POWROT
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie 
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net

Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6

Prenumerata na terenie Kanady: 
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class Mail.

***
Wydawca:
Goniec Inc.

..
TEKSTY
Toronto - Canada
Internetowa edycja, to tylko niektóre materiały publikowane w "Gońcu" - w sieci www nie ukazuje się pełna wersja naszego tygodnika wydawanego w objętość 56 stron formatu gazetowego.

GONIEC NR 34/2008

Między ostrzami potężnych szermierzy
 "W Ołomuńcu, na Hilfstplatzu, gdym na warcie hm, hm, stał, wszyscy mi się, hm,hm, dziwowali, sam się cesarz hm,hm, śmiał" - głosiła popularna w swoim czasie w kołach wojskowych i biesiadnych piosenka. 
 Cesarze, podobnie jak i prezydenci, nieczęsto mają okazje do śmiechu, ale i im też się czasem takie momenty przytrafiają. Ostatnio miało to miejsce podczas ceremonii podpisywania w Warszawie porozumienia między Stanami Zjednoczonymi i Polską w sprawie zainstalowania na polskim terytorium amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Ceremionia składania podpisów została poprzedzona sporem między tak zwanym dużym pałacem, czyli Pałacem nomen omen Namiestnikowskim, w którym urzęduje i mieszka prezydent, a pałacem "małym", czyli Kancelarią Premiera, w której urzęduje premier Donald Tusk. Nie chodziło o to, kto ma porozumienie podpisywać, bo konstytucyjnie upoważniony jest do tego rząd, ale gdzie - czy w "dużym", czy w "małym" pałacu. Na podpisanie porozumienia zaproszony został prezydent, chociaż nie było jasne, czy jako prezydent, czy jako osoba prywatna, bo Kancelaria Premiera zaproszenie opatrzyła intytulacją: "Pan Lech Kaczyński". Jeśli nie była to zamierzona złośliwość, to mamy namacalny dowód, że w Kancelarii Premiera pracują jakieś nieokrzesane prymitywy bez cienia kindersztuby. Ciekawe, jak te urzędasy zaadresowały zaproszenie dla Kondolizy? 
 Jak tam było, tak tam było, dość, że Kondoliza przyleciała do Polski w towarzystwie ministra Sikorskiego. Ceremonia odbyła się w obecności prezydenta, ale najsampierw po angielsku przemówił premier Donald Tusk, a potem - też po angielsku - minister Sikorski. Ciekawe, czy Kondoliza zrozumiała przemówienie premiera Tuska, bo prezydent zrozumiał na pewno, o czym wnioskuję stąd, że na te lingwistyczne popisy parsknął śmiechem. Sam się cesarz, hm,hm, śmiał. Tymczasem porozumienie z Ameryką oznacza, że na polskim terytorium zostanie zbudowane stanowisko rakiet przechwytujących balistyczne pociski. W zamian za to polskiego terytorium będzie chroniła bateria rakiet "Patriot" do 2012 roku, a potem - nawet 19 baterii, jeśli oczywiście Polska je sobie w Ameryce kupi. Nie jest to może dwustronny sojusz wojskowy  z Ameryką według klasycznych reguł wzajemnie zobowiązujący do ściśle opisanych reakcji; porozumienie jest bardziej podobne do brytyjskich gwarancji udzielonych Polsce w kwietniu 1939 roku, ale cóż począć? Mówi się: trudno; jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Rosja oczywiście demonstruje niezadowolenie, ale trudno było spodziewać się czego innego; Rosja byłaby zadowolona tylko wtedy, gdyby Polska zgodziła się na status "bliskiej zagranicy". 
 Niemcy na razie nic nie mówią, chociaż w niemieckiej prasie ukazują się artykuły na przykład, że Rzesza Niemiecka prawnie nadal istnieje. Może to nic nie oznaczać, ale może też oznaczać pierwsze poważne ostrzeżenie, jako że w prasie rosyjskiej pojawiają się głosy, iż najlepszym wyjściem byłby rozbiór Polski - bez precyzowania, w jaki sposób dokonać tej sztuki dzisiaj. Pewną wskazówką co do tego sposobu może być telewizyjny występ byłego ambasadora Izraela w Polsce, Szewacha Weissa, który wprost nie mógł się nas nachwalić za odwagę i determinację podczas wojny w Gruzji. Już tam Szewach Weiss bezinteresownie nikogo  nie chwali, więc nie można wykluczyć, że wiadoma "diaspora" liczy, iż przy ewentualnym rozbiorze jakiś okruszek w postaci  Żydo, czy chociaż Lublinlandu, o którym Niemcy, to znaczy pardon - jacy tam znowu "Niemcy" - żadni "Niemcy", tylko zwyczajni "naziści" myśleli jeszcze w 1942 roku, trafi im się i teraz. 
 Bo wygląda na to, że strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie wytrzymało gruziński test całkiem nieźle. Wprawdzie niemiecka kanclerzyna oświadczyła, iż rosyjska reakcja na gruzińską operację "przywracania porządku" w Osetii Południowej była "przesadna", ale to może oznaczać, iż co do ZASADY, była prawidłowa, tylko wojsko użyło zbyt dużych kalibrów przy bombardowaniach powietrznych i artyleryjskich.  W Tbilisi wypadało również Gruzinom powiedzieć coś przyjemnego, więc pani kanclerz powiedziała, iż Gruzja będzie mogła wstąpić do NATO. Zabrzmiało to szalenie rewolucyjnie, ale było to tylko powtórzenie deklaracji z Bukaresztu, uznanej wtedy jako rodzaj szlabanu dla Gruzji, która zresztą po rosyjskim obiciu jest znacznie dalsza od spełniania warunków przynależności do Paktu, niż podczas bukareszteńskiego szczytu NATO. Dlatego teraz istotne jest, czyja definicja Gruzji będzie przyjęta na forum społeczności międzynarodowej - czy amerykańska - z Osetią i Abchazją - czy rosyjska - bez Osetii i Abchazji.
 W tej sytuacji zwycięskie fanfary w Warszawie brzmią chyba trochę przedwcześnie, zwłaszcza że w cieniu gruzińskich batalii i amerykańskich gwarancji zawartych w podpisanym właśnie z Kondolizą porozumieniu, zupełnie nie została zauważona informacja, iż pan prezydent Kaczyński zdezawuował Antoniego Macierewicza. Nie tylko bowiem nie opublikuje aneksu do Raportu o rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych, ale uzasadnił swoją powściągliwość tym, iż Antoni Macierewicz sporo w tym "aneksie" nakonfabulował. Jest to powtórzenie zarzutów, jakie pod adresem Antoniego Macierewicza kierowała razwiedka jeszcze przed przekazaniem aneksu prezydentowi. Być może zatem te zarzuty były słuszne, ale równie dobrze można przyjąć, że pan prezydent po prostu się do razwiedki dostroił. Czy dlatego, że część przewerbowała się do CIA i Mosadu, a więc nie wychodząc wprawdzie ze złowrogiego "układu", stała się "sojusznikiem naszych sojuszników"?    Wszystko to być może,  zwłaszcza że dymisję ze stanowiska szefowej Kancelarii Prezydenta złożyła również minister Anna Fotyga, zaś prezydent Kaczyński dymisję przyjął. Niektórzy politolodzy twierdzą, że pani Fotyga została spławiona w związku z przygotowaniami do reelekcji prezydenta Kaczyńskiego. Te przygotowania mają polegać na eliminowaniu z otoczenia prezydenta osób niechętnie widzianych przez "media", czyli agentów razwiedki odkomenderowanych na odcinek frontu ideologicznego. 
 Jeśli to prawda, to i poświęcenie Macierewicza wydaje się lepiej zrozumiałe. W każdym razie widać, żeśmy weszli między ostrza potężnych szermierzy, których ze zrozumiałych względów musi śmieszyć postać wartownika w Ołomuńcu na Hilfstplatzu, zwłaszcza gdy traktuje on swoją wartowniczą służbę niezmiernie serio. Wtedy nawet sam cesarz nie może powstrzymać wesołości.
 Stanisław Michalkiewicz
Warszawa
 

 Nad brzegiem jeziora
Niektórzy ludzie przekonują, że nie warto poruszać żadnego tematu, gdy niezbite wyrokowanie wydaje się niemożliwe. Ludzi ci traktują filozofię lekceważąco, utrzymując, że stawianie pytań w obszarach niedostępnych naukom ścisłym to tyle, co przelewanie z pustego w próżne. Mylą się. 
 Co ma w głowie człowiek, który poważnie traktuje filozofię? Czy "filozofowanie" to tyle, co odrzucanie praktycznego wymiaru wiedzy? Czy filozofia cokolwiek wyjaśnia? Pomaga w poznaniu i rozumieniu świata (i człowieka) czy raczej przeszkadza? I czy w ogóle warto kusić się o próbę udzielenia odpowiedzi na tak sformułowane pytania? 
 To ostatnie należałoby rozstrzygnąć w pierwszej kolejności. Ba! Wypadałoby pokusić się o owo rozstrzygnięcie, nie korzystając ani z fizyki, ani z biofizyki, ani nawet z chemii. Czy astrofizyki. Całą, bez wyjątku, techniczną gałąź nauki należałoby odrzucić precz, pochylając się nad problemami kluczowymi, granicznymi, tymi kształtującymi, świadomi tego jesteśmy czy nie, rdzeń naszego oglądu rzeczywistości. Czyli - nad imponderabiliami. Tym niemierzalnym i nieuchwytnym, mimo to wywierającym wpływ na nas i nasze życie w stopniu, o którym nader często zapominamy, którego nie chcemy dostrzec i którego na co dzień nie doceniamy. 
 Tylko gdzie mamy szukać imponderabiliów w naszym do cna stechnicyzowanym świecie? 

 WYCZERPAĆ MORZE 
 Każdy niech szuka, gdzie tam sobie chce - albo niech podąża moim śladem. Ja bowiem, kiedy tylko mam okazję, siadam nad brzegiem jeziora. Na długo przed świtem, godzinę przed wschodem słońca. W porze, gdy odległości dopiero zaczynają rosnąć, lecz cienie już umykają. Gdy wyczerpane gwiazdy stygną i gasną, zaś mrok odpływa na zachód, ścigany bledniejącą poświatą układającego się do snu księżyca. Gdy przestrzeń żywi się jeszcze ciemnością, lecz niebo na wschodzie z wolna sinieje, łagodnie zakwita fioletem, splata granatowe warkocze chmur, rozwija poszarpane, rubinowo-seledynowe wstęgi, płonie wachlarzem różu, wreszcie roztapia w błękicie, eksplodując pożerającą nieboskłon pręgą brzasku.
 Siadam i pytam: jeśli na tym świecie nic nie jest konieczne, to dlaczego w ogóle istnieje coś w miejsce nicości? Jeśli pojawiłem się znikąd i donikąd zmierzam, czy moje istnienie nie jest absurdalne? A jeśli jest, jaką ma wartość? A jaką wartość w takim razie mają wszystkie inne istnienia? 
 Skąd przychodzimy i ku czemu zmierzamy? Co stanowi o istocie człowieczeństwa, a co o naszej indywidualnej istocie? Czym jest człowiecza jaźń? Kim tak naprawdę jest człowiek? Kiedy się zaczyna? W czym tkwi sedno człowieczeństwa? 
 Wedle jakich reguł powinniśmy żyć, czemu w ogóle potrzebujemy jakichś reguł i dlaczego chcemy to wiedzieć? Czym jest myślenie? Co to znaczy myśleć samodzielne? A racjonalnie? Czy współczesny człowiek myśli racjonalnie? A czym różni się myślenie oraz wnioskowanie porządne od pożądliwego? 
 Czy w życiu należy kierować się wartościami czy skutecznością? A jeśli dwie wartości popadają w konflikt, wedle jakiego klucza powinniśmy się wtedy orientować? Skoro to, co dobre, wzbogaca człowieka, a to, co złe - niszczy go, czy w takim razie nieszczęścia współczesnych człowiekowatych należy upatrywać w zaniku zdolności do odróżniania jednego od drugiego? Zatem co to jest dobro, a co to jest zło? A czym jest prawda? 

 JAK W PRZEŁYK GĘSI 
 ...I tak dalej, i tak dalej - przecież to ledwie wierzchołek przeogromnej góry lodowej, drobny fragment wstępu, początek listy tematów, których na gruncie nauk ścisłych, wyrzekając się filozofii, nie sposób rozstrzygnąć. 
 Jaka, poza filozofią, inna dziedzina wiedzy wskaże człowiekowi instrumenty, umożliwiające sfalsyfikowanie odpowiedzi na postawione wyżej pytania, a jeśli nie sfalsyfikowanie odpowiedzi, to choćby próbę ich odmierzenia? Która dziedzina wiedzy, wyzbyta kontekstu filozoficznego, da nam umiejętność uzasadnienia przekonań? Nauczy krytycyzmu? Pozwoli oddzielić to, co wartościowe, od bezsensu, który inni za wartościowy uznają? Pomoże przeanalizować własną tożsamość, umożliwiając krytyczną analizę naszego indywidualnego losu? Albo krytyczną analizę postępowania i losów innych ludzi? 
 Powiadają: "filozofia nie udziela żadnych odpowiedzi". Tych pytam: a co z wartością życia? Sednem człowieczeństwa? Wartościowaniem? Proszę, orzeknijcie, że to niepraktyczne bzdury, posługując się instrumentarium rodem z fizyki. Czy tam biofizyki. Czy biochemii. 
 Owszem, rozpowszechnione dziś przekonanie sytuuje filozofię wśród narzędzi niepraktycznych, potrzebnych człowiekowi jak delfinowi cygaro. Lecz w mojej ocenie, przekonanie to charakteryzuje zbałamucone umysły, którym wdrukowano, że papka współczesności, wtłaczana większości przedstawicieli naszego gatunku niczym gotowana kukurydza w przełyk gęsi, to wszystko, czego potrzebujemy. I że całą resztę, gdyby było trzeba, należycie objaśnią gęsiemu stadu tak zwane "autorytety". 

 PRAKTYCZNE ABSTRAKCJE 
 Jeszcze raz: czy filozofowanie to to samo, co "przelewanie z pustego w próżne"? Czy filozoficzne dywagacje donikąd nie prowadzą, a mózg od nich jedynie galaretowacieje? Czy to wszystko, to tylko niepraktyczne abstrakcje? 
 W takim razie zejdźmy z poziomu abstrakcji do konkretu. Zajrzyjmy do szpitala, na oddział ratunkowy, gdzie trwa zwyczajna, gorączkowa krzątanina lekarzy, pielęgniarek i personelu pomocniczego. Wsłuchajmy się w jęk syreny karetki pogotowia, poobserwujmy akcję resuscytacyjną, spójrzmy na wyniki badań. Wszystko zgodnie z lekarską sztuką? Znakomicie. Zatem: diagnoza, zabieg, rekonwalescencja bądź śmierć. 
 Ale czy nie należy spojrzeć na to z innej perspektywy? Szerzej, czy może: dokładniej? Postawmy pytania o naturę choroby. O cierpienie. O istotę kontaktu lekarza z pacjentem. O sens podejmowania takich czy innych zabiegów medycznych. O uporczywą terapię. O eutanazję. O życie i jego jakość. Wreszcie o śmierć. 
 Czy medycyna da nam narzędzia, dzięki którym znajdziemy satysfakcjonujące odpowiedzi na te pytania? Nie? To może biochemia? Albo biofizyka? Też nie? W takim razie na czym mamy się oprzeć? Wszak od tych odpowiedzi zależą bardzo praktyczne rozstrzygnięcia, co do tego nikt nie ma chyba wątpliwości? 
*** 
 Doprawdy: niechęć do filozofii nic nie mówi o potrzebie czy zbędności filozofii, wiele mówiąc o ludziach, którzy filozofię odrzucają. Tymczasem w moim przekonaniu, od czasu do czasu warto usiąść nad brzegiem jeziora. Po to, by wyczerpać morze. 
 ...Że co, że to paradoks? I że to niemożliwe? Wiem. Ale próbować trzeba. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl  
   
