POWROT
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie 
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net

Adres redakcji:
2386 Haines Rd. Suite 204
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6

Prenumerata na terenie Kanady: 
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class Mail.

***
Wydawca:
Goniec Inc.

..
TEKSTY
Toronto - Canada
Internetowa edycja, to tylko niektóre materiały publikowane w "Gońcu" - w sieci www nie ukazuje się pełna wersja naszego tygodnika wydawanego w objętość 56 stron formatu gazetowego.
 
GONIEC, NR 29/2010

Gorące lato 
Letnie kanikuły w całej pełni; żar leje się z nieba, więc nic dziwnego, że coraz więcej ludzi zdradza objawy zapalenia głowy. Ciekawe, że ogniskiem tej epidemii wydają się być pomieszczenia tubylczego parlamentu, w którym mimo klimatyzacji temperatura jest jeszcze wyższa niż na dworze, a to z powodu wytężonej pracy tęgich głów. Tęgie głowy zaś obmyślają coraz to nowe sposoby przekomarzania się w ramach wojny o pokój, jako że prawdziwa polityka zarezerwowana jest dla starszych i mądrzejszych. O prawdziwej polityce tedy niewiele wiadomo, bo cóż może wyniknąć na przykład z tego, że Radosław Sikorski, postawiony na czele Ministerstwa Spraw Zagranicznych, pojechał do Afganistanu?  Podobno tamtejsi talibowie próbowali skorzystać z jednoczesnej obecności tylu dygnitarzy, by wysadzić ich w powietrze, ale tajniacy udaremnili te niecne zamiary. Wygląda na to, że profilaktyka zamachów może okazać się dla tajniaków żyłą złota, co jeszcze w głębokiej starożytności spraktykował prorok Jonasz. Jak wiadomo, został posłany do Niniwy, żeby tamtejszym niniwiakom zakomunikować wyrok Opatrzności, skazujący ich na zagładę. Niniwiacy bardzo się przestraszyli, dzięki czemu wyrok został odwołany i miastu nic się nie stało.  Skoro zatem tajniacy uratowali w Afganistanie tylu ważniaków, to który ważniak poskąpi forsy dla tajniaków? 
 Ale mniejsza z tym, bo naszym celem jest spenetrowanie wszystkich frontów wojny o pokój, prowadzonej z jednej strony przez obóz zdrady i zaprzaństwa, a z drugiej - przez obóz płomiennych obrońców interesu narodowego. Warto przy tym odnotować, że obóz zdrady i zaprzaństwa jest znacznie szerszy, niż można było sądzić, bo wchodzą doń również "lewicowcy", których prezes Jarosław Kaczyński uniewinnił był z zarzutu "postkomunizmu". Okazało się, że chyba przedwcześnie, bo właśnie urządzili sobie w Lublinie sabat z okazji 22 lipca,  wspominając z nostalgią lata dobrego fartu przy Sowieciarzach i snując plany na świetlaną przyszłość. Świetlanej przyszłości wykluczyć zaś nie można, bo według ostatniego sondażu, gdyby wybory odbyły się teraz, do Sejmu weszłaby Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość oraz Sojusz Lewicy Demokratycznej, zdobywając nawet 11 procent głosów. Jeszcze trochę i SLD wysforuje się najpierw na drugi co do wielkości, a następnie - na największy fragment demokratycznego parawanu, za osłoną którego razwiedka rozgrabia nieszczęśliwy kraj i paraliżuje kolejne struktury państwa.
   W związku z całkowitym blamażem rządu premiera Tuska i niezależnej ponoć od niego prokuratury przy wyjaśnianiu okoliczności smoleńskiej katastrofy, posłowie Prawa i Sprawiedliwości utworzyli zespół, który zamierza wyjaśnić okoliczności tej katastrofy samodzielnie. Co tak wyjaśni - trudno powiedzieć, bo nie ma on uprawnień sejmowej komisji śledczej, więc w zasadzie może tylko groźnie kiwać palcem w bucie - ale jego powstanie, a zwłaszcza objęcie przewodnictwa przez posła Antoniego Macierewicza, wywołało straszliwy jazgot i w salonie, i wśród konfidentów poprzebieranych za dziennikarzy. Najwyraźniej jazgoczący obawiają się, że do wyjaśniania smoleńskiej katastrofy, chory z nienawiści Macierewicz wykorzysta również wiadomości zdobyte podczas rozwiązywania Wojskowych Służb Informacyjnych. Inna rzecz, że do zdemaskowania bęcwalstwa rządowych dygnitarzy nie jest to wcale potrzebne, bo już pierwszego dnia okazało się, że minister Ewa Kopacz publicznie fantazjowała, opowiadając wzruszające historie o wspólnym - polsko-rosyjskim prowadzeniu sekcji zwłok ofiar katastrofy - że niby uczestniczyli w nich również polscy lekarze i prokuratorzy. Tymczasem ani prokuratorzy, ani lekarze nie zostali do tych czynności w ogóle dopuszczeni, zatem kto kazał pani minister Kopacz opowiadać takie bajki? Od razu widać, że wystarczy tylko leciutko poskrobać, żeby naszym zdumionym oczom ukazały się Siły Wyższe. Warto w związku z tym zauważyć, że pani Ewa Kopacz była - obok "Mira", czyli Mirosława Drzewieckiego, jedyną osobą z tak zwanego gabinetu cieni Platformy Obywatelskiej, która rzeczywiście objęła stanowisko, do którego się przygotowywała. Pozostali członkowie "gabinetu cieni" potulnie ustąpili miejsca kandydatom na ministrów wskazanych Donaldu Tusku przez starszych i mądrzejszych - bo ktoś chyba musiał mu ich wyszukać w korcu maku - no nie?
 Okazuje się tedy, że powołanie parlamentarnego zespołu do wyjaśniania okoliczności katastrofy smoleńskiej było pociągnięciem trafnym, w odróżnieniu od próby ulokowania centrum politycznej wojny o pokój wokół krzyża postawionego w okresie żałoby przez harcerzy przed Pałacem Namiestnikowskim przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Pomysł nie był fortunny, bo w ten sposób Jarosław Kaczyński stawiał pod ścianą nie tylko prezydenta elekta Komorowskiego, ale przede wszystkim - Kościół, którego hierarchia właśnie tego najbardziej nie lubi. Toteż na tym odcinku wojna dobiega końca, bo właśnie zostało zawarte porozumienie między Kancelarią Prezydenta, JE abpem Kazimierzem Nyczem, harcerzami i rektorem kościoła akademickiego św. Anny, do którego krzyż wkrótce zostanie przeniesiony bez względu na to, czy w jego miejsce stanie pomnik ku czci ofiar katastrofy, czy nie. Widać, że ta próba narzucenia kultu Lecha Kaczyńskiego nie została przyjęta życzliwie również przez hierarchię, która najwyraźniej musiała uznać to za próbę wkroczenia w jej kompetencje. Jeszcze by tego brakowało, żeby politycy decydowali, kto ma zostać santo subito, a kto nie.
 Natomiast zespół - to co innego, bo chociaż możliwości wyjaśnienia przyczyn samej katastrofy i ewentualnego udziału Rosjan w jakimś intencjonalnym przedsięwzięciu  ma on - powiedzmy sobie szczerze - bardzo niewielkie, to przecież wyjaśnić skandaliczne manewry rządu premiera Tuska, a zwłaszcza - Ministerstwa Spraw Zagranicznych w okresie poprzedzającym wylot prezydenta z delegacją do Katynia, może jak najbardziej - a przedstawienie opinii publicznej tych zachowań byłoby wystarczającym materiałem być może nawet dla Trybunału Stanu. Oczywiście w normalnym państwie, którym Polska pod rządami razwiedki już dawno być przestała, ale nawet w istniejącej sytuacji miałoby to swój rezonans. Powołanie zespołu potwierdza zatem przypuszczenie, że Jarosław Kaczyński nie zaakceptował warunków zakończenia "wojny polsko-polskiej" przedstawionych przez PO (wybaczenie "win" popełnionych w związku z "budową IV RP" i zaprzestanie "dorzynania watahy"), tylko stawia swoje warunki, wśród których nie można wykluczyć intencji wyeliminowania ministra Radosława Sikorskiego, który chyba rzeczywiście trochę przy tym napaskudził. Stąd wściekłość tych wszystkich, którym się wydawało, że Jarosław Kaczyński został spacyfikowany, i stąd nadymanie Janusza Palikota, który w zapamiętaniu, a pewnie również w uzyskanych od swoich mocodawców jakichś gwarancjach bezkarności przekracza granice już nie tylko chamstwa - bo te biłgorajski filozof już dawno przekroczył - ale granice absurdu. 
 A wydawało się, że po odfajkowaniu zwycięstwa pod Grunwaldem, czeka nas już tylko świętowanie kolejnego zwycięstwa w wojnie polsko-bolszewickiej - bo w sytuacji, gdy "lewica" nostalgicznie nawiązuje do tradycji 22 lipca 1944 roku - świętowanie Sierpnia 1980 roku mogłoby okazać się "dzielące", "jątrzące", przez co "kontrowersyjne".
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

 IDŹCIE STĄD PRECZ, NATYCHMIAST
Są ludzie, którym słoń nogą nastąpił na uszy. I są też tacy, którym diabeł walcem rozjechał sumienia. Człowiek rozumny stara się unikać tych drugich, albowiem ze złem nie toczy się dyskusji. Do zła należy odwracać się plecami. 
 Rzecz w tym, iż współczesny człowiek przeżywa zasadnicze kłopoty z określeniem, na czym właściwie zło polega. Stąd wpycha się ono w nasze życie coraz śmielej. 
 Żeby powyższe unaocznić, daleko sięgać nie trzeba. Oto przy wtórze łoskotu zagłuszającego każą rozumną myśl, przez Warszawę przemaszerowała kilkutysięczna parada homoseksualistów płci obojga. Przyznam, że niespecjalnie się tym biednym ludziom dziwię. Gdzieś słyszeli, że we współczesnym świecie koniecznie należy innym ludziom coś pokazywać, ale że niewiele walorów mają do pokazania, zatem pokazują to, co mają. Proszę tylko pomyśleć: niby czym mają wymachiwać, jak nie przyrodzeniem, skoro nie przymioty intelektu czy charakteru, lecz właśnie ich przyrodzenia, określają dostępny nieszczęśnikom poziom? 
 Najlepszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie agresywnych homoseksualistów ich własnemu losowi. Przy jednoczesnym w miarę precyzyjnym wyznaczeniu ram dla zachowań powszechnie akceptowalnych oraz karaniu takich, których ogół zaakceptować nie chce i nie zamierza. Niestety, sami homoseksualiści nigdy na to nie pozwolą. Stąd biorą się próby przeniesienia kwestii należących do sfery prywatnej każdego człowieka do przestrzeni publicznej, a następnie ich - na siłę i wbrew zdrowemu rozsądkowi - upolitycznianie. I stąd bierze się natarczywa promocja nietypowych zachowań i metod zaspokajania popędu seksualnego, z jednoczesnymi próbami penalizacji tak zwanej "homofobii" (które to uczucie towarzyszy każdemu przyzwoitemu człowiekowi, konfrontowanemu z nachalną reklamą postaw uznawanych przez większość za nieprzyzwoite) dokonywanymi pod płaszczykiem "walki z dyskryminacją", "przeciwdziałaniu wykluczeniom" oraz "wszechstronnego wymiaru człowieczeństwa". 

 WALKA Z WARTOŚCIAMI 
 Jaki jest cel tych działań? Idzie o to, by krytyka postaw i zachowań homoseksualnych dopuszczalna była jedynie w obszarze jak najściślej prywatnym, a jeszcze lepiej - by takowej krytyki w ogóle zabronić, lokując ją w obszarze "myślozbrodni". By to, co wzbudza obrzydzenie, zaczęło wzbudzać zachwyt. Aby rozumienie pojęcia "tolerancja" przeistoczyć w bezwarunkową akceptację homoseksualizmu. By krytykę zachowań homoseksualnych w przestrzeni publicznej i prywatnej utożsamiać z "mową nienawiści". Wreszcie, by nietypowe sposoby zaspokajania popędu seksualnego uznać za godne podziwu oraz upowszechniania. Brakuje niewiele. Komisja Europejska już domaga się, by "homofobię" uznać za przestępstwo ścigane z urzędu. 
 "Każdy człowiek staje się pajacem, byle pociągnąć go za odpowiednią nitkę" - mawiał Tadeusz Boy-Żeleński. Co prawda współcześni demiurgowie nie ciągną za nitki, lecz posługują się słowami, aczkolwiek skutek wydaje się jednaki. "Wolność jednostki" - powiadają. "Tolerancja i dialog!" - nawołują. Skrzydlate słowa, słowa-wytrychy. Słowa brzmiące zachęcająco. Lecz w gruncie rzeczy słowa synonimujące moralne wyuzdanie.
 Powtórzmy, ponieważ należy: pod płaszczykiem troski o tak zwany wszechstronny wymiar człowieczeństwa toczy się powszechna walka dobra ze złem. A wszystko w imię niczym nieograniczonego "prawa do samorealizacji" oraz "indywidualnego kreowania wartości". Pseudointelektualny bełkot podbija świat. To nic innego, jak paranoja. Ledwie garstce odważnych wyrywa się okrzyk o królu, który jest nagi. Nie dziwota. Jak zauważył brytyjski historyk i publicysta Timothy Garton Ash: "Paranoja ma to do siebie, że nie dostrzega się prawdziwego obrazu rzeczywistości. Dlatego z paranoi tak ciężko jest się wydobyć". 
 Bądźmy szczerzy i nazywajmy rzeczy po imieniu: "walka o równouprawnienie homoseksualistów" to przecież nic innego jak publiczne propagowanie homoseksualizmu. Propaganda nietypowych i perwersyjnych sposobów zaspokajania popędu. Nawoływanie do zacierania różnicy między normą a dewiacjami. Próby odrzucenia porządku prawnego opartego na chrześcijańskiej etyce, tradycyjnej moralności oraz konserwatywnym światopoglądzie. 
 Ludzie przyzwoici powiadają na to: non possumus, nie pozwalamy. A to, ponieważ z zachowań deprawacyjnych nie wolno czynić reguły ani wzorców do naśladowania. To nie tylko kwestia smaku, to także kwestia odpowiedzialności - za świat i za naszych następców. 
*** 
 Nie musicie być tacy jak my. Dlatego nadal będziemy tolerować was i waszą odmienność. Ale na nic więcej nie zasługujecie. Tym bardziej nie zasługujecie na akceptację. I wara wam od naszych rodzin: od naszych kobiet, mężczyzn i dzieci. Paradujcie sobie do woli we własnych sypialniach, nie roszcząc praw do przestrzeni publicznej, ta bowiem należy do większości. Idźcie z niej precz. Natychmiast. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 
Zapraszam również tutaj: http://www.widnokregi.salon24.pl 

