwietnia wiemy o dramacie pod Smoleńskiem tyle, ile kochający nas przedstawiciele Kremla zdecydowali się stronie polskiej łaskawie ujawnić. No, ale prowadzimy wszak niezależne śledztwa, zatem wszystko niechybnie jakoś się ułoży po myśli. Naszej bądź ich. 

 SKĄD TEN STRACH? 
 A przecież nic - poza zaskakującym serwilizmem aktualnych włodarzy Rzeczypospolitej - nie nakazywało nam pozostawiać postępowania w rękach Rosjan. Mało tego, Polska wcale nie musiałaby prowadzić tego śledztwa. Mogłaby w nim współuczestniczyć na równych prawach, zamiast, kuląc ogon, posłusznie godzić się z rolą petenta. I nawet gdyby Rosjanie czegoś podobnego nie zaakceptowali, próba tego rodzaju ustawienia stosunków w jedynej w swoim rodzaju sytuacji, była podstawowym obowiązkiem polskich władz. Zatem powiedzieć, że nasz rząd okrył się hańbą, to przywołać eufemizm. Zaś sednem tej hańby jest kompromitująca zgoda rządu Donalda Tuska na podporządkowanie się rozstrzygnięciom, które ostatecznie określi Rosja. 
 Idźmy dalej. Otóż fakt, że śledztwo w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem w stu procentach kontroluje następczyni KGB, mianowicie rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa, to jedna rzecz. Okoliczność, że z tego tytułu nad Wisłą, tuskokomorowszczyzna, proszę wybaczyć toporną bezpośredniość, sika po nogawkach ze strachu, to zupełnie inna para sandałów. 
 Co to za sandały? Widzę dwie możliwości, stojąc na stanowisku, iż przyjęcie założenia, że śledztwo w sprawie śmierci prezydenta Rzeczypospolitej najlepiej przeprowadzą służby innego państwa, jest albo wyrazem umysłowej aberracji, albo kolaboracji. W pierwsze, czyli w nagły spadek umiejętności stricte pijarowskich rządu Donalda Tuska, jakoś uwierzyć nie potrafię. Zaś w drugie bardzo nie chciałbym. 

 NIEWYGODNE PYTANIA 
 Mimo że po wschodniej stronie świata komisja pod światłym przywództwem Tatiany Anodiny nie szczędzi wysiłków, heroicznie wyjaśniając smoleńską katastrofę, to przecież polska opinia publiczna uparła się zadawać przedstawicielom polskiego rządu niewygodne pytania. A to szuka winnych braku należytego zabezpieczenia miejsca katastrofy, a to chce wiedzieć, czemu uczestnicząca w czynnościach prokuratura ogranicza się do potulnego oczekiwania na efekty rosyjskiego śledztwa, a to dopytuje o oryginały czarnych skrzynek, a to znowu kwestionuje profesjonalizm Edmunda Klicha, szefa Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, akredytowanego przy komisji rosyjskiej, który przez półtora miesiąca nie potrafił uzyskać dostępu do zapisów rozmów w kokpicie tupolewa podczas ostatnich kilkunastu minut przed katastrofą. 
 Prawdę powiedziawszy, ja się polskiej opinii publicznej nie dziwię. Dlatego powtórzę, bo powtarzać trzeba to koniecznie: okoliczności śmierci polskiego prezydenta i towarzyszących mu osób, a szerzej: przyczyny katastrofy pod Smoleńskiem, wyjaśniają potomkowie oprawców z Katyńskiego Lasu, wskazani przez spiritus movens - być może projektodawcę i nadzorcę - ataków terrorystycznych na budynki mieszkalne w Riazaniu, Moskwie oraz Wołgodońsku, byłego pułkownika KGB, a obecnie premiera Federacji Rosyjskiej. Mało tego, bo wyjaśniają pod jego osobistym kierownictwem. Oni, plus paru Polaków na doczepkę. Nie dziwota, że w pracach rosyjskich śledczych Polska pełni rolę petenta wyzutego podmiotowości. 

 ŻADNYCH ZASTRZEŻEŃ 
 Co gorsza, polski rząd tę sytuację akceptuje. Zaś krytyka jego działań napotyka wrzask nadmuchanych medialnie autorytetów i prorządowych dziennikarzy. Jakby jakakolwiek dyskusja na ten temat miałaby być niedopuszczalna. Bronisław Wildstein: "rząd polski świadomie dokonał ograniczenia naszej państwowej suwerenności, oddając badanie nagłej śmierci polskich najwyższych dostojników w ręce ościennego mocarstwa, które dąży do - co najmniej - ograniczenia polskiej niezależności w sferze polityki międzynarodowej". 
 Co dla nas jeszcze bardziej kompromitujące, wysocy przedstawiciele strony polskiej poczuli się ostatnio w obowiązku zapewnić zgodnym chórem, że do działań rosyjskich władz nie mają żadnych zastrzeżeń. Oznacza to, że mają pełne zaufanie do tamtejszego wymiaru sprawiedliwości i rosyjskich śledczych. Którzy coraz bardziej jednoznacznie wskazują winnych: polskich pilotów, a nie - na przykład - stan techniczny serwisowanego w Rosji samolotu czy jakość urządzeń naprowadzających na smoleńskim lotnisku. By nie przywoływać innych, równie prawdopodobnych przyczyn tragedii. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 
Zapraszam również tutaj: 
http://www.widnokregi.salon24.pl 

 Izabela Embalo
Nowe prawo dla konsultantów
Na korzystne zmiany i prawną ochronę oszukiwanych imigrantów czekaliśmy dość długo, w tym tygodniu minister imigracji Jason Kenney zapowiedział zmiany - wprowadzenie nowego mechanizmu eliminującego nieuczciwych i niezarejestrowanych konsultantów imigracyjnych, działających bezkarnie w Kanadzie i głównie poza jej granicami. 
 Nowe prawo nakazuje karać tych, którzy nielegalnie pobierają opłaty od imigrantów za prowadzenie spraw imigracyjnych. Jedynie prawnicy - członkowie Izby Adwokackiej oraz uprawnieni, zarejestrowani konsultanci będą mogli zajmować się odpłatnie prowadzeniem spraw imigracyjnych. 
 Do tej pory prawo pozwalało, by nieuregulowani konsultanci i inni "doradcy" pobierali opłaty za wypełnienie dokumentacji i do momentu wysłania imigracyjnej aplikacji. Reprezentować mógł jedynie licencjonowany pośrednik. 
 Nowe prawo nie pozwala, by nieuprawnieni konsultanci pobierali honorarium także przed złożeniem podania. Mamy nadzieję, że skończą się wszelkiego rodzaju małe biznesiki prowadzone w ukryciu - w piwnicy, w kawiarence, w domu, choć zajmie to pewnie trochę czasu. Za pobieranie opłat nieuprawnieni konsultanci mogą otrzymać karę 50.000 dolarów grzywny oraz dwa lata pozbawienia wolności. 
 Moim zdaniem, jest to bardzo mądre posunięcie ze strony kanadyjskiego rządu, na ile jednak nowe przepisy zostaną wdrożone w życie?
 Widzieliśmy wiele spartaczonych spraw przez wszelkiego rodzaju pseudospecjalistów, którzy nie posiadali żadnej wiedzy i kompetencji, wyrządzając wiele złego swoim klientom.
 Imigranci także powinni zwracać uwagę na to, w jaki sposób pośrednik-doradca funkcjonuje. Jeśli POBIERAJĄCY OPŁATĘ imigracyjny konsultant lub inny pośrednik publicznie się nie ogłasza, nie posiada biura, pobiera jedynie opłaty w gotówce, a nie czeki czy przekazy pieniężne, może być to działalność nieuprawniona. Dlaczego ludzie korzystają z tego typu usług, naprawdę nie wiem.
 Prawo pozwala na prowadzenie spraw bez pobierania opłat, domyślam się, że tak jak do tej pory,  będzie to wykorzystywane przez niektórych imigracyjnych cwaniaków operujących za gotówkę i wpisujących się w sprawy jako tak zwani bezpłatni reprezentanci. Mam jednak nadzieję, że urząd będzie monitorował, jak wiele takich prowadzonych "bezpłatnie" spraw składanych jest pod tym samym nazwiskiem imigracyjnego reprezentanta. Trudno będzie także pociągnąć do odpowiedzialności pośredników działających poza Kanadą.
 Ponadto organizacja wydająca licencje konsultantom zostanie  zastąpiona nową, stworzoną przez ministerstwo, takie są zapowiedzi prasowe. Izbę Konsultantów skompromitowały skargi, kontrowersje i nieustające procesy sądowe, także z własnymi członkami.
 Co się stanie z obecnymi konsultantami? Jakie będą musieli spełnić kryteria przyjęć? Czy wszyscy z nich utrzymają licencję w oparciu o zasadę transferu? Co stanie się z klientami, których konsultanci stracą uprawnienia ze względu na likwidację obecnej organizacji Canadian Society of Immigration Consultants? Na odpowiedzi trzeba jeszcze poczekać.
 Proszę także zauważyć, że wszelkie  kontrowersje i zmiany dotyczą jedynie KONSULTANTÓW imigracyjnych, a nie kanadyjskich prawników. Minister Kenney nazwał ciekawie nową legislację "The Cracking Down on Crooked Consultants Act". Może dlatego wielu imigrantów wybiera opcję zatrudnienia firmy adwokackiej. 
 Potrzeba  jeszcze wiele czasu, by zawód konsultanta zdobył odpowiedni szacunek i stał się stabilny, przynajmniej takie jest moje zdanie. 

 OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ DO KANADY  PROSIMY O KONTAKT Z NASZĄ KANCELARIĄ: TEL. 416-820-9576 LUB 416-515-2022. 
 ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ INTERNETOWĄ WWW.EMIGRACJAKANADA.NET
 Izabela Embalo
Kancelaria Adwokacka
John Walter Kozina Law Office
tel. 416-820-9576 
e-mail: Emiz@live.ca

  Niagara Escarpment
Weekend zapowiada się ciepły, ale niestety deszczowy. Nie rezygnujmy jednak z tego powodu z wycieczki za miasto, tym bardziej że na północny zachód od Mississaugi znajduje się wspaniała skalna struktura zwana Wypiętrzeniem Niagary, wzdłuż której ulokowano kilka parków zawsze wartych odwiedzenia - choćby i w deszczowy dzień... 
Nie ryzykujmy jednak wędrówek szlakami prowadzącymi nad 30-metrowymi przepaściami - każdy nierozważny krok po mokrej ziemi grozi wypadkiem - są jednak w tych conservation areas szlaki bezpieczne w czasie każdej pogody i tymi radzę się przespacerować, wsłuchując się w szum deszczu spływającego po liściach drzew i podziwiając wiosenną przyrodę.
 Pięć parków ulokowanych na obszarze Niagara Escarpment w pobliżu Mississaugi tworzy system Conservation Halton Parks, który pozwala - bez uciążliwej długiej podróży - na spotkanie mieszczuchów z dziewiczą przyrodą. W każdym z tych miejsc, gdy tylko dopisze pogoda, można aktywnie wypoczywać na różne sposoby - poleniuchować na plaży (Kelso), wędrować, pojeździć na rowerze, łowić ryby (Kelso, Hilton Falls), a nawet powspinać się po skałkach (Glen Eden, Rattlesnake Point). 

 Kelso/Glen Eden 
 Conservation Area
 O parku tym pisałem już przed tygodniem  i choć główna letnia atrakcja tego miejsca - plaża, w deszczowy dzień traci na swym znaczeniu, to warto tu zaglądnąć z uwagi na ciekawe muzeum oraz wspaniały krajobraz ze szczytu Niagara Escarpment. 
 Gdy nie pada, do Kelso warto wybrać się ze swoim rowerem, bowiem na obszarze parku wytyczono 15 kilometrów rowerowych, górskich  tras. 
 Dojazd z Toronto: autostradą 401 na zachód, w Milton zjazd w H-wy 25 (exit 320) na południe  i dalej według doskonale widocznych znaków do parkowej bramy.
 Dojazd z Mississaugi: Dundas Street na zachód do Tremaine Road (Rd. 22), nią na północ - aż do skrzyżowania z Kelso Road, w którą skręcamy w lewo. 

 Hilton Falls 
 Conservation Area
 10-metrowy wodospad z kaskadami stanowi magnes przyciągający wszystkich lubiących piękne pejzaże i nastrojowe miejsca. Ale podziwianie wodospadu to tylko część atrakcji - inne to piękne i długie trasy. Szlaki można pokonać pieszo, można też przejechać je rowerem. Ponieważ pogoda (deszcz, mgła) może spowodować, że trasy stają się niebezpieczne - warto wcześniej zadzwonić pod numer 905-854-0262 i dowiedzieć się, jaki jest ich stan. Na terenie parku można też zorganizować sobie piknik; są tu stoły piknikowe i paleniska BBQ.
 Specjalną atrakcją Hilton Falls jest możliwość wędkowania przy tamie na spiętrzonej rzeczce. Ta rzeczka to Sixteen Mile Creek, której dwie odnogi urozmaicają park Hilton Falls. Jedna małymi kaskadami spada w kierunku zapory, która w 1971 roku spiętrzyła tu rzeczkę i utworzyła malownicze 35-akrowe jeziorko. Ministerstwo Zasobów Naturalnych zarybiło je i teraz przy odrobinie szczęścia można tu złowić nawet sporych rozmiarów pstrąga. Pamiętajmy jednak, że aby legalnie wędkować w naszej prowincji, trzeba wykupić kartę wędkarską - dostępna jest ona w każdym Canadian Tire. 
 Druga odnoga strumienia jest bardziej dramatyczna - spada  z 10-metrowego urwiska, tworząc malowniczy wodospad. Niegdyś istniały tu wodne młyny. To miejsce, do którego z parkingu samochodowego wiedzie "żółta" trasa, jest najczęstszym celem wędrowców odwiedzających park i nawet w deszczowy dzień jest zupełnie bezpieczna. Warto, wybierając się na trasę, zabrać z sobą coś na BBQ, ponieważ w pobliżu wodospadu palą się cały czas dwa ogniska, gdzie można przyniesione ze sobą kiełbaski upiec i ze smakiem spałaszować, aby nabrać sił na dalsze zwiedzanie parku.
 Dojazd z Toronto: autostradą 401 na zachód, w Milton zjazd w H-wy 25 (exit 320) na północ do Cambellville Rd., trzeba skręcić w nią w lewo i jechać prosto 6 km.

 Rattlesnake Point 
 Conservation Area
 Niedaleko Hilton Falls znajduje się następny rezerwat przyrody, usytuowany przy uskoku Niagara Escarpment. Wzdłuż jego krawędzi prowadzi trasa spacerowa z pięcioma punktami widokowymi; znajdują się tu również trzy miejsca, gdzie skałkowcy mogą spróbować swych sił we wspinaczce po urwisku. 
 Spacer po wytyczonej 5-kilometrowej trasie nie powinien nadmiernie zmęczyć nikogo, natomiast na prawdziwych entuzjastów wędrówek po leśnych szlakach czeka Bruce Trail, który prowadzi z tego miejsca przez Nassagaweya Canyon do Crawford Lake. 
 Dojazd z Toronto: autostradą 401 na zachód, zjazd w H-wy 25 (exit 320) na południe do Steeles Avenue, tu skręcić w prawo i jechać do Appleby Line, skręcić w nią lewo i jechać prosto 3 kilometry. 

 Crawford Lake 
 Conservation Area
 Klarowne wody Crawford Lake od wieków przyciągały ludzi w te okolice. Wokół jeziora archeolodzy odkopali wiele przedmiotów stanowiących dowód, że niegdyś mieszkali tu Indianie. Niesamowitą atrakcję tego miejsca stanowi pieczołowite odtworzenie zabudowy, istniejącej tu w XV wieku, wioski Irokezów. 
 Chociaż na terenie parku jest jezioro, nie można w nim się kąpać ani łowić ryb. Wokół niego wiedzie drewniana promenada, która zaprasza do spaceru, a 14 kilometrów leśnych ścieżek usytuowanych na grzbiecie Niagara Escarpment, urzeka niebanalnym pięknem. Wędrując, nie przegapmy miejsca, gdzie ulokowana jest platforma z widokiem na kanion Nassagaweya - roztacza się stąd jeden z najpiękniejszych widoków w południowym Ontario. 
 Park znajduje się w pobliżu skrzyżowania Steeles Ave. i Guelph Line, 5 kilometrów na południe od autostrady nr 401. 

 Mount Nemo 
 Conservation Area
 Wiosną biel i zieleń są dominującymi kolorami w tym parku. Wapienne skały gęsto bowiem pokrywa paprociowy dywan. Ze skalnego wzniesienia rozciąga się wspaniała panorama na jezioro Ontario. Mount Nemo warto odwiedzić, aby podziwiać jego poszarpane skały tworzące groty i jaskinie. Piknik i piesze wędrówki po 5-kilometrowej krawędzi urwiska to uzupełniające atrakcje tego parku. Dla amatorów wspinaczek skalne przepaście stanowią idealne miejsce do treningu. W czasie deszczu park nie należy jednak do bezpiecznych. 
 Dojazd: Guelph Line do Colling Road i nią na wschód. 
Jerzy Rosa
Mississauga 

 Striptiz Polski
Nieszczęścia i sytuacje wyjątkowe sprzyjają szalonym wywodom. Próba racjonalizacji zła często prowadzi na manowce. Ogrom tragedii wydaje się nie licować z banalnym, prozaicznym i prostym wytłumaczeniem.
 A właśnie nieszczęścia i klęski powinny uczyć rozumu, skłaniać do zastanowienia się, gdzie popełnialiśmy błędy, co powinniśmy robić inaczej. 
 Wielka katastrofa, osobista czy zbiorowa, nie powinna obezwładniać, lecz mobilizować do działania, do samego końca. Przesądzone zatonięcie okrętu nie powinno wstrzymywać pompowania. Choćby dlatego, by w momencie śmierci każdy mógł sobie powiedzieć: "nic więcej nie mogłem uczynić".
 Dojrzałość, to świadomość własnych słabości i praca nad ich usuwaniem. 
 Mówię o tym, aby podsumować (choćby na własny użytek) wstrząs jakim była katastrofa pod Smoleńskiem.
 Jest rzeczą, łagodnie mówiąc, nieprofesjonalną, że oto rzuca się nam przed nogi przekazany przez Rosjan zapis rozmów nagranych przez jedną z dwóch czarnych skrzynek. Taki materiał to przecież półprodukt dla komisji, która bada przyczyny zdarzenia. Bez doświadczenia z poprzednich katastrof, wiedzy lotniczej i pozostałych informacji zebranych po wypadku, nikt nie jest w stanie poprawnie zinterpretować podanego stenogramu. 
 Po co więc to opublikowano? 
 Odpowiedź pierwsza z brzegu - z bardzo przyziemnego powodu, po to, by osłabić polityczne przełożenie śmierci prezydenta Kaczyńskiego, sugerując, że wpływał na pilotów.
 Tego, czy wpływał, czy nie wpływał, czy to był zamach, czy wypadek, czy winna była bardziej wieża, czy piloci, my nie rozstrzygniemy. Między innymi dlatego, że podawane informacje śledcze pochodzą od Rosjan, że dochodzenie nie było prowadzone wspólnie, lecz na zasadzie, Moskwa mówi, co zrobiła. Po co więc zaprzątać sobie głowę spekulacjami?! Toż to strata czasu!
 Ważne jest natomiast te kilka rzeczy, o których możemy mówić z dużą dozą pewności, jak:
 - Karygodne zabezpieczenie specjalnego lotu - nieprzestrzeganie procedur Wojska Polskiego i NATO, błędy w szkoleniu pilotów, niedofinansowanie lotnictwa - które - biorąc pod uwagę liczbę wylatywanych godzin, przypomina aeroklub.
 To trzeba naprawić, to można naprawić i tego trzeba się politycznie domagać, gdyż to leży w gestii Polaków. Spekulacje na temat domniemanego wprowadzenia w błąd pilota czy złego naprowadzania pozostaną li tylko spekulacjami. Nic z tego "główkowania" nie będzie, nic konkretnego się nie narodzi.
 Słowem, zamiast fascynować się lotniczym bajkopisarstwem  w oparciu o podrzucane ochłapy informacji, zastanówmy się, co zrobić, aby do podobnej katastrofy już nigdy nie doszło. Wszak taki głównie jest cel prowadzenia dochodzeń powypadkowych. Są po to, aby poprawić samoloty lub procedury. 
 Samolotu Tu 154M nikt już poprawiać nie będzie, pozostaje więc kwestia procedur. 
 Na początek wystarczy żądać odpowiedzi na kilka ważnych py-tań:
 - Dlaczego lotnisko nie zostało odpowiednio przygotowane przez polskie służby, dlaczego pilot wykonywał manewr podejścia do lądowania, wiedząc, że warunki pogodowe są poniżej wymaganych dla tego lotniska?
 Na miły Bóg! Przecież - jak to wdzięcznie brzmi w stenogramach -  leciał Polish Air Force 101. Proszę pomyśleć, jak wyglądałoby zabezpieczenie lotu, gdyby to był Air Force One...
 Jeśli więc na co dzień była taka prowizorka, to nie bez kozery jest zapytać - kto ponosi za to odpowiedzialność służbową? Kto za to pójdzie siedzieć? Co zrobić, aby jednak polskie państwo chroniło najwyższych urzędników?
 Dowiedzieliśmy się bowiem, że polskie instytucje to komedia.
***
 Podobnego striptizu Polski dokonała powódź. 
 Zamiast więc uciekać w mitologię "chemitrails" i zastanawiać się, czy czasem ulewne deszcze  to nie efekt celowego rozsiewania proszków w jonosferze, trzeba nam ogarnąć  morze zaniedbań na wszystkich szczeblach władzy. Od niedbania o wały, a na zezwoleniu na budowy na terenach zalewowych kończąc. 
 Polskie państwo rozłazi się w szwach. O ile jeszcze są jakieś szwy...
 Zaś dla miłośników teorii spiskowych mam radę. W  czasach, kiedy prywatny rodzic specjalistycznym sprzętem wykrywa niedozwolone ilości kadmu w malunkach na szklankach, nic nie stoi na przeszkodzie, aby przebadać owe tropy po samolotach. Wystarczy, że skrzykniemy się ze szwagrem i przy pomocy zwykłego balonu meteorologicznego tudzież nieskomplikowanej aparatury pomiarowej  dokonamy analizy składu owych śladów. Oczywiście wcześniej możemy próbować z ziemi jakiejś metody spektograficznej. 
 A więc zamiast mleć głupoty ozorem po internetowych forach, można tanim kosztem rzecz sprawdzić, i to zasługiwałoby na szacunek.
 Podobnie ze smoleńską katastrofą;  nie "mnóżmy bytów ponad potrzebę", ergo starajmy się tłumaczyć rzeczy najprościej, jak to możliwe. Chyba że bajania potrzebne nam są do utrzymania równowagi psychicznej. W takim wypadku, to ja przepraszam, kłaniam się i wychodzę.
 Na koniec zaś dodam tylko, że w dzisiejszym świecie, pieniądz, kredyt ropa, gaz i wielkie korporacje załatwiają z powodzeniem to, do czego jeszcze w czasach II wojny światowej trzeba było armat, pancerników i bombardowań. 
 Drogi Czytelniku, rozejrzyj się dookoła, popatrz, jak to się robi. Popatrz, w jaki sposób przymusza się jednych do roboty na innych. Popatrz, na kogo dzisiaj pracują Polacy, i zastanów się, po co komu dzisiaj "wojna" z Polską. 
 Wojować można o coś, co nie zostało jeszcze zdobyte.
Andrzej Kumor
Mississauga
 
 
 
 
 
 

GONIEC, NR 22/2010 

Cień pojednania
Dobry kogut w jajku pieje - głosi perskie przysłowie. I słusznie - a trafność tego spostrzeżenia widać jak na dłoni na przykładzie pojednania polsko-rosyjskiego. Jeszcze nie zdążyliśmy przyzwyczaić się do nowej sytuacji, a już dały o sobie znać jej dobroczynne efekty. Gdyby nie pojednanie, nikt nie wiedziałby czego się trzymać w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu 10 kwietnia pod Smoleńskiem. Jedni mówiliby to, drudzy tamto - tymczasem w związku z pojednaniem nic podobnego zdarzyć się nie może, bo pojednanie przywraca właściwą hierarchię hipotez. Najprawdziwsza jest mianowicie hipoteza, która w żadnym punkcie nie zagraża pojednaniu. Jeśli w jakimś punkcie mogłaby zagrażać - w hierarchii hipotez należy umieścić ją zdecydowanie niżej, a najlepiej - wykluczyć w ogóle. Dlatego też nikt się nie zdziwił, kiedy minister spraw wewnętrznych, pan Jerzy Miller przywiózł z Moskwy kopie stenogramów zapisów odgłosów zarejestrowanych w samolocie przez "czarne skrzynki". Samych nagrań przywieźć nie mógł, bo Rosjanie mu nie dali, a on - ma się rozumieć, nawet nie próbował ich prosić, bo wszelkie takie próby na pewno mogłyby zagrozić procesowi pojednania, to chyba jasne. Więc mamy tylko kopie, a rząd i autorytety moralne demonstrują tak głęboką wiarę w ich zgodność z oryginałami, że wprost okrucieństwem byłoby powątpiewać, nie mówiąc już nawet o zaprzeczaniu. Rosjanie nie tylko dali panu ministrowi Millerowi kopie stenogramów, a nawet nie sprzeciwili się ich opublikowaniu, chociaż po pierwsze - mogli nic nam nie dać, a nawet gdyby dali - mogliby nie pozwolić nam na podanie treści stenogramów do wiadomości publicznej. Tymczasem nie tylko dali, ale jeszcze pozwolili, dzięki czemu również nasza niezależna prokuratura będzie mogła wreszcie ruszyć z miejsca z własnym, suwerennym śledztwem.
 Ale mniejsza już o naszą suwerenną prokuraturę, bo ważniejsze są oczywiście hipotezy. A kopie stenogramów zostały tak przygotowane, by eksperci i specjaliści na ich podstawie bez trudu mogli potwierdzić założoną zawczasu hipotezę o błędzie pilotów. Cokolwiek bowiem o niej powiedzieć, na pewno nie zagraża ona pojednaniu polsko-rosyjskiemu. Przeciwnie - wykazuje jak na dłoni, że Rosjanie w tej sprawie są niewinni. 
 No dobrze - ale skoro Rosjanie niewinni, to kto winien? Wiadomo - piloci, ale przecież nie o pilotów tu chodzi, bo piloci nijak się mają do polsko-rosyjskiego pojednania, to chyba jasne? Wina, a właściwie nie tyle "wina", co "błąd" pilotów przyczynił się do katastrofy jedynie w sensie ściśle technicznym, bo Prawdziwym Winowajcą był kto inny. Zwróciła na to uwagę już 2 czerwca pani psychologowa, stwierdzając w państwowej telewizji, że piloci "oczywiście" znajdowali się pod ogromną presją. Wprawdzie z kopii stenogramów przywiezionych przez pana ministra Millera nic na to nie wskazuje, ale co tam kopie stenogramów, skoro pani psychologowa dopuściła do głosu zarówno psychologiczną, jak i kobiecą intuicję? I okazało się, że słusznie, bo już następnego dnia "Moskowskij Komsomolec" nie tylko intuicję pani psychologowej w całej rozciągłości potwierdził, ale nawet poszedł krok dalej, pisząc, że presja była, i to "bezpośrednia". Skąd "Moskowskij Komsomolec" wie takie rzeczy, skoro pan minister Miller stanowczo zaprzeczył, żeby Rosjanie dysponowali jakimiś innymi stenogramami niż mu przekazali, bo "gdyby mieli, to by je nam przekazali". Sto pociech mamy z tym całym panem ministrem Millerem, ale nie o to przecież w tej chwili chodzi, tylko o to, że tym razem koordynacja miedzy razwiedką tubylczą a rosyjską jest, jak widać, znacznie lepsza, niż zaraz po katastrofie, kiedy to nasi eksperci jeszcze nie zostali odpowiednio ustawieni. Teraz na szczęście już są, dzięki czemu można dopuszczać ich przed kamery bez specjalnego nadzoru. Na uwagę zasługuje również  nie pozbawiona nutki uczucia ulgi deklaracja wybitnego przedstawiciela polskich narodowców pana red. Jana Engelgarda z "Myśli Polskiej", który triumfalnie nieubłaganym palcem dźga wszystkich zwolenników teorii spiskowych w chore z rusofobii oczy. Zupełnie tak samo jak "Gazeta Wyborcza", która wprost nie może się nacieszyć wielkodusznością ruskich szachistów i korzyściami z polsko-rosyjskiego pojednania. Sprawia to wrażenie jakiejś gorączkowej licytacji między narodowcami a lobby żydowskim o względy zimnego rosyjskiego czekisty Putina - komu w końcu powierzy nadzór nad administracją tubylczą. Ciekawe, w czym narodowcy mogliby w oczach premiera Putina przelicytować lobby żydowskie, zwłaszcza że między izraelskim prezydentem Szymonem Peresem a rosyjskim prezydentem Dymitrem Miedwiediewem, którzy rozmawiali w sierpniu ub. roku w Soczi, mogło przecież dojść do jakichś konkluzji również i w tej sprawie? Oczywiście w stosownej chwili wszystko to zostanie nam objawione, ale na razie chodzi przede wszystkim o stopniowe przyzwyczajenie tubylczej opinii publicznej do osoby Prawdziwego Winowajcy, który wywierał taką perfidną i w dodatku bezpośrednią presję na pilotów, że ci, nie mogąc już dłużej jej wytrzymać, zdecydowali się położyć jej kres poprzez dopuszczenie do błędu i w efekcie - do katastrofy. Wydaje się, że właśnie ta hipoteza ma największe szanse na potwierdzenie w wyniku drobiazgowego rosyjskiego śledztwa,  bo - po pierwsze - nie zagraża pojednaniu polsko-rosyjskiemu, a po drugie - na pewno zostanie przyjęta ze zrozumieniem, a nawet z wdzięcznością przez wiele środowisk, a zwłaszcza - przez środowisko autorytetów moralnych, co to "bez swojej wiedzy i zgody". 
 Tedy w oczekiwaniu na wesoły oberek, a właściwie czastuszki, które już tam zaintonuje nam zapiewajło w randze generała KGB, jakim jest kierująca rosyjską komisją pani Tatiana Anodina, w swoim czasie protegee Eugeniusza Primakowa, co to "samego jeszcze znał Stalina" - cała Polska kroczy w procesjach tradycyjnie urządzanych w święto Bożego Ciała. Przy tej okazji wygłaszane są homilie. O polityce, ma się rozumieć, nie ma w nich ani słówka, żeby nie narazić się na gniew pana redaktora Adama Michnika, który w przeciwnym razie obróciłby przeciw "ajatollahom" wszystką złość i złoto starszych i mądrzejszych. Dlatego, podobnie jak kiedyś, za komuny, przemawiające Ekscelencje operują aluzjami. JE abp Józef Michalik zwrócił uwagę na "proroków", uznając za jednego z nich pana Rocha Buttiglione, który odważył się stwierdzić, że małżeństwo jest związkiem mężczyzny z kobietą, a nie, dajmy na to, z kozą - i za karę nie objął lukratywnej posady. Takie to ci dzisiaj bywają proroctwa i takie męczeństwa, ale cóż - takie czasy. Ekscelencja wspomniał też z aprobatą o polskim polityku, który też porzucił lukratywną posadę, by "ratować sumienie". Wszyscy słuchacze od razu domyślili się, że chodzi o Marka Jurka, który kandyduje na prezydenta. Ciekawe, na ile mu to pomoże 20 czerwca, bo przecież każdy chyba wie, że jak człowiek politykuje, to jego sumienie politykuje także. Z kolei JE abp Kazimierz Nycz nawoływał do "jedności" bez podziałów na "my" i "wy" - chociaż z drugiej strony niepodobna nie zauważyć, że taki podział jest koniecznym warunkiem określenia własnej tożsamości. Ekscelencja uściślił, że chodzi mu również o usunięcie podziałów na dwie Polski: "prawdziwą" i "inną". "Jaką inną"? - pytał retorycznie. Jak to: jaką inną? Przeciwieństwem Polski prawdziwej jest Polska fałszywa - na przykład reprezentowana przez agentów państw trzecich, udających polskich patriotów, a nawet dygnitarzy.
 Obawiam się, czy to pragnienie unikania polityki nie przeradza się aby w politykowanie a rebours - bo nie da się ukryć, że taka amikoszoneria wszystkich ze wszystkimi najbardziej odpowiada właśnie agentom. W tej sytuacji trudno być zaskoczonym wypowiedzią Jego Ekscelencji abpa Józefa Życińskiego, który stanowczo sprzeciwił się próbom "zawłaszczania" księdza Jerzego Popiełuszki, który przecież był "dla wszystkich". Ooo, tak tak! Zwłaszcza dla konfidentów, co to "bez swojej wiedzy i zgody", jak np. sławny ksiądz Michał Czajkowski, który właśnie na księdza Popiełuszkę donosił. Ksiądz  Jerzy Popiełuszko był również i dla nich. Łakomym kąskiem. A konkretnie Ekscelencji chodziło o to, że dzisiaj "niektóre środowiska" chciałyby skłócić "lud prosty" z "elitami". No proszę - "z elitami"! 
 Ciekawe, kogo konkretnie Ekscelencja miał na myśli; czy "profesora" Władysława Bartoszewskiego, czy pana wicemarszałka Stefana Niesiołowskiego, czy też lubelskiego nababa, posła Janusza Palikota. Każdy z nich należy do "elit", jakby dobrali się w korcu maku. W tej sytuacji zaplanowane na 6 czerwca uroczystości beatyfikacyjne mogą dostarczyć nam jeszcze ciekawszych przemyśleń, bo na mieście słychać, że ksiądz Jerzy Popiełuszko przez Jego Ekscelencję księdza Prymasa Józefa Kowalczyka ma zostać mianowany patronem "sprawiedliwości społecznej" - bo patronem "zgody", która "buduje" i którą z tego powodu przybrał za swoje hasło wyborcze pan marszałek Bronisław Komorowski - to już zostanie prawie na pewno. Ale bo też pojednanie polsko-rosyjskie oprócz aspektu, że tak powiem międzynarodowego i katastroficznego, ma również swój aspekt teologiczny.
Stanisław Michalkiewicz 
www.michalkiewicz.pl
 