  Zaczęło się od  siekiery...
Mało kto wie, że Kanada - która teraz nie posiada własnej samochodowej marki - w pierwszej dekadzie XX wieku wytwarzała swoje auta w wytwórni McLaughlin. Właśnie mija dokładnie 100 lat od chwili, gdy w Oshawie powstały pierwsze kanadyjskie pojazdy - i jak historia później oceni - ostatnie...
Wszystko zaczęło się od siekiery, a dokładniej - od jej trzonka, który zmajstrował sobie przybyły z Irlandii chłop. Zachęcony obietnicą, że otrzyma od kanadyjskiego rządu kawał uprawnej ziemi, w połowie XIX wieku do Tyrone pod Peterborough zawędrował Robert McLaughlin. Już na miejscu okazało się, że ta "uprawna ziemia" to porośnięty dziewiczym buszem rozległy las, który trzeba wykarczować, by rodzina nie zmarła z głodu. Podobnie jak w Barry's Bay, gdzie przybyli z Polski Kaszubi wyrąbywali sobie życiową przestrzeń w Kanadzie, tak i ten zawzięty i pracowity Irlandczyk wziął się ostro do pracy i zaczął zrąbywać i karczować drzewa. Do tej czynności potrzebna jest dobra siekiera - prawidłowo wyważona i osadzona na doskonale wystruganym trzonku. Ponieważ w składzie żelaznym można było nabyć tylko samo ostrze - uchwyt Robert McLaughlin musiał sporządzić sam. Miał widać talent do ciesielki, bo już wkrótce jego siekiery osadzone na własnoręcznie wykonanych trzonkach stały się sławne w całej okolicy i zewsząd przybywali do Enniskillen, gdzie znajdowała się farma Irlandczyka, inni świeżo przybyli imigranci, by kupić tak doskonałe narzędzie pracy. 
 Następnym ważnym etapem w historii kanadyjskiego przemysłu samochodowego (brzmi to może nieco ironicznie, ale tak właśnie było) stał się zamysł stworzenia przez McLaughlina sań. Był to właściwie w tamtych czasach jedyny środek transportu, ponieważ nie było dróg, zimą korzystano z zamarzniętych jezior, by skrócić sobie drogę do Toronto, głównego centrum zaopatrzenia w sprzęt rolniczy, potrzebny wiosną do uprawy pola. Robert McLaughlin interesował się nowinkami technicznymi i podczas jednej z wypraw do metropolii przywiózł sobie katalog, w którym znalazł opisy budowy powozów i sań. Zdecydował się na konstrukcję sań, ponieważ dróg było mało, a budowa sań wydawała się prostsza. Gdy już kończył swój projekt, odwiedził go sąsiad, który namówił go, by ten sprzedał mu te sanie. McLaughlin wziął zaliczkę i wyznaczył kilkudniowy termin odbioru gotowego dzieła, ponieważ potrzebne były okucia i płozy, które miał mu dostarczyć okoliczny kowal. Ten robotę zawalił i dosłownie w ostatniej chwili dostarczył brakujące części. Wtedy właśnie Robert McLaughlin postanowił do swego warsztatu dobudować kuźnię, by uniezależnić się od cudzej niefrasobliwości.
 Stolarnia i kuźnia w obejściu McLaughlina zdominowała działalność farmy, dlatego postanowił przenieść swój warsztat produkcji sań do Oshawy. Tu infrastruktura drogowa była już bardziej rozwinięta niż pod Peterborough, dlatego wkrótce zmienił profil produkcji i w 1876 roku założył w Oshawie wytwórnię konnych powozów - McLaughlin Carriage Company. Gdy dorośli, w przedsięwzięciu tym pomagali mu dwaj synowie - Samuel i George (trzeci z synów Roberta McLaughlina, John, to również ważna osoba w historii Kanady - w 1890 roku założył w Toronto pierwszą w Kanadzie wytwórnię gazowanej wody i stał się fundatorem istniejącej do dzisiaj kompanii Canada Dry).
 W 1901 roku firmie powodziło się doskonale, jej pracownicy mieli dobre pensje, a księgowy kupił sobie nawet w Stanach Zjednoczonych nowinkę - automobil. Po przejażdżce obu braci tym wehikułem stało się jasne, że McLaughlin Carriage Company już wkrótce zmieni swój profil i zacznie produkować auta. Głównym inicjatorem tego pomysłu byli synowie założyciela firmy - on sam opierał się, twierdząc, że automobile to chwilowa moda, a do tego smrodzą, są głośne i straszą konie...
 Aż siedem lat trwał opór, prawdą jest też, że wcześniej firma finansowo nie była przygotowana do możliwości produkcji aut. W tym czasie do Stanów Zjednoczonych co pewien czas wybierali się Samuel i George McLaughlin, by przyglądnąć się produkcji samochodów w USA. W końcu wybór padł na Buick Motor Company, którym kierował zaprzyjaźniony z braćmi Billy Durant. Tak - to ten sam Durant, który w 1908 roku stworzył z Buicka i Oldsmobile motoryzacyjnego giganta General Motors, który dopiero sto lat później uległ Toyo-cie, a przez całe dziesięciolecia liderował światowemu przemysłowi wytwarzającemu auta.
 Pierwsze próby współpracy nie powiodły się, umowę torpedowały banki, które chciały przejąć akcje Duranta. Dopięły zresztą swego i na parę lat ten menedżerski geniusz stracił kierownictwo nad swą firmą. Zdesperowani braci McLaughlin postanowili sami rozpocząć produkcję aut, tworząc w 1908 roku McLaughlin Motor Car Company z siedzibą w Oshawie. Ciężka choroba głównego inżyniera niemal nie pokrzyżowała planów, jednak na prośbę Samuela ze Stanów przybyli na pomoc dwaj specjaliści przysłani tu przez Duranta. Pierwsza seria 154 samochodów powstała w 1908 roku. Były to cenione teraz na kolekcjonerskim rynku mclaughliny, które napędzane były silnikami buicka.
 Sportowe sukcesy samochodów z wytwórni Buicka spowodowały, iż specjaliści od reklamy zasugerowali właścicielom wytwórni, by do nazwy auta dołączyć magiczne słowo "buick" - od następnego więc roku zaczęto w Kanadzie wytwarzać wozy mclaughlin-buick, które stały się podstawą do zacieśnienia współpracy z Amerykanami. 
 Tymczasem Durant tworzy razem ze znanym kierowcą wyścigowym ze Szwajcarii - Louisem Chevroletem kolejną firmę, by odzyskać panowanie nad General Motors. Genialne posunięcie udaje się, ludzie kupują dobrze zareklamowane wozy, a sam szef staje na czele GM-a.  Planuje otwarcie wytwórni w Toronto, ale bracia McLaughlin proponują mu usługi swojej firmy. W trakcie jednej wizyty w Nowym Jorku następuje podpisanie umowy, z której wynika, że zakłady McLaughlin Motor Car Company stają się częścią General Motors. W umowie jest tylko jeden warunek narzucony przez Duranta: szefem kanadyjskiej firmy ma zostać Samuel, a jego zastępcą - George McLaughlin. Sam McLaughlin pełnił rolę rzeczywistego dyrektora do 1945 roku i zmarł w 1972 w wieku stu lat, pełniąc do końca życia funkcje chairmana. 
 Po stu latach w Oshawie nadal rezyduje General Motors. Choć ciężkie czasy dotknęły srogo tego kolosa, to zatrudnia on nadal ponad 20 tysięcy Kanadyjczyków, a na terenie Ontario znajduje się siedem zakładów General Motors, gdzie składa się samochody oraz wytwarza komponenty do ich produkcji.
 Choć Kanada nie produkuje żadnego własnego auta, to właśnie tu powstają takie GM-owskie marki, jak: buick allure, chevrolet impala, pontiac grand prix, chevrolet equinox, pontiac torrent, chevrolet silverado i GMC sierra. A wszystko zaczęło się od zwykłego trzonka do siekiery...
Jerzy Rosa
Mississauga

Dryfujemy w ciemnościach
 Znajomy przez telefon tłumaczył mi ostatnio, dlaczego prezydent Saakaszwili zaatakował śpiącą stolicę południowej Osetii.
 - Wiesz - mówi. - Żydzi chcieli, aby tarcza była w Polsce, i lekko nacisnęli na USA, żeby ci musieli jakoś zareagować... I to w sumie dobrze, bo wolę, żebyśmy szli z Żydami niż z Rosjanami.
 Tyle cytatu, z którego wynikać może, że  tak na dobrą sprawę, w Polsce wybór leży między tym, czy nadstawimy kuper w stronę Waszyngtonu, Jerozolimy, czy też może Berlina lub Moskwy. Po naszej piaskownicy hulają zagraniczne wywiady, dbając o to, byśmy nadto nie przeszkadzali "dorosłym" w geszefcie; znowu polscy politycy tak z prawa, jak z lewa, łączą swoje interesy z cudzoziemskimi (według nich na tym polega globalizacja).
 Z działania polskiego prezydenta wnosić można, że trzeba dzisiaj zainteresować Żydów i Izrael bezpieczeństwem Polski, a można to uzyskać tym lepiej, im więcej żydowskiego zaangażowania w Polsce - inwestycji, współpracy obronnej, majątków etc.
 Tymczasem scentralizowana, konsekwentnie prowadzona polityka rosyjska wbija klin w państwa Zachodu, powoli odbudowując stare ponadunijne związki z Niemcami i innymi państwami Europy - jak Włochy.
 Na dodatek armia rosyjska po wielu klęskach odniosła w Gruzji spektakularny blitzsukces, jakże przydatny na użytek wewnętrzny. Okazało się, że wyposażone w zachodnią i izraelską broń oraz wyszkolone przez zachodnich i izraelskich doradców oddziały gruzińskie nie zdołały utrzymać linii frontu, a także nie były w stanie odebrać Rosjanom kontroli przestrzeni powietrznej. Rosyjskie samoloty bombardowały, gdzie chciały i jak chciały.
 Całe wydarzenie obnażyło podziały w polityce wewnętrznej na Ukrainie, gdzie prezydent oskarżył premierową o miliardową łapówkę od Rosjan. 
 Chyba dawno Rosja tak bardzo nie skorzystała na jakichś wydarzeniach.
 A wszystko to za sprawą jednego brutalnego posunięcia gruzińskiego prezydenta, wpisanego w ogólną grę interesów rosyjskich i izraelskich w regionie.
 Tak się złożyło, że dojście Putina do władzy w Rosji oznaczało zwycięstwo frakcji rosyjskich "natolińczyków" w służbach bezpieczeństwa, czyli narodowców, którzy wygrali rozgrywkę ze wspieranymi przez oligarchów, powiązanymi z Izraelem "puławianami", takoż z posowieckich służb bezpieczeństwa. 
 Od tego czasu datują się pewne izraelsko-rosyjskie podchody, głównie na "froncie" irańskim, gdzie Rosja sprzedaje broń i technologię. 
 Iran to poważna zagwozdka, ponieważ państwo to dysponuje drugimi co do wielkości zasobami ropy naftowej i gazu ziemnego. Z powodu embarga i blokady, ropa ta dla państw "naszych" jest coraz słabiej dostępna, a "nasze" firmy pozbawione są możliwości zysków z eksploracji i inwestowania w technologie wydobywcze.
 Wykorzystują to Chińczycy i Rosjanie, od czego Amerykanom i Żydom wierci się w nosie. Oczywiście jest możliwe, że Iran będzie miał bombę, i wówczas ewentualne ekspedycje wojskowe na ten kraj staną się bardziej kosztowne. Trudno jednak twierdzić, że irańska bomba to zagrożenie dla istnienia Izraela.
 Dopóki irańscy przywódcy pozostają przy zdrowych zmysłach (a ostatnie wydarzenia pozwalają sądzić, że mają dobrze poukładane w głowie), nikt nie powinien sugerować, że Iran zaatakuje Izrael. Irańska bomba atomowa zmusiłaby jednak oba kraje do przyjęcia byłej sowiecko-amerykańskiej doktryny MAD - czyli wzajemnie gwarantowanego zniszczenia.  
 Wracając do Gruzji i Rosji, znów trzeba patrzeć przez szkiełko z ropy i gazu. Gruzja pozwalała Zachodowi na obejście Rosji. Rosja bowiem nie zarabia na samym tranzycie, ale jest pośrednikiem w handlu; to znaczy kupuje np. gaz w Azerbejdżanie i odsprzedaje - oczywiście po wyższej cenie - do Europy. Odpowiednie rurociągi (jest kilka projektów) biegnące przez Gruzją i Turcję (jeden już funkcjonuje) pozwalają zmniejszyć cenę, a jednocześnie pozbawić Moskwę zarobku na handlu. Drugą moż-liwą drogą dotarcia do złóż kaspijskich byłby rurociąg via Pakistan i Afganistan, jednak tam, mimo wielu wysiłków, nie udało się uzyskać odpowiedniej stabilizacji.
 Jedna ze strategicznych koncepcji polskiej polityki (realizowana na wielu etapach) zakłada, że związanie naszego kraju z gospodarczymi interesami Żydów amerykańskich oraz Izraela, da nam wystarczającą rękojmię, aby sojusz polsko-amerykański nie był "egzotyczny" i gdy przyjdzie co do czego, by teren Polski był realnie broniony przez zaangażowanie USA.
 Dopuszcza się w ten sposób do uczynienia z Polski europejskiego przyczółka Izraela i Izraelczyków - powrotu żydostwa do prominentnego znaczenia.
 Tymczasem trzeba pamiętać, że  w takiej sytuacji my, Polacy, możemy nie być w stanie odbudować własnej narodowej elity, narodowego kapitału, przez co sojusz taki - obojętnie czy sformalizowany, czy niepisany - zakończy się dla nas rolą "izraelskich Arabów".
 Jest to tym bardziej prawdopodobne, że Żydzi znajdują się obecnie w apogeum historycznego znaczenia i wpływów na cywilizację zachodnią, na dodatek, z powodu bliskiej z nami historii, mają wobec nas wiele uprzedzeń.
 Tak czy owak, o sprawach tych powinno się w Polsce dyskutować otwarcie i bez zahamowań, niestety, dyskusja taka jest zablokowana i sprowadza się do epitetów. Strona żydowsko-amerykańska - jakiekolwiek sugestie złączenia polskiego interesu z rosyjskim traktuje jako objaw działania rosyjskiego wywiadu, natomiast jej przeciwnicy strzelają z biodra, zanim jeszcze padają jakiekolwiek argumenty.
 No i tak oto dryfujemy sobie w ciemnościach...
 Andrzej Kumor
Mississauga 
 

GONIEC NR 33/2008

Między wzniosłością a śmiesznością
"Du sublime au ridicule il n'y a, qu'un pas" - od wzniosłości do śmieszności jest tylko krok - powiadają Francuzi. Na tej granicy znalazł się gruziński prezydent Michał Saakaszwili wkrótce potem, jak nakazał "przywrócić porządek" w Południowej Osetii, zaś ruscy szachiści wykorzystali tę okazję, by pokazać mu tak zwany "ruski miesiąc". Południowa Osetia, podobnie jak leżąca na czarnomorskim wybrzeżu Abchazja, "wybijają się", jak to się mówi, na niepodległość, w czym sekunduje im Rosja, karcąca w ten sposób Gruzję za jej prozachodnie ciągoty. Jak zwykle w przypadkach upojenia, po euforii nadchodzi depresja. Tak też stało się również w przypadku porządkowej operacji gruzińskiego prezydenta. Wkrótce przekształciła się ona w odwrót gruzińskich wojsk, zdradzający nawet objawy popłochu. Rosjanie zbombardowali miasto Gori, a port w Poti, z urządzeniami do przeładunku ropy, zrównali podobnież z ziemią. Według niepotwierdzonych doniesień, jacyś "terroryści" powysadzali też w powietrze rurociągi omijające terytorium rosyjskie. Wszystko to bardzo skonfundowało prezydenta Saakaszwilego, który najwyraźniej spodziewał się czegoś innego, jakiejś spektakularnej odsieczy, która Rosjan rzuci na kolana. Tymczasem odsiecz nie nadchodziła a Rosjanie nieubłaganie zbliżali się nawet do Tbilisi. Słowem - sytuacja robiła się poważna.
 W tym momencie przybyła odsiecz w osobach prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który na czele zmobilizowanej naprędce ekipy prezydentów Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy, przyleciał do Azerbejdżanu, a następnie w kolumnie samochodów dotarł do Tbilisi w samą porę, by wystąpić tam na wiecu z tak zwanymi wyrazami solidarności i w ogóle. Było to możliwe między innymi dlatego, że francuski prezydent Sarkozy dogadał się z rosyjskim premierem, przekonując go do zawieszenia broni, którego gruziński prezydent Saakaszwili skwapliwie się uczepił, natychmiast się na nie zgadzając. Tymczasem prezydent Kaczyński podczas swego wiecowego przemówienia stwierdził, że przybył tu, "aby walczyć". Było to bardzo podobne do słynnego "veni, vidi, vici" Juliusza Cezara, zwłaszcza że nieprzyjaciel na wiecu się nie pojawił, więc wrażenie zwycięstwa było całkowite. Pan prezydent syt chwały powrócił tedy do Warszawy, gdzie udzielił wywiadu telewizyjnego, stwierdzając tam m.in., że nauczył ministra Sikorskiego, jak się podejmuje decyzje. Jest to o tyle ciekawe, że o ile wiadomo, podczas pobytu delegacji prezydentów żadne decyzje w sprawie Gruzji nie zapadły, a w każdym razie nie zapadły z ich udziałem. Wszystko bowiem wskazuje na to, iż zapadną dopiero podczas rozmów, jakie ma w Rosji prowadzić niemiecka kanclerz Angela Merkel, która zapowiedziała swoje przybycie do Moskwy na 15 sierpnia.
 Problem Gruzji, podobnie zresztą jak Ukrainy, jest elementem konfliktu między dwiema konkurencyjnymi koncepcjami politycznymi. Z jednej strony Amerykanie, a w każdym razie - dożywająca swoich dni ekipa prezydenta Busha - próbują forsować politykę odpychania Rosji na północny wschód, poprzez wyłuskiwanie z rosyjskiej strefy wpływów zarówno Ukrainy, jak i krajów kaukaskich,spośród których najżywiej reaguje Gruzja. Oferta amerykańska wobec tych krajów obejmuje przyłączenie do NATO, co jednak na Ukrainie wywołuje wątpliwości, bo nie wiadomo, czy przynależność do NATO przyniesie Ukrainie coś konkretnego w sytuacji, gdy NATO utrzymuje "specjalne" stosunki z Rosją i przy różnych okazjach ją kokietuje. Z drugiej strony, fundamentem polityki europejskiej jest od pewnego czasu strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, ufundowane m.in. na respektowaniu stref wpływów w Europie, podzielonej mniej więcej wzdłuż linii Ribbentrop - Mołotow. Po obydwu stronach tej linii strategiczni partnerzy starają się utrzymać coś w rodzaju symetrii; skoro np. Zachód przeforsował "niepodległość Kosowa", czyli rozbiór Serbii, to Rosja ostrzegła, że ten precedens będzie wykorzystany w przypadku Osetii i Abchazji. Rzeczywiście - jeśli rozbiór Serbii jest dobry, to dlaczego rozbiór Gruzji ma być niedobry?
 Zatem rozwój wypadków na Kaukazie będzie zależał od tego, kto będzie w stanie przeforsować swoją linię polityczną - czy Amerykanie ze swymi sojusznikami, to znaczy z jednym sojusznikiem w postaci Polski, która do programu prometejskiego aż przebiera nogami, upatrując w tym powrót na szlak marszałka Piłsudskiego. Co prawda marszałek Piłsudski prężył raczej własne muskuły, a nie cudze, co preferują jego epigoni, ale obiektywnie sukces polityki, nazwijmy ją, prometejskiej, odpowiada polskiej racji stanu, przynajmniej w ogólnych zarysach, bo już np. nie w takim szczególe, jak niedostrzeganie wpływów banderowców na Ukrainie. Jednak Niemcy, wspólnie z Francuzami kładący fundamenty pod Cesarstwo Europejskie, wcale nie życzą sobie konfliktu z Cesarstwem Rosyjskim. Przeciwnie - ich ideałem jest strategiczne partnerstwo, to znaczy - urządzanie Europy w serdecznym dwustronnym porozumieniu, a tym samym - postępująca "europeizacja Europy", to znaczy - stopniowe pozbawianie Amerykanów istotnego wpływu na sprawy europejskie. Cesarstwo Europejskie nie życzy sobie ani pośrednictwa Cesarstwa Amerykańskiego w stosunkach z Cesarstwem Rosyjskim, ani tym bardziej - żadnego arbitrażu z jego strony. 
 Na tym tle dopiero widać kłopotliwą sytuację, w jakiej, najdelikatniej mówiąc, znalazła się Polska. Zarówno romantyczne porywy, jak i poczucie racji stanu popychają ją do angażowania się w program prometejski, który jednak dla Amerykanów ma znaczenie drugo-, a może nawet trzeciorzędne - jako jedna z metod dywersji wobec Rosji - a jednocześnie zaangażowanie się w Anschluss do Unii Europejskiej i rozbudowana niemiecka agentura w Polsce, zmusza nasz kraj do realizowania polityki wyznaczanej przez strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie. Stąd też objawy zataczania się Polski od ściany do ściany, bynajmniej nie z nadmiaru środków płynnych, tylko z rozterki, która czasami podpowiada pomysły nawet imponujące w swojej desperacji, bo du sublime, au ridicule il n'y a qu'un pas.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
 