Paweł M. Nawrocki 
WIERSZYNA
Jak twierdził ksiądz Ignacy Pawlus - do niedawna proboszcz polskich kościołów w Irkucku i w Wierszynie - prawie wszyscy mieszkańcy Irkucka i okolic (oprócz tubylczej ludności buriackiej) mają w swoich żyłach przynajmniej kilka kropel polskiej krwi. Jeżdżąc po bliższych i dalszych okolicach Bajkału, spotkać można ludzi, którzy słysząc, że ktoś przyjechał z Polski, wspominają: mój dziadek, moja prababka, krewni mojego męża, żony byli Polakami. Pamięć o ich pochodzeniu trwa i jest z dumą (choć bez patosu) przekazywana kolejnym pokoleniom. Mało kto spośród nich zna jeszcze polską mowę. Ale są i tacy, których dzieci, oprócz angielskiego, uczą się także języka polskiego.
 Wyjątkiem jest wieś Wierszyna - wysepka i ostoja polskości - położona około 160 km na północny zachód od Irkucka, a ponad 6000 km od granic Rzeczypospolitej. Nie mieszkają w niej potomkowie zesłańców, ale ludzi, którzy dokładnie sto lat temu przyjechali tu dobrowolnie, "za chlebem", w ramach reform Stołypina.
 Rząd carski, chcąc przeciwdziałać rosnącej fali emigracyjnej Polaków do Europy Zachodniej i Ameryki, starał się odwrócić ją na wschód. Poza tym władze, poprzez zaludnienie Syberii, dążyły do zapobieżenia kryzysowi panującemu na wsi rosyjskiej w europejskiej części Imperium. Ruch migracyjny nasilił się w okresie rządów premiera Piotra Stołypina (1906-1911), kiedy to władze pozwoliły na wolne osadnictwo za Uralem.
 Osadnicy, którzy nie potrafili przystosować się do bardzo trudnych warunków syberyjskiego rolnictwa, podejmowali pracę w kopalniach węgla kamiennego Czeremchowa, w zakładach rzemieślniczych Irkucka, a przede wszystkim na Transsyberyjskiej Magistrali Kolejowej. Niektórzy z nich, rozczarowani zastanymi warunkami, wracali do kraju. Natomiast ci, którzy zdołali się zasymilować, budowali w miejscu przesiedlenia domy, kościoły, szkoły.
 W Wierszynie zamieszkali przede wszystkim bezrolni chłopi oraz górnicy z Małopolski, głównie z okolic Zagłębia Dąbrowskiego. Okolica była dla nich tym atrakcyjniejsza, że oprócz ziemi, znajdowały się tu także wspomniane kopalnie.
 Najpierw jednak w okolice Irkucka pojechała grupa "hodoków" - przedstawicieli rodzin chcących osiedlić się na Syberii. Po powrocie opowiedzieli krewnym i sąsiadom, że jest ziemia, las i włóczące się, bezpańskie bydło.
 Gdy jesienią 1910 r. - po prawie dwutygodniowej podróży koleją i przebyciu, wraz z zabranym z kraju dobytkiem, około 100 km dwukółkami wynajętymi od miejscowych - dotarli na miejsce, okazało się, że ich ziemia częściowo porośnięta jest tajgą, "bezpańskie" bydło należy do tubylczych plemion buriackich, a pierwszymi ich siedzibami będą "bałagany", czyli budy zrobione z brzozowych gałęzi. Mroźną, syberyjską zimę spędzili w ziemiankach w dolinie rzeczki Idy, zdobywając pożywienie w zamian za ciężką pracę u Buriatów. Niektórzy zdecydowali się wrócić do Polski. Pozostali najbardziej zdeterminowani lub ci, którzy nie mieli pieniędzy na powrót. Dopiero wiosną zaczęli karczować las i wznosić pierwsze domy.
 Jednak już w 1912 r., z finansową pomocą władz oświatowych, ukończono budowę jednoklasowej szkoły elementarnej, a w 1914 - kościoła p.w. Świętego Stanisława Biskupa (z powodu działań wojennych, poświęconego dopiero w 1918 r.).
 Do Wierszyny przybywali kolejni osadnicy, powstawały kolejne gospodarstwa. Ciężka praca obfitowała w całkiem pokaźne zbiory żyta, jęczmienia, owsa, grochu, ziemniaków, a nawet pszenicy (trudnej do uprawy w warunkach syberyjskich), hodowlę bydła i trzody chlewnej. Co bardziej przedsiębiorczy mieszkańcy wsi dorobili się dwóch młynów wodnych i tartaku.
 Nie zajmowali się polityką, a o wojnach, rewolucji i obaleniu cara dowiadywali się z opowiadań i gazet. Z miejscowymi władzami porozumiewali się po rosyjsku, a w domu i między sobą rozmawiali po polsku. Utrzymywali korespondencyjny kontakt z krajem.
 Na początku lat trzydziestych - w okresie stalinowskiej kolektywizacji, rozkułaczania, demaskowania "wrogów klasowych" i ateizacji - w wyniku bardzo sugestywnych agitacji prowadzonych przez bolszewickich aktywistów, powstały w Wierszynie dwa kołchozy, obejmujące prawie całą ziemię należącą do mieszkańców. Bogatszych gospodarzy zmuszono do kolektywizacji wysokimi podatkami oraz represyjnymi podejrzeniami o dywersję przeciw władzy ludowej. Każdej rodzinie pozostawiono jedynie działkę przyzagrodową i jedną krowę. Początkowo wprowadzono też - w ramach "walki z analfabetyzmem" - naukę czytania i pisania po rosyjsku (oprócz prowadzonej dotychczas nauki w języku polskim), ale już w 1934 r. bolszewicy zakazali nauki języka polskiego w szkole i odprawiania nabożeństw w miejscowym kościółku. Niebawem został on częściowo zniszczony - wywieziono wyposażenie liturgiczne i zawalono wieżyczkę. Bolszewicy wprowadzili też świeckie obrzędy chrztów, ślubów i pogrzebów. Jednak przez następnych kilkadziesiąt lat chrzczono dzieci "z wody" i czyniono starania, by wszystko toczyło się tak, jak w dalekiej Polsce.
 Kolejne, najbardziej dramatyczne represje dotknęły wierszynian za rzekomą działalność dywersyjno-powstańczą. W 1937 r. osądzonych w sfingowanym procesie i rozstrzelanych zostało 30 mieszkańców wsi.
 Potem nastał okres nędzy. Zboże rekwirowano, zabierano cały dobytek, zostawały gołe ściany. W rodzinach pozbawionych mężczyzn, dzieci zaprzęgały się do pługów, a matki prowadziły orkę.
 Także II wojna światowa liczebnie uszczupliła wieś. Kilku wywodzących się z niej żołnierzy poległo, a kilku innych - "kościuszkowców", których szlak wojenny wiódł przez Polskę - osiedliło się w Ojczyźnie.
 Lata pierestrojki i jelcynowskiej odwilży spowodowały, że mieszkańcy wsi znów mogą swobodnie kultywować swoją polskość i wiarę. W 1992 r. odbudowano kościół. Niestety, okres władzy sowieckiej pozostawił skazy na tradycyjnej obyczajowości.
 Dziś do Wierszyny coraz częściej zaglądają turyści z Polski, wśród nich nasza trzyosobowa grupka osób zauroczonych pięknem wschodniej Syberii. Z Irkucka jechaliśmy z początku asfaltową, a pod koniec niemal polną drogą. Wierszyna, malowniczo położona w dolinie rzeczki Idy, na pobrzeżu syberyjskiej tajgi, otoczona wzgórzami (wierszynami), w stosunku do mijanych wcześniej rosyjskich i buriackich wsi, robi wrażenie bardzo zadbanej, widać tu rękę gospodarza.
 Obok sklepu powitał nas Denis -kilkuletni chłopiec, tutejszy powsinoga - bosy, brudny, ale wygadany i na swój sposób gościnny. Ukłonił się w pas, mówiąc po polsku, z długim "zaśpiewem": - Dzień dobry państwu. Cieszę się, że przyjechaliście. Bardzo mi miło. Zapraszam. Zapytany, czy wie, u kogo moglibyśmy się zatrzymać, wskazał -również kłaniając się - na domek pełniący funkcję plebani: - Proszę, u cioci Ludy. Podczas rozmowy co jakiś czas wtrącał z wrodzoną sobie kurtuazją i szelmowskim błyskiem w oku: - A "diengi" macie? Dajcie "diengi".
 Podczas późniejszej przechadzki błotnistą drogą wzdłuż wsi, ku naszemu miłemu zaskoczeniu, mijane dzieci, krzątający się wokół obejść dorośli i siedzący na przydomowych ławeczkach ludzie w podeszłym wieku, uśmiechając się, pozdrawiali nas serdecznym: Dzień dobry.
 Przy jednej z chat zagadnęła nas starsza pani - Irena Nowak:
 - A skąd jesteście ?
 - Z Polski, z Łodzi.
 - Z Łodzi? To mój brat mieszkał w Łodzi. Umarł ze dwa lata temu. Mycka się nazywał, Bronisław Mycka. Poszedł z wojskiem na zachód i został. Ożenił się i już nie wrócił.
 Drogą przejechało dwóch mężczyzn na motorze.
 - A co oni wieźli, takie długie, zawinięte w szmaty?
 - Ciiiiiiiii - zachichotała cichutko pani Irena, konfidencjonalnie przykładając palec do ust. - Nie wolno, ale polują. W tajdze. No... strzelają. U nas bieda, więc trzeba.
 Wnuczki pani Ireny - podobnie jak wiele osób po 1991 r., kiedy poupadały kołchozy i nasiliło się bezrobocie - w poszukiwaniu pracy wyjechały do miasta i rzadko zaglądają, a 77-letniej, z trudem poruszającej się babci nie stać na remont przeciekającego dachu.
 Budynki stojące wzdłuż drogi mają niekiedy blisko sto lat, chociaż są też nowe bądź ładnie odnowione domy. Wodę w wielu gospodarstwach nadal ciągnie się ze studni z żurawiem lub -jak przed wiekiem - przynosi się z rzeki w wiadrach na naramiennych nosidłach - koromysłach. Tylko nieliczni gospodarze mają pompy wodne. Jedną z niewielu oznak postępu, jaki dokonał się w Wierszynie w ciągu kilkudziesięciu lat, jest elektryczność.
 Mąki ze zboża mielonego w pobliskim młynie potrzebuje każda tutejsza pani domu, bo kupny chleb jest drogi i tylko rozrzutna gospodyni nie piecze go pod własnym dachem. Zresztą tak nakazuje tradycja i wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie. Dzieciom i wnukom urodzonym już na Syberii powierzano całą tę mądrość, którą mieli mieszkańcy polskich wsi i miasteczek sto lat temu: jak piec chleb, co robić w obejściu i jak żyć godnie.
 W górującym ponad wsią brzozowo-sosnowym lesie przycupnął wierszyniański cmentarzyk. Na krzyżach i tabliczkach w zdecydowanej większości widnieją polsko brzmiące nazwiska, na starych grobach pisane alfabetem łacińskim, potem przekładane fonetycznie na cyrylicę, w ostatnich latach znów coraz częściej powraca się do pierwotnej pisowni. Niekiedy nazwiska zatarła mgła czasu, a na drewnianych krzyżach widnieją tylko poblakłe zdjęcia otulonych w chustki kobiet i wąsatych mężczyzn. Po niektórych grobach pozostały jedynie zapadnięte, trudne do rozróżnienia kopczyki. Obok krzyży drewnianych, wyróżniają się kolorami metalowe, katolickie i prawosławne, a także otoczone metalowymi płotkami pomniczki zwieńczone czerwoną gwiazdą. Na wielu krzyżach powiewają biało-czerwone wstążki.
 Przy cmentarnym ogrodzeniu stoi długa ława biesiadna, natomiast na całym cmentarzyku rozsiane są mniejsze ławki i stołki. Na niektórych nagrobkach dostrzec można talerzyki i kieliszki z pozostałościami pokarmów i alkoholu.
 Rodzina zgromadzona przy jednym z grobów wspominała swego krewnego, racząc się czajem, wódką, blinami, ogórkami, chlebem. Gdy dostrzegli mnie spacerującego i robiącego zdjęcia, zostałem zaproszony na poczęstunek. Kiedy odmówiłem wypicia alkoholu, zaproponowali zjedzenie przynajmniej blina, zawartość kieliszka natomiast jeden z mężczyzn częściowo wypił, a częściowo polał nią grób.
 Niektórzy tłumaczą, że zwyczaj biesiadowania przy grobach zapożyczony został od Rosjan, że to pozostałość wywodzącego się z pogaństwa obyczaju składania obiaty - ofiary, daru przekazywanego bóstwom albo ku czci zmarłych. Na pierwszy rzut oka - zwłaszcza w kontekście wsi zamieszkanej przez Polaków - ma on też posmak obrzędu "dziadów", ale zarówno geneza, jak i wymowa obu tych zwyczajów są odmienne. Mieszkańcy Wierszyny zdają się traktować cmentarne biesiadowanie jako formę uroczystych wspominków w miejscu spoczynku swoich bliskich. Natomiast we Wszystkich Świętych ponoć tylko na polskich grobach palą się znicze.
 W sobotni wieczór, jak nowo narodzeni po kąpieli w bani (syberyjskiej "suchej" saunie), korzystając z zaproszenia pani Ludy - wierszyńskiej nauczycielki i prezesa tamtejszego Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego "Mała Polska", usiedliśmy przy stole zastawionym m.in. pysznymi potrawami z zaszlachtowanego dwie godziny wcześniej świniaka, twarogiem z jagodami zebranymi w lesie przez panią Ludę, piwem i wódeczką. Oprócz nas było też kilkoro Polaków - irkuckich znajomych gospodarzy. Przy dźwiękach "harmoszki", na której przygrywał mąż pani Ludy, śpiewaliśmy piosenki polskie - od "Sokołów" po "dzieweczkę, która szła do laseczka" - i kilka przyśpiewek rosyjskich. Gospodyni, która ukończyła polonistykę w Gdańsku, wspomina, że w Polsce z początku z przerażeniem patrzyła na krowy uwiązane na łańcuchach. Na Syberii chodzą one swobodnie. Rano same idą na pastwisko, a wieczorem również same wracają do zagrody.
 Były też chwile głębszej refleksji. Pani Luda - podobnie jak niektórzy inni mieszkańcy Wierszyny - jest dumna ze swych przodków, z ich odwagi, determinacji, wytrwałości w zachowywaniu polskości wsi. Cieszy się z wymarzonego, dopiero co oddanego do użytku Domu Polskiego, będącego ośrodkiem kultury i kultywującą narodowe tradycje wizytówką tego miejsca. Z naciskiem podkreśla, że nie są Polonią, tylko Polakami.
 Niestety, wśród przedstawicieli polskich władz zdarzają się i tacy, którzy traktują wierszynian jako "gorszych" Polaków, bo nie są oni potomkami zesłańców, zaś ich przodkowie przybyli na Syberię "jedynie za chlebem" (wyjątkiem jest rodzina niejakiego Bykowskiego - zesłańca politycznego). Trzeba jednak stwierdzić obiektywnie, że polskość niektórych - przynajmniej tych spotkanych przez nas - potomków zesłańców - w sposób naturalny, na skutek niekiedy ponadwiekowej izolacji od kraju i kilkudziesięciu lat komunistycznego wynaradawiania - uległa znacznemu wymieszaniu z dominującą "wszechzwiązkową" kulturą rosyjską (chociaż w niektórych z nich znów odradza się świadomość narodowa), natomiast wierszynianie, w sposób wręcz zadziwiający, zdołali ocalić nie tylko mowę i wiarę ojców (dla pierwszego pokolenia urodzonego na Syberii język polski był czasami jedynym znanym językiem), ale postawili sobie za punkt honoru niemieszanie ojczystej krwi ("wychodzić za Ruskiego, to był grzech").
 Rozmawialiśmy też o dzisiejszych realiach życia w Wierszynie. Mieszkańcom doskwiera duże bezrobocie i bardzo niskie dochody. Utrzymują się głównie z uprawy roli, produkcji mleka, hodowli bydła, niekiedy z nielegalnych polowań. Pracują, jeśli znajdą zatrudnienie, przeważnie dorywczo, w tajdze lub w mieście. Ludzie żyją bardziej niż skromnie. Rodziny z reguły są wielodzietne, nieraz jest ich ponad dziesięcioro. Brak stałych dochodów sprawia, że ludzie borykają się z wieloma trudnościami, między innymi z brakiem ubrań czy podstawowego wyposażenia dzieci do szkoły - jedynej na Syberii szkoły, w której uczniowie uczą się wszystkich przedmiotów w języku polskim.
 We wsi są tylko dwa bądź trzy samochody, co przy bardzo dużej odległości chociażby od Irkucka i wobec rzadko kursującego autobusu, stanowi ogromną przeszkodę zarówno w potencjalnych dojazdach do pracy, jak i w ewentualnej potrzebie uzyskania na przykład pomocy medycznej. Wprawdzie doprowadzona jest tu linia telefoniczna, ale telefon funkcjonuje wyłącznie w jedną stronę, czyli można dodzwonić się jedynie do Wierszyny.
 - Nie macie telefonu. A co, gdy ktoś zachoruje? - pytamy męża pani Ludy.
 - Jak to co? Na "górkę" (cmentarzyk) - odpowiada z gorzkim śmiechem.
 Dobrym duchem Wierszyny był ksiądz Ignacy Pawlus (po przeniesieniu do Kaliningradu zastąpił go inny kapłan). Między innymi z jego inicjatywy odbudowano tutejszy kościół. On też wspierał mieszkańców duchowo, pogłębiał ich wiarę, pomagał przetrwać trudne czasy, organizując na przykład wakacyjny wypoczynek dla dzieci i młodzieży.
 Ważnym wydarzeniem dla wierszynian było zatrzymanie się w wiosce na zimę słynnego pielgrzyma - George'a Yoltera, idącego z Alaski przez Syberię, Indie do Ziemi Świętej. Śladem jego pobytu jest ponoć własnoręcznie przez niego postawiony pamiątkowy krzyż, z pobliskiego wzgórza czuwający nad wsią.
 Wierszyna - podobnie jak wiele wsi syberyjskich - jest jednym z tych miejsc na świecie, w których ludzie - choć żyją bardzo skromnie - nie zamartwiają się o swój byt, nigdzie się nie spieszą, cieszą się życiem, chwilą, sobą. Chociaż nie opływają w dostatki - nie mieszkają w wykwintnych domach, nie jeżdżą luksusowymi limuzynami - to jednak są szczęśliwi. Żyją pełnią życia, w zgodzie z naturą. Właśnie tu czują się naprawdę u siebie. Nasi rodacy mieszkający na Syberii nie zazdroszczą nam cywilizacyjnych nowinek. Mają świadomość tego, że w pogoni za karierą, sukcesem, pieniądzem bardzo łatwo przeoczyć coś, co rzeczywiście ważne: prostotę ducha, dobroć, życzliwość.
Paweł M. Nawrocki -  Łódź