Jerzy Rozenek
List z Polski
Szanowna redakcjo 
 Już teraz nie ma chyba nikt wątpliwości, że Platforma Obywatelska będzie imać się różnych sposobów, aby na Urzędzie Prezydenta Polski posadzić Bronisława Komorowskiego. Kolejne zabiegi zawodzą, teraz czas na następny. Tym razem sprytny manewr z obsadzeniem funkcji szefa Narodowego Banku Polskiego przez człowieka związanego z lewicą, Marka Belkę, a przez to przyciągnięcie na stronę PO części elektoratu lewicy.  Bo chyba nikt w to nie uwierzy, że Platforma wspaniałomyślnie oddaje tak strategiczny urząd w państwie komuś, kto nie jest związany z jej ugrupowaniem.  Czyż to nie absurd, że na kilkanaście dni przed wyborami głowy państwa powołuje się prezesa Narodowego Banku Polskiego?!
 We wtorkowym programie TVP Tomasza Lisa, premier Donald Tusk wynosił na wyżyny kandydata na prezydenta B. Komorowskiego i na zarzuty o zbyt częstych gafach, zdaje się wyrobionego już polityka, odpowiadał, że to tylko tak wygląda, jednak  we wnętrzu Komorowskiego siedzi diament.  Ale cóż jest wart nieoszlifowany diament, i to jeszcze schowany gdzieś we wnętrzu, który nie widział światła dziennego.  Nietrudno zgadnąć, że jeśli przez prawie trzydziestoletni okres politykowania nie zdołano go oszlifować, to on już lśnił pięknym blaskiem nie będzie.  Co wystąpienie Komorowskiego, to jakieś niedorzeczne powiedzenie. Czy wierzą państwo, że mimo to te słupki poparcia są takie wysokie, jak podają media? - Chyba nie i to jest następne przekłamanie.  Proszę sobie wyobrazić podróże zagraniczne Pana Prezydenta Komorowskiego i jego wystąpienia na forum międzynarodowym. Prezydent Niemiec Kohler odszedł z urzędu, bo groził armią, co będzie, jak Komorowski też się pomyli? Aż strach pomyśleć.
 Jeśli chodzi o Jarosława Kaczyńskiego. - I znowu nikt nie wierzy, Tusk nie wierzy, Lis nie wierzy, że Jarosław Kaczyński zmienił wizerunek, że zmienił się na lepsze, a Tusk na dowód podaje zachowanie Palikota, twierdząc, że Palikot się nie zmienił, to i Kaczyński się nie zmienił. Nie wiem, czy świadomie, czy też nieświadomie, ale w oczach oglądających ten program TVP, premier Tusk bardzo obraził Jarosława Kaczyńskiego tym porównaniem.  Palikota nie wyeliminowano z PO za jego niecne czyny, Niesiołowskiego nie wyeliminowano z życia politycznego, mimo że z tym drugim nikt już nie chce brać udziału we wspólnych audycjach TV. Palikota już się nie zaprasza do rozmów, chociaż, bardzo przepraszam, tak, pojawił się w programie Moniki Olejnik "Kropka nad i", w ten wtorek. Jeśli tak, to znaczy, że PO prowadzi dalej tę swoją wojenkę, Palikot się jeszcze przyda, jeszcze o nim usłyszymy, a to nie wróży nic dobrego. Platforma  będzie dalej straszyć nas IV RP.  A co to jest ta IV RP?, czy to źle, że chce się zwalczyć korupcję, która niszczy ludzi i państwo, przestępczość, która ciągle rośnie, dążenie do zmniejszenia podatków, żyć w Polsce solidarnej, życzliwej każdemu obywatelowi, czy zwrócenie uwagi na politykę historyczną. Pamiętam, jak sceptycy byli przeciwni projektowi Muzeum Powstania Warszawskiego, twierdząc, że ci "starzy" poumierają, a młodzi nawet tam nie zajrzą. Teraz, gdy to muzeum jest i zobaczono, jaka to skarbnica wiedzy i historii, jak urządzone nowocześnie, to  zmienili zdanie. Okazało się bardzo potrzebne.
 Dlaczego na siłę chce nam się pokazać i udowodnić,  że to co jest, tym nie jest.  Politycy Platformy za pośrednictwem mediów chcą nam przekazać, że nie rozumieją tego, co Kaczyński zrozumiał, tego co Kaczyński odczytał czego potrzebuje naród polski.  Polacy potrzebują stabilności, każda rodzina w Polsce, i myślę, że Polacy za granicą też tego potrzebują, żeby się rozwijać w spokoju, żeby wiedzieć, na kogo mają liczyć, żeby mieć równe szanse i korzystać z dobra narodowego w bardzo szerokim zakresie. PO nam tego nie gwarantuje, parlament obecny tego nie gwarantuje, uchwalając niedorzeczne ustawy. No, choćby ostatnio przez uchwalanie ekstraustawy, która pozwala brać parlamentarzystom, czyli posłom i senatorom, emerytury i diety poselskie jednocześnie.  Wyszło na to, że mimo kryzysu dostają jeszcze więcej pieniędzy. Np. Stefan Niesiołowski dzięki nowej ustawie otrzymał 13,1 tys. zł/mies. Warto tu przypomnieć, że Niesiołowski głosował przeciwko wypłaceniu dodatków najbiedniejszym emerytom w kraju. Kazimierz Kutz - reżyser, otrzymał ze względu na wiek (81 lat) aż 18,7 tys. zł/mies. Przypomnę, że ci najbiedniejsi dostają w Polsce 700 zł emerytury.
 W tej sytuacji, jak na tym tle wygląda odebranie szkołom dofinansowania do szklanki  mleka dla dzieci i obiadów dla najbiedniejszych, a także straszenie ludzi chorych i starszych, że zlikwiduje się refundację do niektórych leków, tłumacząc, że za dużo się ich marnuje.  Kto będzie popierał takich rządzących? - i takich parlamentarzystów, których obowiązkiem jest zasiadać w ławach poselskich i brać czynny udział w obradach, gdy jest posiedzenie Najwyższej Izby, a nie włóczenie się po korytarzach sejmowych, barze czy po Warszawie na zakupach. Wstyd to i zniewaga dla tych, przez których zostali wybrani.  Niejednokrotnie widać, że na głosowaniu jest niewiele osób.
 Platforma mniej lub bardziej jawnie, bardziej lub mniej uczciwie, będzie szukać sojuszników. Patrząc na ostatnie sondaże, w które raczej nie wierzę, ale innym one coś mówią, będzie próba dogadania się z niektórymi kandydatami na prezydenta.  Nie zazdroszczę tutaj Grzegorzowi Napieralskiemu, na pewno były prezydent Aleksander Kwaśniewski będzie coś chciał ugrać za jego plecami, dogadując się z Platformą, bo nie myślę, sądząc po zachowaniu w  ostatnich dniach, by był szczery co do Napieralskiego.
 Znając wredne zagrywki Palikota, co przed niczym się nie cofnie, można uważać, że posłuży jako pośrednik, żeby przyciągnąć Olechowskiego do Platformy. Olechowski z 1-proc. poparciem nie ma żadnych szans i mimo że zapewnia, że nie zrezygnuje, bo nie chce zawieść tych osób, co złożyły na niego podpisy, myślę, że ulegnie intratnym propozycjom ze strony PO.
 Dlatego tym bardziej musi zewrzeć szyki elektorat PiS, aby dać radę wybrać Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta. W tym jest szansa na poprawienie naszej sytuacji międzynarodowej, a przez to lepszej sytuacji życia w kraju. Może już nikt nie będzie wyśmiewał się, tak jak to czyni Tomasz Jastrun w "Newsweek", gdzie w swych felietonach wyśmiewa Polskę, widząc ją zatęchłą i zaściankową, twierdząc, że PiS tego jest przyczyną.   Może poprawi się sytuacja ściągania funduszy unijnych i nie będzie takich sytuacji jak teraz, że minister Sawicki spóźnił się z wnioskiem o dopłaty do upraw tytoniu i przez to wielu polskich plantatorów poniosło ogromne straty.  Skończy się arogancja urzędników państwowych, a do lekarza wszyscy będą mieli jednakowe prawo, bo służba zdrowia na zastraszająco niskim poziomie.
 Póki co nie może być takiej sytuacji jak teraz, gdy Jarosław Kaczyński wyciąga rękę do pojednania, to Platforma mówi, że on żartuje, że jest nieprawdziwy. W końcu ktoś tu musi zrozumieć, że PiS i PO to kiedyś była ta sama formacja, tylko sztucznie się podzieliła, a teraz kilka osób z PiS jest w PO i odwrotnie.  Obie strony muszą widzieć interesy ludzi, których reprezentują, i porzucić  swe wydumane ambicje.  W tej sytuacji dążenie do kompromisu to najwłaściwsza droga, żeby wszystko tu unormować, nie jest potrzebny do tego zbyt wielki wysiłek, na pewno nie większy niż walka ze skutkami powodzi.
 Gdy ten warunek będzie spełniony, wtedy o wszystko będzie łatwiej i Polacy z Kanady chętnie przyjadą do takiego kraju, gdzie będzie z kim porozmawiać, załatwić w miarę szybko każdą sprawę i podziwiać, jak ich Ojczyzna rośnie w siłę. Teraz namawiałbym Polonię, żeby zamiast na Kubę, Dominikanę czy do Meksyku, w tym roku wybrał się do Polski na wakacje.   Jest tyle bardzo pięknych miejsc w Polsce, na pewno nie przez wszystkich jeszcze odkrytych, że warto przyjechać. Jeśli już ktoś wszystko zwiedził, wszędzie w Polsce był, warto pokazać swoim dzieciom i znajomym  zamki, pałace, kiedyś w ruinie, teraz odnowione, niektóre można jeszcze kupić i je urządzić.
 Kiedyś pokazałem koledze, który zajmuje się fotografią polskich krajobrazów, stronę internetową ze zdjęciami znajomego z Kanady, Pana Jacka Kozłowskiego, który też lubi fotografować naturę, ale Kanady. Pan Wiesław obejrzał zdjęcia, zachwycał się ich jakością i treścią, ale w zamian przesłał mi swoje zdjęcia, które oddawały równe piękno polskich krajobrazów. W załączeniu powiedział, że bobry w Polsce są takie same jak w Kanadzie. Są też piękne kościoły i sanktuaria, a także aż 24 parki narodowe. Piękna historia Polski w naturze.  W ten sposób wypoczywając i wzbogacając się duchowo, pomagają państwo swoim rodakom, których tak ciężko doświadczył los przez nieszczęście powodzi.
 Kończąc, muszę to jeszcze powiedzieć, że nie chciałbym takiego prezydenta, jak p.o. obecnie Bronisław Komorowski, który wizytując tereny zalane stwierdził: "Miałem PRZYJEMNOŚĆ wizytować tereny zalane" - i  - "w zeszłym roku powódź, w tym powódź, ludzie powinni się już przyzwyczaić" - myślę - że przydomek "CIAMCIARAMCIA", który Komorowski otrzymał od narodu, jest adekwatny do jego zachowań. Przyznać trzeba, że przeciwnie do Palikota, Niesiołowskiego czy Kuczyńskiego, te wypowiedzi to nie zła wola czy arogancja, ale brak wyczucia sytuacji i najprostszego w życiu obycia, którego już nie będzie kiedy się uczyć.
 Na pewno nie możemy ryzykować wyboru prezydenta takiego, którego każda wizyta zagraniczna będzie kompromitacją, a przynajmniej wielką niewiadomą.   Dziwne przy tym jest, że ani Janina Paradowska w swym telewizyjnym programie, ani Monika Olejnik, ani też inni prześmiewcy, co tak czatują na każde potknięcie Jarosława Kaczyńskiego, jakby tych ułomności Komorowskiego nie zauważali.  Mam wrażenie, jestem pewien, że media bardzo chcą pomóc Komorowskiemu i Platformie w tych wyborach, jakby im na czymś zależało, nie bacząc na obiektywizm.  Zapominają tylko, że większość społeczeństwa polskiego darzy większym zaufaniem Jarosława Kaczyńskiego, tego nie widać na słupkach sondażowych, ale to jest w polskim społeczeństwie. Uzewnętrzni się to na pewno, w co wierzę, w dniu 20 czerwca 2010 roku w dniu wyborów prezydenckich. Nie musimy, ale możemy zaufać Panu Jarosławowi Kaczyńskiemu, dając mu szansę na wypełnienie Misji, którą zaczął jego świętej pamięci brat Lech Kaczyński, dla którego Polska była najważniejsza, co pokazał, żyjąc i pracując, żeby w końcu oddać życie dla Niej.
 "Polska jest najważniejsza" - z takim hasłem rozpoczął kampanię wyborczą Jarosław Kaczyński.  Dla nas Polska też jest najważniejsza i wspólnie, razem twórzmy lepszą przyszłość naszej Ojczyzny.
 Serdecznie pozdrawiam
 Jerzy Rozenek
Łódź

 Marek Mańkowski
Proboszcz w Calgary
Kościół w historii Polski ma bardzo szczególne znaczenie. Tak samo szczególne znaczenie ma on dla Polonii rozsianej po całym świecie. Zawsze wokół kościoła koncentrowało się życie na obczyźnie. Nie ma skupiska Polonii, w którym nie byłoby polskiego kościoła. Nawet jeśli czasem nabożeństwa odbywały się czy nadal odbywają w wynajętych świątyniach czy salach. Czy jest to wielki kościół, czy mała salka, kościół nie istniałby bez księży. To oni swoją pracą łączą nas z Bogiem i ze sobą nawzajem. Próbują robić nas lepszymi, wpajać i utrwalać w nas wiarę. Dają nam też miejsce do wspólnych spotkań, poznawania się i utrwalania znajomości. Gdy przeniosłem się w roku 2005 do Calgary, jedyny kolega, którego tu znałem, wyjechał akurat na dwutygodniowe wakacje. Znalazłem więc w książce telefonicznej adres polskiej parafii, podjechałem tam i nie zawiodłem się. Otrzymałem informacje, kontakty, poznano mnie z ludźmi, którzy pomogli mi się odnaleźć w nowym miejscu. Pamiętam, że to samo miało miejsce 22 lata temu w RFN, gdzie właśnie polski ksiądz pomógł bezinteresownie w niemieckich urzędach i w początkach mojej emigracji. Rozsiani po całym świecie, często nie mający wpływu na to, gdzie rzuci ich los, polscy księża pomagają Polakom. 
 Ksiądz Czesław Rybacki, proboszcz parafii w Calgary. Urodził się 22 lipca 1958 roku w Manasterzu w woj. podkarpackim. Najmłodszy z czworga rodzeństwa. Szkołę podstawową skończył w Manasterzu, liceum w Kańczudze z wynikiem egzaminu maturalnego pozwalającym na podjęcie studiów na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie w roku 1977. Po roku studiów wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego Księży Chrystusowców w Poznaniu. Studia teologiczno-filozoficzne zwieńczył tytułem magistra na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w 1965 roku. Święcenia kapłańskie przyjął 21 maja 1985 roku. Po święceniach podjął kolejne studia na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, na Wydziale Teologicznym ze specjalnością liturgiki, które ukończył z tytułem doktora nauk teologicznych w 1991 roku. Przez półtora roku pracował jako wikariusz w parafii w Szczecinie, po czym został skierowany do pracy duszpasterskiej wśród Polonii amerykańskiej. Pierwsza jego placówka to Dom Prowincjalny w Sterling Hights w stanie Michigan, niosąc posługę Polonii z Detroit. Po roku pracy zostaje skierowany do San Francisco, by objąć posługę proboszcza w Misji św. Wojciecha oraz służyć pomocą w lokalnej parafii św. Gabriela z dniem 4 września 1994 roku. Dwa lata później, na prośbę arcybiskupa, podejmuje dodatkowo posługę duszpasterską dla wspólnoty chorwacko-słoweńskiej w San Francisco. Tak spędził następne siedem lat. W międzyczasie w roku 1999 uzyskuje prawo do obywatelstwa USA. 14 września 2003 obejmuje parafię w Pompane Beach na Florydzie, gdzie pełni posługę proboszcza przez następne cztery lata do jesieni 2007 r. Następnie przez pół roku jest wikariuszem w parafii św. Floriana w Detroit i 28 czerwca 2008 roku zostaje proboszczem w polskim kościele w Calgary.
 Sobota, 29 maja 2010 roku. Msza w polskim  kościele. Uroczysta, bo to przecież dwudziestopięciolecie posługi kapłańskiej naszego Proboszcza. Ma nastąpić kazanie. Ksiądz Proboszcz próbuje je zacząć, aleÉ nie możeÉ Przeszkadza w tym chór "Vox Populi", śpiewający z tej uroczystej okazji. Wreszcie gdy już się wydaje, że Proboszcz rozpocznie homilię, pojawia się ksiądz Piotr, niespodziewany gość prosto z Polski. Gestem prosi, by Proboszcz zajął miejsce na krześle przy ołtarzu i sam wygłasza piękne kazanie o posłudze duszpasterskiej. Nadchodzi moment przyniesienia Darów. Mszę prowadzi Proboszcz, podchodzi więc, by te Dary przyjąć. Nie widzi niosących. Zasłaniają ich Rycerze Kolumba w uroczystych strojach, w kapeluszach z piórami. Rośnie dziwne napięcieÉ Nagle rycerze rozstępują się. Ksiądz Proboszcz cofa się jak uderzony, patrzy, nie wierzy. Chór nie śpiewa. Płacze! Płaczą ludzie wypełniający kościół. Przed Proboszczem jubilatem stoi z Darami jego od lat niewidziana, mieszkająca w Polsce rodzona siostra z mężem. To był szok. Siostra, bojąca się lotów samolotem, nigdy przedtem nie wybierała się z wizytą na inny kontynent. Tym razem pokonała strach. Przyleciała do brata na jego uroczystość i to był najwspanialszy prezent. 
 Po mszy, uroczysta kolacja w sali parafialnej. Tłumy gości. W niedużej sali 160 osób. Pięknie przystrojone stoły, doskonałe jedzenie, przemówienia, prezenty, życzenia. Występ zespołu "Polanie", prawdziwie profesjonalnego zespołu występującego na wielu kanadyjskich i międzynarodowych scenach. By uczcić ten wieczór, członkowie zespołu roznoszą dania z kuchni dla wszystkich gości. Uśmiechnięci, weseli, piękni w swoich ludowych polskich strojach. Solistka chóru "Vox Populi", Marzena Kulaga, śpiewa pieśń specjalnie dla Proboszcza. Na zakończenie wszyscy goście śpiewają pieśń ze słowami specjalnie dla niego:
 "Powołane serce, przemieniona dłoń / Duch święty poświęcił, umiłował On / Tęcza Twoich marzeń w Twym ornacie lśni /  On Cię wciąż miłuje. Jemu służysz Ty".
 Jest jeszcze jeden gość z Polski. Specjalnie na ten jubileusz przyjechał razem z księdzem Piotrem poseł na Sejm RP Andrzej Jaworski.
 Proboszcz siedzi przy stole razem z siostrą, ciągle trochę zszokowany, nie spodziewał się takiego przebiegu uroczystości w tym dniu. Jest szczęśliwy.
 Wszystkiego najlepszego księże Proboszczu. Zostań z nami w Calgary przynajmniej przez następne 25 lat. Wiesz już przecież, ile dla nas znaczysz.
Marek Mańkowski
Calgary

Kelso 
Kelso Conservation Area to malowniczo usytuowany park z plażą położony w niewielkiej odległości od Mississaugi. Z uwagi na tę "niewielką odległość" - Kelso w każdy upalny dzień jest pełne wypoczywających tu ludzi uciekających z rozgrzanych do czerwoności okolicznych miast i miasteczek. Choć ucieczka na łono Natury zwykle sprowadza się do przepełnionej plaży, to warto w tym parku nieco pozwiedzać i podelektować się urodą majestatycznie piętrzącego się tu Uskoku Niagary. 
 Niagara Escarpment, skalna struktura wypiętrzona tu w niektórych miejscach na ponad 70 metrów, jest doskonale widoczna z Kelso. Właśnie w tym parku "przecina" ją autostrada 401, i jadąc nią, doskonale widać jezioro u podnóża pionowej skały, której grzbiet pokrywają wysokie drzewa. Nie trzeba mieć wybujałej wyobraźni, by porównać ten widok do indiańskiego pióropusza.
 Park Kelso ma powierzchnię niespełna czterech kilometrów kwadratowych, przecina go rzeka Sixteen Mile Creek, którą w latach 60. ubiegłego wieku przegrodzono tamą, a powstały w ten sposób zbiornik nazwano Kelso Lake. W najbliższej okolicy jest jeszcze kilka podobnie powstałych jezior i zalewów, ponieważ budowa tam i zbiorników na Sixteen Mile Creek skutecznie ujarzmiła tę niesforną i niewinnie wyglądającą latem rzeczkę. To ona była sprawcą corocznych wiosennych powodzi w Milton, dlatego w 1961 roku lokalna agenda Conservation Halton wykupiła za 41 000 dolarów teren dzisiejszego parku i za sumę 325 000 dolarów zbudowała tamę i całą infrastrukturę, którą możemy teraz podziwiać i z niej korzystać. 
 W Kelso można wypożyczyć kajak lub canoe, by popływać po jeziorze. Można tu również łowić ryby - zabronione jest tylko używanie motorowych łodzi, by nie czynić hałasu, choć ten i tak dociera do plaży aż z dwóch stron: od widocznej stąd autostrady oraz od pociągów, które przemykają prawie przez środek parku. To jest cena, którą płaci Kelso, że leży tak niedaleko od Wielkiej Aglomeracji Torontońskiej. Nikt jednak tu nie narzeka na hałas i harmider, jeśli szukamy spokoju i odludnych zakątków, to omijajmy Kelso w upalne dni - plaża zawsze wtedy jest pełna, zewsząd dochodzą nas radosne krzyki bawiących się w wodzie dzieci, a łąki wokół wody zasnute są dymem z BBQ, gdzie rodzice przygotowują w plenerze coś apetycznego dla siebie i swych pociech. Nie da się ukryć, że park tętni swym życiem i - a powtarzam to drugi raz - kto nie lubi zapachu pieczonej kiełbasy, niech tu nie przyjeżdża, gdy jest ładna pogoda.
 Gdy na dworze jest zimno, plaża zamiera i wtedy mogą odwiedzić  Kelso bardziej wrażliwi na uroki przyrody  jej miłośnicy. Warto wybrać się na spacer, wspinając się na grzbiet Niagara Escarpment. Na jego zboczach ulokowany jest znany wszystkim amatorom białego szaleństwa ośrodek zimowych sportów Glen Eden. Oczywiście, latem wszystko jest nieczynne, dlatego na szczyt wzniesienia trzeba wdrapać się samemu, ale widok z góry jest fantastyczny. Doskonale widać stąd też Milton - miasto, które dzierży w Kanadzie tytuł najszybciej rozwijającej się miejscowości w naszym kraju. Populacja Milton wzrosła między rokiem 2001 a 2006 o 72 procent! W tej chwili miasto ma ponad 100 tysięcy mieszkańców (w 2001 roku zamieszkiwało je 31 000 ludzi) i jak podają statystyki, ponad 80 procent nowych miltończyków osiadłych tu po 2006 roku stanowią przedstawiciele tzw. widocznej mniejszości.
 Historię tej okolicy możemy dobrze poznać, odwiedzając Halton Region Museum, które ulokowane jest na terenie parku. Muzeum zajmuje 5-akrowy teren po byłym gospodarstwie należącym do rodziny Alexandrów. Muzealna ekspozycja oraz biblioteka usadowione są w byłej stodole. Jest tu również kuźnia powstała w latach 80. XIX wieku oraz naprawdę historyczny jak na Ontario budynek właścicieli majątku z lat 30. XIX wieku. Miłośnicy sztuki również znajdą tu coś dla siebie, bo muzeum posiada wystawę współczesnego malarstwa. 
 W Kelso odbywa się także wiele ciekawych imprez zarówno o charakterze sportowo-rekreacyjnym, jak i kulturalnych. W niedzielę, 6 czerwca odbędą się tam zawody "Milton Triathlon" (uwaga: z tego powodu do południa nie będzie czynna wypożyczalnia kajaków), 12 i 13 czerwca coś dla miłośników górskich rowerów "O-Cup Downhill", a 30 czerwca park zaprasza na rodzinną imprezę "Outdoor Family Movie Night". 
 Na terenie parku znajdują się również namiotowe obozowiska, które można wynająć. Niestety, nie są to indywidualne campsites, lecz przeznaczone dla większych grup. Jeśli planujemy wypad pod namiot z zaprzyjaźnionymi kilkoma rodzinami, to możemy to uczynić właśnie w Kelso. Ceny są umiarkowane, więcej informacji pod tel.: 905-878-5011 wew. 221.
 Do Kelso możemy się wybrać także ze swoim czworonogim pupilem - w pobliżu wypożyczalni łodzi jest plaża także i dla psów. Pamiętajmy jednak, by poza nią nasz piesek był uwiązany na smyczy nie dłuższej niż dwa metry. Nie wchodźmy też z nim na teren publicznej plaży.
 Opłata za wjazd do parku wynosi  5,50 dol. od osoby dorosłej oraz 4 dolary od dzieci (5-14 lat). Emeryci (ponad 65 lat) płacą kwotę 4,75 dol.  Niestety, nie jest to tania rozrywka dla dużej rodziny, bo w parkach typu conservation areas opłaty pobiera się od każdej osoby w samochodzie, a nie od auta, jak to się czyni w parkach prowincyjnych.
 Dojazd do Kelso z Mississaugi zajmuje 20 minut. Drogą nr 25 dojeżdżamy do Steeles Ave., skręcamy w nią na zachód do Tremainc Rd. i zaraz w lewo w Kelso Rd. Dla posiadaczy GPS-ów podaję namiar: 43 st.3040 N, 79 st.5645 W.
Jerzy Rosa
Mississauga

 Buta i pogarda
Druga wojna światowa była m.in. wynikiem upadku porządku międzynarodowego zbudowanego po 1918 roku i opartego na koncepcji Ligi Narodów. Nasi dziadowie, po traumie Wielkiej Wojny i rewolucji, usiłowali wymyślić coś, co pozwoliłoby uniknąć następnej.
 Druga wojna światowa była m.in.  skutkiem powersalskiej mentalności Niemców - poczucia osaczenia i krzywdy, połączonych z przekonaniem o własnej rasowej wyższości i historycznym przeznaczeniu do rządzenia ludzkością.
 Druga wojna była też wynikiem mistycznej wizji terytorialnej, w której Bóg powierza Niemcom misję cywilizacyjną na wschodzie.
 To straszne, że podobne ślady znaleźć można dzisiaj w izraelskim społeczeństwie żydowskim; poczucie osaczenia zbudowane na "kulcie" antysemityzmu (wszyscy nam zazdroszczą i chcą zaszkodzić); przekonanie o wybraniu przez Boga do rzeczy wyższych (jak to objaśnił prywatnie pewien Żyd, "jesteśmy nauczycielami" innych narodów). I wreszcie last but not least artykułowane mniej lub bardziej oficjalnie roszczenia do "biblijnego terytorium Wielkiego Izraela" rozciągającego się od Egiptu do po Iran.
 W dzisiejszym świecie, gdzie polityczna poprawność każe młodym Niemcom czy Brytyjczykom odżegnywać się od dumy narodowej, młodzi Żydzi wychowywani są w oparach szowinizmu i dwubiegunowej optyki podziału na "nazi" i "nasi".
 Przeprowadzony na wodach międzynarodowych atak na flotyllę statków wiozących pomoc dla Gazy odbył się z pogwałceniem najbardziej podstawowych praw obecnego ładu.  Tam, gdzie innych spotkałoby gremialne potępienie tzw. społeczności międzynarodowej, sankcje gospodarcze i izolacja dyplomatyczna, Izrael spotyka medialne wyciszenie sprawy.
 Nie o sam tragiczny incydent tu chodzi, lecz o nastawienie syjonistów rządzących w Izraelu oraz powszechne przeświadczenie, że Żydzi są ponad prawem. Incydent wpisuje się w całą serię podobnych, absolutnie jednostronnych, brutalnych kroków Izraela, przy których Tel Awiw nawet nie zadaje sobie trudu, aby przedstawiać jakieś prawdopodobne usprawiedliwienia. 
 To polityka antagonizacji i radykalizacji prowadząca wprost do wojny. Jest to zgubna  idea syjonistów, że jedynie naga siła jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo. Wprost przeciwnie!
 Oczywiście nie chodzi o to, aby Żydzi byli przymilni, lecz by działali w ramach jednego wspólnego porządku międzynarodowego. Ten porządek traci na znaczeniu, kiedy nagle z błogosławieństwem największego gwaranta tego ładu, Stanów Zjednoczonych, mamy do czynienia z "równiejszym", który nie podlega zwykłym prawom. 
 Jeśli popatrzymy na całość z boku i bez żadnych emocji, okaże się, że Izrael jest państwem, które od wielu lat w nosie ma rezolucje podejmowane przez ONZ, które prawdopodobnie nielegalnie pozyskało broń nuklearną i nie podpisało układu o nierozprzestrzenianiu tego rodzaju broni, jednocześnie domagając się od Iranu - sygnatariusza tegoż dokumentu i kraju poddającego się kontrolom Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej - zaprzestania realizacji pokojowego programu nuklearnego.
 Do tego wszystkiego dochodzi polityka wobec Palestyńczyków - blokada Gazy (cokolwiek by mówić) podobna do stosowanej przez Niemców w warszawskim getcie, otoczenie palestyńskich terytoriów murem, oficjalna polityka apartheidu.
 Piszę to wszystko nie dlatego, że szczególnie lubię Arabów, muzułmanów, czy też uważam Żydów jako takich, za złych, piszę o tym, ponieważ mierzi mnie i napawa bezsilną wściekłością stosowanie podwójnych standardów i powszechna na Zachodzie zmowa milczenia wokół żydowskich zbrodni.
 Wyrosłem z narodu, który w swojej historii kilkakrotnie doświadczał buty i arogancji okupantów, który wiele razy poległ w starciu z mocarstwami. Dlatego instynktownie staję po stronie słabszych i niesłusznie bitych. 
 Obecna polityka Izraela popycha nas wszystkich do wojny. Ta zaś -  jak to wojna - przyniesie ze sobą same nieszczęścia. Do końca sierpnia - jak piszą na portalu izraelskim Debka - u brzegów Iranu powinno znaleźć się od 4 do 5 amerykańskich lotniskowców.
 Napad na statki z pomocą dla Gazy na wodach międzynarodowych zniszczył też dyplomatyczną koncepcję wykorzystania Turcji w charakterze pomostu między Zachodem a światem muzułmańskim. Pomostu między Izraelem a Arabami. We wtorek premier Turcji uznał to, czego dopuścili się izraelscy komandosi, za państwowy terroryzm.
 Być może była to żydowska riposta na zabiegi Ankary zmierzające do rozwiązania kryzysu irańskiego i plan transferu materiałów rozszczepialnych produkowanych przez irańską elektrownię atomową.
***
 Na pokładzie jednego ze statków flotylli była dziennikarka Ewa Jasiewicz. Rodzina p. Ewy mieszka w Toronto... Szczęśliwie Ewa Jasiewicz przeżyła.
***
 Wszyscy jesteśmy równi przed Bogiem, Żyd, Niemiec, Polak czy Palestyńczyk. Polityka pogardy zawsze ściąga nieszczęścia na tych, którzy ją prowadzą, i na tych, którzy przymykają na nią oczy.
 Andrzej Kumor
Mississauga
 
 