Jeszcze o testamentach
Z zainteresowaniem przeczytałem ciekawy i użyteczny wywiad z Kolegą Adwokatem Robertem Jagielskim zatytułowany "Testament każdemu potrzebny" w 32 numerze "Gońca" z 8-14 sierpnia br.
 Jako adwokat zajmujący się prawem spadkowym w Kanadzie, a także członek Warszawskiej Izby Adwokackiej, uprawniony do wykonywania zawodu adwokata w Polsce i znający polskie prawo spadkowe, widzę potrzebę wyjaśnienia sytuacji, w których spadkodawca zamieszkały w Kanadzie chce na wypadek śmierci zadysponować swoim majątkiem znajdującym się w Polsce.
 We wspomnianym wywiadzie zasugerowano, że jedynym sposobem zadysponowania takim majątkiem jest sporządzenie testamentu w Polsce. Zachęta do odwiedzenia Ojczyzny zasługuje na uznanie, i z pewnością ucieszy przewoźników lotniczych.  Jednakże również testamenty sporządzone zgodnie z wymogami prawa kanadyjskiego mogą być i są uznawane przez sądy w Polsce. Art. 35 ustawy z 12 listopada 1965 r. Prawo prywatne międzynarodowe stanowi bowiem, że "o ważności testamentu i innych czynności na wypadek śmierci rozstrzyga prawo ojczyste spadkodawcy z chwili dokonania tych czynności. Wystarczy jednak zachowanie formy przewidzianej przez prawo państwa, w którym czynność zostaje dokonana". [podkreślenie moje - J.M.]
 Zasadniczą i najczęściej stosowaną formą testamentu w Kanadzie, z wyjątkiem Quebecu, jest testament podpisany w obecności dwóch świadków i zaopatrzony w oświadczenie pod przysięgą jednego z nich, potwierdzające okoliczności podpisania tego testamentu. Natomiast podstawową formą testamentu w Polsce jest testament notarialny, sporządzony przez notariusza i podpisany przez testatora i notariusza. Osoby wyjeżdżające do Polski mogą więc zadysponować swoim majątkiem położonym w Polsce w testamencie notarialnym. 
 Jednakże zgodnie z zacytowanym powyżej przepisem, również testament sporządzony w Kanadzie i podpisany w obecności dwóch świadków będzie w Polsce honorowany przez sąd spadkowy. Potwierdza to moja praktyka, w której takie testamenty były i są uznawane za ważne w Polsce.
 Omawiane rozwiązanie nie jest wolne od wad. Typowy testament kanadyjski jest dużo dłuższy od typowego testamentu polskiego. Dla sądu polskiego musi on być także przetłumaczony na język polski, a jego forma może brzmieć obco dla sędziego, który mógł się z nią nie spotkać w swojej dotychczasowej praktyce. Ponadto, jeśli spadkobiercy dysponują tylko jednym oryginałem testamentu kanadyjskiego, mogą stanąć wobec problemu, gdy sądy kanadyjski i polski zażądają oryginału i zechcą zachować go w swoich aktach. Sporządzenie dwóch jednobrzmiących oryginałów przez testatora, generalnie w praktyce nie stosowane, może być wskazane w takiej sytuacji.
 Istnieje jednak jeszcze jedno rozwiązanie. Jest nim sporządzenie w Kanadzie tzw. testamentu holograficznego, tj. testamentu w całości własnoręcznie napisanego i podpisanego przez testatora. Ta forma znana jest bowiem i w Kanadzie, i w Polsce.
 Taki testament może być napisany po polsku, co zabezpiecza przed zarzutem, że Polak-emigrant nie rozumiał testamentu sporządzonego przez adwokata w języku angielskim. Testament taki może być dodatkowo poświadczony przez notariusza.
W prawie spadkowym obydwu krajów istnieje zasada, że postanowienia testamentu późniejszego wykluczają dotyczące tych samych zagadnień postanowienia testamentu wcześniejszego. Sporządzając więcej  niż jeden testament, należy więc uważać, aby testament późniejszy nie unieważnił wcześniejszego. Oznacza to, że testament kanadyjski musi wyraźnie ograniczać się do majątku spadkowego w Kanadzie, a testament polski wyraźnie stwierdzać, że dotyczy on tylko majątku położonego w Polsce.
 Jak widać, osoby, które do Polski nie jadą, mogą sporządzić w Kanadzie testament rozdysponowujący  majątkiem w Polsce na wypadek śmierci. Wymaga to jednak zrozumienia potencjalnych konsekwencji i różnic pomiędzy prawem spadkowym w Kanadzie i w Polsce.
 Jacek Mikołajko
 dr praw, adwokat

  Dlaczego w środku lata?
Ta informacja podana w innej porze roku nie wzbudziłaby tyle emocji co teraz, w środku lata. Zakłady w Oxfordzie przestały właśnie produkować mini w wersji topless - z taśm fabryki zjechało dotychczas 164 000 sztuk tych niezwykle udanych autek BMW, które są marzeniem niejednego kierowcy.
Kabriolet mini cooper pojawił się w trzy lata później po mini z pełnym, blaszanym dachem, od razu stając się rynkowym przebojem. Chociaż Anglicy wytwarzali trzy wersje silnikowe tego samochodu, w Kanadzie oferowane były tylko dwie odmiany: ze 115-konnym i 168-konnym motorem. Obawiano się zapewne, że w naszym kraju najsłabsze mini z otwieranym dachem, napędzane 90-konnym silnikiem, nie wzbudzi oczekiwanego zainteresowania. Taki los outsidera spotkał go bowiem w innych krajach, gdzie z ogólnej puli wyprodukowanych aut sprzedano zaledwie 28 000 sztuk. Najlepiej szły coopery z klasycznym dla firmy 115-konnym motorem, który na trasie spalał zaledwie 6,2 litra benzyny. Tych aut upłynniono aż 79 500 sztuk. Na drugim miejscu uplasował się doładowany mini cooper, którego sprzedano 56 500 sztuk; auto to mimo całego tabunu koni pod maską, spala na autostradzie tylko 7 litrów paliwa.
 W Kanadzie samochody z otwieranym dachem nie są tak popularne jak w innych strefach klimatycznych. Szczególnie tego wyjątkowo deszczowego lata właściciele samochodów typu topless częściej kryją się pod jego płóciennym dachem, niż paradują z grzecznie ułożoną harmonijką za tylną kanapą. Jednak jazda kabrioletem ma swoich fanów, i podobnie jak jazda motocyklem, wyzwala w kierowcy dodatkowe przeżycia. 
 Reaktywowanie marki MINI w 2001 roku przez BMW od razu spowodowało zaistnienie potrzeby stworzenia z tego autka, przypominającego nieco większą zabawkę, jeszcze jednej wersji z otwieranym dachem. 
 To było wyzwanie dla inżynierów, bo kabriolety muszą mieć nie gorszą sztywność swej karoserii niż auta z dachem, który zamyka całą strukturę i w naturalny sposób ją stabilizuje. Tu, w kabriolecie, praktycznie dachu nie ma, a na pewno nie może on pełnić już innej roli jak ochrony przed deszczem, dlatego całą odpowiedzialność za sztywność konstrukcji ponosi podłoga, odpowiednio wzmocniona. Proszę kiedyś się zastanowić, dlaczego samochody pozbawione dachu, które z tej racji powinny być lżejsze od swych krewniaków z pełnym, blaszanym nadwoziem - są od nich jednak cięższe. Na naszym przykładzie mini coopera można sprawdzić tę prawidłowość. "Zwykłe" mini waży 1155 kg, a mini convertible - 1225 kg. Ta różnica to dodatkowe usztywniające szyny w podłodze i ciężar stalowych pałąków umieszczonych za tylnymi siedzeniami, które mają za zadanie chronić użytkowników kabrioletu w razie dachowania.
 Mini cabrio pod względem osiągów pod żadnym względem nie przewyższa swego pełnoblaszanego kuzyna. Jazda z otwartym dachem po autostradzie dostarcza nawet niezbyt przyjemnych wrażeń, bo szum wiatru i jego porywy nie należą do najprzyjemniejszych. Dopiero wycieczka z prędkością około 60 km na godz. pozwoli w pełni delektować się zaletami tego autka.
 Producent wyposażył je w składany jak harmonijka dach (a nie w hardtop), który ląduje za pałąkiem bezpieczeństwa, nadając samochodowi beztroski wygląd. Miłe zaskoczenie stanowi kształt softopu, który po pełnym rozłożeniu przypomina oryginalny, blaszany dach w klasycznym mini cooperze. Oba modele oglądane z profilu są więc do siebie bardzo podobne, a obserwowane z przodu - niemal identyczne.
 Otwieranie dachu jest w pełni automatyczne - jest to nigdzie indziej  niespotykane wśród samochodów tej klasy. Składany dach można także odsunąć tylko częściowo, tworząc coś na kształt szyberdachu. Wersja topless wyposażona jest również w dwa malutkie okienka w przedziale pasażerskim, które automatycznie się chowają, gdy składamy dach. 
 Mini z otwieranym dachem rozszerzyło ofertę BMW o małe zgrabne autko, bo przecież nie wszystkich stać na Z4 za 54 000 dolarów. Najtańsza odmiana coopera topless kosztuje w Kanadzie 31 600 dolarów, jeśli dodamy do puli jeszcze 5000 - wyjedziemy z salonu BMW mini cooperem S. 
 Zaprzestanie produkcji mini convertible nie oznacza jednak rezygnacji BMW z tego rodzaju samochodu. Pokazany na wystawie w Genewie nowy model mini o nazwie john cooper works świadczy o zaawansowanych pracach nad nowymi wersjami mini. W tym roku w sprzedaży pojawił się przecież clubman i II wcielenie klasycznego coopera. Można z dużą dozą pewności przypuszczać, że już wkrótce z taśm produkcyjnych w Oxfordzie zjedzie najnowsze wcielenie mini ze składanym dachem. Nie wiadomo jednak, czy będzie to wersja oparta na klasycznym mini, czy na clubmanie, który jest o 30 centymetrów dłuższy. Szczytem szczęścia dla miłośników kabrioletów i mini cooperów byłoby zapewne wypuszczenie obu modeli w odmianie topless!
Jerzy Rosa
Mississauga
 
 Klęska na wszystkich frontach
Żydzi mówią na takiego schmuck - chłystek, albo jeszcze gorzej. Takim właśnie "palantem" okazał się prezydent Gruzji, Michał Saakaszwili, który - zapewne z cudzego poduszczenia - pokusił się o "zjednoczenie" kraju i atak na Rosjan osetyńskich.
 Awantura zakończyła się klęską na wszystkich frontach. 
 Rosja wygrała militarnie, dyplomatycznie i emocjonalnie - jawiąc się jako obrońca kobiet i dzieci - a także państwo zatroskane losem własnych obywateli. Z tego zatroskania o obywateli wybuchła już niejedna wojna - patrz prowokacja gliwicka - tym jednak razem nawet najbardziej wyrobieni doktorzy od kręcenia w głowach (spinu) mieli kłopoty z pokazaniem, że to jednak ci napadli, co nie napadli. Polski minister spraw zagranicznych Sikorski przytomnie powiedział w radiu, że "sprawa, kto napadł, jest obecnie przedmiotem analizy".
 Na dodatek wyszło na wierzch, ile są warte zachodnie zapewnienia o poparciu i pomocy. Kto, jak kto, ale chyba my, Polacy, powinniśmy wysysać z mlekiem matki przeświadczenie o skłonności naszych starych kontynentalnych demokracji do pozostawiania innych na lodzie. Tym bardziej, że owe demokracje biorą od Moskwy 50 proc. gazu i 25 proc. ropy. Nikt nie chce drażnić kogoś, kto może mu zrobić zimno w domu.
 W przypadku Polski bardziej znaczące jest też to, że w przypadku Gruzji amerykańskie marszczenie czoła również zakończyło się na takiej pantomimie.
 Po co Saakaszwili atakował? Może ktoś chciał go użyć do wymuszenia reakcji Ameryki i rozpętania większego konfliktu dla zasłonięcia uderzenia na Iran?
 Jest to o tyle prawdopodobne, że Izrael jest   po USA największym dostawcą sprzętu wojskowego dla gruzińskiej, armii, a wpływy tego państwa w rządzie Gruzji są duże. Żydem jest minister obrony Dawid Kezeraszwili (kilka lat mieszkał w Izraelu, mówi świetnie po hebrajsku) i minister ds. integracji Temur Jakobaszwili. Doradcami wojskowymi w gruzińskim wojsku są znani emerytowani generałowie izraelskiej armii Israel Ziw i Gal Hirsch, a wiele oddziałów zostało przeszkolonych w Izraelu lub przez Żydów.
 Jednak gdy przyszło co do czego, Izrael nadął usteczka i uznał, że będzie grał na dwa fronty, odmówił Gruzji poparcia, obawiając się pozbawienia dyplomatycznego wpływu na Rosję w sprawie Iranu, gdzie Rosjanie właśnie finalizują umowę na dostawę wysoko zaawansowanego systemu rakietowej obrony przeciwlotniczej, który udaremnić może lub w dużym stopniu utrudnić uderzenie Izraela czy USA. Żydzi naciskają, by do tego jednak nie doszło.
 Wszystkiego i tak się nie dowiemy, symptomatyczne jednak, że związany z izraelskimi służbami specjalnymi portal Debka "gani" Amerykanów za brak zdecydowanej reakcji na rosyjską ekskursję w Gruzję, piekląc się, że Ameryka pokazuje słabą stronę, traci wiarygodność, a tym samym "ośmiela" Iran. Według autora komentarza, USA powinny militarnie bronić Gruzji.
 Umówmy się, że choć Gruzja  jest dla Waszyngtonu krajem ważnym (bo ropociągi), to jednak położonym na głębokich rubieżach i Stany nie są w stanie ryzykować kolejnej wojny, przez co uznają de facto rosyjską strefę wpływów. 
 Polska polityka zagraniczna od sporego czasu zdominowana jest przez myślenie upatrujące w USA głównego gwaranta bezpieczeństwa. Jest to z oczywistych powodów bzdurna teoria, mająca swe źródło w dawnych czasach. Kiedyś Polska rzeczywiście była dla USA ważna jako front zimnej wojny i państwo-klin rozsadzające od środka system komunizmu.
  Interesy strategiczne Stanów Zjednoczonych ewoluują jednak, a polityka to nie małżeństwo, nikt nikomu dozgonnej wierności nie obiecuje. 
 Przypadek gruziński powinien  Warszawie uprzytomnić, że czas zacząć budowę sensownego systemu bezpieczeństwa, a nie liczyć, że tata z  Ameryki nas obroni. 
 Widząc, jak na rozwój sytuacji w Gruzji reagowały Niemcy czy Francja, można mieć wątpliwości, czy du-że państwa Europy nie zechcą uznać bezpieczeństwa Polski za sprawę wartą złożenia na ołtarzu kontynentalnej stabilizacji. 
 Polska myśl polityczna pozostaje w cieniu ubiegłowiecznych koncepcji, tymczasem kraj nasz jest pośrednim sąsiadem atomowego mocarstwa realizującego bezceremonialnie i z głową interesy dla odbudowania strefy wpływów. W obliczu takiego działania, należy grać rozsądnie, wyciągając wszystkie posiadane atuty.
 Wielu polskich polityków prawicy ma rosyjski kompleks wyniesiony z  historycznych urazów: o Rosjanach myśli to samo co kiedyś Piłsudski o bolszewikach, czyli generalnie że bydło i swołocz. Życie pokazuje, iż obecna administracja rosyjska zyskuje coraz większe poparcie rosyjskiego narodu i to ten kierunek kształtował będzie rosyjską politykę w najbliższych 20 - 50 latach.
 Chcąc, nie chcąc, Polska leży w strefie rosyjskiego oddechu, dlatego polityka wschodnia powinna być jednym z najważniejszych elementów polskiej polityki zagranicznej. 
 Co robić?
 - Przede wszystkim wyeliminować rosyjską (i nie tylko) agenturę w Polsce. Po to, by wobec jakiegoś państwa robić skuteczną politykę, trzeba mieć kim i czym ją prowadzić.
 - Po drugie, nie wdawać się w machanie hurra-szabelką oraz unikać cudzych "kombinacji operacyjnych" wobec Rosji, które nie leżą w polskim interesie.
 - Po trzecie, jasno narysować linię na piasku, poza którą nie ustępujemy, ale jednocześnie być elastycznym, by móc Rosji zaoferować pewne marchewki.
 Ambasador Kremla nie może rządzić w Warszawie, ale Polska nie może być z definicji wroga wobec Rosji. Grozi nam bowiem po raz kolejny historyczne przekleństwo, dostania się w kleszcze tradycyjnego sojuszu euroazjatyckiego - Niemiec i Rosji.
 Jest to dla naszego kraju śmiertelne niebezpieczeństwo ponownego deja vu sytuacji z 1939 roku.
Andrzej Kumor
Mississauga 