  Kuchennymi schodami 
Upadek naszego północnoamerykańskiego rynku najlepiej odzwierciedla fakt, że nowości najpierw pojawiają się w Chinach, później w Europie, a na końcu w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Tak było z bohaterem ubiegłotygodniowej "Automanii" - mitsubishi RVR, tak również jest z chevroletem cruze, który hula po innych krajach już od wielu miesięcy, a u nas pojawi się dopiero w październiku, choć jego producentem jest amerykański General Motors...
Koncern ten, który nadal boryka się z ogromnymi kłopotami finansowymi, nastawia się na produkcję globalnych modeli aut i ich lokalną produkcję w pobliżu rynków zbytu. Taka koncepcja sprowadza do minimum koszty projektu nowego samochodu i ogranicza niepotrzebny transport części, podzespołów i kompletnych aut do odbiorców. Najnowszym hitem tej koncepcji ma być chevrolet cruze, który ma za zadanie konkurować na światowej scenie z toyotą corolla i hondą civic. Produkcja cruze'a ruszy już niebawem w Lordstown w stanie Ohio, usuwając z montażowych linii przestarzałego cobalta.
 Cruze znany jest już w Azji, Australii i w Europie - nawet w Meksyku, ale na nasz rynek wchodzi z dużym opóźnieniem - spowodowanym nieoczekiwanie wysokim zainteresowaniem cobaltem, którego ma podmienić. 
 Nowy model chevroleta z powodu swego globalizmu nosi kilka imion, które wprowadzają w błąd, ale znawcy bez trudu odgadną, że daewoo lacetti premiere, holden JG czy shanghai chevrolet to swojski chevrolet cruze. 
 Jego październikową premierę u nas poprzedziło ogłoszenie cen, które miało miejsce 16 lipca. Podstawowy model LS ma kosztować w Kanadzie 14 995 dolarów. Będzie to samochód z 1,8-litrową "czwórką" i 6-biegową ręczną przekładnią. W kanadyjskich salonach GM-a pojawią się też dwa modele z turbodoładowaniem - najdroższy z nich LTZ turbo kosztować będzie 24 780 dolarów. Jeśli chcemy nieco zaoszczędzić, ale pod maską musimy mieć silnik z turbinką, to za model LT turbo zapłacimy tylko 19 495 dolarów. 
 Jak  widzimy po cenach, cruze to auto z najniższej półki, entry level, jak określają taki model sprzedawcy samochodów. Jest bardzo ważne, by auto z tej niszy było szczególnie atrakcyjne nie tylko cenowo, ale także przyciągało wzrok i podwyższało ciśnienie krwi - specjaliści od marketingu już dawno bowiem zauważyli, że wielu klientów salonów samochodowych jest wiernych marce ich pierwszego auta. Dlatego producenci prześcigają się w walce o serca kupujących swój pierwszy wóz zwykle młodych ludzi, by w dalszej perspektywie "wychować" sobie klienta na całe życie. Nie jest więc dziwne, że w modelach "entry level" często pojawia się wyposażenie i akcesoria z wyższych półek, co niekoniecznie musi podnosić cenę pojazdu - swą kieszeń producent samochodu nabije po brzegi później, gdy jego klient  stanie się bardziej zamożnym człowiekiem.
 Cruze powstał na nowej platformie delta II, którą zaprojektowano z myślą o czwartej generacji opla astry. Międzynarodowy zespół projektantów nadał stylistyce modelu bardzo wyrazisty charakter. Uwagę zwraca masywny przód z charakterystycznym grillem - ten element będzie wyróżniał kolejne generacje chevroletów - i linia dachu w kształcie elipsy, mająca przywoływać skojarzenia ze sportowymi coupé.  Zwracającym uwagę akcentem są wystające nadkola i oferowane standardowo w wersji LT 17-calowe aluminiowe felgi. Mocną stroną cruze'a ma być jednak nie tylko atrakcyjna sylwetka, ale przede wszystkim dbałość o detale. Widać to chociażby w spasowaniu nadwozia. Dla przykładu, wszystkie szczeliny karoserii wynoszą 3,0 mm lub mniej. 
 Cruze na nasz kanadyjski rynek dostarczany będzie w dwóch silnikowych wersjach. Pierwsza, to wspomniana już liniowa "czwórka" o mocy 136 KM i momencie zamachowym wynoszącym 123 lb-ft. Oprócz standardowej manualnej przekładni dostępny także będzie 6-stopniowy automat. Ciekawym rozszerzeniem oferty jest 1,4-litrowy silnik z turbodoładowaniem montowany w autach sprzedawanych w Niemczech. Ma on moc 138 KM i szczytowy moment wynoszący 148 lb-ft już w zakresie niespełna 2000 obrotów! Oba modele napędzane są zwykłą benzyną.
 Zgodnie z obecnie obowiązującym trendem, cruze jest paliwooszczędnym autem - General Motors obiecuje jednak jeszcze specjalny model "eco" korzystający z turbinowej jednostki napędowej. Ma on spalać na autostradzie 5 litrów paliwa na dystansie 100 km. Sam producent określa swą konstrukcję jako "hybrid-like", bo cruze napędzany konwencjonalnym silnikiem osiąga parametry oszczędności samochodów hybrydowych, będąc przy tym dużo od nich tańszy. 
 Chevrolet cruze jak na swą kompaktową klasę jest obszernym wozem - niewiele większy od ustępującego cobalta, ale o 58 mm dłuższy od corolli i 94 mm od hondy civic -  ma prawie 4,6 m długości, dzięki czemu jego wnętrze jest przestronne. Zarówno z przodu, jak i na tylnej kanapie pasażerowie mają sporo swobody ruchu, a zajęcie optymalnej pozycji prowadzącemu ułatwia wielopłaszczyznowa regulacja fotela i dwukierunkowa kierownicy. Przednie siedzenia są wygodne, a dzięki wyprofilowaniu zapewniają dobre trzymanie boczne.
 We wnętrzu cruze'a dominują dwa elementy: szeroka konsola środkowa i czytelne, podświetlane na niebiesko zegary. Wszystkie przełączniki i dźwignie są rozmieszczone intuicyjnie, nie ma potrzeby zerkania do instrukcji obsługi. Szkoda tylko, że w tak przytulnym wnętrzu nie zastosowano plastików lepszej jakości - ale jest to typowa wada modeli z niższych półek.
 Oczekując w Kanadzie na cruze'a warto wiedzieć, że jest on już dostępny w Meksyku, gdzie zastąpił astrę i optrę - General Motors wprowadził go więc do Ameryki Północnej niejako kuchennymi drzwiami. Meksykańskie auto importowane jest z Korei Południowej, natomiast nasze powstawać będzie w USA. Ciekawa jest też informacja, że cruze to nazwa dwóch modeli absolutnie ze sobą niezwiązanych. Pierwszy cruze produkowany był w latach 2001-2008 przez Suzuki jako mały SUV. Pojazd powstawał w kooperacji z Chevroletem. Samochód nigdy nie dotarł do Ameryki, choć sprzedawany był w Europie pod nazwą suzuki ignis i subaru G3X justy.
 Nazwa "cruze" tak się spodobała decydentom z General Motors, że postanowili ochrzcić nią globalną konstrukcję, która miała zastąpić chevroleta cobalta i deawoo lacetti. Po raz pierwszy chevrolet cruze zademonstrowany został dwa lata temu, a teraz produkowany jest w siedmiu fabrykach na całym świecie - m.in. w Saint Petersburgu! Jak na razie nie przewiduje się, by najnowszy model GM-a pojawił się na taśmach montowni w Oshawie.
Jerzy Rosa
Mississauga
 
 Argumenty przeciwnika
Czy człowiek uczciwy może być globalistą? Jaki pomysł stoi za inicjatywą powszechnej ogólnoludzkiej urawniłowki; z jakich źródeł ideowych płyną obecne tendencje do wynaradawiania?
 Przecież rządzący nie są głupi, przecież te nie zawsze jawne siły, które powodują światem, nie są wprawiane w ruch przez szaleńców. A więc?
 Wszystko zaczęło się oczywiście od rewolucji francuskiej i zastąpienia wiary w Boga wiarą w moc sprawczą rozumu ludzkiego; przekonaniem, że jesteśmy w stanie zastąpić stary sflaczały porządek boski o wiele bardziej sprawnym, mądrym i lepszym porządkiem ludzkim.
 Głównym katalizatorem przemian okazała się pierwsza wojna światowa. Elity świata doszły po wojnie do wniosku, że cywilizacja została rzucona na kolana, a wartości kultury zszargane w gazie i błocie przez ukształtowane w wieku XIX nacjonalizmy i towarzyszące im przekonanie o przywiązaniu do danej rodziny narodowej. To przywiązanie sprawia, że ludzie są skłonni zabijać się właściwie po nic, całkiem bezinteresownie, z powodu jakiegoś absurdalnego "honoru" czy "dumy". 
 Do pierwszej wojny światowej doszło w sytuacji, kiedy główne imperia zapowiadały modernizację i planowały demokratyczne reformy. Zamordowany w Sarajewie arcyksiążę Franciszek Ferdynand był zwolennikiem sfederalizowania Austro-Węgier i przyznania większych uprawnień poszczególnym społecznościom etnicznym cesarstwa. W Niemczech rozwijano program reform socjalnych.
 Po wojnie arystokracja, ta z urodzenia i ta z pieniędzy, uznała, że jednym z najsilniejszych motywów konfliktogennych są uczucia narodowe - zmodernizowana wersja uczuć plemiennych. W dobie rewolucji industrialnej i zmiany stosunków produkcji nowoczesne społeczeństwa wymagają zaś instytucji ponadnarodowych. Stąd pomysl wspólnego dogadywania się krajów zwycięskich i ustanowienia Ligi Narodów. Uznano, że wyniszczająca, krwawa wojna wyniknęła z powodu braku właściwej komunikacji i błędnego odczytywania intencji poszczególnych państw. To właśnie Liga Narodów miała zapobiec kolejnej wojnie i sprawić, że konflikty międzynarodowe nie będą napędzać się spiralnie, lecz zostaną w zarodku zażegnane przez mediację i dyskusję.
 Ponieważ ówcześni globaliści popełnili błąd, zadość czyniąc żądzy odwetu za poniesione cierpienia przez narody zwycięskie, dokręcili reparacyjną śrubę Niemcom. To szybko doprowadziło do następnej wojny poprzez podgrzanie niemieckiego nacjonalizmu, zasilonego przez poczucie niezawinionej krzywdy i  ciosu w plecy, jaki cesarstwu zadać mieli "panowie w stolicy", co to kurzyli cygara, i Żydzi.
 Z punktu widzenia elit rządzących ówczesnym światem było to niedopatrzenie, które doprowadziło ostatecznie do hekatomby II wojny światowej. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, i w rezultacie grozy tego konfliktu, projekt globalistyczny został jeszcze bardziej wzmocniony.
 Jego założenia są proste.
 1. Narody i poczucie przynależności narodowej oparte na etnicznej czy plemiennej tożsamości są źródłem ustawicznych konfliktów. Podobnym powodem konfliktów są silne uczucia religijne, zwłaszcza połączone z chęcią nawracania na swą wiarę.
 3. Nadrzędną wartością jest spokój i brak gwałtownych wystąpień zbiorowych.
 4. Podłożem tych gwałtownych wystąpień są globalne czynniki, jak nieurodzaje wywołane suszą, głód, epidemie i nierównomierna dystrybucja bogactw naturalnych. Wszystkie one  wymagają globalnego zarządzania w celu uniknięcia kolejnej wyniszczającej wojny światowej.
 5. Wbrew marzeniom utopistów, "prosty" człowiek , który ma zbyt dużo wolnego czasu, nie spaceruje filozofując po ogrodach, lecz oddaje się  samowyniszczającym nawykom, jak alkoholizm i narkomania czy wzniecanie burd.
 6. Niedostatek i bieda prowadzą do destabilizacji systemu społecznego, dlatego za wszelką cenę należy ludziom dać poczucie zaspokojenia potrzeb, a przynajmniej nadzieję na rychłe zaspokojenie; najlepiej służy temu ideologia konsumpcyjna. 
 7. W sytuacji, kiedy liczba surowców jest ograniczona, po to aby takie zaspokojenie było możliwe, trzeba zmniejszyć przyrost naturalny. Ziemia nie może zapewnić dostatniego życia wszystkim, trzeba więc ograniczyć liczbę tych, których się tutaj wpuszcza.
 8. Kluczem do spokoju społecznego jest odpowiednie wychowanie młodego człowieka. Jest to bardzo skuteczne narzędzie kształtowania przyszłości, dlatego też powinno ono być zdominowane przez czynniki państwowe i w miarę możliwości wyjęte spod wyłącznej kurateli rodziców, którzy często nie są dostatecznie wykształceni, aby pozytywnie motywować umysł młodego pokolenia. Częstokroć też wszczepiają  niepożądane stare nawyki i stereotypy.
 9. Po to byśmy w sposób pożądany mogli ukształtować młodego człowieka, musimy zmienić patriarchalny model rodziny, w której rodzice, ojciec i matka, wymuszają swój autorytet. Konieczne jest rozluźnienie związków wewnątrzrodzinnych. Skutecznie można to przeprowadzić przez upowszechnienie rozwodów i życia w wolnych, często zmieniających się związkach. Dzięki temu autorytet rodziców będzie mniejszy, a tym samym większy wpływ "racjonalnego" wychowania państwowego.
***
 Tyle zabawy. System globalny w sposób naturalny, niejako z założenia dzieli ludzi na elitę i "bydło"; kierujących i kierowanych, sterujących i manipulowanych, rozbija rodzinę i między mrzonki wkłada koncept społeczeństwa wolnych obywateli, światłych i równych przed Bogiem. Stary świat ginie w nim bezpowrotnie.
Andrzej Kumor
Mississauga
 

  
   