GONIEC, NR 21/2010 

W objęciach carycy Władymiry
Ponieważ wody potopu, jakie nawiedziły Polskę za sprawą zderzenia się mas ciepłego powietrza, napływającego nad Polskę znad francuskiego kieszonkowego imperium, czyli Unii Śródziemnomorskiej, z chłodnym powietrzem napływającym znad Imperium Rosyjskiego, właśnie zaczęły powoli opadać, niezależne media powracają do wyjaśniania przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Tak się bowiem szczęśliwie złożyło, że Rosjanie podali polskim niezależnym prokuratorom do wierzenia wersję znaną od samego początku, a może nawet jeszcze przed katastrofą, że jej przyczyną powinien być błąd pilota, albo nie tylko pilota, ale również osób, których głosy Rosjanie usłyszeli podczas szczegółowego odsłuchiwania zapisów w czarnych skrzynkach. 
 Okazało się mianowicie, że w kabinie pilotów musiał panować straszny tłok, a kto wie, czy samolotu własnoręcznie nie prowadził nawet sam generał Błasik. Na razie głosy nie wskazują na obecność w kokpicie prezydenta Kaczyńskiego, chociaż wszystko jeszcze przed nami i kto wie, co jeszcze uda się usłyszeć z czarnych skrzynek. 
 Ciekawe, czy można na przykład wgrać na nie dodatkowe nagrania, które przecież mogłyby pierwotną wersję przyczyn katastrofy znakomicie uwiarygodnić. Jeśli można, to nie należy takiej możliwości zaniedbywać, bo im lepiej oficjalna wersja zostanie udokumentowana, tym lepsze podstawy będzie miał premier Tusk do obdarzania strony rosyjskiej pełnym zaufaniem, no a my wszyscy - zgodnie z oczekiwaniami Stronnictwa Ruskiego, które właśnie wypączkowało ze Stronnictwa Pruskiego - powody do wdzięczności. 
 I kiedy tak niezależne media posłusznie zachodzą w głowę, któż jeszcze mógł wtargnąć do kabiny pilotów, mało kto ma już głowę do zastanawiania się nad przyczyną, dla której wszyscy obecni w kokpicie sprawiali wrażenie, jakby myśleli, że lotnisko jest gdzie indziej i bliżej. Tego pewnie już nigdy się nie dowiemy, bo pracownik wieży kontrolnej, który z prezydenckim samolotem się kontaktował, natychmiast po katastrofie przeszedł na zasłużoną emeryturę i podobnież nie ma z nim kontaktu. Nie ma kontaktu! Esperons, że nie dostał "ćwiary bez prawa korespondencji", co za czasów Ojca Narodów oznaczało w Rosji transfer do lepszego świata - no ale ten brak kontaktu w kraju, gdzie nawet włosy na głowie każdego obywatela są policzone, również i dzisiaj skłania do głębokiej zadumy. 
 W tej sytuacji, jeśli takie będzie społeczne zamówienie, nie można wykluczyć, iż końcowy komunikat obwieści nam, że obawiając się sądu zagniewanego ludu, prezydent Lech Kaczyński popełnił samobójstwo, celowo kamuflując je pod postacią lotniczej katastrofy, by dodatkowo rzucić cień na prastarą ziemię smoleńską. 
 Zresztą nie czekając na końcowe orzeczenie komisji, prawdę tę spenetrował od razu  przywódca Partii Nacjonal-Bolszewickiej, pan Aleksander Dugin, który bez zdziwienia skwitował fakt, że na widok takiej zuchwałości prastara ziemia smoleńska uniosła się gniewem tak bardzo, że aż wyszła naprzeciw prezydenckiemu samolotowi, no i stało się, co się w tych okolicznościach stać musiało.
 Żeby jednak wszystkie wersje, stopniowo uzupełnianie i poprawiane, zostały przyjęte powszechnie i bez zastrzeżeń, starsi i mądrzejsi przypomnieli sobie wskazówkę Ojca Narodów, że "kadry decydują o wszystkim", w związku z czym zaktywizował się aktyw oraz związki zawodowe w państwowej telewizji. Prywatne, te założone przez razwiedkę, już od dawna ustawione są kadrowo w jak najlepszym porządku i jeśli przychodzi tam do przesłuchania jakiegoś delikwenta z opozycji, to nawet bez stosowania niedozwolonych metod śledczych, każdy śpiewa z właściwego klucza. Gorzej w mediach państwowych, to znaczy - w radiu i telewizji, które jeszcze trwają w sprośnych błędach Niebu obrzydłych i nie tylko jątrzą i dzielą, ale w dodatku zasiewają różne wątpliwości, podkopujące jedność moralno-polityczną narodu. 
 Na szczęście są jeszcze zdrowe siły zdolne położyć temu kres, bo kadry poszły w ruch. Kierownictwo tygodnika "Wprost" objął redaktor Lis, a  z radiowej trójki właśnie wyleciał ze stanowiska dyrektora pan Jacek Sobala, który objął je po pani Magdalenie Jethon, będącej prawdziwą duszeńką niezależnych mediów. Podobno wziął udział w imprezie, którą autorytety moralne uznały za wiec wyborczy Jarosława Kaczyńskiego, no a za takową psotę - wiadomo: tylko dymisja. Gdyby tak dla symetrii wziął udział w wiecu ku czci "drogiego Bronisława", czyli pana marszałka Komorowskiego, może by jeszcze się uratował, a tak, to "trup baronowo, grób baronowo, plajta, klapa, kryzys, krach!". 
 Ale jedna jaskółka nie czyni wiosny ludów, toteż w telewizji zmobilizowane zostały związku zawodowe, które postawiły sprawę na gruncie godnościowym. Trzeba powiedzieć, że tym razem koordynacja była dobra, bo jednocześnie w Senacie znany z karności marszałek Borusewicz zarządził głosowanie nad sprawozdaniem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Gdyby Senat sprawozdanie to odrzucił, podobnie jak odrzuciłby je Sejm, to nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, że odrzuciłby je również pełniący obowiązki prezydent pan marszałek Bronisław Komorowski i w ten sposób Krajowa Rada przestałaby istnieć, dzięki czemu państwowa telewizja ległaby przed razwiedką z rozłożonymi nogami. Oczywiście przed rozpoczęciem kohabitacji przeszłaby intensywną kurację przeczyszczającą ją z różnych redaktorów Janów Pospieszalskich czy Ew Stankiewicz, którzy ośmielili się nakręcić film "Solidarni 2010", przedstawiający żałobę po ofiarach katastrofy pod Smoleńskiem w sposób całkowicie odmienny od zatwierdzonego, "jątrząc" i "dzieląc" "Polaków" w momencie, kiedy ci nade wszystko pragnęli "być razem" - jak kazała pani red. Justyna Pochanke z TVN i znany na całym świecie z żarliwego obiektywizmu red. Tomasz Lis. Wprawdzie na skutek perfidnej obstrukcji senatorów PiS, którzy kilkakrotnie zrywali marszałkowi Borusewiczowi quorum ("całe się zbiegło quorum; doctorum, redactorum...") Senat nie przegłosował nawet porządku dziennego, ale po innej linii rozkazy dotarły już gdzie trzeba i pan Roman Gutek, zajmujący się dystrybucją "kina niezależnego", wycofał się z dystrybucji filmu "Solidarni 2010". Najwyraźniej mobilizacja na potrzeby kampanii prezydenckiej nie uznaje żadnych wyjątków.
 A przecież na mediach - chociaż to w nich wytwarza się opium dla ludu - świat się nie kończy, toteż pełniący obowiązki prezydent marszałek Bronisław Komorowski właśnie wysunął kandydaturę prof. Marka Belki na prezesa Narodowego Banku Polskiego. Premier Tusk nie może się go za to nachwalić, podobnie jak prof. Grzegorz Kołodko. Jużci - prof. Marek Belka składa się z niezliczonej ilości zalet, a wśród jego niebagatelnych dokonań było również piastowanie stanowiska premiera rządu, do którego nie przyznawało się żadne ugrupowanie parlamentarne, a który aż do końca kadencji rządził sobie jak gdyby nigdy nic. Rzuca to snop światła na prawdziwe umocowanie rządów w Polsce, zwłaszcza że prof. Marek Belka został zarejestrowany - oczywiście "bez swojej wiedzy i zgody" - w charakterze zaufanego razwiedki aż pod  dwoma pseudonimami: "Nawal" i "Belch". Na poprzednim etapie nawet sam Donald Tusk w 2005 roku zwracał w związku z tym uwagę na "niejasną postawę" prof. Belki w wyjaśnianiu swojej przeszłości - ale teraz etap się zmienił, wszystko jest jasne i prof. Marek Belka jest naszą najukochańszą duszeńką. Najwyraźniej razwiedka porzuciła już pozory i pełniącym obowiązki prezydentem panem marszałkiem Komorowskim steruje już ręcznie, co budzi sprzeciw nawet w rozumiejącym wszystko wicepremierze Waldemarze Pawlaku. 
 Czyż można w związku z tym dziwić się opinii przedstawionej niedawno przez panią minister Ewę Kopacz, że premier Tusk nigdy nie podnosi głosu, bo wystarczy samo spojrzenie. Rzeczywiście - ostatnio pan premier Tusk spogląda na świat coraz straszniejszym, można powiedzieć - bazyliszkowym wzrokiem. Powiadają nawet, że siłą tego spojrzenia powstrzymał wody potopu, pewnie na tej samej zasadzie, na jakiej wzrok Meduzy zamieniał człowieka w kamień. Ciekawe, od czego mu się to zrobiło, bo wiele wskazuje na to, że te objawy wystąpiły u niego od momentu, gdy pod Smoleńskiem premier Włodzimierz Putin schwycił go w swoje objęcia. 
 Ciekawe, że przewidział to Janusz Szpotański, pisząc jak to "de Gaulle, sklerotik i starik" po pocałunkach carycy Leonidy "formalno popał w trans, on przestał bredzić o belle France i tolko skuczał u mych stóp: Ach Leonide, ty mienia lub, dla ciebie cały Zapad broszę, tylko mnie jeszcze całuj, proszę!". Najwyraźniej caryca Władymira całuje jeszcze lepiej niż Almanzor.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

 Izabela Embalo
"Goście"
Wiele oburzonych osób telefonuje do nas, kiedy ktoś z bliskich czy znajomych zostanie zatrzymany na granicy, ewentualnie zawrócony najbliższym samolotem. Oczywiście nie ma się co dziwić, każdy życzy sobie, by zapraszana w gości do Kanady osoba była mile potraktowana i by zezwolono na przekroczenie granicy. Jakie są realia? Należy sobie uświadomić, że władze Kanady nie mają obowiązku akceptowania wszystkich osób - "gości", które chcą Kanadę odwiedzić. Zresztą nie tylko Kanada, praktycznie każdy inny kraj ma prawo decydowania o tym, kto może na ich teren przybyć i jak długo może pozostać. Państwo także nie mają obowiązku wpuścić do domu każdego, kto zapuka do Waszych drzwi.  Na co zwracają zatem uwagę urzędnicy pilnujący kanadyjskiej granicy? Ogólnie, na bezpieczeństwo swoich rezydentów i obywateli oraz na to, czy osoba opuści w wyznaczonym terminie Kanadę, a stanowi o tym reguła prawna określona w sekcji 20 kanadyjskiego prawa imigracyjnego (IRPA).
 A zatem można stanąć na kanadyjskiej granicy (myślę o obywatelach polskich, którzy nie muszą posiadać wizy wjazdowej), ale nie gwarantuje to przekroczenia granicy. Jeśli zaistnieje sytuacja przesłuchania turysty na granicy, urzędnik musi być usatysfakcjonowany, że osoba nie zagości zbyt długo... Jak zatem przekonać, że nasz "gość" turysta powróci w terminie? W zależności od urzędnika, turysta może być zapytany o to, jaka  jest jego sytuacja w kraju pochodzenia (studia, zatrudnienie), ile posiada funduszy, do kogo przylatuje i w jakim celu. Wiadomo, że ci bogatsi mają łatwiej, także studenci i osoby z dobrym zatrudnieniem. W takiej sytuacji mniejsze jest bowiem podejrzenie, że osoba ma powody pozostania czy nielegalnej pracy w Kanadzie. Proszę także mieć na uwadze, że władze kanadyjskie mają prawo dokładnie sprawdzić, to co turysta ma przy sobie - komputery, komórki, nawet portfele... Dlatego zalecamy, by przekroczenie granicy traktować poważnie. Najczęściej  sytuacji  przykrych unikają osoby na taką rozmowę przygotowane. Nie zawsze jest obecny polski tłumacz, więc znajomość języków pomaga.
 A  jeśli nasz polski turysta ma się czym "pochwalić", zalecamy, by  przygotować odpowiednią, potwierdzającą dokumentację, na przykład wyciąg z konta bankowego, list z pracy potwierdzający urlop w terminie ważności biletu powrotnego etc. Czasami turyści pytani są o posiadanie kart kredytowych oraz wykupioną polisę ubezpieczenia medycznego.
 Do tematu jeszcze powrócę, ponieważ uważam, że wielu przykrych sytuacji mogą nasi rodacy uniknąć. Brak informacji, złe podejście do sprawy, kończą się w bardzo nieprzyjemny sposób i utratą zainwestowanych w podróż funduszy. Jeśli mają Państwo pytania odnośnie do powyższego artykułu, także do mnie czy do mecenasa Johna Koziny, prosimy o kontakt telefoniczny: 416-820-9576, 416-515-2022.
 Zapraszam do odwiedzenia naszej informacyjnej strony internetowej, gdzie zamieściliśmy inne przydatne informacje:
www.emigracjakanada.net 
Izabela Embalo
KANCELARIA ADWOKACKA 
JOHNA WALTERA KOZINA LAW OFFICE
tel. 416 515 2022
e-mail: Emiz@live.ca
1 Yonge Street, Suite 1801
M5E 1W7 Toronto Ontario
www.emigracjakanada.net

 Monika J. Curyk
Rozwody, separacje i co z nich wynika
Alimentacja współmałżonka to jedno ze znaczniejszych zobowiązań towarzyszących rozpadowi związku, zarówno małżeńskiego jak i nieformalnego.  Towarzyszy mu wiele niejasności, nieporozumień, a nawet mitów.
 Historycznie rzecz biorąc, alimentowanie współmałżonka, a w zasadzie alimentowanie żony, gdyż na początku swojego istnienia koncepcja ta była zdecydowanie jednokierunkowa i zakorzeniona w koncepcji małżeństwa, u źródeł której leżało zobowiązanie męża do utrzymywania swojej żony na poziomie życiowym określonym przez pozycję społeczną danej pary.  Jeżeli małżeństwo rozpadło się z winy męża, to jego zobowiązanie finansowe nie wygasało tylko dlatego, że w taki czy inny sposób rozbił swoje małżeństwo i "niewinnej" żonie należała się "pensja na życie".
 Biorąc pod uwagę zmiany, jakie nastąpiły od tamtych czasów, taki model alimentacji nie ma miejsca w nowoczesnym świecie, w którym rozwody udzielane są bez orzekania winy, majątek pary dzieli się na pół i większość kobiet pracuje.
 Przez krótki czas (mniej więcej od 1987 do 1992 roku), sądy kanadyjskie wierzyły, że osiągnięte zostało pełne równouprawnienie kobiet i alimentacja nie jest już potrzebna albo potrzebna jest w bardzo ograniczonym wymiarze.  Obowiązywała filozofia "clean break", która zakładała możliwość szybkiego rozstania pary bez znacznych zobowiązań finansowych. Skutkiem filozofii "clean break" alimentacja współmałżonka (a w zasadzie należałoby otwarcie powiedzieć, że współmałżonki), jeżeli w ogóle miała miejsce, to była krótkotrwała i niewysoka.
 Na początku lat dziewięćdziesiątych ustawodawcy i sędziowie zauważyli, że pomimo olbrzymich zmian w sytuacji ekonomicznej kobiet, daleko jeszcze do prawdziwej równości w tym względzie. Statystycznie rzecz biorąc, zarobki kobiet były (i są nadal) niższe niż mężczyzn i kobiety z reguły przejmują na siebie większość obowiązków związanych z opieką nad dziećmi, co ma olbrzymi wpływ na ich życie zawodowe.
 Sądy uznały, że alimentacja ma za zadanie kompensowanie tych różnic. Wysokość przyznawanych alimentów znacznie wzrosła, a okres, na który je przyznawano, wydłużył się. W przypadku wieloletnich związków małżeńskich alimentacja trwająca do końca życia nie jest niczym niezwykłym.
 Mało tego, w późnych latach dziewięćdziesiątych sądy uznały, że sam fakt, iż jedno z małżonków potrzebuje pomocy finansowej, na przykład ze względu na chorobę, jest wystarczającym powodem do przyznania alimentów.
 Obecnie alimentowanie współmałżonka to jedno z bardziej znaczących zobowiązań powstałych po rozpadzie stałych związków, zarówno małżeńskich jak i nieformalnych.  Istniejące prawo stanowi, że przy ustalaniu wysokości płaconych alimentów i długości trwania zobowiązania alimentacyjnego, sądy powinny brać pod uwagę następujące czynniki:
 1. Czas, przez jaki małżonkowie lub partnerzy zamieszkiwali razem (liczy się również czas wspólnego zamieszkania przed ślubem i czas mieszkania razem w związku nieformalnym);
 2. Role, jakie spełniali małżonkowie w czasie trwania związku;
 3. Umowy zawarte przez małżonków odnośnie do alimentacji lub wydane decyzje sądowe.
 Z ustawowego punktu widzenia alimentacja ma na celu:
 1. Identyfikację i wyrównanie ekonomicznych konsekwencji związku i jego rozpadu.  Jeżeli w związku jedna osoba pełniła funkcje pomocniczą, aby umożliwić drugiej robienie kariery lub rozwijanie biznesu, to osoba ta musi uzyskać kompensatę za swój wysiłek, w postaci udziału w przyszłych zarobkach ekonomicznie silniejszego partnera.
 2. Skompensowanie ekonomicznych konsekwencji wypływających z opieki nad dziećmi. Matka, która nie pracowała albo pracowała mniej, aby zająć się dziećmi, ma prawo być za to wynagrodzona.
 3. Niesienie ulgi w trudnej sytuacji spowodowanej rozpadem związku. Zakłada się, że jest drastycznie niesprawiedliwe, aby stopy życiowe rozwiedzionych małżonków znacznie się różniły. 
 4. W miarę możliwości zachęcanie małżonków do osiągnięcia niezależności finansowej. Od "słabszego ekonomicznie" małżonka oczekuje się, że znajdzie zatrudnienie, ale sądy nie mają trudności z uznaniem, że w wielu sytuacjach może się to nigdy nie zdarzyć. Na przykład, jakie są szanse, że żona, która nie pracowała  przez 35 lat małżeństwa i która rozstała się z mężem w wieku lat 60, znajdzie dobrą pracę.
 Dla jasności warto wspomnieć, że ani akty prawne, ani decyzje sądowe nie stwierdzają, że alimenty z definicji płacone są żonie. Istnieją przypadki, w których sąd uznał, że to żona ma płacić mężowi alimenty.  Nie ma ich za wiele.
 Przez wiele lat ustalanie wysokości alimentów i tego, jak długo mają być płacone, zależało w dużej mierze od sędziego podejmującego decyzję. Jako wytycznych używano budżetów obu małżonków i założenia, że ich standardy życia po rozpadzie związku nie powinny się bardzo różnić od siebie, powinny w miarę możliwości odzwierciedlać standard życia przed rozstaniem, jednocześnie biorąc pod uwagę, że gdy za ten sam dochód utrzymuje się dwa domy zamiast jednego, to standard życia obu domów z konieczności się obniża. Prawnicy narzekali na problemy z udzielaniem konkretnych rad swoim klientom, wobec czego wiele osób, którym należały się alimenty, nie występowało o nie ze względu na niepewność i niedoinformowanie. 
 W odpowiedzi na te dylematy, w 2005 roku wprowadzono Spousal Support Advisory Guidelines (SSAG), których celem jest uproszczenie kwestii alimentacji współmałżonka. 
 Słowo "advisory" ma na celu zaznaczenie, że przestrzeganie SSAG nie jest nakazane prawem i służą one głównie niesieniu pomocy w ustalaniu zakresu wysokości alimentów i czasu ich płacenia. Pomimo swojego niewiążącego charakteru, Guidelines zostały zaakceptowane przez sądy jako obowiązujące i sytuacje, w których się ich nie stosuje, są bardzo nieliczne.
 Swój następny artykuł poświęcę w całości analizie Spousal Support Advisory Guidelines i przedstawieniu przykładów ich działania.
Monika J. Curyk - Mississauga

  Nie tylko plaże
Plaże w Ontario, to zwykle kąpieliska nad olbrzymimi jeziorami, których Natura nie poskąpiła naszej prowincji. Można wybrać się na nie już teraz, na przełomie maja i czerwca, bo upały zapowiadają się na ten weekend wyjątkowe, ale woda jest jeszcze chłodna i nie warto ryzykować przeziębienia. Warto jednak poznać już teraz te zakątki, bo często oferują one różne formy odpoczynku - nie tylko leżenie na piasku czy pluskanie się w wodzie.

Charleston Lake Provincial Park
 W tym parku nie sposób się nudzić. Choć posiada dwie plaże, to poważną konkurencją dla nich są wędrowne trasy zarówno wodne, jak i lądowe. Dobrze więc jest, jadąc do Charleston Lake Provincial Park, zabrać nie tylko kąpielowy strój, ale też parę wygodnych butów oraz canoe. Łódkę warto posiadać własną, bo lokalna wypożyczalnia nie nadąża z zaspokojeniem potrzeb - tyle jest chętnych!
 Park, choć oddalony do naszej aglomeracji o ponad 300 km, jest chętnie odwiedzany przez jej mieszkańców, a to z powodu prostej i łatwej drogi - wystarczy wjechać na autostradę 401 i jechać nią na wschód, by po czterech godzinach jazdy mijać parkową bramę. 
 Park o powierzchni 2353 hektarów leży po zachodniej stronie jeziora Charleston. Na jednym z półwyspów ulokowane są trzy obozowiska dla namiotów i kempingowych przyczep - w sumie jest ich tutaj  248. Niestety, nie wszystkie wabią przestronnością i urodą, ale wiele jest ładnie położonych i zapewnia większą od innych campsites dyskrecję.  Najdalej od jeziora leży obozowisko Meadowlands - pozostałe dwa: Bayside i Shady Ridge - ulokowane są nad samym brzegiem Charleston Lake. 
 Jak już wspomniałem, w parku są dwie plaże; bardziej urokliwa jest ta położona przy Shady Ridge Campground. Jest tu też mniej ludzi, bowiem pierwsza plaża przy Bayside pełni także rolę miejsca wypoczynku dla gości przybywających do parku na jednodniowy piknik. 
 Nie tylko plaże powinny być miejscem naszej eksploracji tego parku. Znajduje się tu parę pieszych szlaków, które warto zaliczyć ze względu na ich urok. Tollow Rock Bay Trail, choć jest najdłuższa (11 kilometrów), to także najbardziej przeze mnie polecana. Na jej pokonanie potrzeba 4 godzin, ponieważ miejscami prowadzi przez trudny teren. 
 Oprócz trasy Tollow Rock Bay na terenie parku znajdują się jeszcze trzy krótsze: 1,5-kilometrowa Beach Woods Trail, 2-kilometrowa Hemlock Ridge Trail i najpiękniejsza z całej trójki 3,3-kilometrowa Sandstone Island Trail. Tu naocznie spotkamy się z prehistorią, bowiem zobaczymy miejsce, gdzie morze w erze paleozoicznej wyrzeźbiło w skale tajemnicze jaskinie. 
 Absolutnie konieczne jest zwiedzanie parku także od wody. Piękna trasa canoe wiedzie wzdłuż zachodniego wybrzeża parku do Slim Bay Bridge, gdzie wpłyniemy na wewnętrzny akwen należący do parku. Nie ma tu żadnych motorowych łodzi - jest za to urzekająca cisza i wspaniałe widoki. 
 W parku Charleston można wynająć sobie campsites w interiorze. Dotrzeć do niego można tylko wodną drogą, do czego może się nam przydać nasze canoe.
 Dojazd do parku z Toronto: autostradą nr 401 na wschód, mijamy Kingston i za Gananoque skręcamy w drogę nr 3 na północ. 

 The Pinery Provincial Park 
 Podobnej wielkości co Charleston Lake Provincial Park, Pinery jest jednak różny pod każdym innym względem. Nie ma tu skał, ciemnych lasów i przepastnie głębokich jezior - króluje słońce i piasek. Położony nad jeziorem Huron oferuje bowiem cudowne plaże i najładniejsze zachody słońca w całej prowincji!
 Park swą nazwę zawdzięcza sosnowym uprawom, które założono na jego terenie w latach 60. ubiegłego wieku. Posadzono aż trzy miliony tych drzew, zmieniając całkowicie ekosystem. Dopiero w 1980 roku zauważono, że taka monokultura zagraża istniejącej tu unikatowej dębowej sawannie. Rozpoczęto rekultywację i wycinkę nadmiaru drzew, co w efekcie doprowadziło do odtworzenia się sawanny. Oak savanna stanowi granicę przejściową między dębowym lasem a porosłymi trawą obszarami. Na całym świecie zniszczono ją prawie całkowicie, a połowa z zachowanych obszarów dębowej sawanny znajduje się właśnie na terenie Pinery. 
 Leżący nad jeziorem Huron park ma długą 10-kilometrową plażę, która do złudzenia przypomina wybrzeże Bałtyku; jezioro jest prawie zawsze rozfalowane i zgrzywione, a piaszczyste wydmy i posadzone wokół nich sosny tylko to wrażenie pogłębiają. Park jest rozległy (2532 ha); na jego terenie znajduje się 1000 miejsc kempingowych, tworzących trzy obozy: Burley, Dunes i Riverside Campgrounds. Dwa pierwsze ulokowane są nad brzegiem jeziora - blisko stąd do plaży, do której idzie się drewnianymi pomostami przerzuconymi nad wydmami. Pole namiotowe Riverside oddalone jest od jeziora o kilka kilometrów i znajduje się nad starym korytem rzeki Ausable. Jeśli zamierzamy łowić ryby i pływać canoe, to zaklepmy sobie miejsce pod namiot właśnie w tym obozowisku.     W obrębie parku znajduje się wiele wędrownych szlaków i 14-kilometrowa rowerowa trasa. Droga jest wyasfaltowana, więc nadaje się też do jeżdżenia na rolkach. Na miejscu jest wypożyczalnia rowerów i sprzętu pływającego. 
 Dojazd z Toronto zajmuje trzy godziny: autostradą 401 do London, tam autostradą 402 i drogą nr 81 do Grand Bend. Z Grand Bend skręcamy na południe w drogę nr 21. 

 Sandbanks Provincial Park
 Jeśli mowa jest o plażach w naszej prowincji, to koniecznie trzeba wspomnieć o niezwykłym miejscu, jakim jest Sandbanks Provincial Park. To raj dla amatorów płytkiej ciepłej wody i gorącego, plażowego piasku. I choć plaże stanowią w tym parku główną atrakcję, to bez trudu znajdziemy jeszcze kilka innych. Można tutaj łowić ryby, puszczać latawce, nurkować w zasypywanej przez ruchome wydmy głębokiej zatoce, jak również wędrować po klifowym brzegu w poszukiwaniu prehistorycznych śladów życia odciśniętych w skale. 
 Rozległe plaże określane jako Sandbanks, powstały z tej samej przyczyny, co odległy o kilkadziesiąt kilometrów półwysep Presqu'ille. Wiejące stale z zachodu wiatry oraz istniejące w jeziorze podwodne prądy podmywają strome brzegi w okolicach Scarborough i Darlington i niosą setki ton piasku na wschód, gdzie na wysokości Brighton część osadza się, poszerzając corocznie o kilka metrów półwysep. Jeszcze przed paru wiekami, Presqu'ille była wapienną wysepką oddaloną o parę kilometrów od stałego lądu, teraz jednak naniesione przez prądy kamienie i piach połączyły ten skrawek ziemi, tworząc głęboko wrzynający się w wody jeziora półwysep, na którym utworzono jeden z piękniejszych parków prowincyjnych.
 Przesuwające się po dnie jeziora masy piachu wędrują dalej i przez trzynaście tysięcy lat, czyli od ustąpienia ostatniego lodowca z południowego Ontario, utworzyły w okolicach Trenton i Belleville cały system wysepek, który z czasem zamienił się w to, co nazwane jest teraz Prince Edward County. W zachodniej części hrabstwa piach spiętrzony przez wiatr urodził ruchome wydmy oraz największe na świecie słodkowodne plaże. 
 Niebanalna uroda parku powoduje, że w sezonie praktycznie niemożliwe jest tu rozbicie namiotu bez wcześniejszej rezerwacji. Ponieważ jednak wspomniane plaże położone są niezbyt daleko od Toronto, można wybrać się tu na jednodniową wycieczkę. 
 Dojazd do Sandbanks zajmuje 2,5 godziny; do Belleville autostradą 401, później na południe drogą nr 62 do County Road 12.

 Wasaga Beach Provincial Park
 Z wszystkich dzisiaj przedstawianych parków Wasaga Beach jest najbardziej "plażowa". W rzeczywistości jest to letniskowa miejscowość położona nad Nottawasaga Bay, której część leżącą nad samą wodą stanowi prowincyjny park. 
 14-kilometrowa plaża przyciąga w porze letniej tysiące spragnionych udanego odpoczynku Ontaryjczyków. Wybrzeże, w zależności od poziomu wód w jeziorze Huron, corocznie zmienia swą szerokość i są lata, że plaża  w Wasaga Beach walczy o palmę pierwszeństwa z opisywaną wcześniej plażą w Sandbanks! Dogodny dojazd, parkingi i stoły poustawiane na piaszczystym wybrzeżu zapraszają do urządzenia tutaj pikniku i poużywania sobie w nagrzanej wodzie. 
 Park czynny jest przez cały rok, należy do grupy parków dziennych - więc nie ma w nim żadnej możliwości spędzenia nocy.  Jednak dla chcących przedłużyć sobie pobyt w tym niezwykle uroczym miejscu,  zbudowano w okolicy wiele moteli, hoteli i cottage'ów. 
 Dojazd do parku drogą 26 lub 92 zajmuje z Toronto około 1,5 godziny jazdy samochodem.
***
 Pamiętajmy, że od 1 lipca wzrosną ceny za korzystanie z uroków prowincyjnych parków, bo w życie wchodzi łączony podatek HST. Do ceny doliczać będzie się 13-procentowy haracz (dotychczas podatek wynosił 5 procent). 
Jerzy Rosa - Mississauga
 

  Potem ludzie przyjdą sami
Jarosław Kaczyński zebrał siły i pokazał się w minioną sobotę na placu Teatralnym, widziałem fragmenty i szczerze mówiąc, nie powaliło mnie na kolana.
 Dlaczego?
 Bo:
 - za dużo ogólników,
 - wydawał się sztuczny. 
 Ludzie są z nim sercem i trzeba porwać naród do walki. Odrzucić magików od sprzedawania proszku Persil i pijaru, za to być sobą - szczerym Polakiem
 Wygląda na to, że Jarosława "prowadzą fachowcy", a na mojego nosa, przyszła pora na naturszczyków. Ludzie, deko dojrzeli, dosyć mają manipulacji i reżyserii - opalonych polit-amantów w białych garniturach. Skuteczniejsze byłoby prowadzenie kampanii prosto z mostu, jasno mówiąc, kto wróg, kto przyjaciel, odwołując się do polskich wartości.
 Tylko czy  Jarosław chce tak właśnie robić, czy chce naruszyć podwaliny systemu, w którym też przecież do tej pory jakoś funkcjonował?
 Nadal czekam na porywającą wizję polskiej sanacji, nakreślenie zrębów reformy państwa polskiego odpowiadającego aspiracjom 40-milionowego narodu, dokładnego określenia polskiej racji stanu, stosunku do Unii Europejskiej, do niepodległości, do polityki energetycznej czy zasobów gazu.
 Czekam na konkretny program - listę celów politycznych do osiągnięcia. Wiem, że prezydent nie rządzi, ale sytuacja jest wyjątkowa i głosowanie na prezydenta powinno być wstępem do rozstrzygającej batalii o wizję państwa.
 Sytuacja międzynarodowa zmienia się bardzo szybko, wracają stare kierunki polityki Rosji i Niemiec, osłabione Stany Zjednoczone wycofują się z europejskiego zaangażowania, pora na nową politykę zagraniczną. W tej dziedzinie  prezydent ma coś do powiedzenia. Przy odbudowie instytucji państwa postawa prezydenta też byłaby bardzo pomocna. 
 Czekam na stworzenie ram "stronnictwa sanacji", ogólnonarodowego ruchu odbudowy Polski, który wykrystalizowany w wyborach prezydenckich, sięgnie później po władzę w Sejmie.
 Ruch taki z założenia musiałby zniszczyć obecny salon i przeorać warszawską elitę. Nie jest to niemożliwe, bo czasy idą burzliwe, a  projekt Unii Europejskiej trzęsie się w posadach.
 Tak więc wciąż czekam na poinformowanie, jakie są zamiary kandydata Jarosława Kaczyńskiego w kwestii Traktatu z Lizbony, jak widzi główne osie polskich sojuszy, jaki jest jego stosunek do polityki niemieckiej, co sądzi o polityce Kremla, czy będzie pracował na rzecz zachowania złotego jako waluty kraju, czy przewiduje zmianę konstytucji? Jaki jest jego stosunek do prywatyzacji proponowanej przez rząd Tusk?
 Lista oczekiwań jest długa. Chciałbym po prostu pod nienagannym garniturem dostrzec żywego, może niezbyt uczesanego i dogolonego człowieka, który gotów jest oddać Polsce serce i umysł.
 Kogoś, kto otwarcie wskazuje na projekty globalizacyjne, realizowane wobec naszego kraju, i zacznie posługiwać się publicznie bez żadnych zahamowań kategorią interesu państwowego.
 Starym piernikom z warszawskich salonów wydaje się, że są w stanie nadal trzymać Polaków na wodzy. W kraju mieszka już nowe pokolenie, ludzi zdających sobie sprawę ze starych gorsetów, gotowych poprzeć polski program polityków wyraźnych i z ikrą. Pewnie, że w takiej sytuacji druga strona sięgnie po wielkie armaty. I tak po nie już sięga, i tak będzie na noże, i tak Wajda straszy "wojną domową". 
 Straszy, bo może się okazać, iż siła obecnego układu to blef, a za obecną "partią władzy" jest pusto.  Jeśli ktoś rzuca rękawicę z napisem "wojna domowa", trzeba mu uświadomić, że w jej przypadku zostałby zmieciony.
 Trwa walka o młodzież i dlatego stronnictwo sanacji ludziom w młodym wieku, musi przedstawić wizję silnej Polski. 
 Konkretną i wykraczającą poza schemat kampanii prezydenckiej - być może reformy monetarnej, być może głębokiej reformy sił zbrojnych, być może znoszącą ograniczenia dla drobnej przedsiębiorczości, przy jednoczesnym nałożeniu uczciwych ograniczeń i podatków na  wielkie korporacje, być może różnicującą przepisy gospodarcze na korzyść kapitału polskiego.
 Czy Jarosław Kaczyński na to się zdobędzie? Nie wiem. W każdym razie czasu pozostało niewiele.
 Zakorzeniona w tradycji katolickiej, nowoczesna Polska, dostatecznie uzbrojona, promująca własny polski biznes, wyzwalająca energię gospodarczą zwykłych ludzi, zwłaszcza młodych - to marzenie, które  musi znaleźć odbicie w wyborach.
 Chyba że jest już za późno, że wszystko jest przegrane i możemy co najwyżej wystawić pośliniony palec do góry, by zobaczyć, z której strony wieje i komu bardziej opłaca się nam nadstawić zadek.
 To upiorny wybór. Zanim do niego zostaniemy zmuszeni, zawalczmy choć jeszcze trochę o Polskę.
 Jarosław Kaczyński przede wszystkim mógłby zacząć od w miarę dokładnego wskazania obecnych zagrożeń. Na pewno nabrałby przez to wiarygodności. I na Boga, nie róbmy z jedności bożka. Po co jedność ze zdrajcami? 
 Naród najpierw potrzebuje wizji, wokół której mógłby się zjednoczyć. Potem ludzie sami przyjdą. 
Andrzej Kumor
Mississauga
 
 
 
 
 
 