GONIEC NR 32/2008

Zdrowiec na krótkiej smyczy 
Hosanna, hosanna! Nareszcie, w dziesiątym miesiącu radosnego oczekiwania, narodził się pierwszy sukces rządu miłościwego premiera Donalda Tuska. 
 Nie jest to może sukces na miarę oczekiwań i ambicji, ale nie bądźmy zbyt wymagający; jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, dobra psu i mucha, a w ogóle - to wedle stawu grobla. 
 W czwartkowy poranek ogłoszono dobrą nowinę: premier Donald Tuska jest zdrowiuteńki, jak nie przymierzając rydz... Hmmm... Dlaczego zaraz jak rydz? To już nie ma lepszych porównań? Czy nie lepiej powiedzieć, że miłościwy premier Donald Tusk jest zdrowiuteńki jak, dajmy na to, koń? No, koń to już znacznie lepiej, niż rydz, ale z drugiej strony... zaraz zaraz... Jak to Pan Zagłoba mówił do Rocha Kowalskiego w chwilach irytacji? Czy przypadkiem nie "koński łbie"? Więc może lepiej będzie, jeśli okaże się, iż miłościwy premier Donald Tusk jest zdrowiuteńki, jak - nie przymierzając - ryba? Niby lepiej, ale znowu ryba psuje się od głowy... 
 Co tu dużo mówić; i tak źle, i tak niedobrze. Stanowczo byłoby lepiej, gdyby miłościwy premier Donald Tusk nie był aż taki zdrowiuteńki, no ale mówi się: trudno. Już przedstawiono dziennikarzom kliszę z prześwietleniem klatki z piersiami pana premiera, już ogłoszono mu podwyższony poziom cholesterolu - ale oa diagnoza jest w porzo; pan premier jest zdrowiuteńki, jak ry... to znaczy pardon - oczywiście jak sam pan premier Donald Tusk! Żeby się nam tylko nie przeziębił, bo jeszcze gotów w razie czego umrzeć w szpitalu jako symulant.
 Pochlebcy, których nie tylko w bezpośrednim otoczeniu żadnego rządu nigdy nie brakuje, ale również agenci  poumieszczani przez razwiedkę w mediach, od razu wyciągają z tej optymistycznej diagnozy wnioski, że "w zdrowym ciele zdrowy duch" - że to niby i na umyśle pan premier też taki zdrowiuteńki. Wykluczyć tego oczywiście z góry nie można, niech mu będzie na zdrowie, chociaż konfrontując te pochlebstwa z faktami, można mieć pewne wątpliwości. 
 Można mianowicie odnieść wrażenie, że pan premier cierpi na obsesję Jarosława Kaczyńskiego, takie swoiste natręctwo, wskutek czego ma kaczyńskocentryczną wizję świata. Świat obraca się wokół Jarosława Kaczyńskiego, który jest dlań punktem odniesienia. Tak się składa, że akurat wróciłem z długiej podróży po Indochinach, gdzie o Jarosławie Kaczyńskim tak dobrze, jak nikt nie słyszał, a nawet - niewiarygodne, ale to fakt! - mało kto słyszał nawet o Polsce i jej zdrowiuteńkim premierze, z czego wnoszę, że mimo optymistycznych diagnoz, z tym zdrowiem sprawa może być bardziej skomplikowana. Ale rzućmy na to zasłonę i cieszmy się, że przynajmniej na ciele pan premier jest zdrowy ponad wszelką wątpliwość.
 Jakże zresztą inaczej, jeśli to pod jego egidą Polska ma się przygotować do Euro 2012? Wydawało się, że po przejęciu władzy z rąk złowrogiego Jarosława Kaczyńskiego, wszystko zostanie ustalone; kto w związku z przygotowaniami do tego wielkiego sportowego wydarzenia będzie mógł się teraz nakraść, według jakiej kolejności dziobania i w ogóle. Wszystko wskazywało na to, że zapanowała upragniona zgoda, to to "buduje", zarówno stadiony narodowe, jak i autostrady, hotele i lotniska. W szczególności zaś wydawało się tak po nominacji na szefa Narodowego Centrum Sportu pana Michała Borowskiego. To Narodowe Centrum Sportu ma nadzorować budowę Stadionu Narodowego i jego otoczenia. Kosztorys opiewa na 1,22 mld zł, które w 80 procentach mają pochodzić z subwencji rządu. Wokół takiej forsy krążą nie tylko sępy, ale i największe kondory, więc w końcu musiało dojść do tego, do czego doszło. Oto jeszcze w środę rano wydawało się, że pan Borowski jest najukochańszą duszeńką pana ministra sportu w rządzie miłościwego premiera Tuska, czyli Mirosława Drzewieckiego. "Lecz tymczasem na mieście inne były już treście" - jak przewidział Gałczyński i wczesnym popołudniem minister Drzewiecki pana Borowskiego zdymisjonował. Pan Borowski, ma się rozumieć, nawet nie śmie się domyślać - dlaczego. Ze strony ministra  Drzewieckiego żadnych wyjaśnień też nie było; zdymisjonował i pośpiesznie odleciał do Pekinu, żeby ekscytować tam naszych zawodników do kolejnych sukcesów rządu i partii. 
 Skazani jesteśmy tedy na domysły - że mianowicie ktoś, a właściwie KTOŚ zadzwonił do ministra Drzewieckiego, który - ale oddajmy głos największemu mistrzowi, czyli Januszowi Szpotańskiemu, który ponadczasowy i ponadustrojowy wzorzec takiej rozmowy unieśmiertelnił w poemacie "Towarzysz Szmaciak":  "Tak, Szmaciak, słucham? - wzdycha z ulgą / bo w odpowiedzi słychać bulgot / a potem cisza.... lecz po ciszy / nieubłagane "Łączę" słyszy. / Szmaciak się do słuchawki kłania: / tak, zawsze był takiego zdania.../ zaraz wykona... osobiście... / Co? Rurka nie był na tej liście? / Przeprasza, kaja się szalenie... / Tak, niewątpliwe przeoczenie... / ukarze winnych... sam to wyśle... / Co? Ma nie karać?... oczywiście, / tak właśnie sądził... nie rozumie... / więc jednak karać?... coś tu szumi... / Co? Jemu w głowie? Nie!  Na linii... / Tak, tak, poniosą karę winni! / Pisma nie wyśle... do nóg pada! / Słuchawkę pocąc się odkłada".  Oto ilustracja możliwości i krótkości smyczy, na której u razwiedki biega rząd miłościwego premiera Donalda Tuska, który w tej sytuacji może pochwalić się  tylko zdrowiem, bo na cokolwiek innego, zdaje się, już za późno.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.com 

 Wstyd
XXI wiek zmienia ludzkie życie w stopniu niewyobrażalnym. Lecz nie ma rozwoju bez kosztów. Za postęp płacimy cenę najwyższą w historii: gdy tradycyjnie pojmowaną tożsamość dławimy papką nowoczesności, zdezorientowani moralnie, nie wiemy, kim jesteśmy i kim powinniśmy być. 
 Na początek zajrzyjmy do Cleveland (USA, Ohio). Tamtejsi biolodzy pochwalili się niedawno supermyszą. Właściwie całą armią, liczącą bodaj pół tysiąca takich osobników. Co ciekawe, bynajmniej nie znaleźli ich, penetrując czeluście zapomnianych spichrzów, lecz "wykonali" sami, zamieniając gen regulujący mysi metabolizm na gen odpowiadający za to samo u człowieka. Ta, z pozoru niewielka, zmiana (pojedynczego mysiego genu z kilkudziesięciu tysięcy), wystarczyła, by myszka przeobraziła się w supermyszkę. 

 WYWRACANIE KOTA ZA OGON 
 Supermysz żyje trzy razy dłużej, chętniej się rozmnaża, potrafi biegać bez odpoczynku przez kilka godzin, w tym czasie obywając bez jedzenia i picia. Co mogłoby ucieszyć ludzkich tłuściochów, potrafi zjeść o połowę więcej niż poprzednio, a przy tym wcale nie tyje. Niestety, w dającej się przewidzieć przyszłości ludzie nie radzący sobie z nadwagą nie przeistoczą się gremialnie w anorektyków - jak dotąd naukowcy nie mają pomysłu, jak zmodyfikować gen odpowiadający za ludzki metabolizm. Ergo: świat co rusz staje na głowie, by zaraz potem fiknąć kolejnego koziołka. 
 To z tych zawirowań pod człowieczą czaszką biorą się "podstawowe wątpliwości współczesnego człowieka" w rodzaju: kiedy dusza wstępuje w ciało, kiedy zaczyna się człowiek, prawo do życia i "prawo" do aborcji, dzieci chciane i niechciane, racja i degeneracja. I tak dalej, i tak dalej. 
 Wszystko to, proszę wybaczyć ostrość sformułowania, "ble-ble-bóle", a innymi słowy pitolenie kotka za pomocą strun głosowych. Ewentualnie za pomocą klawiatury. Oto rozstrzygnięcie: 1) Życie człowieka albo zaczęło się, albo nie. 2) Jakość życia zawsze można poprawić. 3) Śmierć jest nieodwracalna. 
 Cała reszta to czcze didaskalia. Erystyczne wywracanie kota za ogon. Nienarodzeni ludzie to też ludzie, a nie Marsjanie, koty czy płastugi. I dorzućmy do tego obserwację niejako z drugiej strony linii życia: gdy kogoś dopadnie Alzheimer, to przez to człowiekiem być nie przestaje. Nawet jeśli ów człowiek jakiemuś idiocie wydaje się mniej ludzki. 

 PIEKŁO DLA NIEPOKORNYCH 
 W istocie, najwyraźniej pozwoliliśmy nadto rozszaleć się "postępowi". Weźmy kwestię przeszczepów: gdy 19 listopada 2007 roku lekarze z Wichita Falls (USA) stwierdzili śmierć mózgową Zacha Dunlapa, 21-latka ciężko rannego w wypadku drogowym, ojcu chłopaka zaprezentowano wyniki badań świadczące, że mózg jego syna został bezpowrotnie uszkodzony. Że nie reaguje na bodźce i nie ma szans, by podjął pracę. Chirurdzy przygotowywali się właśnie do zabiegu pobrania zdrowych organów zmarłego do przeszczepów. Rodzina nie oponowała. 
 Nagle, w trakcie ostatniego pożegnania, uznany za zmarłego mężczyzna poruszył stopą oraz dłonią. Dwie doby później wypisano go do domu, czas niezbędny na pełny powrót do zdrowia określając na dwanaście miesięcy. Co ciekawe, Dunlap nie pamięta wypadku, lecz dokładnie przytacza słowa lekarzy, wyrokujących o jego śmierci. Utrzymując, że utkwiły mu w pamięci na zawsze... 
 Dokąd doprowadzi nas "rozwój" oraz "nowoczesność"? W swej drugiej encyklice ("Spe salvi facti sumus", co należy tłumaczyć: "W nadziei już jesteśmy zbawieni") Benedykt XVI odpowiada, iż w dzisiejszych czasach postęp daje człowiekowi olbrzymie możliwości czynienia dobra, zarazem jednak otwiera "przepastne możliwości zła", wykorzystywane teraz w stopniu jeszcze do wczoraj niewyobrażalnym. "Jeśli wraz z postępem technicznym nie dokonuje się postęp w formacji etycznej człowieka, we wzrastaniu człowieka wewnętrznego" - pisze papież - "wówczas nie jest on postępem, ale zagrożeniem dla człowieka i dla świata". 
 Brytyjski polityk James Brace ujął to samo nieco inaczej: "Wiedzę nagromadzono, ulepszono metody i narzędzia badań, osiągnięto władztwo nad siłami natury, lecz umysłowe władze jednostki pozostały w zastoju, nie są szersze w swoim locie, niż były tysiące lat temu". 
 Dobrze powiedziane, choć może zbyt eufemistycznie. Po mojemu żyjemy bowiem w "raju", jaki dla mentalnie ubezwłasnowolnionych idiotów szykują złoczyńcy. A dla niepokornych zbrodniarze przygotują piekło. 
*** 
 Czy indywidualna oraz narodowa tożsamość to synonim ksenofobii? Jak radzić sobie z rzeczywistością, o której współcześni nam, medialni pseudodemiurgowie przekonują, że tyle tylko w niej sensu, ile sami jej nadamy? Jak żyć w świecie, z którego eliminuje się Boga? 
 ...To właśnie konieczność formułowania podobnych zapytań pokazuje, że w pył rozpadają się fundamenty, na których wzniesiono naszą cywilizację, a przyzwoity człowiek coraz częściej wstydzi się swego człowieczeństwa. 
 Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 

 W imieniu prawa
Mój ostatni reportaż z Polski dotyczący systemu jurysdykcji w Tuskolandzie poruszył między innymi  sprawę "mienia przesiedleńczego"  w  kontekście przewozu i zbytu samochodów z Kanady do Polski w ramach tego mienia.
 W  kwestiach formalnych samochody można  było  wysłać do kraju w liczbie dwóch sztuk bez konieczności uiszczenia podatku i akcyzy celnej w ramach istniejącego prawa. Auta zakupione w Kanadzie bądź w USA musiały być zarejestrowane łącznie z dokumentami zakupu i dostarczone do Urzędu Celnego w Gdyni. Wielu skuszonych niezłym zarobkiem wysyłało auta  kilkakrotnie,  inni angażowali osoby trzecie do przewozu,  powiększając własny zysk. Do dwóch lat nie wolno było samochodów sprzedać, stosowano jednak różne wybiegi, żeby auta zbyć i szybko wrócić do Kanady czy też USA. Zwolnienie z opłat celnych i skarbowych dotyczyło tych osób, które rzeczywiście pozostały w Polsce! Pozostali, rezygnując z osiedlenia się w kraju, utracili przywilej zwolnienia z obowiązujących opłat! I na koncie "przewoźnika" rosło obciążenie niezapłaconych podatków i akcyzy z każdym rokiem poprzez wysokie oprocentowanie zaległości płatniczej. Jednakże niedawno nastąpiło przedawnienie i amnestia z egzekucji tych opłat  na samochody sprowadzone do 1998 roku. Po 1998 roku do chwili obecnej przedawnienia nie ma. Prawo obecne dot. zwolnienia  sprowadzanych aut od opłat celnych nie dotyczy samochodów poprzednio sprowadzonych przed 2008 r.
 Dowolność polskiego wymiaru sprawiedliwości jest szeroka i niczym nieskrępowana, dlatego osoby podróżujące do kraju i mieszczące się w przedziale czasowym 1998-2007 mogą otrzymać na granicy (lotnisku) wezwanie do uiszczenia opłaty, mogą otrzymać wezwanie do Sądu Rejonowego w Gdyni bądź do Okręgowej Prokuratury w Gdańsku, a paszporty polskie mogą być zatrzymane aż do wypełnienia zobowiązań względem  państwa. Niepodporządkowanie się sądowemu nakazowi spowoduje ściganie przez komornika i zapewne kłopoty z wyjazdem. Wiem, że na granicy czeka kilkaset wniosków o zatrzymanie  w celu wręczenia wezwania.
 Drugim zagadnieniem  jest przewożenie aut  zlecone przez zawodowych handlarzy i kombinatorów w zamian za darmowy bilet lotniczy plus kilka setek dolarów na własne wydatki. Cały proceder odbywał się jak w pierwszym przypadku, jednakże w Urzędzie Celnym czekali na "przewoźnika" panowie-cwaniaczki, którzy przejmowali  dokumentację  nadzorując odprawę celną.
 A gdy celnik podnosił brwi, skutecznie zamykano mu oczy kilkusetkową łapówką (celnicy ci zostali osądzeni i skazani). Na szczęście po dziesięciu latach nastąpiło przedawnienie, a z nim  zwolnienie  z obowiązku uiszczenia  podatku i akcyz. Lecz Temida polska nie mogła  wypuścić z rąk kury, która znosi złote jaja!
 Otóż  stwierdzono, że duża liczba dowodów rejestracyjnych  była  wydrukowana na blankietach skradzionych uprzednio z Ministerstwa Transportu w Ontario. Pozostaje dla mnie niejasna kwestia, dlaczego oszuści  fałszowali dowody rejestracyjne,  gdy w większości przypadków samochody nie były skradzione, tylko legalnie zakupione. Większość dotyczyła aut używanych lub powypadkowych. Być może chodziło o odmłodzenie samochodów w celu uzyskania lepszej ceny. Osoby wykorzystane do transportu jak przysłowiowe osiołki  nie mogły stwierdzić autentyczności dokumentów,  nie zakwestionowano ich również  na komorze celnej, mimo  że  przybycie aut nadzorowała również policja  celem wyłuskania samochodów pochodzących z kradzieży. Na lotnisku lub granicy każdego państwa UE możemy się spodziewać zatrzymania  i w najlepszym przypadku wręczenia wezwania na przesłuchanie do Okręgowej Prokuratury w Gdańsku w charakterze podejrzanego o posługiwanie się "podrobionymi" dokumentami w czasie przewozu samochodów, gdzie przedstawiony zostanie zarzut popełnienia przestępstwa z art. 270  Kodeksu karnego, za który grozi od 1 do 10 lat więzienia. Gdy już się delikwent wystraszy, prokurator proponuje  wyjście z opresji: rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata i od 2000 tys. grzywny polskich złotych. Zaiste wielce humanitarne rozwiązanie, gdy od niewinnych ludzi, stosując presję, wyciągnie się kilka patoli z oczywistym zapisem o karalności do rejestru skazanych! 
 W ogromnej większości ludzie oskarżani płacili szybciutko myto, żeby jak najszybciej pozbyć się problemu i wrócić do kraju zamieszkania. Pamiętam, że w  okresie rządów "komuny" w  sądach  było pojęcie okoliczności łagodzących. Sądy często kierowały się względami humanitarnymi, gdy oskarżony miał chorą matkę i był jedynym żywicielem rodziny lub gdy prowadził gospodarstwo rolne  i należało zebrać plony; skazany był zwalniany  warunkowo do domu. W Tuskolandzie  nie spodziewajmy się jakiegokolwiek pardonu! System sprawiedliwości jest bezwzględny i okrutny, często łamie życia ludzkie, doprowadza do licznych samobójstw i innych tragedii,  co obserwujemy na co dzień. Kto z czytelników chce się dowiedzieć więcej szczegółów, sprawdzić swój status, może telefonować do: Okręgowa Prokuratura w Gdańsku, ul. Wały Jagiellońskie 5 ,tel. 011-48-58-321-2069... Albo poczekać na przedawnienie!
Andrzej  Załęski
Toronto
 