GONIEC, NR 28/2010

Wojna o pokój
Ha! Nie bez kozery kampanię prezydencką, zamiast rzeczywistych problemów, jak np. katastrofa finansów publicznych (tegoroczny deficyt zaplanowany został na poziomie 52 mld zł jeszcze przed powodzią, która będzie kosztowała co najmniej 10 mld, dług publiczny przekroczył 705 mld i przyrasta z szybkością co najmniej 3 tys. zł na sekundę), rozbrajanie państwa i bankructwo systemu emerytalnego - zdominowały rozważania nad autentycznością metamorfozy Jarosława Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński bowiem zadeklarował zamiar zakończenia "wojny polsko-polskiej", co w przełożeniu na język konkretów miało doprowadzić do wielkiej koalicji PiS-u z PO (taka właśnie koalicja rządzi Siedlcami, które z tego powodu zaimponowały podobnież  całej Europie). Niektórzy dowodzili, że z powodu śmierci brata w katastrofie pod Smoleńskiem doznał traumatycznego wstrząsu, w następstwie którego porzucił sprośne błędy Niebu obrzydłe i nawrócił się na wartości demokratyczne, to znaczy - żeby spokojnie wypić i zakąsić z kolegami politykami na koszt skołowanych mułów, których, ma się rozumieć, co pewien czas należy wyrywać z gnuśnej drzemki i podjudzaniem podnosić poziom adrenaliny w zwapniałych arteriach. Inni - że przeciwnie - że Jarosław Kaczyński tylko się przyczaił dla zmylenia przeciwnika, żeby ten uwierzył w autentyczność metamorfozy. A kiedy już uwierzy - wtedy z tym większą dla niego konfuzją przypomni się mu, skąd wyrastają mu nogi i w ogóle - ruski miesiąc.
 Rzecz bowiem w tym, że na rzeczywiste problemy państwa tubylczy mężykowie stanu nie mają w zasadzie już żadnego wpływu. Po pierwsze dlatego, że decyzje w takich sprawach nie do nich należą, tylko do razwiedki, która za zasłoną procedur demokratycznych okupuje Polskę i eksploatuje jej obywateli. Nawiasem mówiąc, wielu ludzi, których Nowy Testament ironicznie nazywa "mądrymi i roztropnymi", w żadne rządy razwiedki nad Polską nie wierzy, a w szczególności nie wierzy w nie pan prof. Adam Wielomski, politolog. Nie czas tu ani miejsce na polemikę z panem profesorem, ale odnoszę wrażenie, że nie wierzy on w te rzeczy na tej samej zasadzie, co mąż poszukujący gacha małżonki. Natknąwszy się na niego w szafie, jak mierzył doń z rewolweru, krzyknął: "i tu go nie ma!", zatrzasnął drzwi i już dalej nie szukał, kontent, że wprawdzie może i z rogami, ale za to żywy i zdrowy. Tymczasem w Polsce nie można nawet splunąć, żeby nie trafić w konfidenta razwiedki, jak nie ze środowiska  zorganizowanych przestępców, na usługach którego - jak to pokazuje - bo nadal pokazuje - sprawa Krzysztofa Olewnika - pozostaje cały system organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości - aż po część hierarchii duchownej ze wszystkich związków wyznaniowych, zjednoczonych w potężnym i wpływowym zakonie Ojców Konfidencjałów. Ale nawet gdyby ostatnie słowo nie należało do razwiedki, to i tak mężykowie stanu nic by w sprawach państwowych postanowić nie mogli, jako że od 1 grudnia ubiegłego roku mają to formalnie zakazane i mogą co najwyżej tłumaczyć własnymi słowami dyrektywy Komisji Europejskiej, stanowiące co najmniej 80 proc. tubylczego ustawodawstwa w naszym bantustanie. A gdyby nawet nie mieli tego formalnie zakazane, to i tak niczego by nie wymyślili, ponieważ te problemy są konsekwencją i rezultatem postanowień podjętych w 1989 roku zarówno co do ekonomicznego modelu państwa, jak i organizacji oraz sposobu funkcjonowania tubylczej sceny politycznej - zaś na straży tych ustaleń stoi nie tylko razwiedka i jej konfidenci uplasowani we wszystkich bez wyjątku środowiskach społecznych, a przede wszystkim - nasza Złota Pani Aniela i zimny rosyjski czekista Putin, którzy tubylcze ustrojstwo gwarantują tak samo, jak w XVIII wieku ówczesne gwarantowała Katarzyna Wielka i Fryderyk II. W tej sytuacji nic dziwnego, że kampanię prezydencką zdominowała kwestia autentyczności metamorfozy Jarosława Kaczyńskiego - czyli odpowiedź na pytanie, czy naprawdę zaakceptował on system wartości  wyznawany przez stado mężyków stanu i czy w związku z tym można będzie, bez obawy kompromitacji, dopuścić go do udziału w łupach, jako "naszego", czy też kontynuować "dorzynanie watahy" do zwycięskiego końca. 
 Wbrew pozornej prostocie, pytanie jest brzemienne w konsekwencje, bo  cóż oznacza ostateczne "dorżnięcie watahy"? Ano to, że już jej nie będzie, a to oznacza, że Platforma Obywatelska zostaje wobec razwiedki sama, wyłącznie w towarzystwie lewicy pod przewodnictwem Napieralskiego, który właśnie machnął ręką na obrosłych tłuszczem filistrów i eunuchów, stawiając na wypróbowane ubeckie dynastie, których trzecie, a nawet czwarte pokolenie opanowało wszystkie 7 tajnych służb naszego demokratycznego państwa prawnego - i na młodych wilczków, na których najlepszym skrzydle jest młodociany syn pani Wandy Nowickiej, publicznie wychwalający  zbrodnię katyńską za to, że utorowała drogę komunistycznej rewolucji w Polsce. Nie ma najmniejszej wątpliwości,  kto w tym tandemie będzie dla razwiedki tylko mniejszym złem, a kto umiłowaną Duszeńką - ze wszystkimi tego politycznymi konsekwencjami. Tedy z dwojga złego kto wie, czy nie rozsądniej byłoby dogadać się z "watahą", która w końcu tak naprawdę  robi tylko trochę zupełnie nieszkodliwego hałasu. Oczywiście ze względów propagandowych Platforma kreuje przerażający wizerunek straszliwego "ziobryzmu", ale - powiedzmy sobie szczerze - Zbigniew Ziobro tak naprawdę okazał się poczciwcem, bo z jego wynalazku w postaci "aresztu wydobywczego "Platforma" skwapliwie korzysta, a jedyną jego winą, jeśli w ogóle maczał w tym palce, była próba nastraszenia osoby z towarzystwa, tzn. Barbary Blidy - co rzeczywiście stanowiło naruszenie konstytucyjnej zasady "my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych". Nawiasem mówiąc, czarna propaganda przeciwko "ziobryzmowi", zwłaszcza na dłuższą metę stanowi wodę na młyn ekstremalnej lewicy, bo eksponując rzekome zbrodnie IV Rzeczypospolitej, pozwala na sprawne przykrycie kurzem zapomnienia prawdziwych zbrodni PRL-u. Uzupełnieniem tej operacji są nostalgiczne widowiska o pralce "Frani" i "Syrence", okraszone pogodnymi anegdotkami z epoki. Coś jakby III Rzeszę i Adolfa Hitlera prezentować poprzez różowe szkiełko "Volkswagena" i autostrad, przyprawiając to anegdotkami w rodzaju, że "czysty typ nordycki i bez mycia jest czysty". Nic zatem dziwnego, że najsurowszym krytykiem IV RP w Platformie Obywatelskiej został poseł Janusz Palikot, i to w momencie, gdy nie tylko wścibscy dziennikarze, ale również organy strzegące praworządności naszego demokratycznego państwa prawnego, jak na komendę przestały interesować się zagadkowym finansowaniem jego kampanii wyborczej. Podejrzewam, że jedni i drudzy dostali taki rozkaz i to nie od posła Palikota, który sam z siebie nie miał wystarczającej mocy sprawczej nawet do poskromienia własnej żony, więc w takiej sprawie  tym bardziej nie poradziłby sobie bez wsparcia Sił Wyższych. Ruch, co prawda wirtualny, w obronie posła Palikota ukazuje nam nie tylko zakres wpływów razwiedki, w której istnienie nie wierzy prof. Adam Wielomski, ale przede wszystkim - groźne memento wobec Donalda Tuska, któremu już po raz drugi (pierwszy raz był przy aferze hazardowej) Siły Wyższe przypominają, że nic na tym świecie nie trwa wiecznie, a już zwłaszcza decyzja o wyborze "mniejszego zła".
 Furiacki atak posła Palikota wykorzystał Jarosław Kaczyński, mając pełną świadomość, że nic tak nie wzrusza polskich poczciwców, jak krzywda. Skoro tylko poseł Palikot oskarżył poległego w katastrofie prezydenta Kaczyńskiego o "krew na rękach", Jarosław Kaczyński dał upust swemu wzburzeniu, pokazując co mądrzejszym i kombinującym na własną rękę strategom Platformy, że nie zadowoli się odpuszczeniem win przypisywanych mu w związku z budową IV Rzeczypospolitej ani wstrzymaniem "dorzynania watahy". Domagając się "pełnego wyjaśnienia" przyczyn smoleńskiej katastrofy ostrze swojego żądła skierował zarówno w premiera Tuska, który Bóg wie o czym właściwie gadał z Putinem 7 kwietnia, jak i ministra Sikorskiego, być może nawet - w odwrotnej kolejności. Gdyby sama krzywda komuś nie wystarczała, do tej licytacji wprzęgnięta została również obrona krzyża pod Pałacem Namiestnikowskim na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, co pośrednio angażuje do tej  rozgrywki cały Kościół, jak nie z tej, to z odwrotnej strony, w rezultacie czego on również ma stać się zakładnikiem PiS - bo Jarosław Kaczyński szczerze uważa, że wszyscy mają moralny obowiązek się dla niego bezgranicznie poświęcać. Atmosferę podgrzewa niezawodny "Głos Cadyka", lejąc krokodyle łzy, że oto krzyż "znowu" staje się symbolem "nienawiści", bo wiadomo, że przestaje nim bywać tylko w momentach, kiedy mądrość etapu nakazuje wieszać gwiazdę Dawida na krzyżu - oczywiście tylko dla lepszej asekuracji. Mamy zatem piękną wojnę na symbole, która nie tylko skutecznie odwraca uwagę od rzeczywistych problemów państwa, na które żaden z gigantomachów nie ma jakiegokolwiek remedium, która podtrzymuje w społeczeństwie stan podjudzenia wywołany kampanią prezydencką i na której może udać się dojechać aż do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych, po których trzeba będzie chyba jakoś zakończyć "wojnę polsko-polską" - tak naprawdę - o względy razwiedki. 
 Jak widzimy, wojna ma swoje zalety, inaczej nikt by jej nie prowadził. A pokój - jak to pokój - będzie straszny.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl 

 Farbowana niezależność i dzieciobójstwo
Nikt, kto czwartego lipca odmówił udziału w akcie wyborczym, nie odpowiada dziś za to, czego jako prezydent nie uczyni Jarosław Kaczyński. Natomiast każdy niegłosujący Polak odpowiedzialny jest za to, co z Polską zrobi Bronisław Komorowski. 
 Co zrobi z Polską Bronisław Komorowski, czy też - dopowiedzmy rzecz precyzyjniej - co zrobi z Polską tuskokomorowszczyzna. Bo przecież nawet dla średnio rozgarniętego obserwatora nadwiślańskiej sceny politycznej jasne jest, iż prezydent elekt nie będzie prowadził własnej, autorskiej polityki, a jedynie realizował zaciągnięte zobowiązania. I to bynajmniej nie te zaciągnięte wobec obywateli Rzeczypospolitej, gdyż podwoje teatru przedwyborczych obietnic zostały szczelnie zamknięte 30 godzin przed rozpoczęciem głosowania. Prezydent Komorowski będzie realizował zobowiązania zaciągnięte wobec partyjnego aparatu Platformy Obywatelskiej, a w pierwszym rzędzie zobowiązania zaciągnięte wobec tegoż aparatu nadzorców. 
 W powyższej kwestii, jak to mówią, nie warto się zakładać. I nic w tym nie zmienia "odważny" akt "niesubordynacji", polegający na powołaniu Jana Dworaka oraz Krzysztofa Lufta w skład Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Co ciekawe - w ostatnim dniu przed przekazaniem urzędu marszałka i bez uprzedniej dekretacji ze strony Donalda Tuska oraz szefa własnego klubu Grzegorza Schetyny. Jak gdyby prezydent zapragnął nagle wszem wobec objawić swą niezależność. 
 Kto chce, niech w tę jego udawaną niezależność wierzy, wiele jest na naszym świecie głupoty. Ale każdy przytomny przyznać to musi: deklaracje Platformy Obywatelskiej o odpolitycznieniu mediów publicznych prezydent Komorowski właśnie w buty sobie wsadził. Choć wcale nie stanie się przez to wyższy. 
 Hasło wyborcze nowego prezydenta brzmiało: "Zgoda buduje". Georgowi Lichtenbergowi, żyjącemu w XVIII wieku niemieckiemu satyrykowi, aforyście i krytykowi sztuki, nie śniło się zwycięstwo Komorowskiego, a przecież to właśnie hasło - w kontekście zwycięstwa wyborczego byłego marszałka - skomentował celnie, powiadając, iż jest już z nami bardzo źle, skoro powiedzenie czegoś fałszywego przynosi kłamcy zaszczyt. 

 PROMOCJA ŚMIERCI 
 Świat zdaje się opierać na fałszu i reklamie. Co to jest kłamstwo, człowiek rozumny widzi doskonale. Co do reklamy, wiadomo: nie istnieje nic, czego w ostatnim tygodniu nie pokazano w telewizji. A że pokazywać można wszystko, dowodzi przykład z Andaluzji, gdzie od niedawna oglądać można reklamy namawiające młode Hiszpanki do aborcji. 
 Do tej pory w sferze dzieciobójstwa ten kraj zrobił wiele. Po uprawomocnieniu się ostatnich nowelizacji ustawy aborcyjnej, ciąże masowo usuwają również hiszpańskie nastolatki. Teraz ośrodki aborcyjne zaczęły rywalizować o klientki, proponując matkom rabaty za zabicie własnych dzieci. Oferta dotyczy kobiet, które nie przekroczyły 30. roku życia. "Rząd, który zezwala na tego typu promocję śmierci, nie może już niżej upaść" - zauważają hiszpańscy obrońcy życia. 
 Jak skomentować coś, co komentować się nie daje? Parafrazując Tomasza Kołodziejczaka, można powiedzieć, że istnieją granice plugastwa i zbrodni, poza które nie należy występować, choćby tylko dla negocjacji. Że istnieją czyny, stawiające swych sprawców poza wszelkimi kategoriami ocen i tłumaczeń. Ohyda, którą można tylko niszczyć, bo każdy pakt z nią zawarty sprawia, że stajemy się wspólnikami zbrodni. 
 Dodajmy do powyższego refleksje Jana Pawła II, przestrzegającego świat przed próbami negowania podstawowych praw osoby ludzkiej i oddawanie prymatu polityce czy ekonomii. W pamiętnym sejmowym przemówieniu papież wytknął nam zaniedbania, powiadając, że istnieje wyraźna "groźba sprzymierzenia się demokracji z relatywizmem etycznym, który pozbawia życie społeczności cywilnej trwałego moralnego punktu odniesienia, odbierając mu, w sposób radykalny, zdolność rozpoznawania prawdy. Jeśli bowiem nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm". 
 Nic ująć. Zaś dodać do tych słów można (i należy) przydrożne krzyże, mroczne nawy kościołów znaczone płomykami świec, zapach kadzidła, rozmodlone staruszki, ich różańce i ich pacierze. Nic lepiej nie ochroni współczesnego człowieka - przed nim samym. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 
www.widnokregi.salon24.pl 