GONIEC, NR 20/2010 

Początek ciekawych czasów?
Nieszczęścia chodzą parami, a nawet trójkami. Jeszcze nie ochłonęliśmy po katastrofie prezydenckiego samolotu w pobliżu lotniska Siewiernoje pod Smoleńskiem i nadal tyle wiemy o przyczynach tej katastrofy, co i przedtem, a tu, jak grom z jasnego, a właściwie zachmurzonego nieba, runęła na Polskę powódź. 
 Jeśli chodzi o katastrofę, to Rosjanie od razu, a kto wie - może nawet na kilka dni przedtem, wiedzieli, że jej przyczyną był błąd pilota. Jeszcze bowiem nie zostały pozbierane szczątki samolotu, jeszcze nie znaleziono, ani tym bardziej - nie odczytano zapisów w czarnych skrzynkach, a już wiadomo było, że samolot zachował się bez zarzutu. No bo i jakżeby inaczej, skoro kilka miesięcy wcześniej został gruntownie wyremontowany w Samarze? Skoro padł taki rozkaz, to wiadomo, że inaczej być nie może, bo w tej sytuacji wszelkie podejrzenia "mogłyby zagrozić urzeczywistnieniu celów Unii Euro..." - pardon - to był cytat z Traktatu lizbońskiego, który, rzecz prosta, ze śledźtwem, jakie rosyjska prokuratura prowadzi w sprawie katastrofy, nie ma nic wspólnego. Więc wszelkie podejrzenia mogłyby zagrozić sławnemu i tak bardzo wytęsknionemu przez Stronnictwo Ruskie pojednaniu polsko-rosyjskiemu. Z tej tęsknoty - a tęsknota - wiadomo: im większa, tym większe powoduje onieśmielenie po stronie tęskniącego, toteż Nasi Umiłowani Przywódcy, zarówno w osobie charyzmatycznego marszałka Bronisława Komorowskiego, który pewnie już niedługo zostanie udelektowany tytułem "Drogiego Bronisława", jak i energicznego premiera, laureata Nagrody im. Karola Wielkiego Donalda Tuska, jak również marsowego właściciela "strefy zdekomunizowanej", ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, nawet nie ośmielili się skorzystać z obowiązującego porozumienia, jakie Polska zawarła w 1993 roku z Rosją w sprawie badania katastrof lotniczych. W rezultacie cała Polska, kiedy tylko nie czyta bajek dzieciom, słucha bajek wymyślanych przez Naszych Umiłowanych Przywódców na temat "wspólnego" śledztwa. 
 Ponieważ jak wiadomo, Naszych Umiłowanych Przywódców jest wielu, a jeszcze nie nabrali oni takiej eksperiencji w bajczarstwie, jak, dajmy na to, ruscy szachiści czy chińscy mandaryni, to poszczególne bajki niekiedy znacznie się między sobą różnią. 
 Oto na przykład minister spraw wewnętrznych pan Miller kategorycznie stwierdza, że polscy prokuratorzy uczestniczą we wszystkich czynnościach podejmowanych przez prokuratorów rosyjskich, ale co z tego, kiedy zaraz potem prokurator wojskowy, pułkownik wojsk lotniczych oznajmia, że właśnie "oczekuje" na protokoły, jakie ma mu nadesłać strona rosyjska. Gdyby uczestniczył w czynnościach śledczych razem z prokuratorami rosyjskimi, to po zakończeniu każdej czynności musiałby wraz z prokuratorami rosyjskimi podpisywać protokół i nie musiałby czekać, aż mu go przyślą, bo jedną kopię miałby od razu. Miejmy jednak nadzieję, że jak śledztwo trochę jeszcze potrwa, to i bajki będą skoordynowane znacznie lepiej, tak żeby wszystko zakończyło się wesołym oberkiem.
   Więc kiedy tak oczekujemy na końcowy komunikat komisji, która pod przewodnictwem premiera Włodzimierza Putina przedstawi nam do wierzenia prawdę służącą umocnieniu nierozerwalnego pojednania polsko-rosyjskiego - na Polskę ni stąd, ni zowąd runęła powódź. Jak wiadomo - im cieplej, tym zimniej, więc na skutek globalnego ocieplenia początek maja był wyjątkowo chłodny. Na domiar złego, znad Morza Śródziemnego napłynęło ciepłe powietrze z chmurami. Kiedy zderzyło się ono z mroźnymi podmuchami, jakie w ramach podgotowki do pojednania napłynęły z Północnego Wschodu, z chmur lunęły potoki deszczu. Akurat bawiłem wtedy na Podbeskidziu i gdybym nie wyjechał wieczorem do Tarnowa, to już nie mógłbym opuścić Nowego Sącza. Kiedy nazajutrz wracałem koleją z Tarnowa do Warszawy, wszystkie potoki przypominały Mekong albo Missisipi, a woda sięgała już poziomu mostów kolejowych. Obecnie Wisła wylała szeroko w rejonie Sandomierza, gdzie trwa dramatyczna obrona tamtejszej huty szkła. Wylała także Odra, zalewając Brzeg i ponownie zagrażając Wrocławiowi. Kiedy to piszę, kulminacyjna fala dociera właśnie do Warszawy i jeśli na którymś odcinku wały zostaną przerwane, to niżej położone dzielnice, a więc i moje Powiśle, mogą zostać podtopione, a może nawet zalane. W każdym razie wojewoda mazowiecki dał dzisiaj do zrozumienia, że na Mazowszu wały gdzieś muszą puścić, tylko nie wiadomo gdzie i kiedy. 
 Powtarza się zatem sytuacja z roku 1997, kiedy to miała miejsce "powódź tysiąclecia". Wygląda na to, że nowe tysiąclecie właśnie zostało zainaugurowane nową powodzią, która przybiera tak zastraszające rozmiary przede wszystkim dlatego, że władze państwowe z tamtej powodzi nie wyciągnęły żadnych wniosków. Dotyczy to zarówno premiera Włodzimierza Cimoszewicza, którego tamta powódź spłukała z rządowego fotela, charyzmatycznego premiera Jerzego Buzka, który zadbał o wprawienie w korpus Rzeczypospolitej setek tysięcy klamek, żeby wyposzczeni działacze Solidarności i pozostałych stronnictw patriotycznych z koalicji AWS-UW mieli się gdzie uwiesić, jako że SLD i PSL zdążyły uprzednio wszystkie co do jednej klamki zająć. Dotyczy to także premiera Leszka Millera, który swoją katastrofę samolotową jednak przeżył, oraz premiera Marka Belki, do którego rządu żadne ugrupowanie parlamentarne nie chciało się przyznawać, a który mimo to trwał sobie beztrosko w najlepsze aż do końca kadencji. Na jego przykładzie widać wyraźnie, że polską demokracją muszą jednak rządzić Siły Wyższe, bo jakże inaczej wytłumaczyć taki fenomen? Dotyczy to także premiera Kazimierza Marcinkiewicza, premiera Jarosława Kaczyńskiego oraz premiera Donalda Tuska, który udając się do powodzian, poradził im najpierw, żeby tworzyli listy proskrypcyjne tych, którzy coś "spieprzyli". Myślał pewnie, że wpiszą tam tylko opozycję, ale po kilku godzinach pewnie dotarło do niego, gdzie ludzie mają te wszystkie przekomarzania, którymi Nasi Umiłowani Przywódcy wypełniają sobie czas między kręceniem lodów i podlizywaniem się starszym i mądrzejszym, bo sformułował na poczekaniu strategiczną doktrynę przeciwpowodziową, że ludzie "muszą uciekać". Ano, jak mają takich Umiłowanych Przywódców, to nie pozostaje im już nic innego. Tylko gdzie? Gdyby Umiłowani Przywódcy byli trochę bardziej odpowiedzialni i bardziej samodzielni względem razwiedki, to może przez te trzynaście lat zdążyliby umocnić wały przeciwpowodziowe, żeby ucieczka nie była jedyną powinnością obywateli płacących podatki. Na razie premier Tusk oszacował wstępne koszty doraźnych zasiłków na pół miliarda złotych. Kiedy porównamy to z 11 miliardami, jakie co roku Polska odprowadza do Unii Europejskiej tytułem składki, to trochę lepiej rozumiemy, jakie potężne pieniądze są trwonione.
 A skoro już doszliśmy do pieniędzy, to tak się złożyło, że akurat w trakcie powodzi inaugurującej trzecie tysiąclecie, tonie również złotówka. Dzisiaj za jednego dolara amerykańskiego płacono już 3,39 złotego, a ponieważ kryzysowi finansowemu i ekonomicznemu w strefie euro towarzyszy również powódź w Polsce, to nie jest to z pewnością ostatnie słowo. Ta perspektywa najwyraźniej musi niepokoić Umiłowanych Przywódców również w innych państwach europejskich, bo właśnie po cichutku zaczęły one w szybkim tempie uzupełniać zapasy dla obrony cywilnej, a charakter tych zapasów wskazuje na zamiar szybkiego rozwinięcia tych oddziałów, żeby były one zdolne do stłumienia gwałtownych rozruchów. Nadchodzą ciekawe czasy.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
 

Jerzy Rozenek
List z Polski
Szanowna Redakcjo!
 Dzień wyborów prezydenckich w Polsce zbliża się wielkimi krokami.   Jeszcze miesiąc, to dużo i mało, można przez ten czas coś wygrać lub sobie zaszkodzić.  W sondażach przewaga Komorowskiego stale maleje, doprowadza to do furii, i o dziwo, nie tak samego kandydata, tylko jego zauszników, szczególnie zaś tak zwany "honorowy komitet poparcia dla Komorowskiego". Sympatycy Komorowskiego i Platformy zrozumieli, że tak pewne zwycięstwo w wyborach prezydenckich, misternie przygotowane przez "prawybory", zaczęło się wymykać i podniesiono głośne larum. Zmobilizowano media i różnych opiniodawców, żeby głosić, iż nowy wizerunek Jarosława Kaczyńskiego nie jest prawdziwy. Że to czysty marketing, że wszystko sprytnie przygotowano na rzecz wyborów i potem będzie normalnie. Zaczęto już znowu straszyć powrotem IV RP. Jednak to co pokazali tzw. intelektualiści z komitetu Komorowskiego, to było coś żenującego.
 W ostatnią niedzielę, w Pałacu w Łazienkach Warszawskich, zebrało się to gremium i żal  było patrzeć i słuchać, jak Władysław Bartoszewski, skądinąd człowiek zasłużony, były więzień obozów zagłady, który prawdopodobnie wiele przeżył, zachował się bardzo niegodnie wobec Jarosława Kaczyńskiego. Wstyd mi było za tego człowieka, który przygarbiony, trzęsący się, acz postukujący laską, naigrawał się z człowieka, który nie tak dawno stracił ukochanego brata. Twierdził, że jakoby to brak własnej rodziny, czyli żony i dzieci, miał dyskwalifikować Kaczyńskiego jako przyszłego prezydenta. Nie tylko ja pewnie tak twierdzę, że niejednokrotnie rodzina, nie chcę powiedzieć, że przeszkadza, ale jest czasami utrudnieniem w prowadzeniu działalności społecznej. Mówiła niedawno o tym Pani Jakubiak z Kancelarii Prezydenta, która ma dwie córki potrzebujące matki, a nie zawsze mogą być razem.  Bartoszewski już kiedyś wyzwał społeczeństwo od dewiantów i bydła, oj, nie przystoi, nie przystoi! - Czas już wnuki bawić i nie w głowie polityka, Panie Władysławie.
 Następny z komitetu, Andrzej Wajda, zasłynął ostatnio tym, że próbował skłócić polski naród listem otwartym w sprawie pochówku na Wawelu Pary Prezydenckiej. Potem żalił się w "Polityce" nr 21 maj/2010, że "Pani doktor, która go leczyła, na prośbę o wizytę domową powiedziała, że nie ma czasu go zbadać, jutro też nie i niech pan znajdzie sobie innego lekarza". No a czegóż mógł się spodziewać? Po takim liście? W tym samym numerze "Newsweek" twierdzi, że przeżył już rządy Kaczyńskiego, który jest "demonem konfliktu". Czy tak jest? - na pewno nie. Teraz w Niedzielnym spotkaniu nawoływał do wojny z PiS-em, jakby Katyń mu nie wystarczył, przecież tam zginął jego ojciec.
 Następnie prześmiewca Marek Majewski, powtórzę - Marek, bo znam wielu porządnych Majewskich, a ten ze swym szyderczym uśmieszkiem na ustach nazwał Jarosława Kaczyńskiego "psychopatą". Trzeba mieć tupet.
 W komitecie jest Daniel Olbrychski, który rozsiewa nienawiść. Jakiż to z niego autorytet? - znany z licznych skandali, no i to pamiętne "rozłożenie wystawy" obrazów w warszawskiej "Zachęcie", gdzie z szablą przemyconą pod płaszczem wtargnął na wystawę i pociął kilka cennych płócien. Wystawa była o "Nazistach" na portretach. Byli to aktorzy z filmów, m.in. Olbrychski.
 Gdy piszę te słowa, Polskę zalewa fala powodzi, pewnie ktoś tam sobie pomyśli, że to jakiś znak, może pewien symbol naszego losu, losu Polski, która nie potrafi niczego zrozumieć. Ta woda to może są łzy tych ludzi, którym dzieje się krzywda i znowu  nie z ich winy. Ta ich tragedia zwraca uwagę polityków, którzy tam jadą i widzą ludzki dramat, po raz kolejny!!! I co teraz zrobią, czy się zjednoczą, naprawią błędy, dadzą ludziom żyć godnie? Południe Polski, bardzo zaniedbane przez państwo polskie,  biedne domki i taka tragedia, strata dorobku życia. Będą obietnice, jak przy poprzednich powodziach. Nowe wały zabezpieczające, nowe zbiorniki retencyjne i specjalne strefy zalewowe.
 Idą wybory, może teraz nawet przełożone o dalsze trzy miesiące, ze względu na to nieszczęście powodzi, czy w swych programach, a potem w realizacji, znajdzie się problem powodzi? Teraz, póki co, ci wszyscy intelektualiści mają pole do popisu, zamiast na wojnę z PISEM niech ruszą na południe Polski, tam ludzie wołają o pomoc. Tam można powalczyć z żywiołem. Sytuacja jest naprawdę dramatyczna. Nie sztuka stanąć przed obiektywem kamery i się wymądrzać, ale trzeba dać świadectwo wspólnoty, że jesteśmy jedną Polską. Możemy i musimy sobie pomagać, szczególnie w takich trudnych sytuacjach. Niekoniecznie tam na miejscu, ale przez wspomożenie groszem i dobrym słowem.
 Wracając do krytyki spadającej na Jarosława Kaczyńskiego, zastanawiające jest, że wiele głosów krytykujących jego osobę, wręcz prowokujących do takich samych zachowań, mówi jednocześnie, że premier Rosji Putin bardzo się zmienił. Mówi się wręcz, że to nie ten sam Putin. Czy to nie dziwne? Tu nasz ziomek Polak z krwi i kości, a nieprawdziwy, a były pułkownik KGB to już inny Putin, mało, to nasz przyjaciel, nie tylko Donalda Tuska, ale wszystkich Polaków. Społeczeństwo Rosji częściowo się zmieniło i to jest prawda, ale nie ktoś o mocarstwowych ambicjach.
 Nie zmienia się ten, kto był w KGB. Kto przeczytał choć jedną książkę Wiktora Suworowa, ten wie, że tam człowiek wychodzi ukształtowany i powiązany jest do końca życia z tą organizacją, chyba że zdezerteruje, ale to i tak będą go szukać z wyrokiem śmierci. Czy może się zmienić człowiek, który?
 - o Prezydencie Kaczyńskim mówił, używając haniebnego określenia o "ohydnie brudnym prezydencie";
 - to Putin umorzył śledztwo w "sprawie zbrodni katyńskiej", gdzie prokuratura stwierdziła, że "przekroczono obowiązki służbowe", mimo że wcześniej za Jelcyna uznano, że jest to "zbrodnia wojenna";
 - Putin powiedział - "tylko ten, kto nie ma serca, nie tęskni za Związkiem Radzieckim";
 - "załamanie się imperium sowieckiego było największą tragedią geopolityczną XX wieku";
 - świętowanie w Rosji Dnia Jedności Narodowej, na cześć wypędzenia w 1612 polskiego garnizonu z polskim carem z Kremla,  od Listopada 2004 roku jest to najważniejsze święto Rosji;
 - ignorowanie przez Rosję rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego;
 - embargo na import polskiego mięsa i produktów roślinnych;
 - pamiętamy 60. rocznicę zakończenia II wojny światowej i potraktowanie Prezydenta Kwaśniewskiego;
 - doprowadzenie do realizacji budowy gazociągu po dnie Bałtyku i wiele, wiele innych nieprzyjemnych gestów i działań wobec Polski.
 Na pewno niektórzy muszą wziąć to wszystko pod uwagę i zamienić swój huraoptymizm odnośnie do zmiany nastawienia władz rosyjskich w stosunku do Polski.  Powściągliwość w otwartości w stosunku do naszego wschodniego sąsiada będzie tu zrozumiana. To wcale nie znaczy, że nie należy dążyć do formowania jak najlepszych stosunków z naszym wschodnim sąsiadem, ale na warunkach partnerskich, takich do jakich dążył Prezydent Lech Kaczyński, a teraz, miejmy nadzieję, przyszły nasz Prezydent Jarosław Kaczyński.  Myślę, i tak jest na pewno, że wielu Polaków w Kanadzie utożsamia się z polityką Jarosława Kaczyńskiego i da wyraz poparcia w nadchodzących wyborach na zaszczytny Urząd Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.
 Pozdrawiam serdecznie
Jerzy Rozenek
Warszawa

 Joanna Jaroszewska
"No przecież możemy głosować" - czyli kilka uwag na marginesie wyborów
Ostatnio spotkałam się z projektem listu otwartego o zmianę polskiego prawa wyborczego w celu ułatwienia Polonii udziału w głosowaniu. Gdy zwróciłam się do znajomych z prośbą o poparcie tego apelu, wielokrotnie usłyszałam opinię: ..."Gdzie tu jest problem, no przecież możemy głosować".
 Ano, jest problem, a nawet kilka.
 Aby głosować, trzeba być najpierw zarejestrowanym na liście wyborców. Pomijam trudności faktyczne. Niewystarczająca liczba polskich placówek dyplomatycznych i ten ich "styl" pracy. To temat na osobną rozprawę (spróbujcie się Państwo dodzwonić w okresie wyborczym). Przerażające jest dla mnie, jak równocześnie narzekając na wszechmoc "Wielkiego Brata", za oczywisty i nieszkodliwy można uważać wymóg posiadania "ważnego dokumentu tożsamości", w tym wypadku chodzi o ważny paszport polski, aby zostać zarejestrowanym na liście wyborców w okręgu konsularnym. Wymóg ten dotyczy, zgodnie z obwieszczeniem Konsulatu RP, Polaków zamieszkałych na stałe za granicami Polski. Tak więc aby skorzystać z mojego podstawowego prawa obywatelskiego, to jest czynnego prawa wyborczego, muszę takowy posiadać. A co jeżeli posiadam tylko "nieważny" albo w ogóle żadnego? Czy to znaczy, że przestałam być obywatelem polskim???
 Czynne prawo wyborcze jest powiązane z obywatelstwem polskim, a nie posiadaniem paszportu! Obywatelstwo polskie nabywa się przez urodzenie z rodzica, który posiada takowe, lub przez naturalizację, a nie przez otrzymanie paszportu (żeby było śmieszniej, paszport musi być akurat ważny).
 Tak w ogóle, konieczność udowadniania na każdym kroku, że "ja to ja",  doprowadza do białej gorączki... Wychodzi na to, że jeżeli nie ma dokumentu, to nie ma człowieka. Jest to jeden ze skutków ubocznych zasadniczej zmiany w systemach prawnych. Stopniowo, po cichu, obywatel z podmiotu prawa (suwerena), stał się jego przedmiotem. Nie trzeba było zmieniać konstytucji w żadnym kraju. Wystarczyło opleść nas siecią paszportów, dowodów osobistych, licencji, zezwoleń, zaświadczeń itp. A wszystko dla naszego dobra i bezpieczeństwa. Proszę mi nie mówić, że posiadanie ważnych dokumentów leży w moim interesie, wręcz odwrotnie, ono ogranicza moje prawa, a leży w interesie biurokracji!
 Pomysł, abym mogła iść do konsulatu i tylko oświadczyć, że jestem obywatelem polskim i chcę głosować, wydawać się może absurdalny, ale nie dla mnie! Powinno wystarczyć moje słowo (dawno temu tak bywało), poparte np. oświadczeniem świadków. Jeżeli urzędnik twierdzi inaczej, to musi się pofatygować i mi udowodnić, że kłamię. Wiem, wiem, zaraz usłyszę, że po co marnować czas i energię urzędu (oraz nasze podatki). Ano, można, to tylko niewielka cena wolności osobistej i równości wobec prawa. Nie można tego przeliczyć na pieniądze, tak jak nie można zakładać, że każdy obywatel to potencjalny złoczyńca.
 To by było na tyle, jeżeli chodzi o ideały, ale skoro rzeczywistość skrzeczy, to wróćmy do niej... Jeżeli już muszę udowadniać swoje obywatelstwo polskie, to katalog moich możliwości powinien być znacznie szerszy. 
 Każdy dokument wydany przez organ administracji państwowej lub samorządowej, który ma rubrykę "obywatelstwo polskie", powinien być wystarczający (także akt urodzenia lub dowód osobisty). Każdy taki dokument, bez względu na to, kiedy został wystawiony, np. 50 lat temu, i bez względu również na jego datę ważności (tak jak obywatelstwo polskie nie ma best before date). Powinno być też dopuszczone złożenie oświadczenia o posiadaniu obywatelstwa polskiego np. wsparte oświadczeniami "udokumentowanych" obywateli. Raz dokonane wpisanie na listę wyborców w danym okręgu konsularnym powinno uprawniać do głosowania "na zawsze", co nie wykluczałoby wpisania w innym okręgu, np. jeżeli ktoś jest w podróży.
 Podsumowując, tak niewinnie brzmiące wymogi jak ważny paszport i zarejestrowanie się w konsulacie na liście wyborców mogą pozbawić nas ostatniej możliwości wpływu na to, co się dzieje z naszym państwem (pomiędzy wyborami ten wpływ już praktycznie utraciliśmy dawno).
 A tak na dobranoc - czy ktoś się kiedyś zastanawiał, dlaczego paszport ma datę ważności?
Joanna Jaroszewska
Toronto

  Klucz do polskości
Wielu rodziców, których dzieci uczą się w Kanadzie języka polskiego w sobotnich szkołach, solennie przyrzeka sobie, że w momencie ukończenia przez nie podstawówki, dadzą sobie spokój i nie będą nalegać, by ich pociechy kontynuowały poznawanie ojczystego języka na wyższym poziomie, w szkole średniej. Dowożenie bowiem dzieci na sobotnie zajęcia jest uciążliwe dla obu stron: dzieci buntują się, bo nauka polskiej mowy odbywa się kosztem ich wolnego czasu, a rodzicom poranna szkoła często dezorganizuje lub komplikuje plan zajęć.
Dlatego niezwykłe wrażenie wywołuje widok pełnej auli w Polskiej Średniej Szkole im. Mikołaja Kopernika, która znajduje się w John Cabot Catholic Secondary School przy 635 Willowbank Trail w Mississaudze, niedaleko kościoła p.w. Maksymiliana Kolbe. W sobotę, 15 maja, odbyło się tam zakończenie roku szkolnego i 125 uczennic i uczniów otrzymało świadectwa. Zdaje się więc, że nauka języka polskiego, poznawanie historii, kultury i tradycji nie musi być przykrym obowiązkiem, który z trudem egzekwują rodzice - bo przecież ta młodzież może według panującego w Kanadzie prawa odmówić uczęszczania na dodatkowe zajęcia, a jednak co roku w szkole uczy się ponad 300 osób. To naprawdę budujące zjawisko!
 W biuletynie wydawanym przez szkołę, który napisała jedna z jej nauczycielek, p. Zuzanna Stupak, czytamy: 
 "Średnia Szkoła  Języka Polskiego im. Mikołaja Kopernika przy John Cabot S.S. powstała w 1989 roku i jest obecnie jedną z największych polskich szkół średnich w Kanadzie. Program szkoły zapewnia młodym ludziom polskiego pochodzenia kontakt z ojczystym językiem, kulturą i tradycją. Uczniowie poznają tu najważniejsze wydarzenia z historii Polski i polską ziemię z najpiękniejszymi jej zakątkami.  To tutaj rośnie w nich szczególna duma z polskiego pochodzenia".
 Miłość młodzieży do języka polskiego ma też bardziej praktyczny wymiar - są to tzw. kredyty, które ułatwiają dostanie się na lepsze uczelnie. W szkole średniej młodzież za każdy rok nauki uzyskuje jeden "kredyt" (maksymalnie 3 kredyty). Kredyt z XII klasy można wliczyć do średniej ocen przy składaniu podań do szkół wyższych, a dzięki współpracy z Dufferin-Peel Catholic District School Board oceny końcowe i kredyty są dopisywane do świadectwa w szkole dziennej. 
 Największa polska średnia szkoła w Kanadzie - tak bowiem określiła ją prowadząca uroczystość p. Zuzanna Stupak - posiada bardzo utalentowaną i uzdolnioną młodzież. W wielu konkursach uczniowie szkoły zdobywali czołowe nagrody. W tym roku szkolnym w konkursie na najlepsze wypracowanie w języku polskim zwyciężył Daniel Buczko, a drugie miejsce zajęło aż siedem dziewcząt: Martyna Gadomska, Natalia Gdula, Diana Czubat, Monika Jackiewicz, Katarzyna Powęska, Tina Tomaszewska i Sylwia Woźniak; w konkursie recytatorskim organizowanym przez Fundację im. Władysława Reymonta wyróżniono Huberta Świętorzeckiego i Marka Rutę - obaj uczniowie wezmą udział w finale, który odbędzie się już niebawem,  30 maja. W konkursie plastycznym organizowanym przez Związek Nauczycielstwa Polskiego trzy równorzędne pierwsze nagrody przyznano Klaudii Bieleckiej, Beacie Dziedzic i Benjaminowi Kozłowskiemu, a dwie drugie trofea zdobyła Kasia Powęska i Michelle Grodzka. W międzyszkolnym konkursie na mistrza ortografii pod patronatem Maria Sklodowska-Curie Association drugie miejsce zdobył Daniel Buczko, a jego szkolne koleżanki: Ilona Marzec, Julia Mroczek i Martyna Gadomska, zajęły kolejne III, IV i V miejsce. 
 Wszyscy laureaci konkursów otrzymali w trakcie uroczystości zakończenia roku szkolnego nagrody i dyplomy z rąk fundatorów. Dziwi nieco ich nikłość - np. pierwszą nagrodą w konkursie na najlepsze wypracowanie był czek na 25 dolarów. Myślę, że warto byłoby zainteresować sponsorów, bo skromność nagród jest mniej niż symboliczna - albo w ogóle zrezygnować z nagród pieniężnych.
 W trakcie uroczystości wiele ciepłych słów padło pod adresem Ojców Oblatów z parafii p.w. Maksymiliana Kolbe, którzy objęli duchowy patronat nad tą średnią szkołą, oraz polskiego konsulatu, który coraz częściej wspomaga finansowo tę polską kulturową enklawę.
 "Goniec" dziękuje za zaproszenie na uroczystość zakończenia roku szkolnego. Kończąca naukę młodzież wynosi z tej szkoły nie tylko potrzebne jej "kredyty", ale i przekonanie o wielkiej wartości, jakie reprezentuje polska historia i kultura, do których prawdziwego zgłębienia potrzebny jest właśnie ojczysty, polski język.
Jerzy Rosa
Mississauga

 Nie mówmy o zeszłorocznym śniegu
Polityka polega na umiejętności przewidywania zagrożeń i dostrzegania szans. Jest to trudne, ponieważ większość z nas tkwi w zaszłościach i starych schematach, a to uniemożliwia właściwą ocenę szybko zmieniających się warunków.
 Nawet w obliczu radykalnych zmian zachowujemy stare nawyki i nie potrafimy dostrzec ich znaczenia.
 W polskiej polityce czkawką odbija się postrzeganie świata, ukształtowane pod koniec zimnej wojny; postrzeganie nie pozwalające realnie określić interesu Polski.
 Tymczasem sytuacja międzynarodowa szybko ewoluuje. Patrząca  z globalnej perspektywy, można zauważyć kilka nowych "uskoków tektonicznych", wzdłuż których działają siły wielkich państw. 
 Aby określić interes naszego kraju, trzeba wcześniej dostrzec ramy politycznych tarć międzykontynentalnych. 
 Pomijając kwestie cywilizacyjne i religijne, idzie to mniej więcej tak:
 Supermocarstwowa pozycja Ameryki jest zagrożona przez wzrost Azji, gdzie w Chinach, ale nie tylko tam, uruchomiony został olbrzymi potencjał. 
 Pekin, działając planowo i sensownie, usiłuje sobie na całym świecie zapewnić dostęp do bogactw naturalnych i surowców energetycznych. Inwestuje olbrzymie kwoty (niedoszacowane w oficjalnych danych) w modernizację sił zbrojnych i program kosmiczny.
 Wzrost znaczenia Chin skłania dotychczasowe mocarstwa do montowania naokoło siatki powstrzymującej, która zdolna będzie zagwarantować ich interesy. 
 Pekin, po pierwsze - jak dawniej Japonia - uznaje w naturalny sposób strefę Pacyfiku za obszar swej historycznej dominacji. To godzi w interesy Waszyngtonu, którego pozycja na tym właśnie obszarze została zagwarantowana w rezultacie II wojny światowej i okupiona olbrzymim wysiłkiem materialnym oraz krwią.
 Pekin, po drugie - również jak imperialna Japonia - łakomym okiem spogląda na Syberię, co denerwuje kremlowskich ekskagiebistów. Chińskie wpływy na Syberii sięgają tysięcy lat. Mao Tse-tung oraz Deng Xiaoping publicznie mówili, że  Władywostok i Chabarowsk powinny należeć do Chin. 
 Coraz bardziej zauważalna jest też chińska migracja na tereny syberyjskie, słabo zaludnione i słabo uprzemysłowione. 
 Związki prowincji syberyjskich z Chinami są wielopłaszczyznowe, tamtejsze władze regionalne czerpią duże korzyści  z tej współpracy. Moskwa jest biedna i daleko, Pekin bardzo bogaty i bliżej.
 A na Syberii znajduje się większość rosyjskich surowców energetycznych i bogactw naturalnych - 85 proc. rosyjskiej ropy naftowej, 80 proc. gazu ziemnego, 80 proc. węgla i 40 proc. tarcicy. Do tego dochodzą olbrzymie zasoby wody pitnej. Syberia jest największym rozpoznanym i słabo wykorzystywanym rezerwuarem bogactw naturalnych świata, akurat w sam raz dla zaspokojenia wykładniczo rosnących potrzeb chińskiego społeczeństwa.
 Możliwości działania państwa chińskiego wywołane postępującym uzależnieniem świata od towarów Made in China są olbrzymie. 
 Na tym tle - chińskiego zagrożenia - dochodzi do zbliżenia rosyjsko-amerykańskiego. 
 W interesie Amerykanów leży silna Rosja, zdolna powstrzymać Chiny na Syberii. To ograniczy parcie chińskie w rejonie Pacyfiku i na inne tradycyjne amerykańskie tereny zależne - jak chociażby Ameryka Południowa.
 Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w Europie obowiązywał schemat przeciwstawiający związki atlantyckie - zawiązane po II wojnie światowej - tradycyjnym związkom eurazjatyckim opartym na współpracy niemiecko-rosyjskiej. Po upadku komunizmu Rosja wróciła do tradycyjnych zainteresowań, zaś Niemcy zaczęły postrzegać siebie za główną siłę zdolną - jak to było za carów - zeuropeizować pokomunistyczne, moskiewskie mocarstwo na glinianych nogach. Związek z Kremlem byłby fundamentem politycznego znaczenia siły nowych Niemiec w zjednoczonej Europie i pomostem, przez który rosyjskie elity wkroczyłyby do europejskiego klubu.
 Wcześniej, za czasów prezydentury Busha, taki rozwój sytuacji nie cieszyłby zbytnio Waszyngtonu, dlatego, że oznaczałby automatycznie zmniejszenie politycznych i wojskowych wpływów USA w Europie. 
 Na tym założeniu opierała się polska wizja "wyjątkowego" sojuszu z Ameryką, w ramach NATO; sojuszu, który pozwalał na niewielkie, bo niewielkie, ale pole manewru. Niestety, w zamian za usługi "strategiczne" świadczone w regionie przez Warszawę Amerykanom, nic konkretnego nie uzyskano. Ameryka w żaden znaczący sposób nie zaangażowała się militarnie czy gospodarczo w Polsce. Pewną mutacją tej opcji  mogłaby być próba zaangażowania amerykańskich koncernów w eksploatację złóż gazu łupkowego. Notabene zasoby tego gazu  były poznane jeszcze w latach 80. w rezultacie 16-letniego programu badań geologicznych w Polsce. 
 Jednak dzisiaj Stany Zjednoczone szukają nowej formuły swej pozycji po upadku jednobiegunowej wizji świata - mrzonki neokonserwatywnych geostrategów Busha pierwszego i drugiego. Zagrożenie chińskie  jest głównym czynnikiem kształtującym dalekosiężne myślenie strategiczne Waszyngtonu, zwłaszcza w kontekście konkurencji o surowce, a przecież to jeden z najważniejszych  aspektów walki o dominację.
 Sytuacja Polski wymaga więc przeformułowania założeń strategicznej polityki bezpieczeństwa, określenia tego co realne i co z punktu widzenia naszej obecnej siły (a raczej jej braku) byłoby najkorzystniejsze. Pozbierajmy do kupy atuty i zastanówmy się, z kim nam po drodze. W przeciwnym wypadku zostaniemy doczepieni do jakiegoś tranzytowego eszelonu. 
 A na marginesie, to ponoć wedle "plotkarskiej" wersji III Tajemnicy Fatimskiej, kolejna wojna światowa ma się rozpocząć od zaskakującego ataku Chin na Rosję. Jeszcze kilka lat temu pukalibyśmy się w czoło...
Andrzej Kumor
Mississauga
 
 