 

  Kraina niedźwiedzi 
Bez wątpienia, przybywając do parku Killbear, wstępujemy na tereny należące tych inteligentnych stworzeń. Niedźwiedzie potrafią doskonale pływać, chodzić po drzewach i wbrew oczekiwaniom - patrząc na ich niezborne ruchy w trakcie spaceru - są wspaniałymi długodystansowcami. Gdyby Kanada wysłała swoje niedźwiedzie na olimpiadę do Pekinu, na pewno zdobyłyby jakieś trofea...
Ale tak na poważnie, to sąsiedztwo misiów wcale nie należy do najmilszego. Latem nie są one tak groźne jak wiosną, bo mają w bród jedzenia w postaci jagód i grzybów, ale i tak zapuszczają się w okolice obozowisk, gdzie zdobycie pożywienia jest bajecznie łatwe - wystarczy ukraść beztrosko pozostawioną torbę z wiktuałami czy pobuszować po śmietnisku. Dlatego, gdy staniemy w tym parku, potraktujmy ostrzeżenia i zalecenia na poważnie - nie trzymajmy w namiocie żadnego jedzenia ani żadnej rzeczy, która wydziela jakieś zapachy, typu mydło, pasta do zębów, środek przeciw komarom - misie mają bardzo dobry węch i potrafią wyczuć interesujący ich zapach z bardzo dużej odległości. Wszystkie nasze zapasy żywności zamykajmy w samochodzie.
 Traktujmy też niedźwiedzie poważnie - tak jak one tego wymagają - są to prawdziwe, niebezpieczne drapieżniki, które mogą zranić, a nawet zabić dorosłego człowieka, a co dopiero małe dziecko. Warunkiem nr 1 jest niekarmienie niedźwiedzi. Takie stworzenie z biegiem czasu przyzwyczaja się do łatwego zdobywania pożywienia i gdy go nie dostanie - staje się niebezpieczne, bo buszuje po obozowisku nawet w środku dnia. Karmienie tych zwierząt w konsekwencji staje się dla nich wyrokiem śmierci, bo służba parkowa musi takie stworzenie odstrzelić. Jeśli więc kochamy niedźwiedzie - omijajmy je z daleka, a jeśli spotkamy się z nim oko w oko, to nie uciekajmy - dogoni nas z łatwością zawodowego biegacza; lepiej głośno krzyczeć, wymachiwać kijem i stwarzać wrażenie groźnego stworzenia - może to zniechęcić misia do zawierania z nami bliższej znajomości.
 Rozpisałem się o niedźwiedziach, a to nie one są główną atrakcją parku w Killbear. Choć spędziłem tam kilka ostatnich dni - nie dostrzegłem żadnego - napotkany ranger potwierdził jednak, że w ostatnią sobotę cztery sztuki zostały zwabione w pułapkę, uśpione i wywiezione daleko na północ od parkowej bramy. Zanim wrócą, będzie tu późna jesień i nikogo z gości. Killbear bowiem to letni park, gdzie przyjeżdża się, by nacieszyć się pięknymi plażami i spacerem wśród prastarych zdartych przez czas skał - parkowy pejzaż to klasyka Kanadyjskiej Tarczy.
 Park znajduje się w samym sercu Krainy 30 000 Wysp, a wyjątkowej malowniczości dodaje mu właśnie fakt, że usadowiony jest na Canadian Shield - jednej z najstarszych formacji geologicznych na Ziemi (2-4 mld lat). Skalna opoka przed 230 milionami lat ostatecznie wynurzyła się z praoceanu; przeorana przez lodowiec, smagana wiatrem, obmywana wodą, niszczona przez mróz i słońce - popękała więc, pokruszyła się, a jej część zmielona została w piasek, który fale wypłukały i przerzuciły w kierunku istniejącego dziś parku, tworząc u jego brzegów niezwykle piękne plaże.
 Krajobraz Killbear to wiekowe, przetarte przez lodowiec skały, porośnięte powyginanymi w fantastyczne kształty sosnami. Gdzie powstała życiodajna próchnica, tam rośnie  gęsty, mieszany las. Występują w nim, jednocześnie ze sobą współzawodnicząc, typowe dla flory południowego i północnego Ontario, klony, buki i świerki. 
 Parkowy półwysep z jednej strony wspina się wysoko ponad taflę jeziora. Północna jego część oferuje więc rozległe widoki, gdzie po horyzont rozciąga się klasyczna dla tego regionu panorama: wielkie i małe wyspy oraz wystające z wody olbrzymie głazy. W pogodny dzień widać stąd miasteczko ulokowane po drugiej stronie zatoki - Parry Sound. 
 Południowy brzeg półwyspu obfituje w szerokie płytkie plaże. Rodziny z małymi dziećmi będą się na nich czuły wyśmienicie. Przy wjeździe do parku znajdują się wydzielone plaże dla "dziennych" gości, którzy w tym pięknym zakątku chcą urządzić piknik. Cumują tu również jachty i wielkie żaglowce, więc atmosfera panuje niecodzienna, jak w dawnych czasach. 
 Jak już wspomniałem - plaże to największa atrakcja tego parku. Ponieważ Killbear jest olbrzymi - zajmuje bowiem 1756 hektarów porośniętego sosnowym lasem terenu na półwyspie mocno wrzynającym się w zatokę Bay - plaż jest tu kilkanaście; prawie w każdej kamienistej zatoczce znajdziemy swoje wymarzone miejsce do kąpieli i odpoczynku. Na wyprawę możemy zabrać też psa, bo niektóre plaże są dostępne również dla niego, bez łamania parkowych przepisów. Pamiętajmy jednak, że pies - nawet najbardziej przyjazny, powinien być na 1,5-metrowej smyczy - takie są wymagania.
 W ośmiu obozowiskach ulokowanych w pobliżu wód Zatoki Georgian urządzono 882 miejsca pod namioty, a do 147 campsites doprowadzono prąd elektryczny.
 Chociaż opłaty za miejsca pod namiot są takie same, to różnice między jakością, urodą i dostępnością do plaż czy jeziora są olbrzymie. Generalnie warto unikać obozowiska Blind Bay. Jest ono ulokowane po północnej stronie półwyspu w pobliżu miejsca do spuszczania łodzi - będziemy więc świadkami nieustającej kawalkady wielkich, smrodzących powietrze pick-upów ciągnących do wody jeszcze większe łodzie.  Ze "Ślepej Zatoki" wszędzie jest daleko i nie ma tu plaży, bo trudno nią określić dwumetrowy pasek z piaskiem w pobliżu skał. Jeśli później poznamy uroki plażowisk w pobliżu Harold Point, Granite Saddle czy Lighthouse Point, to zrozumiemy, że zostaliśmy nabici w butelkę. Starajmy się więc o znalezienie miejsca pod nasz namiot lub kempingową przyczepę w innych niż Blind Bay campground. 
 W parku, oprócz plaż, atrakcję stanowią trasy spacerowe, wędrując nimi, lepiej poznamy urok tych okolic. Najbardziej malownicza i zarazem najkrótsza to ta wiodąca do latarni - Lighthouse Point Trail. Nieco dłuższa - 3,5-kilometrowa Lookout Point Trail - poprowadzi nas na wysokie wzniesienie, skąd jak z lotu ptaka zobaczymy całą zatokę.  Urządźmy sobie tu również kajakową wycieczkę wśród wysp. Wypożyczalnia canoe znajduje się co prawda poza parkiem (przy sklepie oddalonym od bramy Killbear o dwa kilometry), ale ceny są bardzo przystępne i wynoszą 23 dolary za cały dzień, za kajak trzeba zapłacić pięć dolarów więcej. 
 Opuszczając park Killbear, zróbmy sobie specjalną przyjemność, zamawiając wędzonego pstrąga lub smażonego okonia w restauracji usytuowanej w przystani na końcu Snug Harbour Rd. Droga znajduje się po lewej stronie drogi nr 559, kilka kilometrów za parkową bramą. Ryby są świeże, prosto z jeziora i smaczne, że palce lizać! Przy okazji popatrzymy sobie jeszcze na odwiedzających zajazd jeziorowych wilków, którzy tu przypływają swoimi łajbami... 
 Dojazd z Toronto do Killbear trwa 2,5 godziny; autostradą 400, a następnie za  Parry Sound skręcamy w lewo w County Road 559.
Jerzy Rosa
Mississauga

 Nigdy więcej Powstania Warszawskiego
Dawno temu w czasach szczenięcych Powstanie Warszawskie weszło mi głęboko pod skórę, stało się częścią tego, czym dla mnie jest Polska, w latach komunistycznej szarości pokazywało zryw wolnych ludzi, którzy rzucili wszystko na jedną szalę. Do ich ofiary zawsze podchodzę z nabożną czcią. Tak wielkie całopalenie musi jednak u każdego dorosłego człowieka stawiać pytanie - po co? 
 Dzisiaj mówi się, że Powstanie to zderzenie dwóch polskich tradycji - romantyczno-powstańczej i pozytywistycznego realizmu; pragmatycznej i szalonej wizji, czym jest Polska i walka o nią, a w rzeczy samej czym jest polski interes narodowy.
 Dlatego apel redaktorów dzienników o zrobienie "apolitycznego" filmu o Powstaniu jest żądaniem stworzenia potworka. Jak wytłumaczyć "bez polityki", że oto całkiem inteligentni młodzi ludzie rujnują własne miasto, idąc z gołymi rękami na uzbrojonego w najnowocześniejszą broń wroga?
 Powstanie musi być "polityczne", bo jego jedyna wartość dla nas to lekcja, jak uniknąć tych strasznych błędów, jakie wówczas popełniono. Błędów, które z powodu późniejszych wypadków nigdy nie zostały głośno napiętnowane i osądzone. 
 Bitwa o Warszawę była wówczas, w sierpniu, bitwą o wolną Polskę, prowadzono ją jednak na pół gwizdka, bez zaangażowania sił polskich na Zachodzie, bez rzucenia wszystkiego, czym ówczesne państwo polskie dysponowało, na jedną szalę, bez wielkiej ofensywy dyplomatycznej, oparto ją na strategicznym założeniu przyjaznego zachowania i pomocy Sowietów, mimo że znane były cele sowieckiej polityki w Polsce i stosunek Stalina do Armii Krajowej i władz w Londynie.
 To wszystko są rzeczy widoczne gołym okiem, nie trzeba do tego kwerend w archiwach. Efekt tej przegranej bitwy o Polskę był taki, że przerwana została ciągłość polskiej elity i to, co mamy dzisiaj, to kogo Polacy oglądają na ekranach swych telewizorów i kogo uważają za przywódców, to rezultat dwóch wydarzeń - Katynia i Powstania Warszawskiego. To przez te dwa wypadki setki tysięcy rodzin polskiej elity przestało istnieć, nie mamy wokół siebie ich dzieci i wnuków.
 Nie róbmy z Powstania krwawego Disneylandu, uszanujmy tragedię tamtego pokolenia, wyciągajmy wnioski, skoro i tak zapłaciliśmy już za tę lekcję olbrzymią cenę. To jest przecież także nasza tragedia.
 Kiedyś w dyskusji z autentycznym polskim bohaterem powstańczych walk, kawalerem Orderu Virtuti Militari, usłyszałem na moje argumenty:  jakie mam prawo oceniać Powstanie, skoro urodziłem się po wojnie? 
 Otóż klęska Powstania mnie osobiście dotyczy, podobnie jak każdego innego Polaka urodzonego w PRL-u. To przez to, że poprzednie pokolenie przegrało wojnę, my przyszliśmy na świat w zniewolonym kraju. Wojen nie prowadzi się bowiem z powodu emocji, lecz chłodnej kalkulacji interesów. Historia pokazała, że tę polską kalkulację z 1944 roku można o kant tyłka potłuc. Uczmy się na błędach dziadków i ojców, aby ich nie powtarzać, aby już nigdy w naszej historii nie wydarzyło się coś takiego jak Powstanie Warszawskie!
 Uczmy się analizować wypadki historyczne bez emocji, na zasadzie rachunku zysków i strat, wojna to poważna sprawa, pierwszym zadaniem każdego państwa jest przecież zapewnienie bezpieczeństwa własnych obywateli. Ponad 40 lat temu w Origins of the Second World War A.JP. Taylor zauważył, że my, Polacy, straciliśmy w II wojnie światowej 6,5 mln ludzi, zaś Czesi mniej niż 100 tys., i zadał pytanie, co było lepsze? Być zdradzonym (w Monachium) Czechem, czy Polakiem "ocalonym" przez brytyjskie i francuskie przystąpienie do wojny? Stuart Reid, wspominając o tym niedawno w "American Conservative", dodaje, że jedynie Polak może być wystarczająco szalony, aby bez wahania wybrać to drugie.
 Oczywiście i Czechów, i nas zdradzono później w Jałcie. Obserwując dzisiaj Pragę, trudno nie odnieść wrażenia, że nie ma tam aż tyle zjawisk rodem z republik bananowych, co w Polsce. Między innymi dlatego, że Czechosłowacja przegrała wojnę "na tyle, na ile musiała", nie tracąc "głowy", my zaś na własne życzenie przegraliśmy ten konflikt z kretesem, tracąc najcenniejszych ludzi.
 Realizm w polityce to nie jest kwestia charakteru narodowego, lecz mądrości i wykształcenia elit przywódczych. Jest oczywiste, że mieliśmy w czasie II wojny światowej wspaniałą, patriotyczną młodzież. Niestety, jej ojcowie nie nauczyli się jeszcze wówczas, jak wielki to skarb i jak oszczędnie szafować trzeba jej krwią.
 Nie zawracajmy dzisiejszej młodzieży mitami w głowie. Jesteśmy na etapie odbudowywania Polski, odbudowywania patriotycznej polskiej elity. Pamięć o Powstaniu jest lekcją obowiązkową, ale nie pamięć durna i bezmyślna. Wyzbądźmy się w końcu romantycznego wizerunku Polaka - proszę wybaczyć brutalne słowa - napalonego idioty. Nauczmy się skutecznie bronić polskiego interesu - polskich rodzin, polskiej gospodarki, polskiego kapitału. Polska znów musi się stać krajem z racjonalną, chłodną głową. Pamiętajmy co sierpień o Powstaniu i co roku zadajmy sobie pytanie, czy ta klęska musiała nas spotkać, i co można było zrobić, aby jej uniknąć. Byłby o tym całkiem ciekawy film fabularny...
Andrzej Kumor
Mississauga