  Starzy żołnierze nigdy nie umierają...
Bogdan Prażmowski odszedł od nas w miniony piątek, należał do bliskich przyjaciół "Gońca". Kibicował nam od pierwszego numeru, wspomagał, pisał wspomnienia, słał listy.
Był człowiekiem, którego przeżyciami można byłoby obdzielić ze trzy osoby. W młodości kilkakrotnie wyrwał się wojennej śmierci, która dopadała jego kolegów. Może dlatego cenił każdą sekundę życia, tak jak skąpiec dolara, którego nie chce wydać; dlatego nigdy nie popadał w przygnębienie i nigdy niczego nie udawał. Był ciekawy świata, jak dziecko. zafascynowany ulubioną mechaniką kwantową.
 Urodził się w Brześciu nad Bugiem, gdzie jego ojciec był oficerem w twierdzy. Ojca zapamiętał z wypraw nad Bug na ryby. - Tato mój wiedział, że przyjdzie wojna - mówił. Żartował, gdy szła burza -widzisz, jak mnie już nie będzie na świecie, to pamiętaj, że jak zagrzmi, to znaczy, że tata w niebie pierdzi...
 Bogdan zawsze sypał anegdotami.
 Rodzice mieszkali w kolonii oficerskiej. Bogdan był dzieckiem niesfornym, oddano go więc do kadetów. W tej szkole wojskowej zastała go wojna, miał 13 lat.
 W 1939 roku stracił wszystko oprócz życia. W twierdzy zginął ojciec, młodszego brata koło dworca zabiła bomba, gdy jako harcerz nosił kanapki dla żołnierzy. Matka zmarła ze zgryzoty. 
 Trzynastoletni chłopak został sam. Przeżył zimę w bandzie podobnych mu sierot, konkurując o jedzenie ze szczurami i okradając sowieckie wojsko. Bił się i strzelał. Był świadkiem rzeczy strasznych, m.in. wywózki polskiej ludności z Brześcia, przez pewien czas był w sowieckim sierocińcu. Gdy rozpoczęła się operacja Barbarossa i weszli Niemcy, znajomy ojca odnalazł go i umieścił w majątku jako pisarza.
 Tam zetknął się z Armią Krajową,  kradł dla żołnierzy konie, zdobywał broń i amunicję od Węgrów pilnujących kolei. Gdy przyszło Powstanie Warszawskie, wraz z kilkusetosobową grupą szedł na odsiecz walczącej Warszawie. W miejscowości Dęby Wielkie oddział został otoczony przez sowieckie czołgi i rozbrojony. Bogdan Prażmowski wylądował w obozie na Majdanku. Uciekł z niego raz, wrócił na Polesie, ale ponownie go złapano i przewieziono na Majdanek. Tam dostał wybór - bataliony karne albo szkoła artylerii berlingowego wojska. W 1945 roku został podporucznikiem LWP, umiał strzelać z haubicy, zdezerterował, skontaktował się z kolegami z AK w  Warszawie, otrzymał kopertę - przesyłkę do dostarczenia dla wywiadu amerykańskiego w Wiedniu. W mundurze sowieckiego żołnierza przedostał się do okupowanej Austrii, stamtąd wraz z transportem włoskich jeńców zwracanych przez Sowiety dotarł do Triestu, gdzie kilka miesięcy pracował dla brytyjskiej Frontier Secret Service jako tłumacz, a następnie przeszedł szkolenie wywiadowcze w II Korpusie. Po przetransportowaniu do Wielkiej Brytanii wraz  z żołnierzami II Korpusu, zdał maturę i rozpoczął studia techniczne. Przeszedł szkolenie wywiadu brytyjskiego. Zaakceptował stypendium Royal Dutch Shell w Australii, tam skończył studia i dla Shella w Oceanii i na Pacyfiku budował instalacje naftowe. Przez 9 miesięcy zbudowany przez siebie jachtem pływał po Oceanii, aż huragan złamał  maszt. Jeszcze podczas studiów wstąpił do lotniczego korpusu kadetów, nauczył się pilotażu i kupił z demobilu  dwupłatowego szkolnego chipmunka. 
 W latach pięćdziesiątych pojechał w ramach wymiany studentów na studia do Kijowa pod zmienionym nazwiskiem jako szpieg brytyjski. Szczęśliwie wrócił, następnie  wałęsał się po budowach Papui-Nowej Gwinei, Afryki. W połowie lat 60. wrócił do Wielkiej Brytanii. Kanada budowała elektrownie atomowe i jeden z podkontraktorów skaperował Bogdana, płacąc za bilet lotniczy. W Kanadzie założył rodzinę. Pracował później w USA, Sarni, Thunder Bay. Ostatecznie osiadł w Toronto, gdzie założył własną firmę inżynieryjną Prazmowski and Associates.
    Gdy do Kanady zaczęły spływać zastępy Polaków z emigracji solidarnościowej - a wśród nich wielu techników i inżynierów - Bogdan Prażmowski założył firmę Frontwave. Tam zatrudniał nowo przybyłych, przez co zdobywali "doświadczenie kanadyjskie" i mogli kontynuować karierę w wyuczonym zawodzie.
 Jak wspomina jeden z nich, inżynier Jerzy Staniewski: Don (używam imienia Don zamiast Bogdan, bo poznałem go w środowisku angielskojęzycznym, w którym używał imienia Don i dla mnie pozostał już Donem do końca) był wyjątkowym człowiekiem, pomógł dużej grupie polskich inżynierów w zdobyciu "kanadyjskiego doświadczenia zawodowego" i jesteśmy mu za to bardzo wdzięczni. Myślę, że biorąc pod uwagę jego przeżycia wojenne, a zwłaszcza jego młody wiek (13 lat!), i powojenne, zachował wiele sympatii i miłości do Polski. Pamiętał też o swoich kolegach oraz o ich rodzinach żyjących na Wschodzie i w mojej ocenie jest to jeden z wymiarów jego głębokiego patriotyzmu. Myślę, że jest jeszcze jedna ważna cecha bardzo rzadko widoczna u nas: on się nigdy nie załamywał. Tyle wiary i siły wewnętrznej osobiście nie widziałem u nikogo innego. Swoim optymizmem potrafił zarazić wszystkich i dawać nam wszystkim nadzieję na sukces. Cieszę się, że udało mu się dożyć chwili zmiany ustroju w Polsce i możliwości jej odwiedzenia. 
 Kilkadziesiąt lat temu Bogdan Prażmowski stworzył spółkę Drybiofilter, która oferowała modularne unikatowe biologiczne oczyszczalnie ścieków oparte na zmodyfikowanym filtrze kroplowym. Bogdan Prażmowski żył tym pomysłem przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Oczyszczalnie DryBio mogły pracować na niewielkiej powierzchni, w piwnicach, w ciasnej zabudowie miejskiej, doskonale nadają się dla zakładów przemysłu spożywczego, piekarni i innych.
 Realizował mnóstwo pomysłów. Zbierał pieniądze wraz z kolegami z Dywizji Poleskiej AK, którzy fundowali stypendia dla dzieci zza wschodniej granicy Polski, wysyłał stare komputery na Białoruś. Kipiał pomysłami.Wydał po angielsku zbeletryzowaną wersję swoich wspomnień.
 Pod koniec życia bardzo mu zależało, aby pamięć o jego kolegach, o tym co zrobili i dlaczego zginęli, przekazana została ludziom młodym.
 Kiedy po raz pierwszy spotkałem Bogdana Prażmowskiego, uderzyła mnie jego prostolinijność, Nienawidził krętactwa, bezinteresownego podkładania nogi, obgadywania, wypinania piersi do orderów. 
 Był człowiekiem czynu, wiedział, że żyje na pożyczonym czasie, kilka razy wyrwał się śmierci - ostatnio kilkanaście lat temu po poważnym zawale.
 Był silnym człowiekiem i silnym Polakiem, oczekiwał tej siły od innych. Zamiast narzekać, sam brał się do działania. Pod wieloma względami nie dorastaliśmy do wymagań jego patriotyzmu.
 Po nim było widać, z jak odmiennej gliny ulepione zostały przedwojenne polskie elity patriotyczne, te które patriotyzm i miłość do Polski wyssały z mlekiem matki; ile Polska straciła za sprawą wojny, Katynia i Powstania Warszawskiego. Pokolenia Polaków powojennych chodziły już ze wzrokiem wbitym w ziemię. Prażmowski zawsze patrzył w oczy i przed siebie.
 Kilka miesięcy temu powalił go wylew, w miniony piątek odszedł na zawsze. Jak powiedział kiedyś generał MacArthur, starzy żołnierze nigdy nie umierają, starzy żołnierze rozpływają się we mgle.
 Bogdan Prażmowski wielokrotnie powtarzał, że z przysięgi złożonej dla Armii Krajowej nikt go nie zwolnił i dlatego do końca swoich dni był gotów bić w pysk, gdy tylko ktoś o Polsce źle mówił. Jego obraz rozpłynął się w bitewnym pyle wojny o Polskę, którą do końca prowadził.
Cześć Jego Pamięci
Andrzej Kumor
 

  Wheatley i Pelee Island
Z dwóch nazw ta druga na pewno znana jest wszystkim Kanadyjczykom choćby z racji swego położenia geograficznego - jest to najbardziej na południe wysunięty skrawek naszego kraju - również amatorom wina nazwa nie jest obca, bo wytwarza się tu  niezłego merlota "Pelee Island". Natomiast Wheatney to park prowincyjny, którego jedyną zaletą zdaje się być fakt, iż może stanowić bazę wypadową na słynną wyspę...
Znaczną część powierzchni Wheatney pokrywa zwarty karoliński las. W jego skład wchodzą takie gatunki drzew, jak magnolie, sasafrasy, jawory, dęby i platany, które nie występują nigdzie indziej w Kanadzie. Na żyznej glebie drzewa wyrosły mocne i wysmukłe, u szczytu tworząc zwartą masę koron. W upalne dni, rozproszone na prawie 2,5 km kwadratowych miejsca namiotowe mają zapewniony cień i schronienie przed gorącem. Plaża w tym parku nie jest imponująca - to wąski pasek  niewysokiego klifu, utworzonego w procesie gwałtownej erozji wybrzeża. Fale pracowicie rozbijając się o brzeg, podmywają i powalają coraz to kolejne drzewa.
 Park, ze względu na swoją wysuniętą na południe lokalizację, jest dogodnym miejscem do obserwacji ponad 250 gatunków ptaków. Zatrzymują się  tu  one podczas swoich migracyjnych wędrówek i choć są to głównie popularne gatunki, jednak ich rozmaitość sprawia, że pasjonaci ptasiego podglądania mają tu sporo zajęcia. 
 W parku urządzono 220 biwakowych miejsc, 96 z nich posiada prąd, więc dobrze nadaje się na rodzinne kempingowanie.
 Poza parkiem, sporą atrakcją turystyczną jest znajdujący się w pobliżu  południowy kraniec Kanady - Pelee Island. Ze stałą populacją 275 mieszkańców, w sezonie letnim znajduje tu nocleg prawie 1000 gości. Komunikację między lądem zapewnia prom samochodowo-pasażerski, a także transport lotniczy. Na całodniową wyprawę warto wybrać się wcześnie rano - statek odpływa o 9.00 i 10.00 w zależności od dnia tygodnia. 
 Główne punkty programu zwiedzania Pelee Island powinny objąć latarnię morską na północno-wschodnim wybrzeżu, galerię artystyczną prezentującą ręcznie wykonaną biżuterię i ceramikę, a także muzeum historii wyspy z eksponatami wyłowionymi z licznych wraków statków spoczywających u południowych jej wybrzeży. 
 Szczególną atrakcją Pelee Island są liczne winnice. Szerokość geograficzna tego regionu jest zbliżona do położenia Północnej Karoliny, a także Toskanii we Włoszech, i stwarza doskonały klimat dla wzrostu krzewów winnych. Jedna z pierwszych kanadyjskich winnic, Vin Villa, właśnie tu znalazła dogodną lokalizację. Dziś Pelee Island dostarcza winogron między innymi dla istniejącej już od ponad ćwierćwiecza Colio Estate Wines. Na samej wyspie w pawilonie Pelee Island Winery, tuż obok zachodniego doku, można dokonać degustacji i zakupu wybranych gatunków win. Jeśli smakowanie win jest jedynym celem wizyty w tym uroczym miejscu, to warto z wyprzedzeniem dokonać rezerwacji na nocleg w jednym z kilku hotelików, gdyż liczba miejsc  w sezonie letnim jest znacznie ograniczona.
Jerzy Rosa
Mississauga
 

 Rozwiewanie eko-mitów
Ponieważ co rusz ktoś nas wzywa ostatnio do chodzenia na rękach, lub stawania na głowie z powodów "ekologicznych", warto sobie od czasu do czasu przypomnieć, co -  załóżmy, że ekolobby ma rację - powinniśmy jako cywilizacja zrobić, by ograniczać emisję gazów cieplarnianych, głównie C02, i uchronić się przed zgubnym skutkami podnoszenia temperatury planety.
 Oczywiście w ramach tegoż stawiania nas do pionu możni tego świata w prosty sposób zabierają nam wprost z kieszeni środki na tzw. czyste technologie, czy też okładają podatkami ekologicznymi. Przeanalizujmy sobie po kolei różne eko-mity. Zacznijmy od najprostszych - mówi się na przykład, byśmy w celu walki ze szkodliwą emisją kupili sobie nowy hybrydowy samochód  - tymczasem  jego łączna emisja szkodliwych gazów podczas całego "życia",  WLICZAJĄC całą produkcję auta i baterii od poziomu rud metali, jest większa niż zwykłego dużego auta spalinowego, oszczędnych nie wspominając.
 Mówi się nam, że musimy płacić coraz więcej za prąd, bo nasze źródła energii są "brudne" i trzeba nam budować lasy farm wiatrakowych i pokrywać łąki kilometrami kwadratowymi baterii słonecznych. Jednocześnie przenosi się produkcję towarów, które kupujemy, do krajów, gdzie energia pozyskiwana jest ze sto razy bardziej brudnych  źródeł, a normy ochrony środowiska praktycznie nie istnieją. Tak więc "eksportując" nasze zakłady do takich państw jak Chiny, globalnie zwiększamy emisję gazów cieplarnianych o wiele bardziej, niż gdyby te zakłady pozostały u nas i były zaopatrywane w energię z naszych lokalnych względnie czystych źródeł. 
 Dlaczego nikt nam tego w ten sposób nie przedstawia?! 
 Jeśli zatem chcemy rzeczywiście coś zrobić dla ochrony klimatu, powinniśmy unikać kupowania rzeczy z krajów, gdzie do ich wyprodukowania posłużyła brudna energia, zwłaszcza zaś nie powinniśmy kupować takich rzeczy bez opamiętania, jedna po drugiej.
 Tu docieramy do drugiej ważnej kwestii ochrony przyrody i zapobiegania niekorzystnym zmianom klimatu, mianowicie zasady: im więcej konsumujesz, tym więcej trujesz. Nawet na wyprodukowanie szajsowatej podkoszulki trzeba energii - trzeba też energii, aby ją przywieźć do sklepu, zareklamować etc. A to wszystko wiąże się nierozłącznie ze szkodliwymi emisjami. Tymczasem nasza cywilizacja coraz więcej przedmiotów codziennego użytku przesuwa do kategorii jednorazowej. Dawno już do lamusa odesłaliśmy zakłady naprawcze i wszelkie reperacje, dzisiaj, gdy coś się zepsuje - ląduje w śmieciach. A zatem zamiast jak jelenie przepłacać prąd produkowany rzekomo dla ratowania naszej planety wyjątkowo nieekonomicznymi sposobami, wystarczyłoby, byśmy nieco przykręcili nasze konsumpcyjne zapędy, a już klimat by odsapnął, a gazy nawet by nie powstały.
 Posunięciem bardzo ekologicznym i korzystnym z punktu widzenia "ratowania klimatu" byłoby więc sprowadzenie zakładów przemysłowych ponownie w nasze granice, być może produkowałyby one drożej, ale przez to przedmioty nie byłyby jak kleenexy, zaś ludzie mieliby - co może nie jest takie całkiem bez znaczenia - pracę. Napływ towarów zewnętrznych należałoby po prostu obłożyć cłem, traktując wpływ ograniczania kosztów produkcji przy pomocy braku norm środowiskowych, niskich kosztów robocizny i manipulacji kursowych - zgodnie z faktem - za niedopuszczalne dotowanie własnej produkcji przez tamtejsze państwa, naruszające w ten sposób zasady fair play wolnego rynku.
 Nie tak dawno na takiej samej zasadzie Stany Zjednoczone obłożyły cłem import kanadyjskiego drewna, uznając, że niskie kanadyjskie opłaty za wycinanie w lasach państwowych to nic innego jak nielegalna dotacja naruszająca zasady wolnego rynku, chronione w ramach porozumienia wolnocłowego NAFTA. Jeśli taki pikuś wywołał zaniepokojenie Amerykanów, to proszę się zastanowić, dlaczego USA nie są w stanie permanentnej wojny handlowej z Chinami, kraju stosującego surowe rygory nacjonalizmu gospodarczego, masowo dotującego własną produkcję, nie stosującego norm ochrony środowiska, o BHP nie wspominając, i bezczelnie manipulującego własną walutą?
 Wygląda na to, że dzisiaj jesteśmy sprawcami masowego trucia atmosfery nie dlatego, że jeździmy dużymi autami - bo auta coraz bardziej wydajne, a spaliny czystsze - lecz dlatego, że nasze państwa, nie pytając nas o zdanie i za naszymi plecami, pod naciskiem zaślepionych żądzą pieniądza handlarzy, przestało nas bronić przed zagraniczną agresją gospodarczą. Dlaczego tak się stało? Dlaczego potajemnie zmienia się nam świat? Dlaczego każe się nam i naszym dzieciom płacić za poroniony ideologiczny pomysł włączenia azjatyckich elit do globalnego obiegu? Kto o tym zadecydował i kiedy?
 Proszę o odpowiedź, bo przecież żyjemy w demokracji i nic o nas bez nas się nie dzieje.
 A gdy już jesteśmy przy systemie politycznym, to proszę mi powiedzieć, która partia reprezentuje zwykłego człowieka, takiego co to ciuła grosz do grosza, posyła dzieci do szkoły, spłaca długi zaciągnięte pod hipotekę. Po tak po dwudziestoletniej obserwacji naszej "agory" wydaje mi się, że nikt - ktokolwiek zbierze nasze głosy pod hasłami ograniczenia aparatu administracyjnego państwa i zmniejszenia podatków - zaraz jak tylko przypnie się u koryta, jakoś tak zaczyna dryfować na z góry upatrzone pozycje, niepokojąco bliskie tym, przeciwko którym nie tak dawno gardłował. Na dodatek powszechny upadek cnót obywatelskich i wymieszanie naszych społeczeństw sprawiają, że nawet zbyt głośno przeciwko takim oczywistym oszustwom nikt nie protestuje. Ludzie zdobywają mandaty, mówiąc jedno, a następnie robią drugie, wprost stwierdzając, że z chwilą uzyskania władzy ich odpowiedzialność jest już inna.
 Wydawać by się więc mogło, że pozostaje wyłącznie rewolucja. Tylko że ona ma w zwyczaju pożerać własne dzieci. Póki co zaś brońmy się ile można - przede wszystkim przed wciskaniem kitu do mózgu; przede wszystkim przez odwołanie do jakże niemodnego dzisiaj zdrowego rozsądku. Wystarczy sobie i innym zadawać proste pytania, żeby zobaczyć, kto nas tutaj tak naprawdę robi w balona.
Andrzej Kumor
Mississauga
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