GONIEC, NR 19/2010

MCDonald w Służbie Bezpieczeństwa
 Mówi się, że trzynastka to pechowa liczba, a tymczasem jest wprost przeciwnie. Jakże tu uważać trzynastkę za liczbę pechową, kiedy właśnie 13 maja premier Donald Tusk nie tylko otrzymał w Akwizgranie prestiżową Nagrodę im. Karola Wielkiego, ale również - został udelektowany laudacją wygłoszoną przez samą Naszą Złotą Panią Anielę? Czy tubylczy śmiertelnik, nawet jeśli jest prezesem lokalnej administracji, może dostąpić większego zaszczytu? Nie może, to jasne jak słońce, bo chociaż nagroda  ma charakter symboliczny i obejmuje pieczęć miejską, dyplom i czek na 5 tysięcy euro, to przecież nie w tym rzecz, tylko w tym, że stanowi wstęp do dalszej, oszałamiającej, prawdziwie europejskiej kariery.
 Premier Donald Tusk otrzymał Nagrodę im. Karola Wielkiego za szczególne zasługi dla jedności europejskiej. Polegały one na tym, że Donald Tusk, jeszcze nie będąc nawet premierem, doprowadził do transformacji ustrojowej w Europie, a potem nie ustawał w wysiłkach na rzecz porozumienia i współpracy Rzeczypospolitej Polskiej z jej europejskimi partnerami. Wprawdzie żyją jeszcze ludzie pamiętający, że do transformacji ustrojowej w Europie miał doprowadzić Lech Wałęsa, ale czasy się zmieniają, a zatem - muszą zmieniać się też i bohaterowie naszych czasów. Obecność przy premieru Tusku Andrzeja Wajdy i Normana Daviesa może zapowiadać przyszłe niezbędne korekty historii najnowszej, jeśli oczywiście Ministerstwo Prawdy uzna taką konieczność. Nie jest to wykluczone, bo wprawdzie niezawisły sąd napiętnował książkę Pawła Zyzaka o Lechu Wałęsie, ale już drugi niezawisły sąd oddalił pozew mecenasa Rydygiera, który na tym samym co i córka byłego prezydenta naszego państwa patencie, chciał wydębić sobie odszkodowanie i listek do wieńca sławy. Wtedy Andrzej Wajda nakręciłby długometrażowy film pod tytułem, dajmy na to, "Człowiek z plasteliny", w którym wyeksponowałby niebywałą plastyczność premiera Donalda Tuska, która objawiła się nie tylko podczas "nocnej zmiany" w roku 1992, ale i później, zwłaszcza później.
 W osobie premiera Donalda Tuska uhonorowana została bowiem cała razwiedka, która nie tylko zainspirowała transformację ustrojową, nie tylko ją przeprowadziła, ale w zwartym szyku nadzorowała jej przebieg, rozbudowując przez cały czas szeregi tajnych współpracowników. Dzięki temu dzisiaj, kiedy tylko zajdzie potrzeba, obok Stronnictwa Pruskiego, wyhodowanego na pożywce Fundacji Batorego i Fundacji Adenauera, żeby wymienić przynajmniej te najważniejsze, w jednej chwili może zostać powołane bardzo reprezentatywne Stronnictwo Ruskie, obejmujące przedstawicieli wszystkich środowisk społecznych, nie wyłączając przewielebnego, postępowego Duchowieństwa. Stwarza to niebywałe perspektywy dla poszerzania i pogłębiania współpracy Rzeczypospolitej Polskiej ze strategicznymi, europejskimi partnerami, którzy nigdy o tubylczych Polakach nie zapomnieli. Ani wtedy, gdy przedstawiciele NKWD i Gestapo naradzali się nad zapewnieniem tubylczemu narodowi świetlanej przyszłości, ani wtedy, kiedy w stosunkach między strategicznymi partnerami doszło do błędów i wypaczeń, których symbolem może być jednostka SS Charlemagne, nadużywająca imienia Patrona dzisiejszej Nagrody do niewłaściwego pojmowania jedności europejskiej, to znaczy - bez uwzględnienia interesów i oczekiwań strategicznego partnera. Na szczęście dzisiaj te nieporozumienia należą już do przeszłości, podobnie jak niewłaściwy stosunek do starszych i mądrzejszych. Któż inny bowiem pozwoli się prześcignąć w czujności wobec wszelkich przejawów odchyleń mniej wartościowych narodów tubylczych od zatwierdzonej linii politycznej poprawności? Ot, choćby teraz, dzięki tej argusowej czujności napiętnowane zostały manifestacje kibiców piłkarskich w Rzeszowie, którym nie spodobały się "garbate nosy". I od razu cały świat aż zatrząsł się z oburzenia. Dlatego też, przy obmyślaniu najbardziej odpowiedniego wariantu świetlanej przyszłości, jaką strategiczni partnerzy przygotowują dla mniej wartościowego narodu tubylczego, te właściwości starszych i mądrzejszych z pewnością zostaną wzięte pod uwagę i odpowiednio wykorzystane.
 I dopiero na tym tle można zrozumieć przyczyny, dla których Nasza Złota Pani Aniela doradziła premieru Donaldu Tusku, by zrezygnował z kandydowania na stanowisko tubylczego prezydenta. Kandydując bowiem, musiałby pospolitować się z innymi kandydatami i udawać, że jest to sytuacja normalna. Tymczasem Nasza Złota Pani Aniela najwyraźniej przeznaczyła premiera Donalda Tuska do wyższych rzeczy - kto wie, czy nie do godności królewskiej, do której pierwszym stopniem jest właśnie Nagroda imienia Karola Wielkiego? Kiedy już ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym spełni swoje zadanie, doprowadzając, zarówno na obszarze Ziem Utraconych, jak i Polskim Terytorium Etnograficznym do pożądanej zmiany stosunków własnościowych w duchu ubiegłorocznej deklaracji CDU i CSU oraz postulatów, kierowanych pod adresem Polski przez organizacje wiadomego  przemysłu, Donald Tusk, uhonorowany dziedzicznym tytułem MCDonalda (Majesty Caesar), będzie mógł zasiąść na tubylczym tronie - oczywiście w obstawie starszych i mądrzejszych - tak na wszelki wypadek, żeby przypadkiem ani nie przewróciło mu się w głowie, ani nie zapomniał, skąd wyrastają mu nogi.
 W przewidywaniu nadchodzących rozstrzygnięć, w obliczu krzepnącego właśnie Stronnictwa Ruskiego, które wystąpiło z apelem o zapalenie świeczek i ogarków, również kandydujący na tubylczego prezydenta z ramienia obozu płomiennych obrońców interesu narodowego Jarosław Kaczyński przedstawił rosyjskiemu prezydentu Dymitru Miedwiediewu i rosyjskiemu premieru Włodzimierzu Putinu ofertę pojednania. Wywołała ona oczekiwany rezonans nie tylko w tubylczych mediach, ale również w Rosji. I nic dziwnego, bo w ten oto sposób między obozem zdrady i zaprzaństwa a obozem płomiennych obrońców interesu narodowego zapanowała niezbędna symetria. Wychodzi ona naprzeciw oczekiwaniom strategicznych partnerów, którzy - jak każdy dobry gracz - nie stawiają wszystkiego na jedną kartę, tylko, na wszelki wypadek, wolą mieć kilka asów w rękawie.
 Oczywiście takie symetryczne pojednanie to rzecz byt poważna, by puszczać je na łaskę lotnych piasków masowych nastrojów. Dlatego też kandydujący na urząd tubylczego prezydenta marszałek Bronisław Komorowski (tylko patrzeć, jak zostanie uhonorowany tytułem "Drogiego Bronisława") zapowiedział utworzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. W skład tej Rady ma wejść premier, wicepremier, minister spraw zagranicznych, minister obrony narodowej, minister finansów, prezes NBP, marszałkowie Sejmu i Senatu, kierownicy głównych partii politycznych, no i oczywiście - prezydent, któremu ta Rada ma niby doradzać. Tak naprawdę jednak nietrudno się domyślić, że intencją powołania Rady jest podgarnięcie wszystkich tych dygnitarzy na kupkę, by ścisłe kierownictwo razwiedki nie musiało użerać się z każdym z osobna, tylko przekazywało dyrektywy wszystkim za jednym posiedzeniem. W ten sposób zarówno zasada jednoosobowego kierownictwa, jak i centralizmu demokratycznego, jako podstawowe zasady ustrojowe przyszłej Królewskiej Rzeczypospolitej, zostaną harmonijnie pogodzone.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl 

 Tlen czy inna cholera
Chociaż podobanie się każdemu to nie jest wyzwanie dla męża stanu z prawdziwego zdarzenia, w demokracji polityk podobający się większości zwycięstwo ma zapewnione. Nieobarczony plecakiem, buławę nosi prawdopodobnie w kieszeni marynarki. 
 Wszyscy mamy do odegrania jakąś rolę społeczną. Niektórzy tych ról odgrywają po kilka w życiu. Problem w tym, że przywódcy Platformy Obywatelskiej uwierzyli, zdaje się, że są czymś więcej niż tylko efektem "public relations". Że wystają ponad produkt przeznaczony do sprzedaży. Im się wydaje, że to oni kreują scenę, na której sami, jak by to ująć: polityczne ciało wyginają śmiało. 

 NIEBO ZAPAMIĘTA 
 Zresztą powyższe dałoby się jakoś znieść. Przyjąć za element demokratycznego folkloru. Prawdziwy dramat zaczyna się wówczas, gdy ktoś decyduje się aspirować do zadania, które go przerasta. Właśnie dlatego kandydatowi Platformy na prezydenta RP nie sposób zazdrościć. 
 Co gorsza, premier Donald Tusk nie pomaga partyjnemu koledze ogarnąć sytuacji. Przeciwnie. Niedawno stwierdził, że nie ma w Europie przywódcy, stojącego przed trudniejszym zadaniem niż Bronisław Komorowski. Dlaczego? Ponieważ w przypadku jego przegranej w prezydenckim wyścigu Polska może przekształcić się w kolejny zdestabilizowany kraj europejski. 
 No, jeśli receptą na ów czarny scenariusz ma być gloryfikacja człowieka uważanego za pieszczocha Wojskowych Służb Informacyjnych (byłych, a jakże), to niech dzieje się wola nieba. Ludzka pamięć jest ulotna, ale niebo, miejmy nadzieję, zapamięta. 
 "Dwudziestego czerwca Polacy będą mogli wybierać między atmosferą odwetu, rywalizacją, kto kogo pokona, kto jest winny, kto jest prawy, którą dziś stwarza PiS, a propozycją prezydentury Komorowskiego. Jest on człowiekiem gotowym do współpracy, rozumiejącym innych. To jego atut. Dla Polski to jak tlen" - dorzucił też premier. 

 SKWIERCZĄCE KLAWIATURY 
 W kwestii tlenu jednak polemizowałbym, skoro marszałek Komorowski potrafi pozwolić sobie na apel, by po informacjach o znajdowanych na miejscu smoleńskiej katastrofy rzeczach osobistych ofiar oraz częściach ich garderoby (a nawet o znajdowaniu fragmentów ciał osób zmarłych), czyli w obliczu porażającej niefrasobliwości rosyjskich służb, które nie zadbały o należyte zabezpieczenie miejsca tragedii: "zachować umiar w tworzeniu atmosfery, że oto gdzieś znaleziono kawałek ubrania", ponieważ "to nie jest wielki problem". 
 Równie udaną wypowiedzią Komorowskiego była ta o "konieczności pogłębiania wrażenia, że pojednanie polsko-rosyjskie stało się faktem". Co ciekawe, zdanie to pan marszałek wygłosił następnego dnia po powrocie z Moskwy. Cóż, najwyraźniej tlen pomylił się premierowi z chlorem. Czy z inną, równie groźną dla ludzkich płuc substancją. 
 Czepiam się, pewnie. Przecie sztabowcy Platformy Obywatelskiej sporo mają na głowie. Nie mogą być wszędzie i wszystkiego kandydatowi podpowiedzieć, więc nie dziwota, że czasem chlapnie coś niewłaściwego sam z siebie. Wszelako jest jedna kwestia, dotykająca ich szczególnie. Która nieustannie strząsa im sen z powiek, krew w żyłach doprowadzając do wrzenia. Która sprawia, że długopisy w ich dłoniach miękną, a komputerowe klawiatury skwierczą. Otóż ludzie ci panicznie boją się, że rozsierdzony nie na żarty naród, obserwujący skandaliczne poczynania ich pupili, mógłby 20 czerwca powierzyć restytucję polskości w Polakach oraz naprawę Ojczyzny komuś innemu niż Bronisław Komorowski. Choć to jego chłopcy-pijarowcy obstawili. Mało tego, ten sam naród mógłby następnie odesłać ich wszystkich do krainy wiecznego zapomnienia. Zatem łatwo skór nie oddadzą, a nas czekają tygodnie obfitujące w pijarowskie sztuczki. 

 ALBO COŚ PODOBNEGO 
 Tymczasem śledztwo mające wyjaśnić przyczyny katastrofy trwa, Polacy zaś cieszą się gwarancjami, że prowadzone jest ono rzetelnie. Obiecał to nam - osobiście obiecał - były pułkownik KGB. Człowiek, kierujący komisją badającą dramat marynarzy rosyjskiego okrętu podwodnego "Kursk". Nadzorujący służby, odpowiedzialne za genocyd Czeczenów. 
 I tak dalej, i tak dalej. 
 Oczywiście, że doczekamy efektów. A jakże. Przy czym owe efekty skomentował już przed laty śp. Maciej Rybiński, w którymś ze swoich felietonów przypominając, jak to w roku 1964 międzynarodowemu towarzystwu zaprezentowano operację wydobywania z toni Czarnego Jeziora (na granicy czesko-enerdowskiej) zatopionych jakoby przez Waffen SS skrzyń, w których - patrzajta, ludzie! - znajdowały się dokumenty kompromitujące prominentnych polityków RFN, w tym Heinricha Lübkego, ówczesnego prezydenta (zarzucano mu m.in. projektowanie Auschwitz). Maciej Rybiński: "Niezależni uczeni potwierdzili ich autentyczność. Wiele lat później okazało się, że dokumenty wytworzono w Berlinie Wschodnim, zatopiono chyłkiem, a potem z pompą wydobyto. Tak to jest z papierami. Skoro Ochrana mogła wyprodukować Protokoły Mędrców Syjonu, co to dla niej sporządzić Protokoły Mędrców Antysyjonu albo coś podobnego". 
 ...Albo coś podobnego... 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 
Zapraszam również tutaj: http://www.widnokregi.salon24.pl 

 Marek Mańkowski
GLOBALNE OCIEPLENIE 
I SZCZĘŚLIWA WOŁOWINA w Calgary
Eh, to globalne ocieplenie. Znowu narobiło bałaganu w Calgary. Pierwsza dekada maja się kończy, a tu śnieg, minusowa temperatura, zimne wiatry i niewiele słońca. Lepiej żebym nie spotkał pana Suzuki, guru ocieplania globalnego, bobym mu powiedział parę słów, co myślę o nim i jego teoriach. 
 Spotkałem go 15 lat temu w Toronto na jakiejś imprezie. Nie wiedziałem wtedy jeszcze (chyba nikt nie wiedział), co wyniknie z jego działalności, ale już wtedy sprawił na mnie wrażenie podstępnej łasicy. Dalsze lata tylko utwierdziły mnie w tym odczuciu. 
 Nie znaczy to, że globalnego ocieplenia nie będzie, czy nie ma ono miejsca. Owszem, wszystkie badania wykazują, że następuje, i to szybciej niż moglibyśmy sobie tego życzyć. Tyle tylko, że udział człowieka w tym procederze jest mniej niż mizerny. Cała światowa produkcja dwutlenku węgla dokonana przez człowieka to zaledwie 5 proc. tego, co powstaje w naturze. Gdybyśmy nagle zatrzymali wszystkie samochody, fabryki, wytwórnie koksu, pociągi, elektrownie, samoloty i co tylko człowiek stworzył, to i tak nie powstrzymalibyśmy tego, co cyklicznie dzieje się w klimacie ziemi. Gdy ziemię ogarnęła epoka lodowcowa nie było żadnego przemysłu, gdy się skończyła i nastąpiło udowodnione ponad wszelką wątpliwość stopnienie lodowców i ocieplenie klimatu, też nie było żadnego przemysłu i niewielu ludzi. Chyba że uznamy wpływ tych kilku tysięcy ognisk rozpalanych w jaskiniach epoki kamiennej. 
 Ostatnia (chyba) teoria "suzukowców" czy "gorowców" głosi, że ogromne zanieczyszczenia powietrza dwutlenkiem węgla tworzą zwierzęta hodowlane, a zwłaszcza krowy. A to dlatego że puszczają one bąki i robią kupy. Poza tym krowy w Albercie to najszczęśliwsze krowy nowoczesnego świata, bo są chowane w naturalnych warunkach. Cały rok żyją na powietrzu i przestrzeni, a nie jak bydło w zwierzęcych obozach koncentracyjnych Europy. Cielaki rodzą się na pastwiskach, krowy żyją swobodnie na wielkich przestrzeniach i chociaż przez kilka lat prowadzą normalne życie nie sprowadzone do kojca w oborze i rzeźni. 
 Człowiek też puszcza bąki i robi kupy, ale jeszcze się do tego nie przyczepili. Chyba na ziemi powinny pozostać tylko roślinki. Tylko jak te roślinki przeżyją, gdy do ich rozwoju potrzebny jest dwutlenek węgla właśnie? 
 Czemu o tym piszę z Alberty? Otóż liczba krów w Albercie jest większa niż liczba ludzi i w związku z tym te nasze krowy sprowadzają stopienie lodów arktycznych i zalew oceanów. Kiedy pisałem artykuł o "krowie Romana", nie wiedziałem, że mój przyjaciel Roman Kneblewski przysłużył się całej ludzkości, gdy zastrzelił tę krowę (nie będzie więcej kupała i puszczała bąków). Mogą państwo o tym przeczytać w dziale "archiwum" na stronie www.marekmankowski.com. Właściwie to każdy myśliwy przyczynia się do ochrony przed globalnym ociepleniem, jak i każdy rzeźnik, a nawet morderca: mniej bąków, mniej kupy, mniej wydechów, mniej dwutlenku węglaÉ Wychodzi na to, że każde zabicie to dobrodziejstwo dla planety Ziemia. Tylko dla kogo ta planeta wtedy zostanie? 
 Głupota ludzka nie zna miary. Wykorzystują to ludzie w rodzaju Davida Suzuki czy Ala Gore'a. Wykorzystują głupotę młodych ludzi a starszych też, by nabić sobie kabzę. Nie zrozumcie mnie źle. Ja nie jestem przeciwko "zielonym". Dzięki nim nie przeginamy w drugą stronę i nie zapaskudzimy ziemi na sztywno własnymi śmieciami, ale nie dajmy się zwariować. 
 I tu następna rzecz dotycząca Alberty, a więc i Calgary - roponośne piaski. Ostatnio panuje wielka nagonka na wydobycie ropy z tych piasków właśnie. Alberta posiada największe na świecie złoża ropy po Arabii Saudyjskiej. Generalnie "zieloni" zaszczepili opinię, że to jest "brudna ropa" i że powoduje zanieczyszczenie naturalnego środowiska. Nic bardziej idiotycznego nie słyszałem. Nikt nie zabrudzał tych "piasków" i ziemi. Te złoża powstały tam naturalnie. Ich wydobycie nie zanieczyszcza ziemi, a wręcz przeciwnie, oczyszcza ją. Problem jest, że aby tę ropę wydobyć, potrzeba wiele gorącej wody, do której ogrzewania trzeba użyć gazu, którego spalanie powoduje wytwarzanie dwutlenku węgla. Taka jest cena tego wydobycia. A jaka może być cena wydobycia bardziej konwencjonalnego? Mamy właśnie przykład w Zatoce Meksykańskiej, gdzie uszkodzenie zaworu platformy wiertniczej powoduje wielotygodniowy wyciek na masową skalę do wód zatoki, zagrażając wybrzeżom wszystkich południowych stanów.
 Jak na razie nie zapowiada się na cieplejsze dni, trawy ledwo, ledwo się zazieleniły, pąki na drzewach zatrzymały swój rozwój, a o listkach można pomarzyć. Za to ptaki rano dają piękny majowy koncert, jakby nadeszło lato. Tydzień temu pojechaliśmy do przyjaciół na ranczo i już paręnaście kilometrów na północ od Calgary widać było ogromne zaspy zaległe od niedawnej burzy zimowej w środku wiosny. Zazdrość mnie zżerała, gdy widziałem urywki filmów z Ontario, gdzie drzewa mają już normalne liście i zieleń jest wszędzie.
 Z polonijnego podwórka to tyle, że odbywa się wiele imprez w Domu Polskim, jak Dzień Matki organizowany przez calgaryjskich harcerzy, msza odprawiana przez biskupa z okazji bierzmowania, wieczór Big Band, koncert Andrzeja Koryckiego i innych w Domu Polskim, występ Polan w sali parafialnej. W tę niedzielę, 16 maja, odbędzie się koncert z okazji roku szopenowskiego, na którym zagra nasz calgaryjski wirtuoz światowej już sławy Janek Lisiecki. Organizatorzy tego koncertu, z którego dochód ma być przekazany na cele charytatywne dla wielu organizacji, zadziwili mnie niezwykle, chociaż myślałem, że niewiele rzeczy mnie już zdziwi. Otóż występujący w tym koncercie artyści muszą zapłacić za bilety wstępu, czyli za to by mogli wystąpić. Nie wiem, czy wszyscy, w tym Jan Lisiecki, również? Takiego kuriozum jeszcze nie spotkałem. Zawsze myślałem, że występujący w koncertach charytatywnych dają swój talent, nie biorąc honorarium, by inni kupując bilety dali swój wkład w zbożny cel. Okazuje się, że byłem w błędzie. Świat zwariował, wysiadam, na koncert nie idęÉ
Marek Mańkowski
Calgary 

  Pora na parki! 
Już za tydzień mamy urodziny babci królowej Elżbiety II, czyli Victoria Day. To wielki dzień w życiorysie każdego biwakowicza, ponieważ w ten pierwszy wiosenny długi weekend swe bramy otwierają prawie wszystkie prowincyjne parki w Ontario. Zaczyna się nowy sezon! Pora więc najwyższa, by sprawdzić swój kempingowy sprzęt, naprawić co się da, ubytki uzupełnić i za tydzień ruszyć w teren. 
Choć prowincja Ontario nie ma takich atrakcji jak Góry Skaliste, oceanicznych pejzaży czy bezgranicznych prerii, to jest na jej terenie tyle pięknych zakątków, że nie starczyłoby życia na zwiedzenie ich wszystkich. Większość z nich znajduje się na terenie 330 parków prowincyjnych, które zajmują dziewięć milionów kwadratowych obszaru naszej prowincji. Tak więc prawie dziesiątą część Ontario stanowią parki - to najlepszy wynik w całej Ameryce Północnej! 
 Wobec takiej obfitości wydawałoby się, że rozbicie namiotu na terenie tych przyrodniczych pereł zależy tylko od naszych chęci - nic z tego! W promieniu 200-300 km od Toronto, by spędzić kilka dni w którymś z parków, trzeba dokonać rezerwacji nierzadko 5 miesięcy naprzód, a jeśli się to przegapiło, to zdani jesteśmy na los, bo tylko nieznaczna liczba campsites przeznaczona jest dla przypadkowych biwakowiczów, którzy bez rezerwacji zawitają u parkowych bram.
 Wiele najładniej położonych parków jest w sezonie bezustannie oblężonych - tam zdobycie miejsca graniczy z cudem, choć w tym roku kilka zmian w regulaminie pozwoliło ukrócić naganne praktyki wcześniejszego rezerwowania i odwoływania. W nowym sezonie Ontario Parks, które zawiaduje systemem parków w naszej prowincji, wprowadziło nowy komputerowy program ułatwiający rezerwacje. Co prawda, miejsc w atrakcyjnych parkach nie przybyło, ale przejrzystość programu umożliwia szybszą decyzję przy wyborze miejsc pod namiot czy przyczepę kempingową.
 Aby nasz pierwszy tegoroczny kontakt z przyrodą nie był zakłócony niemożnością wjazdu na teren parku z prozaicznej przyczyny braku wcześniejszej rezerwacji, warto kilka chwil poświęcić poznaniu komputerowego systemu. Pod adresem www.ontarioparks.com znajduje się główna strona wszystkich parków w Ontario objętych systemem rezerwacji miejsc pod namiot. W tym miejscu możemy sprawdzić, czy park, do którego zamierzamy się udać, podlega temu systemowi. Aby to uczynić, trzeba nacisnąć guzik z napisem VISITING PARKS, a pod nim w otwierającej się tabeli uaktywnić link do strony Park Locator.  Po lewej stronie znajduje się tabela z parkami, gdzie można zarezerwować sobie wcześniej miejsce, a po prawej wymienione są parki, gdzie nie prowadzi się takiej usługi i w praktyce te parki nie pozwalają na spędzanie tam nocy pod namiotem. Można je tylko odwiedzać za dnia, bowiem pozbawione są całej biwakowej infrastruktury. Parki te znajdują się nie tylko na dalekiej północy naszej prowincji, ale także w pobliżu naszej aglomeracji, jak np. Hockley Valley w pobliżu Orangeville czy przepiękny park Forks of the Credit koło Caledon.
 Możliwość rezerwacji miejsc ma ułatwiać miłośnikom biwakowania zdobycie miejsca pod namiot w ulubionym parku. Jeśli nasz faworyt nazywa się Killbear, Balsam Lake, Bon Echo, Sandbanks, Silent Lake, Long Point, Pinery czy Awenda, to praktycznie w pełni sezonu możemy te miejsca odwiedzać tylko jako dzienni goście. Zdobycie campsites w tych "Perłach Ontario" jest niemożliwe, jeśli do tej operacji chcemy się zabrać teraz - trzeba było to uczynić dużo wcześniej - najlepiej na pięć miesięcy przed planowanym terminem przybycia do parku. 
 W innych parkach w południowym Ontario sytuacja nie jest już tak dramatyczna. Jeśli udajemy się w dalszą podróż na północ za Sudbury - często parki stoją prawie puste, więc choć to jest możliwe -  szkoda pieniędzy na wcześniejsze rezerwacje.
 Aby dokonać rezerwacji w parku przez Internet (można również uczynić to przez telefon - nr: 1-888-668-7275), trzeba nacisnąć na stronie głównej guzik z napisem ONLINE SERVICES, a pod nim uruchomić połączenie Reservation. Tam w oczy rzuca się wielki niebieski link "BY INTERNET". 
 Jeśli znamy nazwę parku, to wpisujemy go do tabelki "Find a Park by Name" - jeśli nie, to klikamy w poszukiwanie "by Region", gdzie znajduje się mapa Ontario z podziałem na regiony. Każdy po dotknięciu uaktywnia się, pokazując nam umiejscowienie parków. 
 Każdy park dotknięty myszką (to nowość w programie), wyświetla planszę z opisem i mapką dojazdową (Ontario Parks obiecuje, że wkrótce będziemy w ten sposób mogli zobaczyć każdy campsites). 
 Po prawej stronie znajduje się też tablica ogłoszeń, gdzie pojawiają się ważne komunikaty - np. przy Rock Point Provincial Park w "Special Notices" znajdziemy informację, że do 24 maja obowiązuje na terenie parku całkowita alkoholowa prohibicja...
 Po lewej stronie tablicy z opisem wybranego parku znajduje się kolumna z przyciskami - wybieramy klawisz "Campground Map(s)". Pojawia się wówczas mapa parku z obozowiskami. Jeśli zdecydujemy się na to, gdzie chcemy szukać miejsca pod namiot - klikamy w wybrany campground. Szczegółowy plan pokazuje nam układ miejsc. W kolorze żółtym zaznaczone są miejsca zelektryfikowane, na zielono - bez prądu. Również kształt figury oznaczającej campsite ma znaczenie - kółka oznaczają miejsca pod namiot, kwadraty i X - miejsca dostosowane do parkowania przyczepą kempingową. Symbolem domku zaznaczone są jurty (np. w parku Bon Echo).
 Po wyborze miejsca klikamy w symbol oznaczający campsite, wyświetla się nam wówczas tabela z kalendarzem, gdzie można się zorientować, czy nasze miejsce jest dostępne i nikt wcześniej go nie zaklepał. Możemy wówczas wypełnić  tabelę z terminem naszego przyjazdu i przed uiszczeniem opłaty zapoznać się z parkowym regulaminem. Po zaakceptowaniu go (w innym wypadku nie dokonamy rezerwacji) pojawi się tabela, gdzie wpisujemy nasz login i password. Jeśli rezerwujemy w nowym programie miejsce pod namiot po raz pierwszy w tym sezonie, to musimy wcześniej wypełnić kwestionariusz, do którego link znajduje się na dole strony.  "Nowością" jest ograniczenie czasowe - na zapłacenie, czyli podanie numeru karty kredytowej, mamy około 5 minut. Czas ten wyświetla się po prawej stronie ekranu. 
 W praktyce obsługa nowego programu jest łatwiejsza, niż to wynika z opisu - radzę potrenować, a przy okazji poznać rozkład pól namiotowych w najbardziej popularnych parkach. Ta wiedza przyda nam się, gdy trzeba szybko podejmować decyzję o rezerwacji. 
 Niestety, biwakowanie w parkach prowincyjnych nie jest już tanie jak niegdyś, a do tego nieustannie rośnie. Choć w nowym sezonie obniżono o trzy dolary opłaty za rezerwację (wynosi ona w tej chwili 9 dol.) oraz zredukowano o dwa dolary karę za zmiany lub likwidację rezerwacji (opłata ta wynosi teraz 7 dol., lub nawet 5, jeśli uczynimy to przez Internet), to stawka za wynajęcie skrawka ziemi pod namiot wynosi średnio 30 dolarów za dobę, a najwyższa opłata może wynieść 42.75 dol. Do tego od czerwca dochodzi podwyżka o 8 procent z okazji wprowadzenia łączonych podatków HST. 
 Przeciętnie za dwie doby spędzone w parku musimy zapłacić ponad 80 dolarów z 13-procentowym podatkiem.
 Choć podnoszenie cen za korzystanie z prowincyjnych parków może irytować, to po przybyciu na miejsce zwykle zapominamy o tym przykrym wydarzeniu, bo większość naszych parków urzeka swą urodą. Mam nadzieję, że w tym roku lato będzie mniej deszczowe niż ubiegłe, kiedy to posiadacze namiotów zmagali się z nieustannymi burzami i podmakającymi podłogami i pozwoli na prawdziwy wypoczynek bez suszenia przemoczonego sprzętu po powrocie z weekendu.
 Gorąco zachęcam do poznawania w nowym sezonie uroków naszej prowincji i do przysyłania na adres "Gońca" swych wrażeń oraz opisów miejsc, które warto zwiedzić. 
Jerzy Rosa
Mississauga 

 Na początek głosujmy portmonetką
Do coraz większej liczby rodaków dociera prosta prawda, że  państwo polskie jest bezsilne. Słabe, toczone chorobami, bez wojska, z chaotyczną administracją i zbiurokratyzowane.
 Walające się po miejscu katastrofy resztki zwłok ofiar i części rozbitego samolotu prezydenta Polski, sprzeczne komunikaty prokuratury cywilnej i wojskowej, zamęt  informacyjny - wszystko to sprawia, że zza zasłon symboliki narodowej, biało-czerwonych sztandarów, zza eleganckich gabinetów instytucji wyziera smutna prawda, że  to wszystko atrapa państwa - jak to określił kiedyś Stanisław Michalkiewicz - państwo niepoważne.
 Co jeszcze bardziej smutne, to że niepoważne państwo jest formą organizacji pracowitego, zaradnego, wykształconego 40-milionowego narodu zamieszkującego w samym sercu Europy na przecięciu najważniejszych szlaków komunikacyjnych kontynentu, zaopatrzonego przez Pana Boga w bogactwa naturalne i pobłogosławionego wspaniałą historią.
 Na usta ciśnie się więc proste  pytanie - dlaczego? Dlaczego Polska jest chora? Dlaczego państwo polskie jest słabe?! W diagnozie choroby leży klucz do znalezienia dróg naprawy.
 Grzechem pierworodnym Trzeciej Republiki jest brak odcięcia się od PRL, brak jasnej cezury wobec przeszłości, wobec administracji, która na zlecenie czerwonej kacapii zarządzała polskim terenem kolonialnym. Nie można wybudować silnego suwerennego państwa, silnych instytucji, jeśli tę budowę opieramy na namiestnikowskim aparacie, na ludziach, których przyuczono, by decyzje, które podejmowali, konsultowali u  "przełożonego". Pokoleniom Polaków przetrącono kręgosłup i przyuczono do postawy kolonialnej. Oni tę postawę przenieśli w pierwsze pokolenie nowej Polski
 Organizm państwa, jak mięso tłuszczem, jest poprzerastany przez agenturę rodzimą i obcą. Ta rodzima agentura nigdy nie była samodzielna,  pracowała na zlecenie. 
 Widać to doskonale, porównując sytuację w Rosji i Polsce? Dlaczego? Bo, jak to kiedyś wspaniale podsumował wielki polski satyryk i prześmiewca, Janusz Szpotański, "w przeciwieństwie do PRL, Związek Radziecki był państwem niepodległym".
 Dlatego agenci z "zakonu" KGB, którzy robią dzisiaj w Rosji politykę, pracują  skutecznie nad odbudowywaniem wpływów czerwonego imperium, agenci, którzy w III RP mieli w rękach postronki realnej władzy, patrzą tylko, jak by tu wpisać kraj w cudzą rozpiskę. Pozbawieni centrali, nie są w stanie samodzielnie myśleć.
 Dlatego, o ile wpływy agentury kagiebowskiej działają w Rosji państwowotwórczo, o tyle wpływy agentury w Polsce wystawiają polskie państwo na żer cudzych central.
 Od tego należy zacząć robić porządek; od odsunięcia  agentury od rządzenia; od oparcia się na młodych ludziach w wojsku i w polityce, którzy rozumieją interes państwa i którym Polska bije w sercu.
 Dzisiaj, kiedy wszyscy chodzą  z wielką nadzieją, żeby "coś zrobić", trzeba zacząć budować ruch narodowy.
 Ruch, który starały się  tępić powojenne elity przywiezione do Polski na czołgach. To zbrodnia w Katyniu umożliwiła Stalinowi  przyszycie do polskiego organizmu łba sowieckich politruków. Dzieci i wnuki tych ludzi zaludniają warszawskie salony, wydają gazety, pracują w telewizji. Ci ludzie są podszyci strachem i pogardą wobec Polaków. 
 Jednym z zadań salonu po roku 1989, było pilnowanie, aby nie doszło do odrodzenia "polskiego nacjonalizmu", który rzekomo przetrwał "w zamrożeniu" czasy komunizmu i zagrażał modernizacji. Stąd wyszydzanie polskiego patriotyzmu, stąd naśmiewanie się z prostych, szczerych, uczciwych Polaków, pragnących dobra Ojczyzny i dumnych z jej historii; stąd wdeptywanie w błoto ludzi, którzy podnosili się w obronie polskiego interesu narodowego, przeciwstawiali postkomunistycznej grabieży i rozdrapywaniu gospodarki przez obcych.
 Wybory prezydenckie łba hydrze nie urwą, ale wybory prezydenckie mogą przeorać scenę i stworzyć ruch, który będzie zaczynem odrodzenia Polski. 
 Czasu niewiele, my słabi i niezorganizowani, kręcimy się w chocholim tańcu, a tymczasem z miesiąca na miesiąc tężeją zewnętrzne zagrożenia.
 Katastrofa pod Smoleńskiem pokazała nagle, że miliony Polaków  chcą Polski. Dostatniej, wzbudzającej szacunek swą siłą, prowadzącej mądrą politykę. Przyszedł czas działania i widać już, że przeciwnicy chcą ten zaczyn przerobić w zakalec; widać harcowników wypuszczonych do rozpoznania sił przeciwnika, widać kanalizowanie i rozpraszanie niezadowolenia.
 Mamy szansę. Za jej niewykorzystanie będziemy odpowiadać przed dziećmi.
 Na pytanie, dlaczego polskie państwo jest słabe, odpowiedź jest jedna: bo nie rozliczyliśmy przeszłości, nie powiedzieliśmy, kto był zdrajcą, a kto bohaterem. Przykładem postawy tamtych zdrajców usprawiedliwiają się nowi, dzisiejsi. 
 Problemem Polski jest kula okrągłego stołu i Magdalenki przykuta do nogi. Czas zerwać te pęta i powiedzieć, co czarne, a co białe. W przeciwnym razie nigdy w Polsce nie będzie normalnie, bez tego kolejne pokolenia będą rosły w atmosferze patriotycznej "ambiwalencji".
 Patriotyzm to troska o dobrze pojęty własny interes - interes naszych rodzin, miejscowości, kraju. Nikt o ten interes nie zadba, jeśli sami tego nie zrobimy. Przejawem tej troski musi być odzyskanie przestrzeni publicznej - mediów. To można łatwo zrobić, głosując portmonetką. Czasu niewiele.
Andrzej Kumor
Mississauga