GONIEC NR 31/2008

"Biednego by tak nie chowali"
"Biednego by tak nie chowali" - powiedziała podobnież pewna kobiecina, obserwująca z warszawskiego chodnika pogrzeb Stefana Żeromskiego. Cóż dopiero by powiedziała, patrząc na pompatyczny pogrzeb profesora Bronisława Geremka? Kto by pomyślał, że "drogi Bronisław" był przez całe życie tak przykładnym katolikiem, że mszę - chciałem napisać żałobną, ale jaką tam "żałobną", kiedy właściwie triumfalną - będą odprawiali aż dwaj arcybiskupi? W takiej sytuacji nawet sam Pan Bóg Wszechmogący z pewnością będzie musiał poczuć się zobligowany, by osobiście wyjść na powitanie "Przyjaciela Świata". Ale jakże inaczej, skoro do Nieba przybędzie tak wybitny Syn Kościoła, po którym nie tylko Polska, nie tylko cała Europa, ale nawet Ameryka pozostaje nieutulona w żalu - czego dowodem jest obecność samej pani Albright? Trudno powiedzieć, kto tu komu zrobi większy zaszczyt - bo że zaszczyt - to rzecz pewna. Nie ma tedy najmniejszych wątpliwości, że prof. Bronisław Geremek już dołączył do grona santo subito, więc tylko patrzeć, jak zostanie wyniesiony na ołtarze, zwłaszcza w Żywej Cerkwi, która też okazała się bardziej wpływowa, niżby mogło się nam początkowo wydawać. 
 Zaiste - ekumenizm przynosi błogosławione owoce; jeśli Wielki Wschód Francji z Kościołem, to rzeczywiście - "bramy piekielne" nie mają najmniejszych szans. Zresztą, powiedzmy sobie otwarcie i szczerze - po cóż by "bramy piekielne" miały prowadzić jakieś wściekłe szturmy, kiedy Kościół już jest "otwarty" do tego stopnia, że i nie bardzo wiadomo, która "brama" jest do czego?
 Obserwuję to nadzwyczajne wydarzenie z dalekiego Siem Reap w Kambodży, gdzie właśnie obejrzałem sobie tutejsze niewielkie "pole śmierci". Pola śmierci - to miejsca, w których Czerwoni Khmerowie w latach 1975-1979 wymordowali około 3 milionów ludzi, żeby dokonać w Kambodży socjalistycznych przemian. 
 Tę rewolucję przerwał w 1979 roku wietnamski najazd. Z Wietnamczykami przybył Hun Sen - dawny oficer Czerwonych Khmerów, który początkowo też uczestniczył aktywnie w przeprowadzaniu socjalistycznych przemian w Kambodży, ale zagrożony kolejną czystką - wybrał wolność w Wietnamie. Teraz wystąpił w roli oswobodziciela nieszczęsnego kambodżańskiego narodu, co jeszcze raz potwierdza trafność spostrzeżenia Stefana Kisielewskiego, że zegarek najlepiej potrafią naprawić ci, co go zepsuli. Dodatkowo świadczy o tym fakt, że karierze Hun Sena nie zaszkodziło nawet wycofanie się Wietnamczyków z Kambodży w roku 1989 i zainstalowanie tam demokracji w postaci "monarchii konstytucyjnej". Bo wtedy do Kambodży powrócił z Chin Narodom Sihanouk i został królem, a chociaż później abdykował na rzecz swego syna Narodoma Sihamoni, to premierem rządu nadal jest Hun Sen, który stoi jednocześnie na czele Kambodżańskiej Partii Ludowej.
 Ta partia zajmuje okazałe siedziby, mniej więcej takie jak Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, więc już na pierwszy rzut oka można się zorientować, gdzie leży punkt ciężkości władzy. 
 Akurat zresztą trwa kampania wyborcza i po mieście jeżdżą samochody wypełnione aktywistami Kambodżańskiej Partii Ludowej, wykrzykujących przez megafony jakieś hasła. Być może dzisiaj nie wzywają one już do pogłębiania socjalistycznych przemian, ale jestem pewien, że do jakichś "reform" - co na jedno wychodzi. 
 Oczywiście na ofiarach socjalistycznych przemian, których rozłupane motykami czaszki i kości udowe spoczywają w oszklonej tak zwanej "stupie", czyli rodzaju buddyjskiej kapliczki - żadne obietnice czy zapowiedzi "reform" nie robią już wrażenia, więc nie protestują na przykład przeciwko rządom premiera Hun Sena, który przecież, jeśli nawet nie samodzielnie doprowadził do tutejszego "okrągłego stołu", to z pewnością potrafił wybrać z niego najlepszą cząstkę. Okazuje się, że i transformacja ustrojowa przebiegała i u nas, i w Kambodży dość podobnie, a podobne także okazały się jej skutki.
 Sądząc po fotografiach, premier Hun Sen młody już nie jest i kiedy, dajmy na to, się przeziębi, to pogrzeb może mieć podobny do pogrzebu profesora Bronisława Geremka, chociaż prawdopodobnie zamiast arcybiskupów nabożeństwo żałobne odprawią kapłani buddyjscy. Tak czy owak też może zostać santo subito, zwłaszcza gdyby ktoś przetłumaczył tutejszej ludności list pasterski napisany przez Jego Ekscelencję abpa Józefa Życińskiego dla wiernych archidiecezji lubelskiej. List ten delikatnie sugeruje, co robić i komu wierzyć w sytuacjach wątpliwych; zasadniczo na przykład nie można wierzyć dokumentom sporządzonym przez Służbę Bezpieczeństwa, natomiast jeśli oficerowie SB, dajmy na to, na procesie lustracyjnym pani prof. Zyty Gilowskiej zgodnie stwierdzają, że dokumenty fałszowali, to należy wierzyć im bez zastrzeżeń. Takie wskazówki mogą się bardzo przydać również i w Kambodży, co jest kolejnym argumentem na rzecz ekumenizmu i "Kościoła otwartego".
 Innym podobieństwem Polski do Kambodży jest proces, jaki toczy się tu przeciwko przywódcom Czerwonych Khmerów. Jeng Sary i Khieu Sampan są co najmniej tak starzy, jak generał Wojciech Jaruzelski, więc jeśli nawet zostaną dowiezieni ze swoich wygodnych aresztów domowych, to niczego nie pamiętają, a tak naprawdę - to i tak o niczym nie wiedzieli, tak jak, dajmy na to, generał Kiszczak - bo o wszystkim wiedział Pol Pot, który szczęśliwie już nie żyje, więc po co rozdrapywać stare rany? Lokatorom "pól śmierci" to i tak już nie pomoże, a nadmierne pragnienie sprawiedliwości może zagrozić procesowi reform, a jak tu bez reform wybierać przyszłość?
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
***
 Z powodu problemów technicznych, publikujemy dziś felieton Stanisława Michalkiewicza za "Naszą Polską".

 Nic o nas bez nich?
Biologia uczy, że człowiek zbudowany jest z białka oraz wody. Każdy człowiek, nie wyłączając obywateli krajów należących do Unii Europejskiej. Co do białka, nie zabieram głosu, lecz w Europejczyku z prawdziwego zdarzenia (czytaj: w Unioeuropejczyku) ilość wody w szokującym stopniu przewyższa poziom zdrowego rozsądku. 
 Tyle konstatacji w odniesieniu do europejskiego "Człowieka Przyszłości". A z czego zbudowana jest sama Unia Europejska? To równie proste: ze słów. Z analiz. Debat. Apeli. Zezwoleń. Uzgodnień. Zaświadczeń. Przepisów. Wskazówek. Normalizacji. Ostrzeżeń. Plus z tego, co najważniejsze - czyli z dyrektyw. 
 I właśnie o unijnych dyrektywach dwa słowa refleksji, żeby tak rzec: ogólnodyrektywnych. 

 ROZSTRAJANIE 
 POPRZEZ REGULACJĘ 
 Zacznijmy od wyartykułowania kolejnej oczywistości: dyrektyw ci nam w Unii dostatek. Niestety, mało tego, co by na złe nie wyszło - stąd SGUB (Szacowne Grono Unijnych Biurokratów) wciąż płodzi kolejne. Dołączając doń bagaż wyjaśnień, opisów, odsyłaczy, komentarzy oraz interpretacji, co do których nigdy nie wiadomo, na jakie prawne bezdroża zaprowadzą ich odbiorcę. Dokąd powiodą nas. 
 Dyrektywa w sprawie rocznych badań. Dyrektywa w sprawie przeciwdziałania. Dyrektywa w sprawie przejrzystości. W sprawie koordynacji. W sprawie nadzoru. W sprawie ofert. W sprawie przejęcia. Dyrektywa w sprawie uzgodnień. W sprawie wymagań. W sprawie wykorzystywania. W sprawie reorganizacji. W sprawie dopuszczenia. Dyrektywa w sprawie zbliżenia ustawodawstwa państw członkowskich...
 I tak dalej, i tak dalej, a wszystko coraz mniej konkretnie, za to bardziej idiotycznie. Nie wyłączając dyrektywy w sprawie dyrektyw oraz dyrektyw uchylających dyrektywy. A poza tym: zezwolenie na dostęp, zezwolenie na usługę powszechną, zezwolenie na uzyskiwanie zezwoleń... itp. 
 Dążność do uregulowania każdego aspektu ludzkiej egzystencji za pomocą przepisów kodyfikujących procesy społeczne oraz indywidualne zachowania to doskwierająca UE przypadłość o charakterze choroby śmiertelnej. Objaw myślenia kompulsywnego, postawa - dosłownie - schizofreniczna. A przecież Bruksela reguluje wszystko w stopniu, który wszystko rozregulowuje ze szczętem. 

 PRZYMIERZ KALOSZE! 
 O konieczności posiadania zaświadczeń dokumentujących umiejętność wspinania się na drzewa, dopuszczalnej odległości między poszczególnymi szczeblami drabiny, odpowiednich wymiarów szpitalnych lamperii czy należytych odstępów grzejników od ścian budynków pisali chyba wszyscy eurokrytycy. Lecz unijna biurokracja (zwana niekiedy znacznie dosadniej: "biurwokracją") podobnych absurdów naprodukowała bez liku. 
 Jak informuje europoseł Mirosław Piotrowski, zgodnie z dyrektywą w sprawie osobistego wyposażenia ochronnego, do każdej pary unijnych kaloszy producent winien dołączyć co najmniej 24-stronicową "instrukcję użytkownika", w dziesięciu językach, zawierającą kwiatki takie jak informacja na temat ryzyka użytkowania tego rodzaju obuwia oraz sposobów jego przechowywania i konserwacji. Instrukcja winna zawierać również zakres odporności kaloszy na wysoką i niską temperaturę, a także wstrząsy elektryczne. Co bodaj najbardziej frapujące, w instrukcji nie powinno zabraknąć sugestii, by przyszły użytkownik kaloszy przed dokonaniem zakupu uprzednio starannie je przymierzył... Natomiast producent, by spełnić normy, obowiązany jest poddać każdy kalosz dwukrotnym testom w specjalnych unijnych laboratoriach certyfikacyjnych. 
 Tak po prawdzie, unijne regulacje nie tylko człowieka dotyczą. Dlatego pewnemu przedsiębiorcy zakazano sprzedaży mieszanki pieprzu odstraszającego koty - albowiem wcześniej nie przebadano go pod kątem unijnych testów bezpieczeństwa. Na razie testów bezpieczeństwa pieprzu, ale w przyszłości kto wie, pewnie konieczne będą badania zarówno przedsiębiorcy, jak i kota. Skoro pieprz nie poddany testom może okazać się niebezpieczny, tym bardziej niebezpieczni mogą okazać się ludzie interesu. O kotach nie wspominając. Safety first! I do diabła ze zdrowym rozsądkiem. 

 SĘK W CYFROWYM APARACIE 
 Proszę sobie wyobrazić, że na przestrzeganie podobnych przepisów firmy z krajów unijnych wydają rocznie ponad sześćset milionów euro. W tym firmy polskie - ponad  sto milionów złotych. Ilu chorym dzieciom można by za te pieniądze pomóc? Ile stypendiów ufundować? 
Jeszcze do niedawna na obszarze Unii Europejskiej obowiązywała dyrektywa regulująca kwestię sęków w drewnie. Konkretnie sęków w wyrabianych z tegoż drewna deskach. Określano w niej parametry takie jak jakość oraz wymiary drewna wprowadzanego do obrotu, deklarując, że bez tej normalizacji niemożliwe będzie "prawidłowe funkcjonowanie rynku drzewnego w zjednoczonej Europie". 
 Wspomnianą dyrektywę uchylono po kilkudziesięciu latach. Wszelako do dziś obowiązuje inna: aby importer mógł sprowadzić do Polski i między Odrą a Bugiem zajmować się handlem aparatami cyfrowymi, uprzednio musi skontaktować się z sześcioma różnymi urzędami. 
 Ani chybi brukselska biurokracja postawiła sobie za cel bohaterską walkę z problemami, która sama nieustannie stwarza. Odnoszę wrażenie, że unijni urzędnicy nie zaprzestaną owej "walki" dopóty, dopóki ze zdrowego rozsądku nie zostanie kamień na kamieniu. 
 Warto przy tym pamiętać, iż unijne przepisy liczą ponad 85.000 stron, przy czym część z nich nie została przetłumaczona na wszystkie oficjalnie obowiązujące języki krajów unijnych... 
***
 Kto chce widzieć, zobaczy. A wygląda to tak, jak gdyby Bruksela wbijała do głów mieszkańcom państw Starego Kontynentu: nic o was bez nas. To znaczy bez nich - bez unijnych "biurwokratów". 
 Ostatnio w moje ręce wpadła dyrektywa Rady Unii Europejskiej w sprawie wprowadzenia w życie zasady równego traktowania osób bez względu na religię lub światopogląd, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną - ale o tym brukselskim "wydumie" to już może przy innej okazji. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 
 

  Wrota Georgian Bay
Wszędzie ładnie, ale najładniej jest nad Georgian Bay! To tu wśród dziesiątek tysięcy wysp i wysepek, między tysiącami zatok, lagun i piaszczystych mierzei znajdzie się spokój i niezmierzone piękno, które daje tylko nieskalana naszą cywilizacją Natura. Tu, wśród liczących miliardy lat zmurszałych skał zanurzonych w krystalicznie czystej wodzie, odpoczywa się najpełniej i najszybciej. W najbliższy więc weekend, który jest dodatkowo wydłużony o "Civic Day", wybierzmy się nad to wyjątkowe nie tylko w skali Kanady, ale i całego świata przyrodnicze zjawisko.
Najszybciej na spotkanie z nami Georgian Bay wybiega w Penetanguishene na cyplu półwyspu Midland. Znajduje się tu wrzynająca się głęboko w ląd zatoka, w której cumują wycieczkowe statki. Samo miasteczko, oprócz trudnej do wymówienia nazwy (w języku plemienia Odżibuejów znaczy to: "miejsce wśród wzgórz białego piasku" - współcześni mieszkańcy tej miejscowości skrócili ją jednak do bardziej znośnej formy: Penetang) nie stanowi nic specjalnego, ale uważny  podróżnik dostrzeże, że język francuski jest tu na równych prawach z angielskim. 
 To historyczna spuścizna po przybyszach z Quebecu, którzy w latach 1840. zasiedlili ten obfitujący w urodzajną ziemię zakątek Kanady. Francuzi parali się nie tylko uprawą roli, ale także pracowali przy wycince drzew, które gęstym borem porastały całą okolicę. Z biegiem czasu te dwie społeczności nieco zasymilowały się, ale do tej pory miasteczko jest dwujęzyczne, co dodaje mu dodatkowego uroku.
 Po krótkiej wizycie w Penetanguishene, zwiedzeniu portu i wypiciu kawy w Timie Hortonsie (znajduje się po lewej stronie drogi nr 6, na plazie, gdzie możemy też dokupić niezbędne "biwakowe" wiktuały) kierujemy się na północ do parku Awenda. To właściwy cel naszej weekendowej wyprawy, choć jeszcze w drodze powrotnej zahaczymy o Midland, a dlaczego - o tym później.
 Odwiedzający pierwszy raz Awendę będą zaskoczeni różnorodnością krajobrazu, jaki tu zastaną: od pokrytych kamieniami plaż, urwistego, wznoszącego się na 60 metrów nad lustrem wody wypiętrzenia Nipissing Bluff - po małe jeziora, piaszczyste ruchome wydmy i lasy pełne klonów i dębów. Las pokrywa aż 90 procent powierzchni parku, całkiem sporego (2915 ha); dlatego prawie wszystkie z 333 miejsc kempingowych znajdują się w lesie. Niech to jednak nikogo nie odstrasza - place pod namioty są obszerne, suche i zwykle na polanach, więc słońce dociera tu także, ale nie jest uciążliwe, bo zawsze można schronić się przed nim w cień rozłożystych drzew.
 Awenda oferuje nie tylko biwakowanie i plażowanie; 27 kilometrów wytyczonych ścieżek oraz drugie tyle tras na terenach do niej przylegających zaspokoi ambicje również każdego rowerowego wyczynowca oraz amatora pieszych wędrówek. 
 Korzystając ze święta Civic Day, postarajmy się lepiej poznać historię tego kraju. Awenda i jej okolice pełne są pamiątek po wielu prehistorycznych kulturach. Słowo "awenda" znaczyło w języku szczepu Wendat pochodzącego z plemienia Huronów, które zamieszkiwało te tereny do roku 1650: "słowo zobowiązuje". Ponieważ pierwsi mieszkańcy tych ziem - Indianie - nie znali pisma, większość ważnych dla plemienia faktów, umów i zobowiązań przekazywana była z pokolenia na pokolenie w ustnej formie, a słowo miało o wiele większą wartość niż teraz. 
 Plaż jest kilka, w tym nawet dla czworonogich przyjaciół - polecam najdalej od parkingów położoną z numerem 4 - jest szeroka i mniej ludna od pozostałych.
 Leżąc beztrosko na plaży, zauważymy oddaloną o parę kilometrów od Awendy wyspę. Należy ona do parku i zwie się nieco makabrycznie, bo Giants Tomb (Grób Olbrzyma). Ponieważ jest to ląd należący do prowincyjnego parku, nikt tam na stałe nie mieszka, ale wyspa jest ulubionym celem posiadaczy wielkich łodzi, ponieważ znajdują się tam wspaniałe piaszczyste plaże. 
 Skąd wzięła się ta okropna nazwa tej pięknej, mającej 5 km długości i 2 kilometry szerokości wyspy? - Otóż istnieje indiański przekaz o olbrzymie Kitchikewana, bez którego Georgian Bay wcale by nie przypominała tego, co teraz znamy i widzimy. Ten indiański bóg przyozdabiał swe włosy tysiącami ptasich piór i nosił opończę uszytą ze skór 600 bobrów. Był naprawdę olbrzymi, a do tego miał porywczą, nieokiełzaną naturę. Wyprawiał tyle szkód, że pozostali indiańscy bogowie postanowili znaleźć mu żonę, która być może złagodzi jego wybuchowy charakter. Wybór padł na piękną dziewczynę z plemienia Ouendat - Wanakitę. Los chciał, że od dawna podobała się ona także samemu olbrzymowi, ale na nieszczęście Wanakita była już zakochana w innym wojowniku i zaloty Kitchikewany odrzuciła. 
 Legenda Huronów wspomina, że olbrzym ten z wściekłości, iż jego oświadczyny nie zostały przyjęte, wpadł w szał i w akcie zniszczenia szarpał skały i rozrzucał je wokół, aż wreszcie padł bez mocy, a jego dłoń z pięcioma palcami tak mocno uderzyła o jezioro, że utworzyła pięć zatok: Midland Bay, Penetang Bay, Hog Bay, Sturgeon Bay i Matchedash Bay. Od tej pory Georgian Bay nabrała dzisiejszego wyglądu - pełno tu dzikich skał bezładnie porozrzucanych, jakby czynił to ktoś w paroksyzmie szału... A Kitchikewana leży pogrzebany właśnie na wyspie, którą oglądamy z naszej plaży w Awendzie.
 Nie zapomnijmy w drodze powrotnej z tego niesamowitego parku odwiedzić odrestaurowanej misji jezuickiej z XVI wieku  w Midland oraz sanktuarium Męczenników Kanadyjskich - Martyr's Shrine, do którego właśnie w tych dniach będzie zmierzać doroczna polska piesza pielgrzymka z Toronto. W niedzielę, 3 sierpnia, w parafii św. Maksymiliana Kolbe w Mississaudze oraz w Brampton w parafii Eugeniusza de Mazenod będzie się można jeszcze zapisać na to duchowne wydarzenie. W tym roku po raz pierwszy chętni do wzięcia udziału w pielgrzymce, która odbywa się już od 24 lat, mogą zarejestrować się przez Internet pod adresem www.pielgrzymka.ca. Tegoroczna piesza pielgrzymka do Midland rozpoczyna się 4 sierpnia (poniedziałek); wyrusza spod kościoła św. Patryka przy skrzyżowaniu Mayfield Rd. i The Gore Rd.
 Odtworzona z historyczną pieczołowitością jezuicka osada w Midland założona została w 1639. Była centrum misyjnym na tę część Kanady. Jezuici celowo wybrali te ziemie do swych misjonarskich celów, ponieważ mieszkający tu od tysiącleci Indianie z plemienia Wendat prowadzili prawie osiadły tryb życia. 
 Zetknięcie się jednak dwóch kultur będących na tak różnym stopniu rozwoju było przyczyną nieustannych konfliktów. Jezuitów, znających się na leczeniu chorób, indiańscy szamani niejednokrotnie oskarżali o rzucanie czarów, gdy ich pacjenci wracali do zdrowia.
 Jezuici działali na półwyspie Midland przez dziesięć lat. W sumie było ich tu razem czterdziestu i dobrze znać tę liczbę, zwiedzając odrestaurowaną z pietyzmem osadę. Jezuici razem ze swymi pomocnikami przybyłymi z Francji stworzyli bowiem przez jedną dekadę coś więcej niż misyjną osadę z domami mieszkalnymi, szpitalem, warsztatami, kuźnią, stolarnią, kościołem, oborami i chlewami, gdzie hodowano sprowadzone z Europy krowy i świnie, kurnikami z drobiem. Zbudowano palisadę i system wewnętrznych kanałów z zastawami i progami wodnymi, które umożliwiały dostawę towarów do misji wielkimi czółnami. Ta garstka ludzi budowała zręby nowoczesnej cywilizacji wśród ludzi z epoki kamienia łupanego. Nawracając na wiarę chrześcijańską, jezuici uczyli także Indian nowych metod przechowywania i konserwacji żywności, produkcji odzieży z owczej wełny, produkcji obuwia, bardziej wydajnych metod uprawy roli (Huronowie, do których należało plemię Wendatów, nie stosowali płodozmianu ani trójpolówki - co w efekcie wyjaławiało glebę i zmuszało Indian do zmiany miejsca zamieszkania i poszukiwania żyznej ziemi).
 Chodząc po osadzie Sainte-Marie among the Hurons, niejednokrotnie będziemy zaskoczeni, jak tak nikła garstka ludzi, praktycznie wyposażona tylko w siekiery, mogła wznieść tak wspaniałe budowle. Część z nich jest z kamienia, część  z drewna, ale na kamiennej podmurówce - wszystkie zbudowane z mistrzostwem i znajomością rzemiosła. Teraz, po ponad trzystu latach, stanowią doskonałe świadectwo wiary, która potrafi czynić cuda. 
 Na terenie misji znajdowało się także osiedle indiańskie. W "długich domach" mieszkali nowi chrześcijanie, którzy od misjonarzy i ich europejskich pracowników (pracowali oni bez wynagrodzenia - jedynie za strawę i opierunek) poznawali nową wiarę i kulturę, której w przyszłości sami mieli być misjonarzami. To rzadki sposób takiego współistnienia - przypomnieć tu bowiem należy, że tylko katolicy traktowali w tamtych czasach Indian jako równych sobie. 
 Dzieje misji potoczyły się jednak tragicznie - po dziesięciu latach od założenia, została napadnięta przez Irokezów i zniszczona, a jezuici w potworny sposób zamęczeni i zabici. Po latach zamordowanych misjonarzy kanonizowano - ku ich czci w sąsiedztwie misji zbudowano sanktuarium Męczenników Kanadyjskich w Midland, gdzie co roku odbywa się wspomniana już wyżej piesza pielgrzymka... 
 No i pora wracać do domowych pieleszy. Nasza wydłużona weekendowa wyprawa na pewno zrelaksowała nas i przygotowała do walki z przeciwnościami codziennego życia a przede wszystkim umożliwiła nam lepsze poznanie naszej drugiej ojczyzny - Kanady. I to jest naczelnym celem naszych weekendowych eskapad! 
Jerzy Rosa
Mississauga
 