GONIEC, NR 27/2010

Przerost formy
Wygląda na to, że nieznaczna większość, bo zaledwie 6 procent spośród 55,31 procent obywateli uprawnionych do głosowania, zastosowała się do zalecenia Jerzego Clemenceau, o którym wspominałem w komentarzu sprzed tygodnia, dzięki czemu nowym tubylczym prezydentem  III Rzeczypospolitej został Bronisław Komorowski. Głosowało bowiem na niego 53,01 proc., podczas gdy na Jarosława Kaczyńskiego - 46,99 proc. Z tego też powodu w poważnych państwach ościennych, tzn. w Niemczech i Rosji, zapanowała nieukrywana radość, której wyraz dawała nie tylko tamtejsza prasa, ale i politycy - w szczególności zaś niemiecki minister spraw zagranicznych Gwidon Westerwelle, skądinąd znany jako ostentacyjny sodomita. Że Nasza Złota Pani Aniela, podobnie jak zimny rosyjski czekista Włodzimierz Putin wiele sobie po Bronisławie Komorowskim obiecują - to rzecz oczywista, ale pan minister Westerwelle? Wszak tubylczy prezydent elekt nie tylko jest żonaty, podobnie jak Jan Maria Rokita czy Aleksander Hall, ale ma nawet pięcioro dzieci, co zresztą wielokrotnie podczas swojej kampanii podkreślał. Najwidoczniej posiadanie dzieci ma jakieś doniosłe znaczenie polityczne - ale minister Westerwelle mimo to nie kryje swojej radości. 
 Musi tkwić w tym jakaś tajemnica, która pewnie zostanie nam objawiona, ale dopiero w stosownym czasie. Na razie musimy kontentować się tym, że geograficzny obraz sympatii dla poszczególnych kandydatów prawie dokładnie pokrywa się z granicami zaborów: pruskiego z jednej oraz austriackiego i rosyjskiego z drugiej strony. Kto wie, czy to nie ta właśnie okoliczność wywołuje taką radość u strategicznych partnerów, którzy przecież nie tylko snują względem naszego narodu i państwa różne plany, ale nawet uchylają nam od czasu do czasu rąbka tajemnicy. Na przykład CDU i CSU już w maju obiegłego roku wydały deklarację w sprawie wypędzeń, w której domagały się "uznania praw" wypędzonych. Jestem pewien, że chodziło o prawo własności, bo jakież by inne? Jeśli tak, to deklaracja zawierała program zmiany stosunków własnościowych na obszarze tzw. Ziem Utraconych, które w nomenklaturze polskiej do niedawna jeszcze nazywane były "Odzyskanymi" - oraz części terytorium Republiki Czeskiej. A całkiem niedawno Jurij Bołdyriew z ukraińskiej Partii Regionów wygłosił w Jałcie na Krymie zaskakujący pogląd, że dopóki Galicja będzie częścią Ukrainy, nie ma mowy o osiągnięciu upragnionej jedności moralno-politycznej ukraińskiego narodu. Wywodzący się z tej samej Partii Regionów prezydent Janukowycz utrzymuje jednak, że Ukraina musi pozostać państwem unitarnym i nie ma mowy o żadnej federacji. Jak w takim razie izolować Galicję od Ukrainy, nie zmieniając struktury tego państwa? Ruscy szachiści nie takie sztuki robili, zwłaszcza gdyby chodziło o sprawę umówioną ze strategicznym partnerem, który w zamian za Ziemie Utracone może przecież zechcieć zaoferować Polakom Niderlandy w postaci Galicji ze Lwowem, żeby nie pyskowali. Już Joachim von Ribbetrop tłumaczył, że Morze Czarne to też morze, a cóż to szkodzi jeszcze raz wrócić do tej logicznej argumentacji? Z punktu widzenia ruskich szachistów taki sposób osiągnięcia przez ukraińskich patriotów upragnionej jedności moralno-politycznej też byłby pewnie do przyjęcia, bo wiadomo - mniejszym  samochodem łatwiej się manewruje, zwłaszcza w tłoku. Wygląda na to, że i pani Hilaria Clintonowa, która w przeddzień wyborów tubylczego prezydenta pojawiła się w Krakowie z okazji Święta Demokracji, nie miałaby nic przeciwko temu, oczywiście pod warunkiem zaspokojenia roszczeń majątkowych starszych i mądrzejszych. Z uwagi na ciszę wyborczą unikała spotkania z kandydatami, ale to nic nie szkodzi, bo przecież szef naszej tubylczej dyplomacji, minister Radosław Sikorski, z którym się spotkała, w sam raz nadaje się do roli postillon d'amour. Jak to mówił pan Zagłoba do Bohuna? Białogłowską masz twarz, panie kawalerze, ale i białogłowskie serce; listy tobie wozić, panny porywać... Zresztą pani Hilaria poza tym nie ma do Polski żadnego interesu i najwyżej a conto dobrego sprawowania może z ministrem Sikorskim podpisać "jeszcze lepszą" umowę o amerykańskiej pomocy rakietowej. Jak pamiętamy, "dobra" umowa, jaka obowiązywała dotychczas, polegała na przywiezieniu do Morąga  pojedynczej atrapy wyrzutni rakiet "Patriot". Na czym może polegać "lepsza"? Pewnie na dwóch atrapach?
 Więc kiedy wokół Polski hulają sobie różne takie przeciągi, tubylczy mężykowie stanu próbują roztasować się w nowych okolicznościach przyrody. Nie obywa się przy tym bez przepychanek, bo jakże inaczej, skoro "domek mały, chata skąpa, Polska, swoi, własne łzy, własne brudy, podłość, kłam...". Pan prezydent elekt, jakby w przeczuciu rychłego sztorcowania przez szefów razwiedki, którzy nie bez kozery odgrażali się, że z okazji jego zwycięstwa otworzą sobie szampana, dodaje sobie animuszu przerostami formy nad treścią. Zwyczajne przedtem wręczenie uchwały Państwowej Komisji Wyborczej o wyborze, zamieniło się w wielką galę na Zamku Królewskim w Warszawie, z udziałem partii, rządu, a nawet niektórych pokonanych rywali - z wyjątkiem Jarosława Kaczyńskiego, który jeszcze w wyborczą niedzielę zapowiedział nękanie rządu w sprawie wyjaśnienia okoliczności katastrofy smoleńskiej. 
 W tej sprawie panuje osobliwe zmieszanie; rosyjski wicepremier Sergiusz Iwanow oświadczył, że "wszystko, co można było przekazać, zostało przekazane", więc nasza niezawisła prokuratura będzie musiała prowadzić śledztwo pewnie na podstawie domniemań i wróżenia z fusów. Na razie zwróciła się do Amerykanów z pytaniem, czy można było na lotnisku w Smoleńsku wytworzyć sztuczną mgłę. Chodzi, ma się rozumieć, o wykluczenie hipotezy zamachu. Niepotrzebnie fatygują Amerykanów, bo przecież nawet na różnych rozrywkowych imprezach robi się taką mgłę z suchego lodu i wody. Czyżby w  prokuraturze wojskowej nie wiedziano takich rzeczy? Ciekawe, skąd właściwie wojsko dobiera sobie tych wszystkich niezawisłych prokuratorów? Inna rzecz, że jak odpowiednio poinformowani Amerykanie potwierdzą, że sztucznej mgły w żaden sposób nijak wytworzyć nie można, to hipoteza zamachu zostanie obalona raz na zawsze. I być może o to właśnie chodzi, żeby wyniki niezależnego śledztwa polskiego pokrywały się z wynikami śledztwa rosyjskiego. W przeciwnym razie proces pojednania, którego nie może już się doczekać zwłaszcza środowisko skupione wokół "Głosu Cadyka", mógłby w odległą przyszłość się oddalić.
 Ale mniejsza z tym, bo przecież śledztwo w toku, a ta mgła, to może być jakaś Wunderwaffe - piekielna tajemnica wojskowa, więc lepiej korzystać z okazji, by siedzieć cicho. Zresztą jakże inaczej, kiedy wybór tubylczego prezydenta elekta zapoczątkowuje ruch kadrowy od samej góry do samego dołu. Pozostali przy życiu ministrowie prezydenta Kaczyńskiego: Jacek Sasin, Maciej Łopiński, Małgorzata Bochenek, Andrzej Duda i Bożena Borys-Szopa oraz zastępca szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego Witold Waszczykowski, zgłosili dymisję, która została skwapliwie przyjęta. Prezydent elekt zrezygnował z funkcji marszałka Sejmu, którą objął właśnie Grzegorz Schetyna. Wyobrażam sobie, jakie nadzieje wzbudzać musi ta nominacja w "Zbychu", "Miru" i "Rychu", którzy, niczym kania dżdżu, wyglądają końca swojego męczeństwa, a kto wie, czy czegoś sobie nie obiecują. Wykluczyć tego nie można, bo właśnie pani filozofowa Magdalena Środzina podniosła klangor, że prezydent elekt, mimo obietnic, nie pomyślał o "zróżnicowaniu płciowym". Widać jucha, skądściś się dowiedziała - no, ale skoro Gwidon Westerwelle tak się cieszy, to cóż zrobić - jeszcze się taki nie urodził, żeby wszystkim dogodził. Zwłaszcza tym, co mu uwierzyli, no nie? Hi, hi!
 Stanisław Michalkiewicz 
www.michalkiewicz.pl

 Krzysztof Ligęza
Nadchodzi ciemność
Wybory, wybory - i po wyborach. 47 procent głosów dla kandydata Prawa i Sprawiedliwości, ledwie sześć punktów procentowych więcej dla kandydata Platformy Obywatelskiej. Jak ktoś zażartował: "Komorowski wygrał o wąs". 
 O wąs czy o włos, kandydat Platformy Obywatelskiej zwyciężył nieznacznie, mając po swojej stronie podłość dominujących na rynku stacji telewizyjnych, zaprzaństwo rozgłośni radiowych, nikczemność wielkonakładowej prasy oraz łajdactwo ośrodków opiniotwórczych. Wznoszących unisono gmach medialnego kłamstwa. 
 O wsparciu ze strony premiera, urzędujących ministrów oraz aparatu państwa nie warto wspominać. Ale do budowania tego kłamstwa włączyła się nawet "apolityczna" i "niezależna" prokuratura, w przedwyborczym tygodniu wygrzebując na światło dzienne i ciskając w Prawo i Sprawiedliwość kamieniami zapowiadanych oskarżeń. 
 W tych warunkach zwycięstwo Bronisława Komorowskiego oznacza dla Platformy Obywatelskiej władzę, jakiej po 1989 roku nie miał w Polsce nikt. Mamy oto bowiem do czynienia z monopolizacją sceny politycznej w stopniu dotąd nieznanym. Jeśli zaś uwzględnić rozpad (bądź przejęcie, a następnie rychłe zmarginalizowanie) Telewizji Polskiej i Polskiego Radia, niepokój o obecność w polskim życiu publicznym procedur kontrolnych, pozwalających weryfikować poczynania establishmentu, wydaje się bardziej niż w pełni uzasadniony. 
 W każdym razie marzenia o przemianie Rzeczpospolitej w państwo praworządne i szlachetne oraz plany takiej przemiany należy odłożyć ad acta. Przynajmniej do jesieni przyszłego roku. Tuskokomorowszczyzna umiejętnie sterowana dłońmi dukaczewskopodobnych nie jest zdolna do realizacji tak ambitnego projektu i nie ma takich ambicji. W planach PO nie istnieje długofalowa strategia budowy Rzeczypospolitej. Nie ma tam miejsca na polski interes narodowy i polską rację stanu. Jest za to interes sił żywiących partyjnych funkcjonariuszy i kształtujący rację stanu tej formacji politycznej. Dowodem nominacja Grzegorza Schetyny na stolec marszałkowski. Ani chybi, Sobiesiakowie i Sawiccy zacierają ręce. 