GONIEC, NR 18/2010

Marzenia, świeczki i ogarek
W kampanii prezydenckiej początek ostrego startu. 6 maja o godzinie 24.00 upłynął termin złożenia przez komitety wyborcze co najmniej 100 tysięcy podpisów, co jest warunkiem zarejestrowania kandydata przez Państwową Komisję Wyborczą ze wszystkimi tego konsekwencjami, zwłaszcza - przydziałem darmowego czasu antenowego w państwowej telewizji i radiu - co dla wielu kandydatów może być celem samym w sobie. Na trzy godziny przed upływem terminu wiadomo, że podpisy złożył Waldemar Pawlak, Grzegorz Napieralski, Andrzej Olechowski, Marek Jurek i niektórzy mniej znani kandydaci, zaś sensacją dnia stało się dostarczenie rekordowej liczby około 1700 tysięcy podpisów przez sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego, który w ten sposób ponad dwukrotnie przebił sztab wyborczy Bronisława Komorowskiego, legitymujący się jedynie 700 tysiącami podpisów. Prawnego znaczenia nie ma to oczywiście żadnego, natomiast pokazuje kilka rzeczy jednocześnie. Po pierwsze - sprawność sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego, a także - jego politycznego zaplecza. Po drugie - potwierdza przypuszczenia, że wahadło sympatii opinii publicznej wychyliło się wyraźnie w stronę Jarosława Kaczyńskiego, który w związku z tym - po trzecie - ma szanse na przejście do drugiej tury z Bronisławem Komorowskim.
 A w drugiej turze - na czyje głosy może liczyć Jarosław Kaczyński, a na czyje - Bronisław Komorowski?  Jarosław Kaczyński może liczyć na głosy, które w pierwszej turze zbierze Marek Jurek oraz część głosów zebranych przez Waldemara Pawlaka. Wprawdzie PSL jest w koalicji z Platformą Obywatelską, ale nie jest tajemnicą, iż ta koalicja jest małżeństwem z rozsądku i to w dodatku takim, w którym tzw. ciche dni zdarzają się dość często. Ale może też zebrać głosy tych wyborców, którzy niezależnie od sympatii partyjnych uważają, iż niebezpieczne byłoby oddanie Platformie Obywatelskiej pełnej kontroli nad państwem - co nastąpiłoby w przypadku zwycięstwa Bronisława Komorowskiego. Oczywiście ta pełna kontrola PO to tylko taki skrót myślowy; pełną kontrolę nad państwem polskim sprawują tajne służby, dobrze, jeśli tylko tubylcze - ale nie wszyscy wyborcy w takie spiskowe teorie wierzą, zwłaszcza, że "Gazeta Wyborcza" i powtarzający za nią Salon każdego wyznawcę spiskowej teorii uważa nie tylko za oszołoma i łajdaka, ale ostatnio, za sprawą gorliwości Jego Ekscelencji - nawet za grzesznika. A skoro nie wierzą, to mogą myśleć, że w przypadku zwycięstwa Bronisława Komorowskiego Platforma Obywatelska stanie się dyktatorem Polski, podobnie jak kiedyś PZPR - a taka ewentualność może skłonić ich do poparcia mniejszego zła, to znaczy - powierzenia urzędu prezydenckiego przedstawicielowi innej opcji. Bo Bronisław Komorowski może liczyć na głosy wyborców Andrzeja Olechowskiego i Grzegorza Napieralskiego. Warto jednak zwrócić uwagę, iż zbyt ostentacyjne poparcie SLD dla Bronisława Komorowskiego w II turze może w oczach części wyborców być dla niego pocałunkiem Almanzora. Wprawdzie smoleńska katastrofa połączyła obóz zdrady i zaprzaństwa z obozem płomiennych obrońców interesu narodowego braterstwem przelanej krwi - a w każdym razie w tym kierunku zmierzały przemyślenia pana posła Ryszarda Kalisza - ale nie wszyscy zaraz muszą się tym nastrojom poddawać i po staremu myśleć, że co komuna, to komuna. W każdym razie wybory będą miały charakter plebiscytu między Jasnogrodem a Ciemnogrodem - i w tym właśnie kierunku zmierza linia propagandowa razwiedki, Salonu i "Gazety Wyborczej".
 Chociaż wybory tubylczego prezydenta przedstawiane są jako najważniejsze polityczne wydarzenie, to wcale nie musi to być prawda, bo przecież na prawo i lewo od Polski świat nadal istnieje, a konkretnie - istnieją strategiczni partnerzy, którzy mają względem nas i naszego państwa swoje zamysły. Pośrednio zwrócił na to uwagę Jarosław Kaczyński, realistycznie akcentując w swoim przemówieniu nasze "prawo do marzeń o Polsce silnej, zasobnej i sprawiedliwej". Ano, marzyć wolno każdemu, kto by tam zabraniał ludziom marzyć, zresztą - nawet gdyby i chciał, to trudno byłoby mu to wyegzekwować. Marzyć zatem o Polsce silnej, zasobnej i sprawiedliwej będziemy mogli sobie do woli i nikt nam tego nie zabroni. Ale - jak śpiewał  Wojciech Młynarski - "miewamy często głupie sny, ale potem się budzimy i...". No i wtedy następuje bolesny powrót do rzeczywistości, którą niestety w przewidywalnym czasie będą coraz mocniej kształtowały uzgodnienia strategicznych partnerów, coraz mocniej ujmujących ster europejskiej polityki. Wskazują na to liczne znaki na ziemi, a właściwie jeden, o którym za chwilę.
 Żeby lepiej przybliżyć zrozumienie wymowy tego znaku, chciałbym przypomnieć historię opowiedzianą przez Adama Grzymałę-Siedleckiego o spostrzeżeniu poczynionym w miasteczku Prele, położonym w dawnych Inflantach Polskich. W początkach XX wieku miasteczko to było zaludnione w większości przez Żydów, więc pewnego wieczoru uwagę Grzymały-Siedleckiego zwróciła iluminacja, jaką prelowscy Żydzi urządzili w oknach swoich domów, niczym w piątek - a właśnie nie był piątek. Przygodny Żyd zapytany o przyczynę jarzących się w oknach świec, odpowiedział wymijająco, że to ot, tak sobie, żeby było jaśniej. I dopiero następnego dnia się okazało, że rewolucjoniści zamordowali onegdaj słynącego z niechęci do Żydów rosyjskiego ministra Plehwego i iluminacja w Prelach odbywała się najwyraźniej na cześć tego wydarzenia. Skąd jednak tamtejsi Żydzi wiedzieli o udanym zamachu, skoro radia jeszcze nie było, a wysyłanie depeszy mogło w tej sytuacji być jednak ryzykowne? Na to pytanie Grzymała-Siedlecki nie znalazł odpowiedzi, ale nie o to chodzi, bo ta ilustracja rzuca snop światła na inicjatywę, z jaką wystąpiła liczna grupa znanych osobistości.
 Chodzi o apel, by w dniu 9 maja w całej Polsce zapalić świeczki na grobach żołnierzy Armii Czerwonej, poległych i pochowanych na terenie Polski. Jest to dalszy ciąg inicjatywy objawionej w czasie żałoby po smoleńskiej katastrofie przez Jego Ekscelencję abpa Józefa Życińskiego, który w odpowiedzi na niesłychane objawy życzliwości i ze strony zwykłych Rosjan, i ze strony władz Federacji Rosyjskiej wezwał do roztoczenia opieki nad grobami żołnierzy radzieckich. Ten apel, powiedzmy sobie otwarcie i szczerze, służył nie tyle grobom, co zwróceniu uwagi na autora pomysłu, bo niezależnie od przyjaciół Związku Radzieckiego, których w Polsce jest znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać, i niezależnie od harcerzy, którzy opiekują się grobami, działa też rządowe BONGO, czyli Biuro Opieki nad Grobami Obcokrajowców, ale mniejsza już o to. Ważniejsze bowiem jest to, że apel, wraz z nazwiskami jego sygnatariuszy, ogłosiła "Gazeta Wyborcza", która nigdy nie zapomina o leninowskich przykazaniach dotyczących organizatorskiej funkcji prasy.  Wydaje się oczywiste, iż przedstawienie pełnej listy sygnatariuszy skierowane było do wiadomości rosyjskiej ambasady, a za jej pośrednictwem - do władz Federacji Rosyjskiej, jako swego rodzaju deklaracja lojalności nie tylko podpisanych osobistości, ale również środowisk - na wypadek dalszego zacieśnienia współpracy strategicznych partnerów przy ostatecznym rozwiązywaniu kwestii polskiej. Przede wszystkim apel podpisali prawie wszyscy wpływowi Żydzi, co stanowi dodatkową poszlakę, iż podczas rozmów, jakie w ubiegłym roku prezydent Miedwiediew przeprowadził z izraelskim prezydentem Peresem, sprawa utworzenia Żydolandu w ramach ostatecznego rozwiązywania przez strategicznych partnerów kwestii polskiej mogła zostać owocnie poruszona. Wskazuje na to również obecność pośród sygnatariuszy apelu prawie wszystkich znanych koniunkturalistów, co skłania do podejrzeń, że mogły zostać poczynione nawet jakieś ustalenia natury finansowej. Czy w przeciwnym razie apel w sprawie świeczek podpisywałby Andrzej Wajda? I wreszcie listę sygnatariuszy apelu w sprawie świeczek zamyka JE abp Józef Życiński, co sprawia, że i perspektywa ewentualnego utworzenia u nas Żywej Cerkwi też nabiera rumieńców, zwłaszcza w sytuacji, gdy niektórzy przedstawiciele hierarchii zostali właśnie  przez Salon surowo napiętnowani za pogrążanie się w sprośnych błędach Niebu obrzydłych.
 Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

 Krzysztof Ligęza
Garaż na Grochowie i Parada Zwycięzców
Im więcej czasu upływa od katastrofy w smoleńskim lesie, tym głośniej rozbrzmiewają wątpliwości. Coraz wyraźniej widać również, jak bardzo skompromitowały się polskie władze. Mało tego, tej kompromitacji nie ma końca. 
 Skompromitował się premier Donald Tusk, przyjmując zaproszenie do Katynia na 7 kwietnia, tym samym pozwalając rozegrać swoją grę premierowi Federacji Rosyjskiej (i stając się narzędziem w jego rękach). Skompromitowało się Ministerstwo Obrony Narodowej, które odpowiadało za organizację wyjazdu 10 kwietnia, oraz służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo głowy państwa, generałów, parlamentarzystów i osób towarzyszących. Powszednieje przekonanie, wedle którego rząd firmowany przez Platformę Obywatelską oraz Polskie Stronnictwo Ludowe nie poradziłby sobie z organizacją wiejskiej potańcówki. Kompromituje się Prokuratura Wojskowa, potulnie godząc na rolę petenta, wyznaczaną jej przez Rosjan. Jak to sprecyzował Włodzimierz Cimoszewicz, zachowuje się ona "tak, jakby chodziło o włamanie do garażu na Grochowie. To jest niezrozumiałe." 

 CO ONI ROBIĄ? 
 Jacek Trznadel w rozmowie z "Rzeczpospolitą" formułuje zarzut mocniej, przypominając, że Federacją Rosyjską "rządzi były agent KGB, członek klanu czekistów. Jego ojciec był w NKWD, a dziadek był kucharzem Lenina. Dziś jego potomek kieruje państwem o imperialnych ambicjach, państwem nieprzychylnym wobec Polski. To wszystko chyba wręcz powinno skłaniać do ostrożności, do braku zaufania do rosyjskich śledczych. Niestety, nasz rząd całkowicie ignoruje ten kontekst i rozpływa się nad rzekomo wspaniałą postawą Rosjan. (...) Żadne silne, suwerenne państwo nie pozwoliłoby sobie na to, co robią teraz z nami Rosjanie". 
 W istocie. Oficjalnie nie wiemy niczego. W chwili, gdy piszę te słowa (4  maja) oficjalnie nie znamy nawet godziny, w której rozbił się samolot. Obserwujemy za to chaos organizacyjny, chaos decyzyjny, chaos kompetencyjny, a na dodatek totalny zanik odpowiedzialności u ludzi mieniących się przywódcami narodu. W istocie wygląda na to, że polskiego państwa już nie ma, chociaż ten i ów z decydentów, z jakichś bliżej nieznanych powodów, wstrzymuje się, by tę wieść Polakom zakomunikować. Tak czy owak, nie można pozbyć się wrażenia, iż los 38-milionowego kraju zależy dziś wyłącznie od instynktu samozachowawczego Polaków. 

 ZAPIS NASTROJÓW 
 Z którym to instynktem, Bogu dzięki, najgorzej nie jest. Dowodem "Solidarni 2010", film Ewy Stankiewicz (poprzednio: "Trzech kumpli"). Dokument wyemitowany na antenie pierwszego programu telewizji publicznej zaowocował furią mainstreamu nie ze względu na zawartość, lecz z powodu zasięgu oraz emocji, które wywołał. Relacja, dokumentująca zachowania Polaków zintegrowanych wokół żałobnej symboliki, dowiodła, że wstrząs po tragedii w smoleńskim lesie nabrał charakteru zbiorowej refleksji, której potencjalnych skutków dla tożsamości narodowej Polaków nie sposób przecenić. 
 Ewa Stankiewicz: "Nie roszczę sobie pretensji do całościowego uchwycenia procesu żałoby. Była to próba uchwycenia nastrojów i zarejestrowania - jak to odebrałam - pewnego zrywu społecznego, który dokonuje się na moich oczach. Była to też próba przywrócenia równowagi w jednostronnych relacjach medialnych z żałoby - całkowicie pomijających lęki i obawy społeczne, czy przyczyną katastrofy nie był zamach. Oraz próba oddania głosu ogromnej części społeczeństwa - która sama o sobie mówi, że od lat była dyskryminowana i upokarzana przez media". 
 Dobrze powiedziane. 

 DNI KLĘSKI 
 Tymczasem w najbliższą niedzielę świat obiegną obrazy z moskiewskiego placu Czerwonego. Warto więc przy tej okazji przypomnieć, że podczas II wojny światowej życie straciło ponad sześć milionów polskich obywateli. Oznacza to, że procentowo, w stosunku do ogólnej liczby ludności, straty w tkance biologicznej narodu były wśród Polaków największe na świecie. 
 Polacy uczestniczyli w większości kampanii tamtej wojny. W zachodniej, północnej i południowej Europie, w Azji i w Afryce, a od końca 1943 roku także na europejskim froncie wschodnim. W maju 1945 roku Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie liczyły blisko 200.000 żołnierzy skupionych we wszystkich możliwych formacjach. Dodatkowo, ze wschodu szturmowało III Rzeszę kolejnych 400.000 Polaków. Jednocześnie, jak ktoś to słusznie ujął, na ziemiach polskich trwała już powojenna, nowa faza umierania: w łagrach i więzieniach NKWD oraz UB. 
 Ósmy i dziewiąty maja 1945 roku uznawane są za dni, w których zakończyła się w Europie najkrwawsza z dotychczasowych konfrontacji militarnych. Mówi się, że są to "dni zwycięstwa". A przecież Polacy, jako pierwsi stawiający opór Niemcom, a następnie Rosjanom, bynajmniej nie odzyskali tego, o co od 1939 roku walczyli. Innymi słowy, Polska wojny nie wygrała, kończąc ją jako kraj zniewolony, z jedną trzecią przedwojennego terytorium oraz z ustrojem narzuconym przez totalitarnego sąsiada. 

 CZYJE ZWYCIĘSTWO? 
 Już w 1942 roku brytyjski sztab generalny uznał, że bez Sowietów wojny wygrać się nie da. Zatem wszystko, co w tym przeszkadzało (wybuch wojny polsko-sowieckiej 17 września, kwestia odpowiedzialności za Katyń, zatarg o granice i niezawisłość), wcześniej czy później należało wyeliminować. Stąd właściwie już od konferencji Wielkiej Trójki w Teheranie, Polska stawała się "klinem wbijanym w drzewo koalicji" - jak o tym pisały brytyjskie gazety. A Rosjanie szybko zrozumieli, że Zachód nie będzie kruszyć kopii o Polskę. 
 Od 1945 roku w kraju panoszył się terror, mordy, aresztowania, więzienia i zsyłki polskich patriotów, którzy przelewali krew w walce o ojczyznę. Setki tysięcy Polaków skazano na wygnanie. Większość nigdy do Polski nie wróciła. 
...Takie to było zwycięstwo. 
 Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 
Zapraszam również tutaj: http://www.widnokregi.salon24.pl 

 Izabela Embalo
Praca w Kanadzie
Imigracyjny program dla opiekunek pozwala pracować w Kanadzie legalnie, opiekując się starszą osobą, dzieckiem czy osobą niepełnosprawną. Wiele opiekunek z zagranicy korzysta z tego programu tylko po to, by po dwóch latach zatrudnienia w kanadyjskich domach, ubiegać się o wymarzony pobyt stały. Program był kontrowersyjny, ponieważ niektórzy pracodawcy wykorzystywali swoje opiekunki czy niańki, które nie tylko wykonywały czynności związane z opieką, ale także usługiwały, sprzątały, zajmowały się praktycznie całym gospodarstwem domowym i pracowały wiele nadgodzin bez żadnego wynagrodzenia.
 Agencje pracy dla opiekunek pobierały wysokie  sumy za znalezienie kanadyjskiej rodziny - pracodawców, niekiedy obietnice agencji były bez pokrycia, gdyż po przylocie do Kanady praca nie była załatwiona i ich wizyta kończyła się nakazem deportacyjnym. Podobnie z gwarantowanymi przez agencje zarobkami... Przylot do Kanady okazywał się wielkim rozczarowaniem.
 W sytuacji  zależności od kanadyjskich pracodawców-sponsorów, którzy są jedyną  "przepustką" do pobytu stałego w Kanadzie, niejedna z kobiet decydowała się na ten trudny imigracyjny początek, wytrzymując niegodziwe warunki pracy. Wiele skarg wpływało do urzędu i dlatego ministerstwo  wprowadziło znaczne zmiany, mające polepszyć sytuację zagranicznych opiekunek. Przede wszystkim to pracodawca musi opłacić koszty agencji, transportu, ewentualnie pomocy prawnej. Prawo surowo zabrania, by kanadyjscy pracownicy żądali zwrotu kosztów od swojej pracownicy, grozi im za to 50.000 dolarów grzywny oraz roczny nakaz uwięzienia. Ponadto kanadyjscy pracodawcy muszą zarejestrować się odpowiednio w urzędzie pracy i są zobowiązani zapewnić opiekunce nie tylko godziwe warunki pracy i zamieszkania, także opiekę medyczną, zanim pracownica uzyska rządowe ubezpieczenie. 
 Zastanawiam się tylko, ilu pracodawców zechce zgodzić się na wszystkie wymogi programu i zechce zatrudnić opiekunki z Filipin, Ukrainy, Polski czy innych krajów.
 Izabela Embalo
 Osoby zainteresowane emigracją, do Kanady prosimy o kontakt, tel. 416-820-9576 lub 416-515-2022. Zapraszam do odwiedzenia naszej strony: www.emigracjakanada.net. Jesteśmy jedną z nielicznych polonijnych firm imigracyjnych, która oferuje licencjonowaną obronę i reprezentację adwokacką.

  Ze znakiem Q 
Audi po mercedesach były obiektem westchnień każdego mieszkańca Polski, gdy nikomu jeszcze nie śniło się, że kraj ten stanie się częścią Unii Europejskiej, a samochody będzie można kupować w firmowych salonach, a nie na talony lub na Niskich Łąkach we Wrocławiu, które bardziej przypominały wielkie złomowisko niż samochodową giełdę. 
Nic więc dziwnego, że wozy marki Audi tak chętnie kupują Polacy mieszkający w Kanadzie, bo oprócz doskonałej jakości tych aut często spełnia się ich dawne marzenie, jeszcze rodem z biednej ojczyzny. 
 Od niedawna mamy zresztą coś specjalnego w niemieckiej ofercie, coś na nasze kanadyjskie warunki i tutejszy styl życia - dwie terenówki: Q7 i Q5.
 Q5 to autentyczna nowość - kompaktowy SUV produkowany w Niemczech i na Słowacji bazujący na  platformie podłogowej pożyczonej od modelu A5 coupe. Choć "piątka" określana jest jako "kompaktowa", to jej rozmiary śmiało konkurują z tutejszymi średniowymiarowcami - taki trend jest zasadą u Audi. Prawdziwym maluchem być może będzie Q3, który zadebiutuje w sezonie 2011. Pojazd ma korzystać z podłogi volkswagena tiguana, który zbudowany jest na bazie golfa Mk5.
 W niemieckim Audi małe auta są duże, a duże - ogromne. Wystarczy popatrzeć tylko na pierwszego firmowego SUV-a - Q7. Ten mieszczący wygodnie siedem osób wóz ma długość ponad 5 metrów i waży od 2200 do 2600 kg. Całkowita waga zależy od rodzaju silnika, w jaki Q7 jest wyposażony.
 Pierwszy luksusowy pojazd z działu terenówek Audi stworzył w 2005 roku. W Ameryce samochód zadebiutował rok później  na wystawie w Los Angeles. Data narodzin wozu nie była przypadkowa, bowiem właśnie w tym samym czasie Mercedes zademonstrował swego olbrzyma klasy GL, z którym w zawody miało stanąć audi Q7. Oba wozy posiadają bardzo zbliżone gabaryty i możliwości, a różni je tylko cena - podstawowy model Q7 kosztuje 54 tysiące dolarów, a GL-class - 69 000 dolarów (nie dodaję, że kanadyjskich, ponieważ różnica w kursie naszej i amerykańskiej waluty jest teraz minimalna).
 Aby zminimalizować koszty wytwarzania pierwszej terenówki, Q7 oparty jest na tej samej płycie podłogowej co volkswagen touareg i porsche cayenne.
 Ten obszerny, luksusowy wóz można kupić w Kanadzie, mając do wyboru jeden z trzech silników: dwa benzynowe o pojemności 3,6 i 4,2 litra oraz 3-litrowego ropniaka. Najpopularniejsza wersja posiada V6 o mocy 280 KM, ale prawdziwym przebojem jest model wyposażony w 225-konnego diesla spalający na autostradzie zaledwie 8,3 litra ropy. To naprawdę świetny wynik, bo trzeba przypomnieć, że sam wóz w tej wersji waży 2,5 tony! Wszystkie jednostki współpracują z 6-stopniowym automatem. 
 Na szybko zbliżający się nowy sezon 2011 Audi postanowiło odmłodzić nieco Q7 - obiecując całkowicie zmodyfikowany nowy model na rok 2012. Z zewnątrz zmiany są bardzo subtelne: nowy grill, przednie lampy czy odmieniony układ lamp LED to tylko niektóre z nowych rzeczy. We wnętrzu także niewielkie modyfikacje: dodano kilka kolorów wykończenia, eleganckie aplikacje z chromu oraz nawigację MMI trzeciej generacji.
 Firma większą wagę przywiązała do zmian pod maską. W Q7 na sezon 2011 zastosowano układ odzyskiwania energii, który podczas hamowania i zjeżdżania z wysokości na wolnym biegu kumuluje mechaniczną energię, zamieniając ją na elektryczną, która następnie przechowywana jest w akumulatorach. Dzięki temu udało się zmniejszyć emisję dwutlenku węgla o 5 g na kilometr.
 Pod maską Q7 znajdą się trzy nowe silniki. Zgodnie z ideą downsizingu, duża pojemność i liczba cylindrów ustępują mniejszym konstrukcjom z turbodoładowaniem. Z oferty znikną jednostki 3,6 V6 i 4,2 V8. Na ich miejsce trafi nowy motor 3,0 TFSI o konstrukcji V6. 
 Rozwarcie cylindrów wynosi 90 stopni. Zastosowano też dwa intercoolery schładzające powietrze, zanim trafi ono do komory spalania, dzięki czemu poziom tlenu w mieszance powietrza jest wyższy. To z kolei przekłada się na bardziej efektywne spalanie.
 3-litrowy silnik TFSI występuje w dwóch odmianach różniących się mocą. Słabszy produkuje 268 KM, a mocniejszy, pożyczony od audi S4, dysponuje mocą 329 KM. 
 Odmłodzone Q7 dzięki nowym jednostkom napędowym osiąga setkę w niecałe 8 sekund, a prędkość maksymalna dochodzi do 225 km/h. Mocniejszy silnik do setki dochodzi w 6,9 sekundy. Audi zapewnia, że nowy silnik TFSI jest wydajniejszy niż poprzednie jednostki odpowiednio o 12 i 16 proc. Średnie spalanie wynosi 10,7 l/100km.
 Zmiany dotknęły również jednostki dieslowskie. W porównaniu do poprzedniej wersji, nowy 3.0 TDI waży o 20 kg mniej. Ciekawostką jest też zastosowanie oddzielnych obiegów chłodzenia dla każdego z cylindrów w silniku V6. W momencie rozruchu woda nie krąży po układzie, co powoduje, iż silnik szybciej uzyskuje temperaturę roboczą. W momencie jej osiągnięcia, zawory otwierają automatycznie obieg i woda zaczyna krążyć między blokiem a chłodnicą.    Standardem we wszystkich 8- i 6-cylindrowych wersjach Q7 będzie nowa, 8-biegowa, automatyczna skrzynia biegów, dzięki której spalanie zmniejsza się o ok. 5 proc. Konstrukcja bazuje na znanym 6-biegowym automacie Tiptronic. Przekładnia przenosi moc na 4 koła w proporcjach 40:60, ale możliwe jest również przekazanie 65 proc. na przednią oś lub 85 proc. mocy na tył. 
 Cena Q7 wynosi w Kanadzie od 54 200 dol do 75 200. Jak widać, nie są to tanie samochody - warto jednak pokusić się o model 2-3-letni, który kosztuje połowę wymienionej kwoty, a na pewno posłuży nam przez wiele, wiele lat. Jego wielkość pozwoli nam na wygodną i bezpieczną podróż, a moc - na holowanie przyczepy czy łodzi o wadze do 3,5 tony! Mało jest w tej klasie tak pożytecznych samochodów!
Jerzy Rosa
Mississauga

 Uwaga, uwaga, nadchodzi... Gazprom
Mój tekst o polskim gazie łupkowym wywołał żywy odzew, choć jedynie zestawiał powszechnie dostępne informacje. 
 O tym, że polski gaz niejednemu wierci w nosie, świadczą doniesienia  z ubiegłego tygodnia: minister spraw zagranicznych Sikorski przeprowadził w USA rozmowy z Chevronem "na temat eksploatacji gazu łupkowego w Polsce, szczegółów nie ujawniono", zaś szef Gazpromu, Miller (nie mylić z polskim politykiem komunistycznym z Łodzi), ogłosił nieoczekiwanie, że Rosja ma doświadczenie i technologię do eksploatacji gazu łupkowego i - tu cytat z konferencji prasowej - "jeśli macie gaz łupkowy, do idziemy do was". Rozumiem, że kontynuując sowieckie tradycje, Gazprom do Polski zawsze "czuje się zaproszony". 
 Te dwa zdarzenia kreślą bieguny obecnego napięcia dyplomatycznego. Reakcja Rosjan jest z pewnością ciekawa, ponieważ można domniemywać, iż Moskwa ma informacje o polskich złożach strategicznych jeszcze ze starych czasów, zaś za PRL prowadzone były liczne wiercenia i badania geologiczne. Wiadomo, gdzie są łupki gazonośne, i wiadomo też prawdopodobnie, jakie jest ich nasycenie gazem.
 Nawiasem mówiąc, wiele osób, które z miną znawców wypowiadają się na ten temat okazuje zadziwiająco małą wiedzę na temat samej technologii eksploatacji łupków, zazwyczaj przyrównując to do znanej tu z Alberty niezwykle "brudnej" eksploatacji roponośnych piasków i łupków bitumicznych. 
 Gdzie Rzym, a gdzie Krym!
 Ropę z łupków eksploatuje się metodą kopania odkrywki - olbrzymiej dziury w ziemi - urobek transportowany jest ciężarówkami do zakładów, gdzie materiał miesza się z parą  - a następnie dokonuje ekstrakcji ropy z mieszaniny.
 Technologia poziomej eksploatacji gazu łupkowego jest o wiele ciekawsza. Jej wertykalna faza przebiega jak standardowe wiercenia gazowe - odwiert uszczelnia się betonem, aby nie dopuścić do skażenia wód głębinowych, następnie na odpowiedniej głębokości nad warstwą łupka  wiertło skręca powoli w bok, by ostatecznie zacząć   wiercić  poziomo. Tu znów następuje uszczelnienie płaszczem betonowym. W tak przygotowaną poziomą część odwiertu wprowadza się urządzenie do strzelania otworów i odpala ładunki wybuchowe, dzięki temu następuje perforacja rury i skały w pobliżu odwiertu. Następnie urządzenie do strzelania wycofuje się i pod bardzo wysokim ciśnieniem tłoczy w odwiert specjalnie dobraną płuczkę. Ciśnienie rozsadza łupek na 900 m, a przez szczeliny wychodzi gaz.
 Manewr można powtarzać, dokładnie "osuszając" łupek z gazu.
 Dzięki zastosowaniu takiej technologii w ostatnich kilku latach produkcja gazu ziemnego w USA wzrosła o 20 proc. i nadal rośnie. 
 Nie są to więc opowieści o żelaznym wilku, lecz wiedza sprawdzona w działaniu.
 W większości specjalistycznych magazynów mówi się obecnie o Polsce jako o najbardziej obiecującym terenie eksploatacji gazu w Europie. Przepowiada się, że Polska będzie "nową Norwegią". Norwegia jest obecnie trzecim na świecie eksporterem gazu. Notabene, 60 proc. produkcji kontroluje Statoil, firma będąca w 70 proc. własnością norweskiego państwa. Resztę mają BP ExxonMobil i ConocoPhillips. Eksploatacja norweskiego gazu ruszyła w 1971 roku w dwa lata po odkryciu zasobów.
 To, że w Polsce jest gaz łupkowy nie ulega wątpliwości. Obecnie rozstrzyga się, kto go dostanie i na jakich zasadach. 
 Można się obawiać najgorszego, ponieważ polskie państwo przypomina protektorat, na dodatek, dużym rzecznikiem interesów rosyjskiego gazownictwa są Niemcy, mające w Polsce duże wpływy gospodarcze, medialne i polityczne. Stąd też tak wielkie naciski dla zagwarantowania interesów Gazpromu i zawierania kontraktów z Rosjanami opiewających na dziesiątki lat i bajońskie sumy. Tymczasem właśnie z uwagi na gaz łupkowy i inne niekonwencjonalne sposoby eksploatacji można oczekiwać, iż mimo wzrostu energetycznego głodu państw Azji, cena gazu może spadać.
 Do tego dochodzi nadzwyczaj szybko uchwalana ustawa "Prawo geologiczne i górnicze", która zdaniem wielu prawników, jest niczym innym jak próbą rabunkowej prywatyzacji polskich bogactw naturalnych. Wychodzi na to, że polskie złoża (nie tylko gaz łupkowy) zostaną rozszabrowane na podobnych zasadach, jak to zrobiono z iracką ropą, po obaleniu Saddama, kiedy to również natychmiast "sprywatyzowano" złoża.
 Wypadki ostatnich tygodni pokazują, że Polakom powoli otwierają się oczy i poczynają dostrzegać jak zgrabnie przejechano im walcem po mózgach, jednocześnie zapuszczając węża do kieszeni.
 Wybory prezydenckie dają okazję do organizacji i mobilizacji. Oczywiście, że nie ugramy wszystkiego, ale być może zaczniemy budować ruch, być może wyłonieni zostaną nowi działacze, którym na sercu leży dobro Polski; być może ludzie, którzy czując się ubezwłasnowolnieni, zostawali na głosowanie w domach, ruszą do urn.
 Świat się zmienia i Polska się zmienia. Gaz łupkowy przyspiesza wypadki. Polska ponownie staje się terenem strategicznej rozgrywki. Nie dajmy się po raz kolejny zrobić w bambuko,  odsuńmy kompradorów od władzy.
 Jest to trudne, ale nie niemożliwe. Potrzeba tylko przedłożyć interes Polski nad własny. Bo interes Polski to najlepiej pojęty interes własny - nic nie daje większej radości niż  rodzina, dzieci i praca we własnym, dobrze rządzonym, zasobnym kraju. Polska może być takim państwem. Między innymi za sprawą bogactw, którymi Bóg nas obdarzył. Warto o to zawalczyć.
 Andrzej Kumor
Mississauga
 