 Witold Liliental, to co innego...
Kilka miesięcy temu w Toronto ukazała się niewielka książeczka felietonisty torontońskiej "Gazety" Witolda Lilientala zatytułowana "Ty, to co innego". W dwóch językach, po polsku i angielsku, w tej 26-stronicowej książeczce autor pisze o sobie, historii swojej rodziny i doświadczeniu odkrywania własnego żydowskiego pochodzenia w kontekście polskiego, a zwłaszcza polonijnego "antysemityzmu". Przy tej okazji chwali Grossa, za "Sąsiadów" i "Strach" ("Ale czy można polemizować z samymi przytoczonymi faktami? Nie mogę więc powtarzać za tłumem oburzonych, że autor kłamie, mogę tylko nie zgadzać się z jego wnioskami"), gani tutejszych Polaków za nacjonalizm i szowinizm ("Kiedyś żona zatelefonowała do polskiego zakładu optycznego z zapytaniem, czy przypadkiem nie jest otwarty w niedzielę. W odpowiedzi usłyszała: ?My nie Żydy="), oraz krytykę wielokulturowości ("Tymczasem pewne pismo polonijne, odwołujące się do wiary w swej winiecie, publikuje artykuły, w których torontońską tolerancję międzykulturową określa pogardliwie mianem "multikulti". Zastanawiam się często, czy właśnie takiej pogardy uczył Chrystus..."). Oczywiście - aluzju paniał - "domyślmy się", że owo pismo to "Goniec"... Notabene fragmentu tego nie ma w wersji anglojęzycznej, w interesujący sposób odmiennej od polskiej.
 Do tego dochodzą autentyczne perełki w rodzaju: "Szybko zorientowałem się, że w okolicach Toronto, oprócz ludzi na wysokim poziomie intelektualnym i takich, których można nazwać elitą, mieszka też wiele osób, które delikatnie mówiąc, nie darzą Żydów, ani osób tego pochodzenia sympatią". Jest to jedna "z lepszych" definicji elity oraz "wysokiego poziomu intelektualnego", na jakie udało mi się  natrafić, a w końcu swoje lata mam i nie urodziłem się wczoraj.
 Dorzucić można też przeprowadzone tym razem wprost i bez aluzji potępienie torontońskiego pisma Związku Narodowego Polskiego "Głosu Polskiego" (niebawem obchodzić będzie stulecie istnienia) za opublikowanie tekstu stwierdzającego, że "ultranacjonalizm żydowski jest zakorzeniony w tradycji Talmudu, wyższości Żydów nad nie-Żydami, wobec których nie obowiązuje Żyda dziesięć przykazań. Według tej ideologii, dla dobra Żydów, Żydzi mogą bez grzechu popełniać najbardziej perfidne zbrodnie" - najwyraźniej dla p. Lilientala nawet krytyka "ultranacjonalizmu" jest w tym przypadku przejawem antysemityzmu. Domyślam się, że nacjonalizm można potępiać jedynie wówczas, gdy dotyczy - powiedzmy - Niemców, Polaków, albo Brytyjczyków...  To jeden z wielu przykładów "nieklasycznej" logiki wywodów autora.  Wychodzi na to, że jedynym pismem polonijnym, które spełnia kryteria owej logiki jest "Gazeta", gdzie autor regularnie publikuje ("Poznałem też osobiście red. Małgorzatę Bonikowską i red. Zbigniewa Bełza z ?Gazety= i szybko zorientowałem się, ile dobrej i uczciwej roboty w wielu dziedzinach zawdzięczać należy temu tandemowi osobiście, jak również pismu przez nich redagowanemu".)
 Ironia w tym taka, że z dziesięć lat temu red. Bełz został wezwany na dywanik Kanadyjskiego Kongresu Żydowskiego (CJC) w związku z opublikowaniem obszernego tekstu ks. Kurdybelskiego "Starsi bracia w wierze", w którym opisywane były talmudyczne źródła podwójnej moralności. Najwyraźniej było to jednak w okresie, kiedy red. Bełz znajdował się w szponach zdrowego rozsądku i nie znał tajników nowej dialektyki.
 Przyznam szczerze, że nie wiem, gdzie książeczka jest rozprowadzana, aby Państwo mogli sami przeczytać i wyrobić sobie zdanie, z pewnością jednak można o to zapytać... w Konsulacie Generalnym RP w Toronto.
 Dlaczego? 
 A dlatego, że dwujęzyczna broszurka z wynurzeniami p. Lilientala opublikowana została "przy wsparciu finansowym Konsulatu Generalnego RP w Toronto", zaś autor dziękuje konsulowi generalnemu p. Konowrockiemu za "pomysł i umożliwienie wydania publikacji".
 Nie znam żadnej innej tutejszej publikacji sfinansowanej ani dofinansowanej przez Konsulat, przeciwnie, urząd RP zazwyczaj występuje z pozycji "żebraczych", tłumacząc się brakiem funduszy czy stosownej pozycji budżetowej. 
 Potrzeb jest bez liku - odchodzi pokolenie żołnierzy wolnej Polski, nie ma komu zbierać po nich pamiątek, czy choćby notować wspomnień, najprężniejszy ośrodek walki z antypolonizmami prowadzony w Toronto przez tamtejszy oddział KPK działa na zasadach ochotniczo-chałupniczych, czasem wręcz bez symbolicznej pomocy polskich placówek dyplomatycznych ("Dziękuję za email dot. artykułów, jakie ukazały się w ?Toronto Star=  (Last Polish Sonderkommando dies at 85 after heart surgery) i ?The Ottawa Citizen= (Memories of the dead). Pragnę poinformować, iż żaden z nich nie wywołał interwencji Ambasady RP w Ottawie...", podpisano Marta Grywalska acting Press and Protocol Officer Embassy of Poland), o gotowych materiałach promocyjnych Polski nie wspominając.
 A tu proszę, konsulat wysupłał fundusze na sztambuch p. Lilientala. Każdy ma prawo do własnego sztambucha, własnych uprzedzeń i mitów, ba, każdy z nas ma prawo do publikowania głupot i bzdur. Tylko dlaczego angażować w to pieniądze podatnika RP? Kiedyś p. konsul Konowrocki zarzekał się, że jego urząd nie ma zamiaru politykować w polonijnym światku, jednych popierać, innych zwalczać, ciekawym więc, jak i gdzie odbywa się proces selekcji publikacji do oficjalnego wsparcia finansowego - który to jest stolik?
 Andrzej Kumor
Mississauga
 

GONIEC NR 30/2008

Devotio moderna
 Pogrzeb Bronisława Geremka był od czasu ubiegłorocznych wyborów parlamentarnych, które przyniosły zwycięstwo popieranej przez razwiedkę Platformie Obywatelskiej, niewątpliwie największym wydarzeniem nie tylko towarzyskim, ale również politycznym, ale przede wszystkim - religijnym. Trudno bowiem bagatelizować rangę pogrzebu, jako wydarzenia religijnego, jeśli mszę w intencji Czcigodnego Nieboszczyka odprawia aż dwóch arcybiskupów. Jest to tym bardziej godne podkreślenia, że chociaż prof. Geremek był nieprzebraną skarbnicą niezliczonych zalet, to przecież próżno było szukać wśród nich pobożności. Prawdę mówiąc, nie wiadomo nawet, czy wierzył w Boga, zwłaszcza że w młodości doświadczył tak zwanego "ukąszenia heglowskiego", które ma nie tyle objaśniać, co usprawiedliwiać obecność autorytetów moralnych w gronie stalinowców. Nawiasem mówiąc, ciekawe, jakiego rodzaju ukąszeniem mogliby usprawiedliwiać się tacy, dajmy na to, hitlerowcy? Być może żadnym, bo, jak wiadomo, Stalin chciał dobrze, a Hitler chciał źle et n'en parlons plus. Pewne światło na tę zagadkową okoliczność rzuca wypowiedź prof. Samsonowicza, który w "Gazecie Wyborczej" przypomina, że jeszcze w czasach Jagiełłowych istniała taka sobie rycerska międzynarodówka, do której nie każdy rycerz mógł się zapisać, tylko taki... no właśnie, prof. Samsonowicz nie wyjaśnia - jaki, za to wspomina, że tacy rycerze spotykali się na winku jak nie u mistrza krzyżackiego, to u jakiegoś innego. 
 Dzisiaj oczywiście żadnych rycerzy już nie ma; są tylko pieniacze, którzy z byle czym latają do prokuratury albo do niezawisłych sądów - ale przecież rozmaite międzynarodówki istnieją nadal, chociaż z rycerstwem nie mają już nic wspólnego. Jedną z takich międzynarodówek jest masoneria skupiona w Wielkim Wschodzie Francji. Gdyby nie to, że Wielki Wschód swoich  członków konspiruje, pewnie byśmy się dowiedzieli, jakim to wybitnym przedstawicielem tej międzynarodówki był "Drogi Bronisław". Ale konspiracja - res sacra, toteż skazani jesteśmy na domysły, między innymi na podstawie listy obecności na pogrzebie. 
 O randze tego towarzyskiego wydarzenia świadczy również depesza kondolencyjna od samego Benedykta XVI, który już choćby z racji swego Urzędu utrzymuje kontakty z różnymi międzynarodówkami, chociaż Jego poprzednicy uczestnictwo w niektórych z nich obkładali sankcją ekskomuniki. 
 Ale dzisiaj kto by tam za takie rzeczy kogoś ekskomunikował? Dzisiaj największym zmartwieniem jest, żeby nikogo nie urazić, a już specjalnie - wpływowych międzynarodówek, toteż nikogo nie może dziwić koncelebracja aż dwóch arcybiskupów. Inna sprawa, to rzuca to również snop światła na podziały w polskim Kościele. Mówi się o "Kościele łagiewnickim" i "Kościele toruńskim", ale nazwy miejscowości niczego oczywiście w tym podziale nie wyjaśniają. Już bardziej wyjaśniałaby go okoliczność, że jedni hierarchowie i duchowni związani są z Wielkim Wschodem Francji, a inni nie tylko nie są z nim związani, ale nawet uważają, iż niegdysiejsze decyzje o ekskomunikowaniu za przynależność do masonerii nadal zachowują aktualność. Inna sprawa, że w Polsce, gdzie rzadko co dzieje się naprawdę, wszystko może być korygowane znanym przysłowiem, że "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie" - więc i sankcja ekskomuniki może obciążać tylko kogoś, kto do masonerii przystępuję na własną rękę. Natomiast jeśli ktoś do masonerii przystępuje, dajmy na to, "w imię nauki", albo jeszcze lepiej - "dla dobra Uniwersytetu", albo najlepiej - "dla dobra Kościoła", to, ma się rozumieć, o żadnej ekskomunice, a nawet - o żadnych podejrzeniach mowy być nie może, zwłaszcza gdy delikwent zostałby do masonerii wprowadzony przez swoich przełożonych. W tej sytuacji "teologia grzechu" ma szansę zostać niesłychanie wzbogacona do tego stopnia, że sam Pan Bóg Wszechmogący może mieć trudności z połapaniem się w tych wszystkich zawiłościach, a cóż dopiero - skromny obserwator pogrzebu prof. Bronisława Geremka, zwłaszcza obserwując wszystko z wyspy Samui w Zatoce Syjamskiej, gdzie właśnie rzucił mnie los.
 Czytając polską prasę, widzę wyraźnie, że "Drogi Bronisław" jest kolejnym kandydatem na "santo subito", mogącym wzbogacić grono aniołków "Żywej Cerkwi". Z ogromnym rozczuleniem czytam zwłaszcza hagiograficzne publikacje, których cała seria ukazała się już w "Gazecie Wyborczej", wiernej leninowskim dyrektywom o "organizatorskiej funkcji prasy". Te hagiograficzne publikacje przypominają opowiadania Heleny Bobińskiej o Józefie Stalinie z okresu, kiedy Ojciec Narodów nie był jeszcze Józefem Stalinem, tylko chłopcem nazywającym się Soso Dżugaszwili. Złośliwcy nadali tym hagiograficznym opowiadaniom Heleny Bobińskiej tytuł "Komu Soso zrobił kuku". Nie ulegało wątpliwości, że na pewno Helenie Bobińskiej - i to kuku na muniu, chociaż z drugiej strony, za swój hagiograficzny wysiłek została przecież przez partię wynagrodzona, podobnie jak dziennikarze "Gazety Wyborczej" za swoje hagiografie. 
 W tej sytuacji tylko patrzeć, jak w Alei Zasłużonych na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, gdzie podobno "Drogi Bronisław" został pogrzebany obok swego przyjaciela Jacka Kuronia, zaczną dziać się dziwne rzeczy, tradycyjnie nazywane "cudami". Wprawdzie sam "Drogi Bronisław" w okresie poddanej heglowskiemu ukąszeniu młodości uważał "cuda" wraz z innymi "religijnymi przesądami" za "opium dla ludu", ale - powiedzmy sobie szczerze - w imię czego właściwie skąpić ludowi trochę "opium"? Trzeba tylko w porozumieniu z Wielkim Wschodem Francji ustalić chemiczny skład tej mieszanki  i wszyscy pogrążymy się w nirwanie, zapominając o Bożym świecie i naturalnie także o Polsce, którą zarządzać zaczną mądrzejsi - już bez naszego udziału.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

Metoda na nieuczciwość
 "Dziennikarze muszą choćby udawać neutralność" - powiedział prezes PiS, tłumacząc decyzję komitetu politycznego Prawa i Sprawiedliwości o bojkotowaniu zaproszeń polityków tej partii do TVN oraz TVN24. Zabrzmiało to tak, jakby kto w stół uderzył. W każdym razie media "wywołane do tablicy" niezwłocznie odezwały się, niczym przysłowiowe nożyce. 
 "Bardzo chętnie komunikujemy się z opinią publiczną poprzez media elektroniczne, ale to jednak musi być komunikowanie się, a nie wpisywanie się w pewną skierowaną przeciwko nam operację" - dodał Jarosław Kaczyński. A szef klubu parlamentarnego PiS Przemysław Gosiewski wyjaśnił, że powodem bojkotu audycji TVN, TVN24 oraz "innych zaprzyjaźnionych stacji" jest traktowanie tam polityków PiS "jako osób drugiej kategorii". 