 CO BUDUJE ZGODA? 
 Tymczasem Lech Kaczyński ma na rękach krew tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem, a jego rodzina powinna przeprosić Polaków za bezmyślność i pychę byłego prezydenta. Bo to on przygotował tragiczny wyjazd, doprowadzając do śmierci wielu ludzi. Odpowiedzialność moralna leży po stronie zmarłego i należy to uczciwie powiedzieć. Tak uważa prominentny polityk Platformy Obywatelskiej, pieszczoch prezydenta elekta oraz aktualnego premiera, starszy specjalista od świńskich ryjów, a wkrótce kto wie, czy nie utytułowany funkcjonariusz Kancelarii Prezydenta RP, Janusz Palikot. I nie rzekł tego w czasie kampanii wyborczej, lecz w pierwszym komentarzu po wygranych wyborach, odnosząc się do słów Jarosława Kaczyńskiego dotyczących kwietniowej tragedii w podsmoleńskim lesie, wypowiedzianych w niedzielny wieczór, tuż po ogłoszeniu pierwszych wyborczych szacunków. 
 "Jaka ładna, budująca zgoda!" - aż wyrywa się z piersi okrzyk. Ale niech media i politycy Platformy robią wariatów z kogo tam sobie chcą i kto pozwala robić z siebie wariata. Ludzie rozumni nie dadzą się oszukiwać. Ludzie rozumni doskonale zdają sobie sprawę, że prezydentura Bronisława Komorowskiego ugruntuje podział Polaków na ludzi prawych i zakłamane elity, owijające sobie dookoła palców pozostałą część elektoratu. Dzięki uwikłanym w przeszłość mediom. 
 I tak, chociaż między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca nie słychać strzałów, to przecież dookoła nas toczy się wojna. I bez żadnego ryzyka popełnienia błędu wolno nam orzec, iż doczekamy w niej nawiązania do najlepszych tradycji panów Palikota, Kutza, Niesiołowskiego - aby ograniczyć się tylko do tych trzech nazwisk. Teraz możemy oczekiwać nowej odsłony znanej kampanii nienawiści. Kontynuowanej z jednym tylko celem. Mianowicie po to, by wbijane Polakom do głów interpretacje stały się w przestrzeni publicznej powszechnie obowiązującymi, grzebiąc w końcu projekt polityczny PiS, tak mocno naruszający uprzywilejowane pozycje establishmentu III RP. 
 "A obiecywane reformy?" - zapyta ktoś. Temu odpowiem: a owszem, doczekamy. Proszę jedynie łaskawie pamiętać, iż nie po to oligarchowie znad Wisły wsparli Platformę, by reformować kraj dla zwykłych ludzi. Dlatego PO zreformuje nam państwo dla nich. 
*** 
 Co drugi głosujący Polak twierdzi, że po wyborach nad Polską - w szczególności nad warszawskim Krakowskim Przedmieściem oraz Pałacem Prezydenckim - wstaje słońce. Że to jest słońce jutrzenki, oznaczającej powszechną zgodę i powodzenie każdego obywatela Rzeczypospolitej. Ale to są ślepcy, którym medialne kłamstwa rozgrzały powieki. Prawda jest inna: nad Polskę nadciąga monopol jedynej słusznej linii. Nad Polskę nadciąga upiór jedynej słusznej myśli. Nad Polskę nadciąga ciemność. 
 Przed wieloma laty dojrzał to niebezpieczeństwo Czesław Miłosz, w wierszu "Do polityka" pisząc: 
Ty jesteś dobry i w gronie rodziny 
Pieściłeś nieraz blask dziecięcych głów. 
Ale jeżeli przeklnie ciebie - milion rodzin? 
Biada! Co pozostanie z twoich dobrych dni? 
Co pozostanie z twoich krzepkich mów? 
Ciemność nadchodzi. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 
Zapraszam również do 
www.widnokregi.salon24.pl 

  500 dni spokoju
Wiktor Księżopolski
Strach ogarnął członków PO i komentatorów niektórych programów telewizyjnych, gdy nagle, w połowie głosowania okazało się, że kandydat PiS na prezydenta ma przewagę w wyborach. Bali się pewno nie o pozycję Polski w świecie, gdy wygra, tylko o swoje układy, przywileje i kasę, które mogą stracić. Bali się pewno też niektórzy o swoją często ciemną przeszłość, gdy sprawiedliwa miotła zacznie brudy wymiatać na śmietnik.
Wybory wygrał nieznacznie kandydat PO, wytwór solidarnościowego cwaniactwa. Ze strachu, że przegra wyścig do lukratywnego stołka, wzywał w czasie swojej kampanii o 500 dni spokoju w przyszłości. Trudno zrozumieć to hasło, bo niby kto ten spokój miałby zakłócać. Chyba tylko panowie Palikot z Niesiołowskim i Bartoszewskim z własnej partii. No bo ci co próbowali zakłócać, już nie żyją. Opozycja na całym świecie ma prawo głosu i sprzeciwu, choć jako mniejszość jest bezsilna, gdy uzna, że ustawy partii rządzącej nie są aż tak genialne i godzą w społeczny interes większości obywateli. Więc kogo tu trzeba uspokajać? 
 Nasuwa się też myśl, kogo i czego tak naprawdę Platforma ma się dziś bać. Chyba tylko duchów uśmierconych przeciwników zapowiadanej Polski, takiej bez płci i twarzy. A może hasło PiS-u, że "Polska jest najważniejsza". A może jednak wykonania tych wszystkich obietnic nowego Prezydenta i tych niewykonanych dotychczas przez p. premiera Tuska. Z taką ilością obietnic, wiedząc, że są one nierealne, bo nie da się ich urzeczywistnić bez odpowiednich środków, należy się bać. Bałbym się tu być premierem, którego czeka spełnienie tych wszystkich starych i nowych nierealnych jak zwykle haseł rzuconych przez Profesora. Niestety, hasło "500 dni spokoju" nijak nie pomoże w ich realizacji i dni te są potrzebne chyba jedynie po to, aby złagodzić niepokoje decydentów o swoje już i tak dość nadwerężone reputacje. Już dziś, w komentarzach powyborczych, sami członkowie PO (p. Schetyna w TV Polonia) próbują przesuwać w czasie w nieskończoność złożone ludziom przez Pana Profesora obietnice.
 Zapewne, niedługo, hasło 500 dni spokoju zamieni się zresztą na tylko "200 dni spokoju", bo wybory samorządowe i parlamentarne mogą okazać się niemiłą dla PO niespodzianką. Może się przecież okazać, że Pan Prezydent zostanie osamotniony w swojej "ciężkiej pracy" w budowaniu zgody narodowej, gdy na drodze do tej jednopartyjnej zgody stanie koalicja PiS i PL, lub jakaś inna konfiguracja partyjna po wygraniu tych wyborów. I nie pomoże tu nawet pięć lat kadencji, aby tę pracę wykonać, mając na głowie obronę swojego prezydenckiego stanowiska. I znów wróci stare, tyle że w wykonaniu dawnego prezydenckiego krytykanta, bo jedyną bronią przed lekceważeniem jego opinii pozostanie mu to samo weto, którego używanie zarzucał poprzednikowi. Ten PiS to jednak dobry bat na "demokratyczną" samowolę. Trzeba się go bać, wołając do nieba o spokój, choć jedna i ta sama partia, mając przewagę w parlamencie i Senacie, ma również swojego prezydenta. Nawet, jeśli ci, których poważnie się bano, już nie żyją. 
 Z kim też i dlaczego to teraz, wg głoszonego przez PO hasła pt. "Zgoda buduje", mają się wszyscy oponenci partii rządzącej nie zgadzać, skoro ma być tak dobrze. Ktoś by tu pomyślał, że połowa Polski głosowała na Jarosława Kaczyńskiego tylko w formie protestu wobec dotychczasowej działalności rządu, którego brzydki wizerunek, prezydencki kandydat PO tak znakomicie swoimi posunięciami i decyzjami potrafił w krótkim czasie zamydlić. Lub tylko dla zasady, bo tak wypada od wieków w sarmackim świecie. Pan Palikot zapewne by tak to ocenił. Niestety, prawda jest bolesna, ale prawdziwa. Mamy Polskę podzieloną na biznesmenów i patriotów, a nie na jakieś polityczne trendy, a w obu grupach zrzeszeni są ludzie o innych prawicowych korzeniach i obowiązują inne kryteria oceny osoby prezydenta i przyszłości Polski wśród magnatów manipulacji i politycznego krętactwa. 
 W 1982 roku, już po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, miałem okazję być w Londynie, korzystając z wakacyjnej przerwy w pracy w Libii. Miałem też okazję zetknąć się tam z wielopokoleniową Polonią i obserwować, jak wygląda współpraca członków emigracyjnej "Solidarności" i polonijnej "Solidarity" pomagającej polskiemu podziemiu. By poznać opinie Polonii o wypadkach w Polsce, udałem się więc do jednego z londyńskich klubów, gdzie w barze kupiłem dwa drinki ze wskazaniem na właściwy trunek dla Prezesa i z prośbą o zapoznanie mnie z nim. Po wstępnej zapoznawczej rozmowie oznajmiłem, że pracuję w Libii, interesuję się sytuacją w Polsce i przyjechałem do klubu, by poznać polonijne opinie o tym, co się w Kraju dzieje. Pan Prezes szybko się zgodził na zaproszenie do jednego stołu kilku osób z różnych roczników emigracyjnych. Gdy się zebrali, okazało się, że mam za rozmówców emigranta sprzed wojny, uciekiniera z 1956 roku, który wojnę przeżył w Polsce, członka "Solidarności" płci żeńskiej, którego stan wojenny wyrzucił z Kraju, i Prezesa - wojennego weterana. Rozmowa przerodziła się szybko w zażartą dyskusję, kto tu jest więcej wart, zakończona stwierdzeniem przedwojennego emigranta, który zaraz opuścił plac bitwy, że wy młodzi powinniście nauczyć się pracować, a nie narzekać i wiecować. I na tym zakończyło się spotkanie. Moja ciekawość nie pozwoliła mi jednak na zaprzestanie zbierania opinii. Kilka dni później udałem się do Domu Polskiego na Kensington, by siedząc w amfiteatralnej sali, obserwować odbywające się na scenie wybory zarządu emigracyjnej "Solidarności". Widok był żenujący i charakter tego posiedzenia można było porównać z sejmikami w dawnej Polsce, a i dzisiejszy Polski Sejm nie odbiega swym obrazem od tamtego londyńskiego. Panowie na scenie się kłócili, kto jest ważniejszy, aby być prezesem, czy ten od Lisa, czy od Gwiazdy, czy od Geremka. Obecny, jako obserwator, prezes angielskiej "Solidarity" nadziwić się nie mógł, jak to ci nieszczęśliwi Polacy potrafią się tak znakomicie kłócić, a nie potrafią współpracować z miejscowym, solidaryzującym się z nimi, ruchem. Dziś, po prawie trzydziestu latach, naprawdę nie jestem pewien, czy to było teatralne widowisko, czy naga prawda o Polakach walczących o władzę. Na jednej ze stacji metra, po widowisku, na stoisku "Solidarity", kupiłem płytę z solidarnościową angielską wzruszającą, lecz bojową pieśnią (mam ją do dziś) i parę innych przedmiotów, aby choć w ten sposób pomóc tym, co naprawdę walczyli w Polsce w podziemiu o wolny Kraj. Dziś ten przykry londyński krajobraz z dawnych lat można spokojnie wpasować w polską rzeczywistość.
 Na Jarosława Kaczyńskiego, jak mówią powyborcze doniesienia, głosowała polska wieś. Czyżby obiecał tej wsi jakieś specjalne przywileje lub w ogóle coś dla niej zrobił? Może się mylę, ale raczej na pewno nie. Ta wieś bowiem pamięta jeszcze czasy "Jędrusiów" z NSZ-etowskiej Brygady Świętokrzyskiej (o czym sam kiedyś miałem okazję się przekonać), bitwę AK z Niemcami w Lasach Janowskich i inne wygrane potyczki, "republiki" wolne od Niemców i opiekę im stwarzaną przez patriotyczne podziemie w czasie wojny i po niej, by ulżyć im w okupacji niemieckiej i sowieckim represjom. Ta wieś, która wykazała się już kiedyś swoim patriotyzmem choćby w powstaniu Kościuszki przeciw rosyjskiej niewoli, pokazała i dziś, co znaczy miłość do Polski i co znaczy słowo patriotyzm. 
 Większość młodego pokolenia, urodzona w latach sześćdziesiątych i później w rodzinach dorobkiewiczów lub komunistów, należąca dziś do  wielbicieli pana Komorowskiego i SLD, niestety nie pamięta czasów walki polskich patriotów z AK, NSZ i później z WiN z niemieckimi i sowieckimi okupantami o to, by Polska mogła być wolna i niezawisła. I nie zależy im na tej pamięci, aby tylko kasa wpływała im do kieszeni i aby nikt ich nie próbował pouczać. Wg nich, liczy się teraźniejszość i obecna rzeczywistość, a nie jakieś tam hasła Piłsudskiego czy "insynuacje" znienawidzonego przez nich "Kaczora", aby pamiętali o kraju, w którym żyją. 
 Zbyt wielu straciliśmy patriotów w czasach II wojny światowej uśmierconych, jak mój patriotyczny Ojciec i Dziadek, przez Niemców, i po niej, dzięki sowieckim "wyzwolicielom", polskim degeneratom z UB i rządom PRL-owskich komunistów, by dziś móc ten patriotyzm jakoś odrodzić. Ci co pozostali, przekazali swoim potomkom patriotyczne zasady, jakimi powinien kierować się Polak, i dzięki nim jest ich rosnąca i znacząca siła, która pokazała swoje możliwości w wyborach. Gdyby tę siłę Polsce odebrać, ma ona realne szanse na pozostanie pierwszym narodowym europejskim degeneratem będącym pod kontrolą sąsiadów. 
 Trudno zrozumieć, że partia "biznesmenów" tego jakoś nie dostrzegła, zafascynowana udziałem Polski w integracji europejskiej, niestety w formie jakiejś jej prowincji, a nie integralnego silnego patriotyzmem członka. Nie dziwić się Ukrainie czy Białorusi, że taką prowincją, mimo wysiłków Polski, i jeszcze do tego zacofaną, być nie chce. 
 No więc Platformo, z pełnią władzy, jak za czasów PRL-u, do boju. Rozumiem, że rozwiązanie wszystkich zadawnionych afer i ukaranie aferzystów nastąpi teraz w tempie piorunującym, bo przecież nie będzie przeszkód z żadnej strony, by tego płynnie i szybko dokonać. Skończy się też wreszcie plucie na ważnych członków z opozycji, bo katastrofa w Smoleńsku pomogła ich się pozbyć. Zostaną wprowadzone zasadnicze genialne reformy, które mają wyleczyć polskie bolączki i wszyscy petenci z różnych grup zawodowych otrzymają właściwe a obiecane finansowe zadośćuczynienia. Należałoby tu też natychmiast liczyć na poprawę wizerunku Polski na międzynarodowym forum, bo pluć już nie będzie na kogo. Oczywiście pójdzie za tym na pewno odpowiednia polityka zagraniczna, która ustawi Polskę w roli liczącego się potentata w 20-tce najważniejszych krajów świata. 
 Natychmiast też zostanie wysłany do wschodniego sąsiada ostry protest za opieszałość, ignorancję, niejasności, błędy i stwarzanie rygorów wobec polskich ekspertów w sprawie katastrofy smoleńskiej. A w sprawie rzezi katyńskiej zapadną konkretne decyzje prawne i formalne, włącznie z żądaniem od potencjalnych morderców moralnego i finansowego zadośćuczynienia dla potomków pomordowanych osób. Zostanie też ustanowiona komisja międzynarodowa do jednoznacznego ustalenia przyczyn katastrofy w Smoleńsku, choć na dziś dla odmiany, wg prasowych doniesień, już wiemy, że to nieosiągalni dziś dla przesłuchań rosyjscy kontrolerzy lotu, w obecności równie nieuchwytnego świadka z KGB, spowodowali tę katastrofę swoim lotniczym rosyjskim żargonem, a nie pilot i nie mgła. Byłaby to chyba jedyna wersja do przełknięcia dla prostych ludzi. Niestety, kto spowodował tę mgłę na lotnisku, nie ustali już nikt, bo wielokrotnie przeorany i zalany deszczem grunt ani nie oddana rodzinom własność prawdopodobnie nie wskaże ani polskiej, ani żadnej międzynarodowej komisji prawdziwej przyczyny tej tragedii. Tylko prymitywni i niedouczeni osobnicy, a takich jest wielu wśród wielbicieli PO, będą i tak do śmierci wierzyć wstępnym rządowym zapewnieniom, że to tylko niedouczony pilot miał w tej tragedii swój udział. 
 Ciekawe, jak w tym całym polskim bigosie ma się do tej sprawy oświadczenie amerykańskich władz o utworzeniu specjalnej komisji do wyjaśnienia przyczyn katastrofy, zgłoszenie wezwania przez berlińskiego prokuratora do polskiej prokuratury regionalnej o przesłuchanie p. Tuska i Komorowskiego w sprawie smoleńskiej katastrofy, oświadczenia o amerykańskiej ochronie Polski przed wrogami, natychmiastowe przekazanie w trakcie wyborów osłony rakietowej przed nimi i poprzez wykrycie rosyjskiej siatki szpiegowskiej, wskazanie, do czego wobec świata zmierza  rosyjska miłująca pokój polityka.
 Może i dobrze się stało, że prezydentem Polski nie został kandydat PiS-u, p. Jarosław Kaczyński. Być może, jak brat zastrzelonego prezydenta USA Johna Kennedy'ego, stworzyliby kolejną okazję do narodowej tragedii. Ustrzelić szefa policji czy ministra sportu nie było trudno, więc czemu nie skrócić życia PiS-wskiemu prezydentowi? A tak, żyjąc jeszcze, ma realne szanse na powrót na stanowisko premiera, jeśli skutecznie poprowadzi swą partię do zwycięstwa w wyborach samorządowych i parlamentarnych. A nawet, jeśli PiS nie wygra tych wyborów, to jest dziś niewątpliwie niezłym straszakiem dla marzycieli z PO i może, dla dobra Polski, wydusi z nich w końcu jakieś sensowne posunięcia w polityce wewnętrznej i zagranicznej. BO POLSKA JEST NAJWAŻNIEJSZA.
Wiktor Księżopolski - Calgary 