 
 

GONIEC, NR 17/2010
 

Ciągłość i zmiana 
Już wszyscy wiedzą, z jakiego klucza wypada im śpiewać. Premier Donald Tusk na specjalnej konferencji prasowej zaintonował hymn ku swojej chwale, a właściwie nie tyle może ku swojej, co ku chwale III Rzeczypospolitej, że w momencie kryzysu zdała egzamin z ciągłości i w ogóle. Wprawdzie pojawiają się głosy, że działania władz stanowią znakomitą ilustrację braku suwerenności i bałaganu, ale kto by tam słuchał jakichś oszołomów, kiedy jest rozkaz obrony III Rzeczypospolitej przed próbami reaktywacji Rzeczypospolitej IV? Nikt takich oszołomów słuchał nie będzie, nawet jeśli jest to szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych pan Klich, który w krótkich, żołnierskich słowach odsłonił rąbek tajemnicy, otaczającej działania polskiego "śledztwa", przypominającego błądzenie dzieci zagubionych we mgle. Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej - podsumował premier Tusk, zapowiadając, że do zakończenia wyborów prezydenckich nie będzie też podejmował żadnych decyzji personalnych "tylko dlatego, że ktoś tak chce". A chciało co najmniej dwóch; z jednej strony generał Sławomir Petelicki, a z drugiej poseł Ludwik Dorn. Obydwaj domagali się dymisji ministra obrony Bogdana Klicha, przy czym generał Petelicki, nie dbając już o zachowanie pozorów, podyktował premieru Tusku nawet nazwiska kandydatów na inne posady, które też powinny zostać opróżnione. Nieomylny to znak, że w momencie, gdy karty poszły w tas, w łonie razwiedki doszło do nieporozumień, jak to zwykle w klubie gangsterów, no i stąd ten zryw serca gorejącego u generała Petelickiego. Poseł Dorn był bardziej powściągliwy i domagał się dymisji ministra Klicha z powodu zaniedbań w szkoleniu pilotów. Jak pamiętamy, minister Klich miał największe osiągnięcia w zarządzonej przez premiera Tuska akcji poszukiwania 20 miliardów oszczędności, co musiało odbić się również na szkoleniu nie tylko pilotów, ale pilotów również. O tym jednak sza! - bo minister Klich, zapewne już wiedząc, że włos mu z głowy nie spadnie i przemawiając na pogrzebie dowódcy Sił Powietrznych, generała Andrzeja Błasika, odgrażał się, że zarówno on, jak i pozostali urzędnicy ministerialni nie pozwolą na dyskredytowanie jego dorobku. Słowem - minister Klich, na wszelki wypadek, jednym susem schował się za plecy nieboszczyka, którego pamięci nikt nie ośmieli się urągać, jako że stanęło ostatecznie na tym, iż w katastrofie pod Smoleńskiem zginęła patriotyczna elita naszego kraju. Wynikałoby z tego, że przy życiu została ta gorsza część, ale jeśli nawet, to nic nie szkodzi, bo najważniejsze, że państwo nasze zdało egzamin z ciągłości.
 Ale dlaczego właściwie nie miałoby ono zdać egzaminu z ciągłości, kiedy tak naprawdę, powiedzmy sobie szczerze, żadna ciągłość nie została przerwana? Przecież w samolocie znajdował się tylko prezydent ze swoimi ministrami, prezes IPN, prezes NBP, dowódcy poszczególnych rodzajów wojsk, kierownicy duszpasterstwa wojskowego, parlamentarzyści i przedstawiciele Rodzin Katyńskich. Nie było wszak nikogo ani z WSI, ani z UB, czyli z razwiedki, która - w odróżnieniu od ofiar katastrofy, które piastowały tylko zewnętrzne znamiona władzy - sprawuje w naszym państwie, a właściwie w tych resztkach, które składają się na jego atrapę, władzę rzeczywistą - oczywiście nie w imieniu własnym, co to, to nie, tylko w imieniu strategicznych partnerów. W tej sytuacji nawet dwie takie katastrofy jak smoleńska nie byłyby w stanie naruszyć, nie mówiąc już o przerwaniu, ciągłości III Rzeczypospolitej. Tak jak c'est le ton, qui fait la chanson, tak o ciągłości państwa nie przesądzają prezydenci czy jacyś tam parlamentarzyści, tylko towarzysze z bezpieczeństwa, co to jeszcze samego znali Stalina.
 I na dowód tej ciągłości pełniący obowiązki prezydent marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, który - jak powiadają na mieście - już w dwie godziny po katastrofie zabezpieczył dla razwiedki archiwa Kancelarii Prezydenta i Biura Bezpieczeństwa Narodowego - właśnie podpisał nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, oddającą IPN pod kuratelę tajnych służb, za pośrednictwem starannie dobranych w korcu maku konfidentów. Westchnienie ulgi, jakie z tego powodu dobyło się z wezbranych wcześniej jaskółczym niepokojem piersi tysięcy autorytetów moralnych, musiało chyba odbić się echem również za Oceanem Atlantyckim. Już im żadna IV Rzeczpospolita nie będzie spędzać snu z powiek. Wieloletnie wysiłki wspierania PO uwieńczone zostały wreszcie powodzeniem - tym bardziej nieoczekiwanym, że przecież chyba nikt się nie spodziewał, iż prezydencki samolot, który - według spiżowych słów Aleksandra Dugina - leciał z misją skażenia prastarej ziemi smoleńskiej czarnym PR-em - w akcie dziejowej sprawiedliwości strąci sama ręka Opatrzności! Jestem przekonany, że taką właśnie wersję przyczyn katastrofy ustali badająca ją komisja, wyrażając tę myśl oczywiście innymi, bardziej technicznymi i fachowymi terminami - a premier Tusk na kolejnej konferencji prasowej pouczy wszystkich, że trzeba przyjąć ją bez dyskusji, bo w przeciwnym razie Rosjanie poczują się urażeni. Widać, że już powinności swej służby zrozumiał i może spokojnie jechać do Moskwy na uroczystości 9 maja, nawet w jednym samolocie z generałem Wojciechem Jaruzelskim.
   Tymczasem, kiedy w Moskwie będą się odbywały uroczystości w kolejną rocznicę pobiedy, na terenie polskiego terytorium etnograficznego wejdzie w decydującą fazę kampania wyborcza tubylczego prezydenta. Jak dotąd zgłosiło się ponad 20 kandydatów, ale ilu naprawdę stanie do wyborów - okaże się dopiero 6 maja, kiedy upłynie termin zebrania 100 tysięcy podpisów. Póki co kandydaci, a właściwie ich sztaby pracowicie podpisy zbierają i w przekonaniu, że zgoda buduje, przekraczają niekiedy wszelkie podziały. Ku swojemu zdumieniu otrzymałem nawet informację, jakoby Akcja Katolicka w Lubelskiem zaangażowała się na rzecz... dra Andrzeja Olechowskiego. Oczywiście niepotrzebniem się zdumiał; jeśli to prawda, to wszystko się zgadza, zwłaszcza że to zaangażowanie prawie na pewno odbywa się "bez wiedzy i zgody". Ale nie tylko na tym przykładzie widać, że razwiedka zmobilizowała wszystkie swoje rezerwy, z czego można wnioskować, że i strategiczni partnerzy już dojrzeli do ostatecznego rozwiązania kwestii naszej tubylczej państwowości. "Gazeta Wyborcza" wychodzi z siebie, by przekonać tubylczych Polaków, że w III Rzeczpospolitej, pod kuratelą strategicznych partnerów, którzy prawie na pewno skorzystają z usług starszych i mądrzejszych, będzie im najlepiej. Właśnie okazało się, że rząd, a konkretnie - minister finansów pan Rostowski pracuje nad projektem ustawy o kredycie z odwróconą hipoteką. Przeznaczony ma on być dla "seniorów" po ukończeniu 60 roku życia, którzy za przekazanie własności nieruchomości mogą dostać z banku kredyt na przeżycie resztek egzystencji. Na pewno z niego skorzystają, zwłaszcza jak rząd obetnie im emerytury i w ten oto sposób w ciągu najwyżej 15 lat nie tylko dojdzie do upragnionej zmiany stosunków własnościowych na Ziemiach Utraconych, ale również - do pośredniego zrealizowania roszczeń majątkowych starszych i mądrzejszych, których te kredyty nie będą nic kosztowały w sytuacji, gdy opanowali przecież sztukę wypłukiwania złota z powietrza. W tej sytuacji plebiscytowy charakter tubylczych wyborów prezydenckich może sprowadzić się do tego, że w przypadku zwycięstwa pana marszałka Bronisława Komorowskiego na pewno zostaniemy zoperowani bez znieczulenia, podczas gdy w przypadku zwycięstwa pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego jest nadzieja na jakieś, przynajmniej miejscowe, znieczulenie. Różnica, jak widać, nie jest specjalnie duża, ale, jak to mówią, dobra psu i mucha.
Stanisław Michalkiewicz 

Paweł Chojecki
Czy mamy państwo?
To, że nie mamy tajnych służb zdolnych ochronić państwo, już wiemy. Pozostają pytania, czy mamy armię i wiarygodnych sojuszników.
 W wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" 27.04.2010 gen. Petelicki (pierwszy dowódca GROM) merytorycznie obnaża tragiczne zaniedbania polskich służb specjalnych dotyczące bezpieczeństwa władz RP.
 Przede wszystkim polskie służby powinny zabezpieczyć nie tylko lotnisko docelowe w Smoleńsku, ale też zapasowe - zwraca uwagę gen. Petelicki.
 - BOR nie miał informacji o lotnisku zapasowym - twierdzi Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik tej służby. Według rzecznika Sił Powietrznych płk. Roberta Kupracza, takie zostały wybrane: były to Witebsk i Mińsk. Dlaczego informacja o tym nie trafiła do BOR? Rzecznik Sił Powietrznych nie potrafił wyjaśnić. (É)
 Inną zasadą obowiązującą w NATO, o której przypomina dowódca GROM, jest ta, że "delegacja takiego szczebla i w takim składzie powinna udać się do Smoleńska czterema samolotami (minimum dla krajów biedniejszych - trzy samoloty)". A 10 kwietnia delegacja polskich władz leciała jedną maszyną Tu-154 (Jak-40 zabrał głównie dziennikarzy).
 Dyletantyzm czy celowe zaniedbania są na porządku dziennym w naszych służbach. Oto na pogrzebie gen. Gągora na Cmentarzu Powązkowskim, gdzie zgromadziła się generalicja i oficjele, nie było żadnej ochrony. Pewien oficer NATO tak to skomentował:
 "Macie szczęście, że mimo waszego większego zaangażowania w Afganistanie niż hiszpańskie, nie zainteresowali się wami dotąd terroryści, bo moglibyście stracić na tym cmentarzu resztę generałów oraz ministra obrony i szefa BBN". 
 Podobne zdziwienie przeżyłem podczas uroczystości żałobnych w Krakowie. Wraz z dwoma przedstawicielami władz Unii Polityki Realnej mieliśmy wejściówki do sektora strzeżonego na wprost wejścia do Bazyliki Mariackiej. Na ulicy Sławkowskiej rzeczywiście dokładnie nas zrewidowano i wylegitymowano. Ale później do przemieszczania się po strefie zamkniętej wystarczyło pomachać identyfikatorem. Postanowiłem zrobić pewien eksperyment. Wszedłem do jednej z kamienic okalających Rynek i spędziłem tam przynajmniej 20 minut. Do gospodarza powiedziałem: jeśli po moim powrocie na Rynek nie podejdzie do mnie tajniak, by mnie powtórnie zrewidować, to znaczy, że nie ma tu żadnej ochrony (kamienica nie została wcześniej sprawdzona przez BOR). Przez nikogo nieindagowany powróciłem do sektora i podszedłem do barierki, przy której stały lawety dla trumien Pary Prezydenckiej. W odległości paru metrów przeszedł cały orszak żałobnyÉ
 Nie mamy służb, ale może mamy przynajmniej armię? By to sprawdzić, należałoby zapytać, czy w kilka minut po katastrofie nasze wojsko zostało postawione w stan najwyższej gotowości bojowej? Nikt nie potrafił wtedy wykluczyć zamachu, a armia musi być przygotowana na najgorszy wariant. Jeśli takiego rozkazu nie było, nie mamy także wojska.
 Podobny test można przeprowadzić w stosunku do NATO. Czy w kilkanaście minut po rozbiciu prezydenckiego samolotu Dowódca Sił Sojuszniczych Paktu ogłosił alarm w podległych mu jednostkach (nie znam fachowego nazewnictwa, stąd używam potocznego)? Czy zebrała się w trybie nagłym Rada Północnoatlantycka, by ocenić stan zagrożenia i ewentualnego wsparcia jednego z państw członkowskich?
 Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale w mediach o tym była kompletna cisza. Można więc z dużym prawdopodobieństwem domniemywać, że nic takiego się nie stało. Jedyne, co wiemy, to informacja o kolejnym przełożeniu (tym razem na koniec maja) rozmieszczenia w Polsce rakiet PatriotÉ
 Mamy więc do wyboru dwa scenariusze:
 1. Jesteśmy całkowicie bezbronni i każdy może nas bezkarnie (i bez trudu) zaatakować.
 2. "Wypadek" polskiej delegacji udającej się do Katynia nie był dla nikogo prócz zwykłych ludzi zaskoczeniem.
 A więc robi się nieprzyjemnie, "straszno i grozno"É.
Paweł Chojecki
niezależna.pl 

 Monika J. Curyk
Alimentacja dzieci - tajemnicze "wydatki specjalne"
Wprowadzenie w życie federalnych i ontaryjskich Child Support Guidelines znacznie uprościło większość kwestii związanych z alimentacją dzieci w Kanadzie. Zgodnie z Guidelines alimenty na dzieci (child support) obliczane są według tabeli, która uwzględnia tylko dwa czynniki: dochód osoby płacącej alimenty i liczbę dzieci. Dochód osoby otrzymującej alimenty, czyli tej z którą dzieci mieszkają, nie ma znaczenia.  Jeżeli osoba, z którą dzieci mieszkają, zarabia milion dolarów rocznie, a rodzic płacący alimenty zarabia 10 tysięcy, to od 10 tysięcy zobowiązany jest płacić alimenty, chyba że rodzic, z którym dzieci mieszkają, zrezygnuje z roszczeń.
 Dla przykładu, w Ontario osoba zarabiająca: 
 - 14 tysięcy rocznie płaci miesięcznie 104 dolary na jedno dziecko lub 220 dolarów na dwoje dzieci,
 - 35 tysięcy rocznie płaci 325 dolarów na jedno dziecko lub 521 dolarów na dwoje dzieci, 
 - 88 tysięcy rocznie płaci 1158 dolarów na jedno dziecko lub 1841 dolarów na dwoje  dzieci. 
 Osoba zarabiająca mniej niż 8 tysięcy rocznie nie jest zobowiązana do płacenia alimentów. 
 Oprócz kwoty wynikającej z tabeli, rodzic, z którym dzieci nie mieszkają, zobowiązany jest także do dokładania się do tak zwanych "wydatków specjalnych" (special and extraordinary expenses) proporcjonalnie do wysokości swoich dochodów i dochodów rodzica, z którym dzieci mieszkają.  Znaczy to, że jeżeli tato zarabia 60 tysięcy rocznie, a mama 40 tysięcy, to tato płaci 60 proc. wydatków specjalnych, a mama 40 proc.
 Co podlega pod definicję wydatków specjalnych?
 Praktycznie bez dyskusji za wydatki specjalne uważane są koszty:
 1. opieki nad dziećmi (baby sitting, day care, summer camps itd.).,
 2. ubezpieczenia medycznego i dentystycznego dzieci,
 3. leczenia i opieki medycznej, jak na przykład: leczenia ortodontycznego, psychoterapii, fizykoterapii, logopedy, lekarstw, okularów, aparatów słuchowych itp.,
 4. wydatki na studia.

 Kiedy wydatki są "specjalne"?
 Co w kwestii innych wydatków, jak np. opłat za prywatne szkoły podstawowe lub średnie, programy edukacyjne zgodne z potrzebami dziecka i zajęcia pozalekcyjne? Czy sąd uznaje je za "specjalne"? Zależy to od paru czynników. Pierwszym z nich jest dochód rodzica, z którym dzieci mieszkają, i wysokość alimentów płaconych przez drugiego rodzica.  Jeżeli rodzic, z którym dziecko mieszka, ma spory dochód i dostaje wysokie "alimenty z rozdzielnika", to niedrogie zajęcia pozalekcyjne i programy edukacyjne nie są traktowane jako wydatki specjalne. Na przykład sąd uznał, że koszty lekcji jogi dla dzieci nie są "specjalne", gdy połączony dochód żyjących w separacji rodziców wyniósł 235 tysięcy dolarów.  Jednak te same lekcje jogi mogłyby zostać uznane za specjalne, gdyby dochód rodziców wynosił 23 tysiące dolarów.

 Konieczne i rozsądne 
 Rodzic, z którym dzieci mieszkają, nie może zapisywać dzieci na każdy program, jaki mu, a częściej jej, przyjdzie do głowy, a potem domagać się od drugiego rodzica, aby pokrywał proporcjonalną część kosztów. Specjalne wydatki muszą być "konieczne i rozsądne" (necessary and reasonable).  Ponieważ konieczność i rozsądek to terminy względne i w znacznym stopniu zależne od indywidualnej interpretacji i percepcji, ustawodawcy wymienili kilka czynników, które sądy biorą pod uwagę, gdy decydują o tym, co jest konieczne i rozsądne:
 1. rodzaj i ilość specjalnych wydatków,
 2. specjalne potrzeby i talenty dziecka,
 3. wysokość sumy wydawanej na wszystkie programy i zajęcia pozalekcyjne,
 4. zajęcia i programy, w których dziecko brało udział przed rozstaniem rodziców.
 I tak na przykład, gdy łączny dochód rodziców wynosił około 190 tysięcy dolarów rocznie, sąd zdecydował, że wydatki na szkołę prywatną, obóz letni, sporty, lekcje tańca i opiekunkę dla dziecka w wysokości trzech tysięcy trzystu dolarów miesięcznie, są za wysokie, a tym samym nie są rozsądne.
 W innym przypadku sąd uznał, że wydatki na opiekę nad dziećmi przed i po szkole, program Kumon, obóz letni i zajęcia sportowe, które w sumie kosztowały 10 tysięcy dolarów rocznie dla dwójki dzieci ze specjalnymi potrzebami, przy rocznym dochodzie obydwojga rodziców wynoszącym 100 tysięcy dolarów, są jak najbardziej konieczne i rozsądne. Podobnie lekcje tańca i hokeja dla trójki dzieci kosztujące 12 tysięcy rocznie, zostały uznane za konieczne i rozsądne przy rocznym dochodzie rodziców wynoszącym ponad 220 tysięcy dolarów.
 Za wydatki, które nie są "wystarczająco specjalne", uważa się koszty, które wszyscy rodzice ponoszą w związku z tym, że dzieci uczęszczają do szkoły  (dojazdy, mundurki, przybory szkolne, wymagane opłaty za rejestrację w szkole, książki itp.). Również koszty wakacji i podróży nie kwalifikują się jako wydatki specjalne.
 Koszty zajęć pozalekcyjnych kwalifikują się jako specjalne w zależności od dochodu rodziców.  Dla bogatych rodziców wydatek rzędu 100 dolarów miesięcznie na zajęcia pozalekcyjne nie jest specjalny, dla biednych - może być.
 Podobnie dla rodziny z niskim dochodem ekstrawaganckie wydatki na zajęcia pozalekcyjne lub sporty, mogą nie zostać uznane za konieczne i rozsądne.  Jeżeli jedno z rodziców chce za nie płacić, to nie może wymagać, aby drugi rodzic się dokładał. Te same wydatki mogą jednak zostać uznane za konieczne i rozsądne dla rodziny o wysokim dochodzie.
 Niektóre kategorie wydatków prawie zawsze uważane są za niezbędne i rozsądne.  Należą do nich: koszty leczenia, opieki zdrowotnej, dentysty, aparatów ortodontycznych, okularów, aparatów słuchowych, leków, wszelkiego rodzaju terapii itd. Ponadto koszty edukacji, zwłaszcza wyższej, rzadko podlegają dyskusji. Dotyczy to również kosztów utrzymania dzieci w czasie studiów. W przypadku dzieci mających potrzeby specjalne, dodatkowe koszty szkoły podstawowej i średniej, jak np. opłaty za szkoły prywatne, korepetycje i programy zaspokajające indywidualne potrzeby dziecka, np. nadpobudliwość, trudności w koncentracji uwagi itp. również mają duże szanse być uznane za specjalne.
 Kwestia, jak długo rodzice zobowiązani są do płacenia za edukację po skończeniu przez dzieci szkoły średniej, jest skomplikowana i nie do końca jasna. Rodzice, którzy nie są rozwiedzeni ani nie pozostają w separacji, w zasadzie nie mają obowiązku dokładać się do czesnego i kosztów utrzymania dorosłych, uczących się dzieci.  W przypadku rodziców nie żyjących razem, z reguły zakłada się, że mają obowiązek płacenia przynajmniej do 23 lub 24 roku życia dziecka albo do ukończenia przez dziecko pierwszych studiów.  Sądy wiele razy stwierdzały, że możliwość wymagania od rodziców, aby płacili za drugie, a nawet trzecie studia dzieci, nie jest wykluczona, ale na razie nie ma decyzji sądowej, wymagającej płacenia alimentów na studiujących trzydziestolatków ani nawet dwudziestosiedmiolatków. 
 Od czego może zależeć fakt, że sąd narzuci na rodziców obowiązek płacenia za kolejne studia? Od oczekiwań i standardów w danej rodzinie.  Innymi słowy, rodzice lekarze mają większe szanse, aby wymagano od nich dokładania się do czesnego na drugie studia, niż rodzice, którzy ukończyli tylko szkołę średnią.
 Kwestia wydatków specjalnych nie jest prosta.  Rodzice, którzy mają powody, by przypuszczać, że ich byli partnerzy powinni dokładać się do wydatków specjalnych, powinni skonsultować się w tej kwestii z prawnikiem.
Monika J. Curyk
Mississauga
 

  Pierwsza dekada 
Sportowe terenówki BMW tak wtopiły się w motoryzacyjny pejzaż, że z trudem uzmysławiamy sobie, że zaledwie dziesięć lat temu pierwsze auta z serii X pojawiły się na montażowych taśmach. Dziś rodzina składa się już z czterech modeli, ale prym w grupie nadal wodzi X5, choć po piętach depcze mu maluch X3, a temu zapewne już niedługo zacznie zagrażać lilipuci X1. Tylko bmw X6 nikomu nie zagraża, bo to samochód dla koneserów... 
X5 był pierwszym uterenowionym autem bawarskiej wytwórni, od samego początku samochód był tworzony z myślą o rynku amerykańskim, dlatego jego produkcja została umiejscowiona w Spartanburgu w Karolina Południowej. Bmw X5 określane było jako sport activity vehicle (SAV) i w odróżnieniu od rzeczywistych SUV-ów,  zbudowane zostało na bazie samonośnego nadwozia, podobnie jak powstające w tym samym czasie pojazdy konkurentów: lexus RX 300 i mercedes M-class. 
 W roku 2006 model E53 (taki symbol nosi bowiem pierwsza edycja X5) przeszedł gruntowną modernizację. Auto zostało wydłużone o 16,5 cm, poszerzone o 6, a w kolejnych modyfikacjach w 2009 roku jeszcze podwyższone o 1,5 cm. W sumie w 2010 roku model  E70 może pochwalić się następującymi wymiarami: długość - 486 cm, szerokość - 193,3 cm, wysokość - 177,6 cm.
 Zwiększenie gabarytów szło w parze z modyfikacjami wozu dotyczącymi komfortu i bezpieczeństwa.  Mocny silnik oraz napęd na wszystkie koła zapewnia pojazdowi dynamikę, jakiej pozazdrościć może "piątce" niejeden sportowiec. To dlatego każdy kierowca X5 ma wrażenie, że prowadzi raczej zwinnego sedana niż ponad 2-tonową "ciężarówkę".  Wygodną jazdę w terenie zapewnia X5 przede wszystkim samonośne nadwozie oraz niezależne zawieszenie. Dodatkowym elementem zwiększającym komfort i bezpieczeństwo w poruszaniu się po bezdrożach jest układ dynamicznej kontroli stabilności zawierający elektroniczną blokadę systemu różnicowego oraz system kontroli zjazdu po stoku.
 Choć samochód naszpikowany jest nowoczesną techniką mającą zapewnić kierowcy oraz pasażerom maksymalne bezpieczeństwo jazdy w terenie - nie ono decyduje o popularności crossowego bmw. Auto jest po prostu przestronne i komfortowo wyposażone, a 8-biegowa automatyczna przekładnia (standard!) przyczynia się do polepszenia ekonomiczności jazdy. To nie powinno być istotne, bo jeśli pojazd kosztuje prawie 60 tysięcy dolarów, to nie kupuje go osoba, dla której istotne są koszty utrzymania wozu. A jednak, nabywcy uterenowionych aut BMW - jak wykazały rynkowe badania - zwracają na ten aspekt więcej uwagi, niż można by było przypuszczać. X5 doskonale spełnia więc oczekiwania  osób wrażliwych na ekologię, a jednocześnie pragnących posiadać wielką, luksusową niemiecką terenówkę.
 Nie da się ukryć, że X5 ma niepowtarzalny styl, szczególnie w swym drugim, zmodyfikowanym rok temu wcieleniu. Atletyczny charakter nowego jest dodatkowo podkreślony przeprojektowanym zderzakiem tylnym, a także obwódkami końcówki układu wydechowego. 
 Podwójne okrągłe reflektory uzupełniono diodowymi pierścieniami świetlnymi LED, które pełnią funkcję  efektywnych świateł do jazdy w dzień. Przeprojektowane tylne światła w kształcie litery "L", z których każde zawiera dwa jednolicie podświetlone rzędy diod LED, zapewniają nowemu modelowi typową dla marki rozpoznawalność również nocą. 
 Wnętrze X5 zachwyca wszechstronnością rozwiązań oraz ergonomicznością - praktycznie nie trzeba czytać instrukcji, by intuicyjnie odnajdywać potrzebne urządzenia i sposób posługiwania się nimi. W standardowym wyposażeniu znalazł się system iDrive najnowszej generacji, który daje dodatkową możliwość łatwej obsługi wszystkich systemów audio, nawigacji i telekomunikacji. 
 Pojemność ustawnego bagażnika może zostać zwiększona z 620 do maksymalnych 1750 litrów.  W kabinie X5 zmieszczą się dodatkowo dwie osoby przy zamówieniu trzeciego rzędu siedzeń. 
 Oglądając bmw X5, trudno wyobrazić sobie, że można tu jeszcze coś zmienić - a jednak! Na sezon 2011 firma przygotowuje nowy model, który przejdzie kilka kosmetycznych zmian. 
 Również pod maską znajdziemy inny doładowany silnik  i nieco zmienioną automatyczną transmisję. Produkcja już się zaczęła i od maja wóz powinien pojawić się już w salonach. 
 Na razie można zapolować na "stary" model, bo pod koniec sezonu są one tańsze. Dla orientacji podam, że standardowy X5 z 3-litrowym silnikiem z szeregowym ustawieniem cylindrów kosztuje w Kanadzie 58 200 dolarów. Wyobraźmy sobie, ile można zaoszczędzić na takim samochodzie!
Jerzy Rosa
Mississauga

 Z naszej własnej winy
Moja prywatna teoria głosi, że zło i głupota, które do dzisiaj tkwią w myśleniu polskich elit, to efekt grzechów przedrozbiorowych. Polska była mlekiem i miodem płynącym królestwem, Bóg błogosławił temu krajowi. W wieku XVI i XVII był to raj na ziemi, żyli nasi pradziadowie w wolności bez głodu i prześladowań.
 Dobrobyt i władza wkrótce odebrały im pokorę i przepełniły pychą, wkrótce nowe pokolenia zapomniały, czemu zawdzięczają tę łaskę, i uznały, że z pewnością sobie samym; uznały, że tak musi być po wsze czasy, jednym słowem, zgłupiały.
 Kiedy przyszło otrzeźwienie, kiedy ich głupota została wykorzystana przez zaborców, Polacy nadal nie mogli wyzwolić się z pychy. Zamiast zrobić rachunek sumienia, uznali, że są Chrystusem narodów, że przecież tak wspaniałych ludzi jak oni, tak wspaniałego narodu, jak ich, Bóg nie mógł ot tak zwyczajnie pokarać za głupotę; Bóg ich w ogóle nie mógł ukarać, Bóg ich tylko mógł wywyższyć, tym razem w cierpieniu. 
 I znów  Polacy mogli sobie nie mieć nic do zarzucenia; znów, w upodleniu, pod butem obcym mogli mieć dobre mniemanie o sobie samych. 
 Ta racjonalizacja upadku, okrzepła w romantycznej wizji polskiego patriotyzmu, była przejawem pychy kolejnego pokolenia. Ten grzech  owocował przeniesieniem się mitu na kolejne  pokolenia, również w Polsce niepodległej, która wysiłkiem politycznych realistów powróciła po Wielkiej Wojnie na mapę świata i której pierwszy raz od wiktorii wiedeńskiej udało się znów odnieść olbrzymi sukces militarny - powstrzymać nawałę bolszewicką
 To grzech patriotycznego romantyzmu, który każe nam mieć wspaniałe mniemanie o sobie samych, niezależnie od tego jak wielką głupotę popełnimy, w jak wielką kupę wdepniemy i jak bardzo jesteśmy nieodpowiedzialni.
***
 Katastrofa samolotu wiozącego polską delegację do Katynia po raz kolejny odsłoniła polską duszę.
 Dzisiaj znów pokaźna część narodu wierzy w złowrogie spiski światowe, wykluczając w świadomości najprostsze rozwiązanie - że tak wielka tragedia mogła być następstwem naszej własnej głupoty i błędów.
 Snuje się domysły zamachu. Mówi, że nie możemy mieć zaufania do tego, co przekazują nam Rosjanie...
 ZGODA, nie możemy mieć zaufania do Rosjan! Tylko, że wcześniej wcześniej bez zmrużenia oka zaufaliśmy im cały prezydencki samolot z najważniejszymi osobami w państwie, nie zabezpieczając kontrwywiadowczo lotu, nie wymagając odpowiedniego sprzętu nawigacyjnego w Smoleńsku, nie umieszczając w wieży tamtejszego lotniska polskich oficerów od naprowadzania. Wówczas trzeba było nie ufać Rosjanom, bo to by coś nam dało!
 To jest problem, o którym powinniśmy mówić,  bo ten błąd tkwi u nas i możemy go naprawić!
 Jeśli przegrywasz i dostajesz po pupie, to nie wiń za to okoliczności, lecz popatrz, jak mogłeś się lepiej przygotować, wyciągnij  wnioski, aby być zabezpieczonym w przyszłości, aby nie musiały podobnie dostawać po pupie twoje dzieci.
 Tymczasem my szukamy winnych dookoła. Tak, śledztwo w sprawie katastrofy powinni prowadzić Polacy, tak, trzeba było wymóc to na Rosjanach.
 Ale tego nie zrobiono. Dlaczego? Bo masz Polaku takich ludzi u władzy, na jakich zasługujesz. To był Twój wybór, teraz zjedz sobie ze smakiem tę żabę.
 Szukając przyczyn, zaczynaj od siebie, bo Ty Putina z Kremla nie wyrzucisz. Nawiasem mówiąc, nawet gdyby to była prawda, gdyby to Rosjanie zabili  nam prezydenta, to co Polska mogłaby zrobić? Tupnąć nóżką!
 Państwo jest w rozgardiaszu, wojsko w rozsypce, służby specjalne przeżarte agenturą. Ludzie, najpierw zróbcie silne państwo polskie, które będzie w stanie prowadzić poważną niezależną politykę i z którym inni będą się liczyć, a potem miejcie pretensje do innych.
 Na razie jest to żałosne. 40-milionowy naród w środku  Europy, który nie może nawet wymóc sensownego śledztwa w sprawie największej powojennej tragedii lotniczej.
 Ja się Rosjanom nie dziwię.  Mogą sobie pozwolić, aby traktować Polaków per noga.
 Potwierdzeniem polskiej słabości są apele, by dochodzenie w sprawie katastrofy prowadziła międzynarodowa komisja. Proszą sobie wyobrazić, że Amerykanie proszą, aby dochodzenie w sprawie katastrofy ich samolotu prowadziła komisja międzynarodowa?! Ba, oni nawet nie zgadzają się, by ich żołnierze mogli być sądzeni za zbrodnie wojenne przed międzynarodowym sądem!
 Domaganie się powołania komisji międzynarodowej to przyznanie, że jest się tak słabym, iż bez zagranicznego protektoratu nie da rady.
 Zgroza!
 A to wszystko jest efekt polskiego garbu - faktu, że nasi praojcowie z własnej winy stracili imperialne państwo i przez ponad 120 lat naród żył na łasce obcych, że oduczył się skutecznego działania i w swych politycznych podrygach stał się śmieszny. Boli? Musi boleć! Najpierw trzeba poznać chorobę, żeby móc ją leczyć.
 Głupota lubi się powielać, ale z głupoty można się wyzwolić, dlatego konieczna jest praca organiczna, konieczne jest wspieranie jeden drugiego i tłumaczenie jeden drugiemu. Jesteśmy w sercu Europy 40-milionowym polskim narodem, upokarzanym i wodzonym za nos. Z naszej własnej winy.
 Dlatego podnieśmy się i wybudujmy silną Polskę. Wiele osób wspomina dzisiaj czasy saskie i wieszczy nadchodzący upadek. Jest jednak różnica: w czasach saskich kraj pławił się w bogactwie i przepychu.
 Uczmy się, podglądajmy innych i bądźmy gotowi. I na Boga, nie miejmy pretensji do wilka, że nie jest owcą, miejmy pretensje do siebie, że nie potrafimy bić wilka po pysku.
 Bo w tym jest główny problem.
Andrzej Kumor
Mississauga
 
 
 
 
 
 