 CZARA GORYCZY 
 Jak widać, czara goryczy wreszcie się przelała. Lepiej późno niż wcale. Wszak  wściekła nagonka skierowana przeciwko Prawu i Sprawiedliwości nie ustała po zmianie rządu. Wrzawa, a mówiąc mniej oględnie, mordercza kampania nienawiści, nie miała końca. Zamiast rzeczowej, uczciwej analizy, nieustannie obserwowaliśmy dziki jazgot, w miarę upływu czasu przekształcający się w festiwal hipokryzji, przeinaczeń, niedomówień i ordynarnych łgarstw. Kalumniom oraz oszczerstwom nie było końca. 
 Przy czym w tym bezpardonowym ataku przodowały właśnie media takie jak TVN czy TVN24. Ostatnio nawet dla mniej wyrobionych obserwatorów życia politycznego w kraju między Odrą a Bugiem stało się jasne, że zamiast pełnić rolę informacyjno-kontrolną, wymienione środki masowego przekazu włączyły się bezpośrednio w sprawowanie władzy. I że nie jest to władza pochodząca z demokratycznego wyboru. Że niektórzy z ludzi pracujących w "stajni" Waltera i Wejcherta to żadni dziennikarze, lecz funkcjonariusze przebrani za dziennikarzy. I że ich zadaniem nie jest bynajmniej prezentowanie rzeczywistości, lecz jej kreacja. Wedle woli skrytych za kulisami mocodawców. 

 MEDIALNA WIARYGODNOŚĆ 
 To prawda, negatywny wizerunek polityków Prawa i Sprawiedliwości potrzebny jest Platformie Obywatelskiej jak tlen choremu na astmę. Lecz jest to problem PO, nie PiS. Ileż można robić za "chłopca do bicia", przyczyniając się do wzrostu sondażowego poparcia dla Donalda Tuska i jego totumfackich? Skoro obecność w TVN, dzięki manipulacjom oraz przekłamaniom, skutkowała ośmieszeniem polityków i programu PiS, skoro "rzetelni dziennikarze" w rodzaju Moniki Olejnik, Tomasza Sekielskiego, Andrzeja Morozowskiego czy Bogdana Rymanowskiego realizowali najwyraźniej wytyczne "przeróbcie polityków PiS na idiotów", z gościny w TVN należało zrezygnować jeszcze podczas ubiegłorocznej kampanii wyborczej. Z wizyt w skompromitowanej do cna "Superstacji" zrezygnowano w lutym - i bardzo dobrze się stało. Dziś medialna wiarygodność tej telewizji plasuje się poniżej absolutnego zera. 
 A już stawianiem sprawy na głowie jest twierdzenie, że politycy bojkotujący tę czy inną telewizję działają wbrew własnemu interesowi, gdyż bojkotując widzów, w gruncie rzeczy odwracają się plecami do obecnych i potencjalnych wyborców. Hola, hola, nie dajmy się zwariować! Czy TVN to jedyna telewizja? Co z TVP, TVP Info czy Polsatem? O ile w tej sytuacji wzrośnie oglądalność nowego programu informacyjnego Polsat News? Czy program publicystyczny, w którym brakuje reprezentantów opozycji, ma jakąkolwiek wartość poznawczą? 
 Jarosław Kaczyński zarzucił dziennikarzom TVN i TVN24, że pozwalają "na sprowadzenie polskiego życia publicznego do rynsztoka". Racja, podobnie jak i to, że po wyborców nie warto schylać się aż tam. 

 WYŁĄCZYĆ RADIOWĘZEŁ 
 Jak ktoś słusznie zauważył, zbojkotowane stacje będą niechybnie zachowywały się tak, jakby bojkot wcale im nie doskwierał. Jakby go nie było. Identycznie jak "Gazeta Wyborcza", która w dalszym ciągu zdaje się kultywować przekonanie, że kupuje ją i czyta cała Polska. Niemniej dalsza akceptacja nieprofesjonalnego zachowania oznaczałaby w istocie zgodę na kontynuowanie procederu podkopywania i tak przecież zmurszałych fundamentów, na jakich wspiera się polska racja stanu, polska świadomość narodowa i polska tożsamość. No i warto pamiętać, iż to nie TVN wykluczył polityków PiS z debaty publicznej. To politycy PiS ograniczyli możliwość manipulacji, jakich nader często dopuszczała się TVN, udatnie małpując metody przećwiczone w radiowęzłach propagandowych z lat 50. ubiegłego wieku. 
 W powyższym kontekście kuriozalnie zabrzmiało postawione publicznie pytanie Janusza Kochanowskiego (rzecznika praw obywatelskich), czy posłowie PiS, bojkotując TVN i TVN24, nie naruszają prawa obywateli do informacji. Pytanie jest niezasadne, a co najwyżej świadczące o niezrozumieniu zasad, jakimi rządzi się wolne, demokratyczne społeczeństwo. Z całym szacunkiem dla Urzędu RPO: polityk nie ma wobec dziennikarza więcej zobowiązań, niż dziennikarz wobec widza (słuchacza, czytelnika). 
*** 
 ...Drapieżnik nie odpowiada za to, jakim stworzył go Bóg. Jednakowoż, gdy rodzi zagrożenie, należy go unicestwić bądź okiełznać. Dlatego decyzja władz Prawa i Sprawiedliwość to krok w dobrym kierunku. Znakomita metoda na medialną nieuczciwość. I oby tylko politykom tej partii nie zabrakło konsekwencji. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 
 

  W drodze do "Perły Ontario"
Wyprawa do najbardziej niesamowitego parku południowego Ontario - Killarney, może być połączona z niezwykłą wycieczką po lądzie i wodzie. Przed dwoma tygodniami znaleźliśmy się na jej trasie i dotarliśmy do wyspy Manitoulin, teraz ruszamy dalej "Hiszpańskim Szlakiem".
 Jeszcze tylko kilka chwil pozostańmy na Manitoulin Island - zamieszkuje ją kilka indiańskich plemion: Odżibua, Odawa i Pottawatomi, które są sprzymierzone ze sobą i tworzą jedną społeczność - Three Fires Confederacy. Na wyspie znajduje się parę rezerwatów, a w jednym z nich, w pobliżu trasy, którą będziemy przemierzać, odbędzie się w najbliższy long weekend z okazji "Dnia Obywatela" Pow Wow.
 Pow Wow to indiańskie święto tańca i śpiewu. Do większych osad w rezerwatach zjeżdżają się w ten dzień wszyscy mieszkańcy, aby podtrzymywać plemienne tradycje i zaszczepiać swą kulturę następnym pokoleniom. Jest to dla Indian bardzo ważna uroczystość, do której dopuszczają postronnych widzów, ale niechętnie pozwalają się fotografować - dlatego nie czyńmy tego zbyt ostentacyjnie, bo możemy być poproszeni o opuszczenie Pow Wow.
 Kiedy nasz prom przybędzie do South Baymouth i wydostaniemy się na ląd samochodem, ruszamy drogą nr 6 w kierunku Manitowaning. Tu, o 545 km od Toronto, znajdziemy się w pierwszej "białej" osadzie założonej w 1837 roku przez emigrantów z Europy. Już w kilka lat po przybyciu, pierwsi osadnicy zbudowali w 1845 roku kościół p.w. św. Pawła - najstarszą świątynię w północnym Ontario. Przez wiele lat Manitowaning był bardzo ważnym portem na wyspie, a teraz stał się jedną z ważniejszych atrakcji turystycznych i miejscem, skąd można dotrzeć do osady Indian z plemienia Odawa - Wikwemikong.
 W Wikwemikong w dniach 1-4 sierpnia odbywać się będzie największy indiański festiwal, na który przybędą wszystkie plemiona zamieszkujące Manitoulin Island. Pow Wow jest także konkursem z dużymi nagrodami, gdzie o palmę pierwszeństwa stają indiańscy śpiewacy, tancerze i grający na bębnach. Np. pierwszą nagrodą za zwyciężenie w konkursie "Best Drummer" jest kwota 5000 dolarów.
 Indiański rezerwat zamieszkany przez plemię Odawa jest największym na całej wyspie. Zajmuje 55 781 hektarów powierzchni Manitoulin Island i jednym swym skrajem (Point Grondine) zahacza o cel naszej podróży - Killarney. Ale w ten sposób tam się nie dostaniemy - musimy park okrążyć, by dostać się do jego bram. 
 Ruszamy więc w drogę do Espanoli - stolicy papiernictwa. Jedziemy do niej malowniczą wijącą się "szóstką" poprzez wycięte w białej skale wąwozy. Miasto, założone we wczesnych latach XX wieku, stworzone zostało przez fabrykę celulozy i papieru ulokowaną w zakolu Spanish River. Sama nazwa miasta, które po polsku zwałoby się "Hiszpanka", pochodzi według przekazów Indian od kobiety, którą w XVIII wieku plemię Odżibuejów uprowadziło z południa Ontario. Została ona wydana za mąż za jednego z najdzielniejszych wojowników, który osiedlił się później u ujścia rzeki. Dzieci z tego indiańsko-hiszpańskiego małżeństwa mówiły językiem matki i gdy w okolicę przybyli pierwsi francuscy podróżnicy, a jednocześnie handlarze futrami, napotkali Indian posługujących się hiszpańskim. French Voyageurs nazwali to miejsce "Espagnole", które później Anglicy uprościli na swoją modłę na "Espanola", a rzekę ochrzcili na Spanish River.
 Espanola w latach depresji podupadła i wyludniła się, a w czasie wojny pełniła rolę obozu dla niemieckich jeńców wojennych. Teraz jest pięknym miasteczkiem, które zasiedlone jest przez ponad 5000 ludzi. Mijamy "Hiszpankę" i kilka kilometrów dalej w Baldwin nasza trasa krzyżuje się z drogą nr 17. Jest to najdłuższa ontaryjska droga - ma 1960 km i nią dojedziemy do drogi 637, która zaprowadzi nas do parku Killarney.
 Killarney Provincial Park nie jest tak wielki i sławny jak Algonquin, ale jest jednym z najczęstszych celów wypraw w dzikie ostępy Kanady wśród amatorów nieskażonej cywilizacją natury. Ze względu na kwarcytowe skały, które dominują w pejzażu parku - Killarney zwane jest "Perłą Ontario". Nie ma w tym określeniu zbytniej przesady - kwarcyty lśnią  z oddali i mienią się jak perły. 
 Przed dwoma miliardami lat te skały tworzyły pasmo gór, których szczyty sięgały kilku kilometrów - dzisiejsze Góry Skaliste w Kolumbii Brytyjskiej były o wiele niższe od tych w Killarney. Jednak nie oparły się one napierającej potędze żywiołów i po przejściu czterech lodowcowych epok, z niebotycznych skał pozostała tylko miazga; wierzchołki gór zostały starte i zmiażdżone przez wolno przesuwające się niewyobrażalne masy lodu, a szczątki głazów, kamienie i piasek częściowo wypełniły przepaście między nieistniejącymi już szczytami. Ustępujący i topniejący lodowiec wypełnił wodą wszystkie istniejące jeszcze rozpadliny i w ten sposób powstały bezodpływowe polodowcowe  jeziora. A ponieważ głębsze pokłady gór, teraz odsłonięte, stanowił kwarcyt - park lśni nieskazitelną bielą skał i oszałamia błękitem licznych tu jezior.
 Ponieważ jeziora polodowcowe mają niewielką rotację wód, proces samooczyszczania jest tu niezmiernie długi - są więc praktycznie bezbronne wobec wszelkich zanieczyszczeń przemysłowych. I takie nieszczęście dotknęło je w latach 50. ubiegłego wieku - zostały zatrute opadami kwaśnych deszczów. Deszcze te powstają w wyniku wchłaniania przez parę wodną związków chemicznych, które są wyrzucane w atmosferę przez przemysł ciężki. Umowa z USA, zobowiązująca ten kraj do ograniczeń emisji zabójczych gazów w atmosferę, oraz kary nakładane na trucicieli środowiska problem rozwiązały na tyle, że proces zakwaszania wody w jeziorach został zatrzymany, a życie w nich fauny i flory zostało odtworzone. 
 Są jednak na terenie parku jeziora, w których jeszcze do dzisiaj nie ma żadnego biologicznego życia. Jedno z nich nosi nawet nazwę Acid Lake, choć nie jest już kwaśne i nie grozi żadnym niebezpieczeństwem rozstroju zdrowia.
 Czystość jezior oraz niezwykły pejzaż kwarcytowych gór już na początku XX wieku wabiły kanadyjskich malarzy, chcących utrwalić na płótnie niesamowitą urodę tych okolic, ale dopiero w  1964 roku Ontaryjskie Stowarzyszenie Artystów, bardziej znane pod nazwą Group of Seven, zainspirowało władze naszej prowincji do utworzenia w Killarney parku krajobrazowego. Kto jeszcze nie był w Killarney, niech wyobrazi  sobie, jak piękne musi być to miejsce, skoro stało się inspiracją dla tak wielu kanadyjskich artystów, "oswojonych" przecież z niecodziennymi, pełnymi uroku widokami, których w Ontario nie brakuje. Faktem jest, że nie spotkałem jeszcze nikogo, kto odwiedził to miejsce i  opowiadałby o tym bez zachwytu. 
 Centralne pole namiotowe w Killarney znajduje się nad George Lake. Tu dojechać można samochodem, rozbić namiot i ruszyć na wędrowny szlak, lub pożyczywszy canoe, wypłynąć na jezioro. Główny campground posiada 126 miejsc kempingowych, a następnych 170 rozmieszczonych jest po całym olbrzymim obszarze parku (48 500 ha). Aby się do nich dostać, trzeba posiadać canoe lub kajak; zabronione jest używanie łodzi motorowych. Jeziora i rzeki w parku tworzą wymarzone warunki dla miłośników canoe. Szlaki ciągną się kilometrami, a wszystkie portaże, gdzie łódkę trzeba przenieść na ramionach, są dobrze oznakowane. 
 Do Toronto wracamy już tradycyjnie, lądem. Droga nr 17, w którą skierujemy się na wschód, doprowadzi nas w Sudbury do skrzyżowania z drogą nr 69, która na wysokości Parry Sound zamienia się w wygodną autostradę nr 400. Nią, jak po sznurku, dotrzemy do stolicy Ontario - Toronto. Pamiętajmy tylko o zaczajonych pod wiaduktami i za zakrętami policjantach z radarami, którzy chcą nam popsuć dobry nastrój i miłe wspomnienia z wycieczki.
 Jeśli będziemy dysponować czasem, to warto odwiedzić także Sudbury - największe miasto północnego Ontario. Zamieszkuje je 157 tysięcy ludzi - o pracę tu nietrudno, bo miasto leży na pokładach niklu i stali. Kopalnie metali dają zatrudnienie i niezłe zarobki, dlatego miasto w ostatnich kilku latach rozkwita, a ceny nieruchomości podwoiły się. Atrakcją tej miejscowości jest 9-metrowy "Big Nickel" - olbrzymia replika drobnej kanadyjskiej monety z 1951 roku. Inną lokalną ciekawostką jest muzeum "Science North". Nie zapomnijmy zajść na ulicę Paris, gdzie znajdują się 72 maszty z flagami państw, z których przybyli mieszkańcy Sudbury. Sprawdźmy, czy wśród nich znajduje się nasza biało-czerwona! 
Jerzy Rosa
Mississauga 
 
 

  Polska w modzie
 Intelektualna moda jest jak walec. Zaszczepiona umyślnie czy samosiejka, przewala  się przez uniwersytety, wzrusza glebę elity, a następnie rozpływa się na całą resztę naśladowców, którzy pretendują do miana obytych  i "postępowych".
 Moda intelektualna obejmuje również tę zwykłą - styl myślenia tworzy styl noszenia się. Noszenie się zaś jest formą zajęcia stanowiska wobec obowiązującej tendencji czy szyku. Jak cię widzą, tak cię piszą. Przykrótkimi nogawkami bikiniarze pokazywali stosunek do ustroju, długimi włosami dzieci kontestowały przystrzyżoną rzeczywistość rodziców, hipisi brudem nieprasowanej bluzy walczyli z wojną w Wietnamie, stabilizacją 2+2+2 (rodzice+dwoje dzieci+dwa samochody) i wizerunkiem nadskakującego ugarniturowanego sprzedawcy. Język ciała (i ubioru) jest w wielu sytuacjach ważniejszy od tego, co się mówi. Bezpośrednio podkreśla przynależność.
 Rewolucje obyczajowe przetaczają się w społeczeństwach roznoszone przez intelektualne mody. Młody Polak grał na gitarze "Schody do nieba", podśpiewując angielskie półsłówka, których nie rozumiał, bo to było to - nowoczesne, na czasie, zachodnie, dobrze się kojarzyło. Nieopierzony nastoletni frustrat w Ameryce jak rękawiczkę nakładał modną kontestację na młodzieńczy Weltschmertz. Modna kontestacja przetaczała mu przy okazji "dożylnie" cały światopogląd podany jako coś o