GONIEC, NR 16/2010

 Reaktywacja 
Zanim reaktywujemy TPPR trwają jeszcze pogrzeby kolejnych ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu, który rozbił się podczas podchodzenia do lądowania w pobliżu wojskowego lotniska Siewiernoje pod Smoleńskiem. Zidentyfikowano już ciała, a właściwie to, co pozostało z ciał ostatnich ofiar katastrofy i tego dnia, gdy piszę te słowa, trumny ze szczątkami mają zostać przewiezione do Polski wojskowymi samolotami. Jednak oficjalna żałoba już się skończyła i polityczna wścieklizna ponownie toruje sobie drogę na telewizyjne ekrany, radiowe anteny i łamy gazet. 
 Zresztą nie tylko tam. W Krakowie doszło do skandalicznej sytuacji, kiedy to uzgodniony ze wszystkimi osobistościami pogrzeb prezesa Instytutu Pamięci Narodowej Janusza Kurtyki w jednym z krakowskich kościołów, został dosłownie w ostatniej chwili odwołany przez Jego Eminencję Stanisława kardynała Dziwisza. Komentatorzy dopatrują się w tym nacisków wpływowego w polskim Kościele zakonu Ojców Konfidencjałów, którzy prezesowi Kurtyce najwyraźniej nie mogą wybaczyć pozwalania na ujawnianie różnych wstydliwych zakątków z dokumentacji SB. I tak dobrze, że w ogóle pozwolili pochować go w poświęconej ziemi! 
 Wygląda na to, że rzewny postulat "bycia razem" chyba nie zostanie spełniony, bo z jednej strony ludzie wolą jednak dobierać sobie przyjaciół, niż przyjaźnić się ze wszystkimi jak leci, bo w takiej sytuacji ryzyko wpadnięcia w złe towarzystwo zaczyna graniczyć z pewnością, a z drugiej - razwiedka też nie widzi powodu do spoufalania się z masami w sytuacji, gdy jest akurat w trakcie wykonywania ważnej operacji sprzedawania tychże mas strategicznym partnerom w ramach tak zwanego "pojednania".
 Zaostrzeniu podziałów sprzyja też ogłoszenie terminu wyborów prezydenckich, które marszałek Sejmu, Bronisław Komorowski, pełniący zarazem obowiązki prezydenta państwa, wyznaczył na 20 czerwca. Oznacza to, że komitety wyborcze będą miały niecałe dwa tygodnie na zebranie stu tysięcy podpisów, które stanowią konieczny warunek zarejestrowania kandydata do wyborów. Dotychczas oprócz kandydata Platformy Obywatelskiej Bronisława Komorowskiego zamiar wzięcia udziału w wyborach prezydenckich podtrzymał Andrzej Olechowski oraz Marek Jurek i Janusz Korwin-Mikke, a zgłosił swoją kandydaturę Waldemar Pawlak. PiS jeszcze się na ten temat nie wypowiedziało, ponieważ decyzję ma podjąć dopiero w sobotę, ale chociaż wymieniane są różne nazwiska, m.in. Zbigniewa Romaszewskiego, to wydaje się, iż naturalnym kandydatem jest Jarosław Kaczyński, który nie tylko kilka razy już przemówił na pogrzebach, ale i wyznaczył Adama Lipińskiego do administrowania partią. Kandydata nie wyznaczył również Sojusz Lewicy Demokratycznej, który waha się między Markiem Siwcem a Ryszardem Kaliszem. 
 Oczywiście są to na razie zamiary, bo zebranie 100 tys. podpisów w niecałe dwa tygodnie może dla niektórych komitetów okazać się barierą nie do przebycia, a jeśli nawet by ją przebyły, to potem na sforsowanie czeka jeszcze gorsza bariera finansowa. Ze sprawozdań czołowych komitetów wyborczych z wyborów prezydenckich w roku 2005 wynika, że zgłosiły one do PKW wydatki na poziomie 14 milionów złotych. Zebranie takiej sumy, a nawet sumy porównywalnej, z marszu dla komitetów pozaparlamentarnych, które nie korzystają z subwencji budżetowej ani nie zaryzykują kredytu bankowego, może okazać się też niewykonalne, co sprawi, że nie będą one podczas kampanii widoczne. 
 Krótko mówiąc, sytuacja sprzyja dalszej oligarchizacji politycznej sceny, na której pozostaną w końcu dwa ugrupowania bliźniaczo do siebie podobne i w piastowaniu zewnętrznych znamion władzy, to znaczy - mandatów poselskich i senatorskich, foteli ministerialnych, limuzyn, sekretarek, gabinetów i temu podobnych, będą się "pięknie różnić". Prawdziwą władzę bowiem sprawują w Polsce, podobnie zresztą jak w wielu innych państwach, tajne służby, które w ramach akcji dezinformacyjnej aranżują na użytek skołowanego ludu rozmaite demokratyczne przedstawienia. Towarzysząca im polityczna wścieklizna sprzyja lepszemu zakamuflowaniu tego stanu rzeczy, co jest konieczne tym bardziej, że tubylcze tajne służby od lat wysługują się strategicznym partnerom.
 A strategiczni partnerzy najwyraźniej postawili na symetrię w stosunkach z tubylczym państwem, powoli przekształcanym w "strefę buforową", to znaczy - obszar rozbrojony i stopniowo pozbawiany przemysłu ciężkiego. Jak wiadomo, z Niemcami "pojednaliśmy się" bowiem jeszcze za czasów premiera Mazowieckiego, którego niemiecki kanclerz Koehl wyściskał w Krzyżowej, więc po deklaracji prezydenta Obamy z 17 września ubiegłego roku, kiedy otwartym tekstem oznajmił, że już żadnych dywersantów w Europie Środkowej nie potrzebuje, przyszła pora na pojednanie z Rosją. 
 I 7 kwietnia, podczas wspólnej uroczystości w Katyniu, stosowne deklaracje zostały złożone, co entuzjastycznie powitał red. Adam Michnik, najwyraźniej wiele obiecujący sobie po tym pojednaniu dla starszych i mądrzejszych. Wiadomo bowiem, że nikt lepiej nie przekona tubylczego narodu, by wrócił do prastarych słowiańskich korzeni. Dlatego też z jednego klucza ze środowiskiem "Gazety Wyborczej" o pojednaniu z Rosją śpiewają "narodowcy", a nawet wybitni przedstawiciele hierarchii, z moim faworytem, JE abpem Józefem Życińskim, co to w swoim czasie "bez swojej wiedzy i zgody..." - i tak dalej, na czele, co pokazuje, że miłość do Rosji potrafi przezwyciężyć wszelkie podziały. 
 W tej sytuacji tylko patrzeć, jak reaktywuje się TPPR, czyli najbardziej masowa za czasów pierwszej komuny organizacja, pod zmieniona częściowo pod tym samym skrótem nazwą, bo już nie przyjaźni "Polsko-Radzieckiej", tylko - Polsko-Rosyjskiej. Jak się okazuje, znajdą się enklawy, gdzie postulat "bycia razem" zostanie jednak zrealizowany.
 Na tym tle nieprzyjemnym zgrzytem zaznaczył się list otwarty, z jakim do premiera Tuska wystąpił generał Sławomir Petelicki, ongiś legendarny dowódca GROM - formacji utworzonej dla ochraniania transportów rosyjskich Żydów przez Warszawę do Izraela, a obecnie używanej do walczenia z terrorystami na różnych krańcach świata - a jeszcze wcześniej - mówię oczywiście o panu generale - funkcjonariusz SB, do której wstąpił, żeby - jak sam wyznał - spełniać dobre uczynki. 
 To pragnienie rozpiera go zapewne i teraz, bo w liście do premiera Tuska nie tylko domaga się niezwłocznej dymisji ministra obrony narodowej Bogdana Klicha, ale również wysuwa konkretne propozycje personalne. Najwyraźniej przy tasowaniu kart musiały wystąpić jakieś nieporozumienia również w łonie tubylczej razwiedki, bo to jest niewątpliwie moment, w którym ukształtują się układy i hierarchie w atrapie państwa, w jaką z roku na rok przepoczwarza się III Rzeczpospolita.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

 Rozmawiajmy poważnie
Każdy kolejny dzień i każdy kolejny tydzień, każda chwila, upływające od śmierci Lecha Kaczyńskiego, czynią Go większym. I takimi powinny czynić Polaków. Tymczasem przyczyny katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem wyjaśniają potomkowie oprawców z Katyńskiego Lasu, wskazani przez spiritus movens - być może projektodawcę i nadzorcę - ataków terrorystycznych na budynki mieszkalne w Riazaniu, Moskwie oraz Wołgodońsku, byłego oficera KGB. Mało tego, bo wyjaśniają pod jego osobistym kierownictwem. Oni, plus paru Polaków na doczepkę. 
 A jednak termin "zamach" wciąż nie może z należytym łoskotem przebić się do medialnego głównego nurtu. Przynajmniej w Polsce. Zupełnie tak, jak gdyby najoczywistsza hipoteza, którą w obliczu dramatu w smoleńskim lesie należałoby uwzględniać, z niewiadomych powodów stawała ością w gardle polskim dziennikarzom i politykom. 

 PYTANIA BEZ ODPOWIEDZI 
 A może chodziło jedynie o to, by samolot wylądował w Mińsku czy Moskwie, by storpedować uroczystość upamiętniającą polskie ofiary spoczywające w Katyniu? By Lech Kaczyński nie mógł wygłosić swojego, tak chwytającego za serce, przemówienia, nad grobami pomordowanych Polaków? A może zamach - mamy prawo to podejrzewać - był skutkiem walki o władzę w środowisku rosyjskich elit? 
 I dalej: na ile uzasadniona jest teza, iż elita polskich pilotów mogła nie znać ścieżki podejścia do smoleńskiego lotniska? Czemu Polacy nie przejęli kontroli nad miejscem katastrofy? Czy na miejscu nie było naszych służb? Nikt z BOR-u na prezydenta nie czekał? Dlaczego ciała ofiar katastrofy znalazły się w stolicy Rosji (wyłączając ciało prezydenta Rzeczypospolitej, a i to na wyraźne ponoć żądanie Jarosława Kaczyńskiego)? Czy Warszawa nie mogła dokonać identyfikacji? 
 Dlaczego wyjaśnianie przyczyn katastrofy scedowaliśmy na Rosję? Z jakiego powodu polski rząd nie apelował o powołanie międzynarodowej komisji, która zajęłaby się wyjaśnieniem jej przebiegu i określaniem przyczyn? I wreszcie, czemu zgodziliśmy się, by "czarne skrzynki" przez kilkanaście pierwszych godzin pozostawały w rękach Rosjan, a potem powędrowały do Moskwy? Wiktor Suworow: "Przecież rzeczą oczywistą jest, że w tej chwili informacje w niej zawarte są całkowicie niewiarygodne. To dokładnie tak, jakby dać nóż z odciskami palców na 15 godzin w ręce potencjalnego mordercy". 

 UKŁADANIE STOSUNKÓW 
 Takie pytania - a przecież podobne można mnożyć w nieskończoność - nie tylko, że nie znajdują racjonalnych odpowiedzi, to na dodatek niemal nikt nie chce ich oficjalnie postawić (piszę te słowa dziesięć dni po katastrofie). W zamian obserwujemy zadziwiającą dekretację "zdrowego rozsądku" oraz "pojednania". A to po to, by "ułożyć dobre stosunki z Rosjanami". 
 Ach! Więc to my - zapytam - my ułożyliśmy je źle? 
 Skoro nie my, niechże Rosjanie te stosunki układają jak należy. Tylko czy rzeczywiście chcą? Bo przypuszczam, że wątpię. 
 Oto w przestrzeni publicznej media całymi dniami celebrowały odezwę Miedwiediewa adresowaną do Polaków, ogłoszenie żałoby narodowej w Rosji, szeroko otwarte ramiona Putina, ojcowskim gestem przytulającego Tuska na miejscu katastrofy, wreszcie emisję "Katynia" w jednej z wiodących stacji telewizyjnych. Ale czy ktoś słyszał, by premier Putin powiedział na przykład tak: "Śledztwo mające wyjaśnić przyczyny wypadku prowadzone będzie pod nadzorem polskich prokuratorów. Natychmiast po katastrofie, działając w imieniu i z upoważnienia najwyższych władz Federacji Rosyjskiej, zaoferowałem polskiemu rządowi wszelką pomoc, która okaże się konieczna". Ktoś to słyszał? Nie? No to może prezydent Miedwiediew oświadczył, że: "Ta niewyobrażalna tragedia musi być wyjaśniona tak szybko, jak to tylko będzie możliwe. W porozumieniu z rządem Federacji Rosyjskiej oddajemy do dyspozycji polskich specjalistów wszystkie środki, jakimi dysponuje Rosja". 
 Wreszcie, czy ktokolwiek słyszał - czy ktoś słyszał, pytam! - by na "fali bólu" Moskwa zapowiedziała ujawnienie tajnych akt rosyjskiego śledztwa dotyczącego mordu NKWD na polskich oficerach? 
 Też nie? 

 SPEKTAKL DLA MEDIA-OSIOŁKÓW 
 To kto i na jakiej podstawie ośmiela się fajfurzyć o pojednaniu czy do pojednania nawoływać? W obliczu takiej tragedii? Doprawdy, w tych okolicznościach słowa i gesty, czynione na poziomie decydentów, niewiele Kreml kosztują. Więcej kosztowałby Rosję brak tego rodzaju reakcji. 
 Innymi słowy, obserwujemy teatr. Medialny spektakl dla media-osiołków. Podkreślam - na poziomie władz, nie społeczeństw. Na poziomie społeczeństw są łzy i szczere wyrazy współczucia. Na poziomie władz, Siergiej Iwanow, odgrywający rolę "złego policjanta" wicepremier Rosji, zapytany, dlaczego dotąd nie odtajniono wszystkich dokumentów z archiwów rosyjskich na temat Katynia, odpowiada krótko, zwięźle, na temat oraz w duchu pojednania: "Takie jest prawo w Rosji". Po czym cierpliwie wyjaśnia: "Rosjanie też mają swoje żale i pretensje, choćby co do wydarzeń w latach 20. - śmierci wielu żołnierzy Armii Czerwonej w wojnie polsko-bolszewickiej. Można wszystko odtajnić, można potem to przerabiać i tak bez końca. Aż cofniemy się do XVI wieku, kiedy Polska napadła na Moskwę. Nie ma potrzeby tego robić". 
 Nie miejmy więc złudzeń. Wszak dyrektor Instytutu Historii Rosyjskiej Akademii Nauk uprzejmie poinformował stronę polską, że dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej ujawniać nie należy, ponieważ znajdują się tam nazwiska morderców, zatem ujawnienie tych danych mogłoby naruszyć dobre imię potomków bezpośrednich sprawców mordu. 
*** 
 Powiadają, że to, do jakiego stopnia można ufać zmianie nastawienia rosyjskich władz, pokaże czas. Nie wydaje mi się. W polityce czas jest tylko narzędziem. Na przykład: znakomicie zaciera ślady. W tych okolicznościach nawoływanie o pojednanie można skomentować tylko w jeden sposób, mianowicie przywołując Mariana Hemara: "Teraz pokój? Po zabiciu? Pokój z wami? Nigdy w życiu". 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 
Zapraszam również tutaj: http://www.widnokregi.salon24.pl 
 

 Jan Ostoja
Nieodparte porównanie
Nim ten tekst dotrze do kanadyjskiego czytelnika, tragiczna katastrofa zostanie omówiona i przeanalizowana przez ekspertów wiele razy i będzie o niej wiadomo znaczniej więcej niż teraz, kiedy to piszę.
 Obecnie nasuwa się nieodparcie porównanie z katastrofą samolotu gen. Sikorskiego, w której zginął razem ze swoją córką. Mimo upływu kilkudziesięciu lat i wszechstronnych badań i dochodzeń, tamten wypadek pozostawił do dzisiaj parę znaków zapytania, na które nie udało się odpowiedzieć. A przecież czasu nie brakowało, układy polityczne, które hamowały przepływ informacji, zmieniały się, i co najważniejsze, cały samolot został wydobyty z wody, a czeski pilot katastrofę przeżył.
 Teraz rządowy tupolew rozstrzaskał się na kawałki i dodatkowo spłonął. Czy w tym wypadku wyjaśnienie przyczyn - dlaczego - nie będzie trudniejsze? Dlatego chciałbym dorzucić kilka ogólnych uwag do tematu, który dzisiaj, 10 kwietnia 2010 roku, zapełnia tu, w Polsce, łamy wszystkich gazet i ekrany stacji telewizyjnych oraz rozbrzmiewa w radiu.
 Przedstawiciele rządu i oczywiście hierarchia kościelna podkreślają znaczenie jedności, wspólnego działania niezależnie od różnic poglądów i dotychczasowych, często niezbyt kulturalnych swarów. Podkreśla się, że wszyscy jesteśmy Polakami, a Lech Kaczyński został wybrany w wolnych, demokratycznych wyborach na naszego prezydenta.
 Kiedy prawie 30 lat temu tak lubiany przez nas prezydent R. Reagan został postrzelony przez niezrównoważonego zamachowca chcącego zaimponować aktorce Judy Foster, to leżąc już na stole operacyjnym pozwolił sobie na żartobliwe pytanie skierowane do pochylonych nad nim lekarzy - mam nadzieję, że jesteście republikanami? Operujący chirurg odpowiedział - dzisiaj, panie prezydencie, wszyscy jesteśmy republikanami! Dzisiaj my wszyscy od lewicy do prawicy, jesteśmy przede wszystkim Polakami.
 Jest w tej śmierci pewien symbol. Prezydent Kaczyński zawsze starał się podkreślać historyczne momenty w dziejach Polski, które musimy przyznać, często są szerokiemu światu, a nawet Europie prawie nieznane. Prezydent był inicjatorem otwarcia Muzeum Powstania Warszawskiego, aby podkreślić jego znaczenie historyczne i aby przestano mylić go z powstaniem w getcie warszawskim. Prawie nie rozważa się aspektu - jak daleko posunęłaby się w Europie Armia Czerwona, gdyby Stalin nie zatrzymał jej na pełne dwa miesiące na linii Wisły, czekając, aż Niemcy poradzą sobie z polskimi buntowszczykami. Może nad Danią, Holandią i Belgią także zaświeciłoby słoneczko socjalizmu? Przecież to w pierwszych dniach maja 1945 marszałek Montgomery, jak to się sportowo mówi, rzutem na taśmę odciął Armię Czerwoną od Półwyspu Jutlandzkiego. A i NRD mogło sięgnąć dużo dalej na zachód wbrew "ustaleniom", w których łamaniu Stalin był specjalistą.
 Poza powołaniem znanych już przez wszystkich wydarzeń z tragicznego lotniska, media otworzyły swe łamy dla słuchaczy i czytelników. Charakterystyczny był głos jednej z telefonujących osób, która stwierdziła - od zawsze popierałam Platformę Obywatelską, ale teraz, kiedy B. Komorowski ma właściwie prezydenturę w kieszeni, a pozycji Tuska nic nie zagraża, zastanawiam się, czy należy nadal popierać takie jednowładztwo? Może powinna zaistnieć silna opozycja, która ten team PO mogłaby kontrolować.
 Prezydent Kaczyński robił wiele, aby świat dowiadywał się o polskim wkładzie w walkę o wolność i polskich ofiarach. Jego śmierć stała się jakby podsumowaniem tych starań. To, że obrońca prawdy o Katyniu zginął w tym miejscu, ma szczególne znaczenie. Katastrofalne zrządzenie metafizycznego losu wpisało się na trwale w historię. Cały świat słucha wiadomości o wydarzeniu. Słowo Katyń jest powtarzane we wszystkich językach. Ludzie dowiadują się, po co ci wszyscy polscy dygnitarze tam lecieli. To ostatnie, choć niezamierzone posłanie do narodów świata, które pozostawił nam, jakże symbolicznie, prezydent Lech Kaczyński.
 Mój pobyt w Polsce dobiega końca. Cieszę się, że polecę LOT-em, a nie samolotem lub helikopterem (niedawna katastrofa oficerów lotnictwa) rządowym z ich doświadczonymi pilotami. Na szczęście lotnictwo cywilne wycofało się z eksploatacji rosyjskich samolotów. A pilot nie musi być "doświadczony". Niech będzie po prostu dobrym, przeciętnym pilotem. Bo czasem okazuje się, że najciemniej jest pod latarnią i to co powinno być najbezpieczniejsze, wcale bezpieczne nie jest. 
 Na zakończenie ciekawostka (jeśli to nie zbyt frywolne w tym miejscu słowo). Generał Jaruzelski w wywiadzie dla TVN "Kropka nad i" w dniu 30 marca na zapytanie Moniki Olejnik, czy poleci prezydenckim samolotem, bo minister Stasiak powiedział, że znajdzie się dla niego miejsce - odpowiedział: tak można powiedzieć o walizce, nie jestem walizką. I nie poleciał. Prezydencki samolot Tu-154 startuje o 7.23 rano w Warszawie. Do odprawy nie zgłasza się Zofia Kruszyńska, sekretarka prezydenta RP, Stanisław Żelichowski, szef klubu parlamentarnego PSL, odstępuje miejsce w samolocie koledze Wiesławowi Wodzie.
Jan Ostoja
Toronto

  Luksus dla oszczędnych 
Japońskie samochody przez długie lata kojarzone były na kontynencie północnoamerykańskim z byle jakim wykonaniem i złą opinią - posiadacz hondy, nissana czy toyoty traktowany był jak ktoś, kogo nie stać było na prawdziwy samochód. Wielkie chryslery, buicki czy chevrolety królowały na przydomowych podjazdach. W ich cieniu dynamicznie zwiększał się jednak popyt na "japończyki" z uwagi na ich kompaktowe rozmiary i umiarkowaną cenę... 
Mijały lata, przeżyliśmy kilka ekonomicznych kryzysów, wojen i przykręcania naftowego kurka przez Arabów. Jak dinozaury wyginęły wielkie amerykańskie  krążowniki szos, a japońskie auta stały się synonimem dobrej jakości. Jednak zła aura nie zniknęła i nadal posiadanie japońskiego samochodu świadczyło o gorszej finansowej pozycji. Trudno było sobie wyobrazić, by ktoś bardziej majętny w Kanadzie czy USA kupował luksusowo wyposażoną hondę czy toyotę, skoro do dobrego tonu należało zasiadanie za kierownicą niemieckiego bmw, mercedesa czy audi - no z konieczności alternatywę stanowił cadillac.
 Japończycy jednak uczą się niezwykle łatwo i są zdolni - stworzyli więc nowe marki z myślą o kliencie z grubszym portfelem, których nadal u nas nie brakuje. Honda była pierwsza - jej Acura zaczęła swoją działalność 27 marca 1986 roku. Nowa firma rzuciła wyzwanie ugruntowanym ikonom amerykańskiego oraz europejskiego luksusu w branży motoryzacyjnej. Udało się to dzięki zaoferowaniu samochodów o bardzo wysokiej jakości, zaawansowanym technologiom oraz wydajnym i niezawodnym jednostkom napędowym. To w samochodach Acury po raz pierwszy pojawiły się systemy nawigacji, zestawy telefoniczne Bluetooth, a także zintegrowane zestawy odtwarzające filmy w formacie DVD. Należy także dodać, że była to pierwsza japońska firma, która posiadała swoje studia projektowe oraz linie montażowe na terenie Stanów Zjednoczonych.
 Trzy lata później za oceanem pojawiły się następne dwie luksusowe marki gotowe do walki o względy zamożniejszych i bardziej wymagających nabywców aut: Lexus i Infinity. Początkowo lexusy powstawały w Japonii (gdzie uznawane są za jedne z najlepszych krajowych aut), ale w 2003 roku Toyota ulokowała swą produkcję w naszym ontaryjskim Cambridge, gdzie montowane są teraz SUV-y RX 350. 
 Inaczej rzecz ma się z nissanowskim Infinity, które w Kraju Wschodzącego Słońca w ogóle nie jest znane. Na naszym kontynencie zadebiutowało w 1989 roku, aktualnie produkuje pięć modeli samochodów w różnych nadwoziowych wariantach.
 Co ciekawe, nie wszystkie japońskie koncerny zdecydowały się na stworzenie nowej luksusowej marki - Mazda wycofała się z tego projektu pod koniec lat 90. ubiegłego wieku.  Firma miała zamiar stworzyć markę o nazwie Amati.
 Wróćmy jednak do Acury. Znana jest ona w USA, Kanadzie, Hongkongu oraz od kilku lat w Meksyku i Chinach. Marka nie występuje w Japonii, ale zamiar wprowadzenia jej na ten rynek ogłosił niedawno dyrektor Hondy - Takeo Fukui.
 Luksusowy oddział Hondy aktualnie produkuje siedem modeli aut, w tym SUV-a o nazwie MDX. Jest to pierwszy tego typu wóz z trzema rzędami foteli, co pozwala wygodnie podróżować nim siedmiu osobom jednocześnie. Po raz pierwszy pojawił się na rynku w 2001 roku i warto tu zaznaczyć, że jest to produkt całkowicie kanadyjski - auto powstaje bowiem w ontaryjskim Allistone pod Barrie.
 Bardzo dobrze wyposażony MDX śmiało konkuruje z niemieckim BMW X5,  jest jednak od niego dużo tańszy. Obniżenie ceny na swe luksusowe produkty Honda uzyskuje w prosty sposób - korzystając z unifikacji produkcji. Na przykład: druga generacja MDX zbudowana jest na tym samym podwoziu co honda pilot czy honda ridgeline. Całą konstrukcję zaprojektował pod względem mechanicznym zespół pod kierownictwem szefa o swojsko brzmiącym nazwisku Frank Paluch, stylizację natomiast stworzył Ricky Hsu. Nie jest ona, moim zdaniem, szczególna, auto nie wyróżnia się urodą, ale na pocieszenie trzeba dodać, że nie budzi też opinii negatywnych. Jest w swej stylistyce niezwykle zachowawcze, co uzasadnia nieco fakt, iż nabywcami samochodów luksusowych są zwykle ludzie unikający szokujących rozwiązań i hołdujący raczej konserwatywnym definicjom dobrego smaku.
 MDX jest najbardziej popularnym modelem produkowanym przez Acurę. W ubiegłym roku jego sprzedaż w Kanadzie wzrosła o 17 procent, choć rok ten uważany jest za jeden z najgorszych w historii kanadyjskiej motoryzacji. Mimo tak oczywistych sukcesów, na sezon 2010 firma zmodernizowała nieco wóz. Siedmioosobowy SUV otrzymał chromowaną atrapę wlotu powietrza chłodnicy, nowe zderzaki, nowe światła, końcówki układu wydechowego ze stali nierdzewnej oraz nowe obręcze kół. 
 Acura MDX napędzana jest benzynowym silnikiem sześciocylindrowym 3,7 VTEC SOHC o mocy 300 KM i maksymalnym momencie obrotowym 270 lb-ft, który współpracuje z sześciostopniową przekładnią automatyczną. Auto może holować przyczepy o wadze do 5000 funtów - standardem jest system trailer stability assist. Choć podobno nabywcy luksusowych aut nigdy nie pytają o to, ile palić będzie ich wóz - MDX jest w tej dziedzinie nadzwyczaj umiarkowany. W mieście zużywa 13,2 litra benzyny, na trasie spala 9,6 litra  (ale potrzebuje tej lepszej - premium). Trzeba tu dodać, że cała konstrukcja waży ponad dwie tony (2060 kg), więc pojazd można uznać za naprawdę oszczędzający paliwo.
 Wnętrze modelu 2010 również nieco się zmieniło się dzięki zastosowaniu skóry Milano Premium. Nowe jest koło kierownicy i pedały oraz kontrolki z diodami LED. Lusterko wsteczne połączone jest z kamerą ułatwiającą cofanie.
 Podstawowa odmiana MDX kosztuje w Kanadzie 51 990 dolarów - za BMW X5, które jest konkurentem SUV-a Acury, trzeba zapłacić od 56 200 dolarów w górę. Wóz Japończyków na pewno więc znajdzie uznanie wśród ceniących luksus, ale również umiejących liczyć swe pieniądze nabywców. 
***
 W salonach Acury warto także przyglądnąć się nowince - modelowi o nazwie ZDX, która zdaje się być nadwoziową wersją SUV-a MDX. Pojazd również produkowany jest w Ontario, w tych samych zakładach Hondy w Allistone. Styl, jaki reprezentuje, określa się jako fastback. Najnowszy wóz Acury bardzo przypomina model BMW X6, co na pewno nie jest przypadkiem.
Jerzy Rosa
Mississauga 

 Wojna o polski gaz
Pogrzeb prezydenckiej pary pokazał, że przynajmniej formalnie milionom Polaków wciąż zależy na Polsce; że jednak pragniemy dobra kraju. Świadczy o tym również poszukiwanie prawdziwych przyczyn tragedii.  Czy aby nasz prezydent nie został zamordowany? 
 Powiem przewrotnie, że nie ma to już znaczenia. 
 Nawet gdyby został, to nie zostanie to nigdy oficjalnie stwierdzone. Nie ma takiej siły. Wszystkie  próby "internetowych śledztw" na własną rękę na podstawie wyimków i puszczanych w Internet filmików jest czystą głupotą i stratą czasu.
 Wielkie znaczenie ma natomiast naruszenie procedur bezpieczeństwa, jakie nastąpiło przy tym locie; znaczenie ma to, że samolot z prezydentem leciał do Smoleńska bez należytego zabezpieczenia na miejscu, że polskiego oficera nie było w wieży kontroli, że nie sprawdzono, czy działają instalacje lotniska, że pilot lądował w niebezpiecznych warunkach itd. itp. Jednym słowem, katastrofa pokazała czarno na białym złe działanie polskich instytucji i słabość państwa. Co do tego nie ma wątpliwości.
 I po tym stwierdzeniu można zaprzestać ekscytowania się internetowymi dywagacjami o strzałach czy "mało prawdopodobnym" rozbiciu samolotu w drebiezgi. - Nawiasem mówiąc, radzę sięgnąć w YouTube do filmów TVP z katastrofy  iła-76 w Lesie Kabackim - tam było podobnie i tam też było słychać "strzały". 
 Czy prezydent w czymś "przeszkadzał"? Prawdopodobnie, ale też od dłuższego czasu był politykiem "spacyfikowanym", o czym świadczy chociażby podpisanie Traktatu lizbońskiego; zresztą prezydent w Polsce od dawna już nie rządzi, a jedynie reprezentuje.
***
 Tymczasem w Polsce jesteśmy świadkami największej rozgrywki w powojennej historii tych ziem. Zaczęły się dziać rzeczy duże. I niestety ten kraj i to państwo nie są  do nich przygotowane; życzenie, aby Polska była Polską, pozostaje właśnie tym - życzeniem.
 Walka, jaka się rozpoczęła, jest bezceremonialna i na noże,  nie wiemy, czy już się czasem nie rozstrzygnęła, w każdym razie to, że nie jest to dzisiaj główny temat debaty politycznej, świadczy o wadze sprawy. Uruchomieni zostali agenci wpływu, pociągnięto sznurki medialnych "śpiochów".
 Chodzi o gaz łupkowy. Amerykański koncern Chevron odkrył na polskich ziemiach olbrzymie pokłady. Pokłady, które są w stanie poważnie wpłynąć na strategiczne kierunki polityki w regionie. Przede wszystkim zagrażają pozycji Rosji i jej "dyplomacji" uprawianej przy pomocy gazowej rury. 
 Odkrycie tak olbrzymich pokładów gazu w Polsce (ale nie tylko) stawia również pod znakiem zapytania inwestycje niemieckie w rosyjski gaz, eksploatację złóż na Morzu Barentsa czy budowę gazociągu pod dnem Bałtyku.
 Polacy otrzymują jedną na pięć pokoleń szansę rozwarcia gnębiącego nas historycznego szczękościsku Rosji i Niemiec.
 Mamy złoty róg i wszystko wskazuje na to, że większość nas nie zdaje sobie z tego sprawy. Trudno się dziwić, bo większość polskich mediów nie należy do Polaków.
 Front bitwy o Polskę wygląda dzisiaj mniej więcej tak:
 1. Amerykanie dzięki nowej technologii eksploatacji gazu łupkowego w ciągu kilku lat stali się głównym producentem gazu ziemnego na świecie, wyprzedzając Rosję. Zagrozili tym Gazpromowi na rynkach trzecich. 
 2. Amerykanie kilka tygodni temu udokumentowali złoża zdolne zaspokoić potrzeby Polski na 120 lat - spowodować przestawienie energetyki i uczynić z Polski eksportera gazu.
 3. Możliwość ta mocno niepokoi nie tylko Rosjan, ale Niemców, którzy obawiają się strategicznej nierównowagi i zagrożenia interesów swych korporacji.
 4. Berlin naciska na Warszawę w celu: a. ograniczenia eksploatacji łupków (że niby brudna nieekologiczna technologia, a z Rosji jest czysty gaz); b. dopuszczenia Rosjan do kupna złóż i udziału w wydobyciu.
 5. Gaz łupkowy to oczko Radka Sikorskiego - z jego inicjatywy niedawno odbyło się w Warszawie sympozjum na ten temat. Sikorski jest za zaangażowaniem Amerykanów. Zaangażowanie takie oznaczałoby rzeczywiste, a nie egzotyczne gwarancje bezpieczeństwa. USA - nie można im tego zarzucić - troszczą się o swe koncerny naftowe.
 6. Rząd w Berlinie naciska premiera Tuska, aby ograniczyć rolę amerykańskich firm. Jedną z pierwszych ustaw podpisanych przez nowego p.o. prezydenta była ustawa zezwalająca ministrowi skarbu na ingerencję i zrywanie podpisanych umów "ze względu na bezpieczeństwo strategiczne".
 W tym kontekście nieważne jest, czy prezydent Kaczyński został zamordowany, czy też nieszczęśliwy wypadek spowodował jego śmierć - nieważne, czy "stawiał się" pewnej opcji, dzisiaj liczy się to, by Polska się obudziła, by ludzie  zadecydowali o swej przyszłości. 
 O tych sprawach trzeba rozmawiać, te sprawy nie mogą być rozstrzygane poza plecami przez bandy politycznych kompradorów. Teraz rozstrzyga się przyszłość na kolejne 20 - 30 lat.
 Czytam "Rzeczpospolitą", przeglądam "Dziennik", słucham polskiego radia... Nic o gazie, za to wiele o nagłej  miłości Rosjan...
 Wściekłość? To mało powiedziane...
Andrzej Kumor
Mississuaga
 
 
 
 

TEKSTY: ARCHIWUM 29
 
 



KONTAKT: 
tel. 905-629- 9738 
fax 905-629-9764
 e-mail: redakcja@goniec.net



.. .
webmaster