  Killbear
Ostatnie upały budzą w nas tylko jedno pragnienie: znaleźć się gdzieś nad wodą, z daleka od rozgrzanych ulic i smogu unoszącego się nad naszą metropolią. Jeśli mieszkamy jakiś czas w Ontario, to na pewno znamy kilka takich oaz - o jednej z nich warto jednak wiedzieć nieco więcej, bo można tam odpoczywać na różne sposoby, choć plażowanie to główny atut Killbear Provincial Park.
W czasie wakacyjnych miesięcy park jest niezwykle popularny - oczywiście głównym magnesem są niezwykle malowniczo położone plaże, ale nawet w brzydką pogodę park wart jest odwiedzenia. Killbear znajduje się bowiem w samym sercu Krainy 30 Tysięcy Wysp, a dekoracyjności dodaje mu fakt, że usadowiony jest na Tarczy Kanadyjskiej - jednej z najstarszych formacji geologicznych na Ziemi (2-4 mld lat). Skalna opoka przed 230 milionami lat ostatecznie wynurzyła się z praoceanu; przeorana przez lodowiec, smagana wiatrem, obmywana wodą, niszczona przez mróz i słońce - popękała więc, pokruszyła się, a jej część zmielona została w piasek, który fale wypłukały i przerzuciły w kierunku istniejącego dziś parku, tworząc u jego brzegów cudowne kwarcowe plaże.
 Choć park nosi nieco przerażającą nazwę, to spotkanie tu żywego czy martwego niedźwiedzia nie jest takie łatwe. Latem nie są one również tak groźne jak wiosną, bo mają w bród jedzenia w postaci jagód i grzybów, ale czasem zapuszczają się w okolice obozowisk, gdzie zdobycie pożywienia jest kuszące - wystarczy ukraść torbę z wiktuałami czy pobuszować po śmietnisku. Dlatego, gdy przybędziemy do tego parku, potraktujmy ostrzeżenia poważnie - nie trzymajmy w namiocie  jedzenia ani żadnych środków, które wydzielają zapachy, jak mydło, pasta do zębów, środek przeciw komarom - misie mają bardzo dobry węch i potrafią wyczuć interesujący ich zapach z bardzo dużej odległości. Jeśli w najbliższej okolicy nie będzie niedźwiedzi, to na pewno szkodę zrobią nam szopy pracze znane tu jako racoons. Dlatego wszystkie nasze zapasy żywności zamykajmy jednak w samochodzie.
 Choć przez cały okres pobytu w Killbear możemy nie ujrzeć żadnego niedźwiedzia, to traktujmy sprawę poważnie - tak jak one tego wymagają - są to prawdziwe, niebezpieczne drapieżniki, które mogą zranić, a nawet zabić dorosłego człowieka, a co dopiero małe dziecko. Warunkiem nr jeden jest niekarmienie niedźwiedzi. Takie stworzenie z biegiem czasu przyzwyczaja się do łatwego zdobywania pożywienia i gdy go nie dostanie - staje się niebezpieczne i buszuje po obozowisku nawet w środku dnia. Karmienie tych zwierząt w konsekwencji staje się dla nich wyrokiem śmierci, bo służba parkowa musi takie stworzenie odstrzelić. Jeśli więc kochamy niedźwiedzie - omijajmy je z daleka, a jeśli spotkamy się z nim oko w oko, to nie uciekajmy - dogoni nas z łatwością zawodowego biegacza; lepiej głośno krzyczeć, wymachiwać kijem i stwarzać wrażenie groźnego stworzenia - może to czasem zniechęcić misia do zawierania z nami bliższej znajomości.
 Rozpisałem się o niedźwiedziach nie bez powodu, choć w tym roku parku jeszcze nie odwiedzałem, to w ubiegłym w trakcie kilkudniowego pobytu w Killbear cztery niedźwiedzie zostały zwabione w pułapkę przez parkową służbę, uśpione i wywiezione daleko na północ - zanim wróciły, była już późna jesień...
***
 Park Killbear jest olbrzymi (1756 ha), zajmuje cały kilkunastokilometrowej długości półwysep oddzielający otwarte wody Georgian Bay od Parry Sound - zatoki, która bardziej przypomina oddzielne jezioro, bowiem z otwartymi wodami łączy ją kilkudziesięciometrowej szerokości przesmyk. Jeśli usiądziemy przy latarni, która postawiona jest u wejścia do zatoki, możemy wówczas obserwować ruch wycieczkowych statków, jachtów oraz kajaków z wioślarzami zwiedzającymi w ten sposób Krainę 30 Tysięcy Wysp.
 Parkowy półwysep z jednej strony wspina się wysoko ponad taflę jeziora. Wschodnia jego część oferuje więc doskonałe widoki, gdzie po horyzont rozciąga się klasyczna dla tego regionu panorama: zamieszkane wyspy, bezludne wysepki i wystające z wody olbrzymie głazy. W pogodny dzień można dostrzec stąd miasteczko ulokowane po drugiej stronie zatoki jeziora - Parry Sound. 
 Wschodni brzeg półwyspu obfituje w szerokie płytkie plaże. Rodziny z małymi dziećmi będą się na nich czuły wyśmienicie. Przy wjeździe do parku znajdują się wydzielone plaże dla "dziennych" gości, którzy w tym pięknym zakątku chcą urządzić piknik. Cumują tu również jachty i wielkie żaglowce, więc atmosfera panuje niecodzienna, jak w dawnych czasach. 
 W okolicy tej zalegają pokłady leczniczego błota; nie przestraszmy się bandy wymazanych od stóp do głów, zwykle młodych ludzi, dla których taplanie się w błotnistej mazi stanowi niezwykłą atrakcję.
 Plażowanie, pływanie kajakiem i canoe oraz wędkowanie to stałe punkty pobytu w Killbear. Jeśli jest się wędkarzem, trzeba przestrzegać lokalnych przepisów, które zabraniają połowu pewnych gatunków ryb (przede wszystkim pstrągów) na obszarze Parry Sound (można to jednak czynić na otwartych wodach Zatoki). Spowodowane to jest troską o utrzymanie populacji szlachetnych gatunków ryb, które prawie wyginęły w wyniku katastrofy, gdy kilkadziesiąt lat temu pękł rurociąg z ropą naftową położony na dnie jeziora. Nie była to tak wielka ekologiczna tragedia jaka teraz ma miejsce w Zatoce Meksykańskiej, ale zdegradowała najbliższe okolice na ćwierć wieku. 
 W ośmiu obozowiskach ulokowanych w pobliżu wód zatoki Georgian urządzono 882 miejsca pod namioty, a do 147 campsites doprowadzono prąd elektryczny. Chociaż opłaty za miejsca pod namiot są takie same, to różnice między jakością, urodą i dostępnością do plaż czy jeziora są olbrzymie. Generalnie warto unikać obozowiska Blind Bay. Jest ono ulokowane po północnej stronie półwyspu w pobliżu miejsca do spuszczania łodzi - będziemy więc świadkami nieustającej kawalkady wielkich pick-upów ciągnących do wody jeszcze większe łodzie. Ze "Ślepej Zatoki" wszędzie jest daleko i nie ma tu plaży, bo trudno nią określić dwumetrowy pasek z piaskiem w pobliżu skał. 
 Jeśli później poznamy uroki plażowisk w pobliżu Harold Point, Granite Saddle czy Lighthouse Point, to zrozumiemy, że zostaliśmy nabici w butelkę. Starajmy się więc o znalezienie miejsca pod nasz namiot lub kempingową przyczepę w innych niż Blind Bay campground. 
 W parku, oprócz plaż, atrakcję stanowią trasy spacerowe, wędrując nimi, lepiej poznamy urok tych okolic. Najbardziej malownicza i zarazem najkrótsza to ta wiodąca do latarni - Lighthouse Point Trail. Nieco dłuższa - 3,5-kilometrowa Lookout Point Trail - poprowadzi nas na wysokie wzniesienie, skąd jak z lotu ptaka zobaczymy całą zatokę.  Urządźmy sobie tu również kajakową wycieczkę wśród wysp. Wypożyczalnia canoe znajduje się co prawda poza parkiem (przy sklepie oddalonym od bramy Killbear o dwa kilometry), ale ceny są bardzo przystępne. 
 Dojazd z Toronto do Killbear trwa 2,5 godziny; autostradą 400, a następnie za  Parry Sound skręcamy w lewo w County Road 559.
Jerzy Rosa
Mississauga

 Przewidywalny partner?
Polityk nigdy nie powinien się obrażać na społeczeństwo; jeśli przegrywa, to tylko z własnej winy, bo nie był dość silny. 
 Jarosław Kaczyński w ostatnich wyborach jednak wygrał. Nie, nie dlatego, że zdobył stanowisko, bo nie zdobył, lecz dlatego, że doprowadził do najlepszej sytuacji z punktu widzenia swego obozu politycznego.
 Po pierwsze, wywołał mobiliza-cję, dzięki której ludzie mogli się poznać i jednoczyć.
 Po drugie, zamiast osiąść na ceremonialnym stanowisku, pozostał aktywnym politykiem opozycji i liderem swej partii. Z Kaczyńskim prezydentem, PiS miałby spore kłopoty. Jest to partia owinięta wokół palca Kaczyńskiego, a lider ma awersję do oddawania pola kolegom - boi się, że mu ktoś wyrośnie pod bokiem. A więc sytuacja taka prowadziłaby do intryg wewnątrz PiS-u, wojen podjazdowych i awansowania miernot. A tak, Kaczyński pozostaje bezpiecznie u steru i może spokojnie wytyczać kurs na najbliższe wybory.
 Po trzecie, wybory prezydenckie oddały "całą władzę w ręce rad", a więc, podczas wyborów parlamentarnych w 2011 roku łatwo będzie obóz rządzący rozliczać za niedostatki i niepowodzenia - zrzucić nań odpowiedzialność za wszystko co w Polsce złe.
 Oczywiście, wygrana Komorowskiego ułatwi "grupie trzymającej władzę" przeprowadzenie wielu projektów, szkodliwych dla suwerennej Polski. Układ obecnej władzy PO wpisze kraj w rosyjsko-niemiecką rozpiskę z elementami proamerykańskich podchodów.
 Wybory prezydenckie wykrystalizowały dwa obozy Polaków. Jeden, który popiera status quo - PO - ponieważ chce wieść spokojne życie pracowników najemnych - w domniemaniu - bogatej Europy. I drugą, która pamięta Polskę ze starych portretów, jako spadkobierczynię mocarstwa środkowoeuropejskiego z ambicjami do odgrywania samodzielnej roli w tym miejscu Europy, broniącej własnej tradycji i sposobu życia.
 Można było usłyszeć  opinie, że nie ma co walczyć (w znaczeniu stawiać się), ponieważ Polacy nigdy nie potrafili nawet wykorzystać zwycięstw, jakie odnosili. Po co się szarpać, to tylko pogorszy nasze położenie. Tak więc zrozum Polaku drogi, że jest, jak jest, i uświadom sobie, że za Twojego życia nie będzie inaczej. Zrób karierę, wybuduj dom, spłódź jakieś potomstwo jedno, drugie i ciesz się, że pan jest łaskawy, zamiast kąsać rękę karmiącą. To, że od czasu do czasu trzeba przyklęknąć i ładnie podziękować czy pokłonić się w jakąś stronę - co to szkodzi? 
 Zgoda buduje, dlatego zgodzimy się z tym, co każą Niemcy i proponują Rosjanie, zgodzimy na dyrektywy płynące z Brukseli i porady, jak najle-piej przystosować polską gospodarkę do  planu, w którym nie będzie stanowiła zagrożenia dla przemysłu niemieckiego czy rosyjskiego eksportu surowcowego.
 Zgoda buduje, to znaczy zaakceptujemy porządek tego świata, stworzony przez uwłaszczonych na krwawicy kilku pokoleń Polaków oficerów WSW i potem WSI z koneksjami w KGB.
 Nie ma się co szarpać, człowiek nic sam nie zmieni.
 Z drugiej strony, jest w Polsce spora grupa ludzi młodych, która wychowała się na  literaturze starej Polski - tej co to zawsze chciała być niepodległa; tej, co broniła się zacięcie do ostatniego naboju, i tej która od setek lat rozdawała karty w tej części świata.
 Duch tej Polski odżył za sprawą katastrofy smoleńskiej i to przez tę Polskę Jarosław Kaczyński zdołał prawie wygrać. To jest prawdziwy etos polskiej elity. Nie tej zaprzedajnej spłodzonej przez tatusiów dowiezionych na ruskich czołgach, lecz elity narodowej, niedobitej przez Katyń i Powstanie Warszawskie, która być może błądziła i myliła się wiele razy w historycznych wyborach, ale bez której Polski by dzisiaj nie było.
 Dzisiaj widać wyraźnie, że Polska podzieliła się na pół; widać, jak liczna jest ta grupa "Polaków inaczej", wyjałowionych i wypranych z ideałów wielkiej Polski; "Polaków inaczej", którzy zioną jadem i plują na widok dumnie podniesionych sztandarów; Polaków, którzy radzi byliby zniżyć nieco głowę orłu z godła i wmontować go w kilka europejskich symboli, aby mniej rzucał się w oczy.
 Najlepszą recenzję polskich wyborów stanowi reakcja stolic cudzoziemskich. Niczym w okresie bezpośrednio przed zaborami, dzisiaj  sąsiedzi się cieszą, że Polska pod Komorowskim nie będzie "sprawiała kłopotów" i będzie "przewidywalnym partnerem".
 Elita, która wyrasta z narodu, ma mu służyć, ma się o niego troszczyć. Czy radość w Berlinie czy Paryżu może się brać z przekonania, że obecna elita rządząca będzie zabezpieczać interesy Polaków? Czy raczej stąd, że będzie posłuszna w narzucaniu Polsce obcych rozwiązań?
 Jeszcze Polska nie zginęła - bo wielkie pokolenie solidarnych 2010 podniosło głowę.To pokolenie wyda z siebie nowych przywódców, którzy podniosą z błota zbrukane proporce.
 Wynik wyborów 4 lipca pokazał, że można mieć nadzieję.
 Andrzej Kumor
Mississauga
 
 

GONIEC, NR 26/2010

 Je vote pour le plus bete?
 "Dziś moja moc się przesili. Dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko dumny". To znaczy jeszcze nie dziś, tylko nad ranem z soboty na niedzielę 4 lipca, każdy z kandydatów na tubylczego prezydenta będzie mógł powtórzyć te słowa za mickiewiczowskim Konradem. Tak czy owak, okaże się, że jeden nie jest najwyższy, a czy dumny...? W pamiętniku pewnej arystokratki - ale w odróżnieniu od pana marszałka Komorowskiego, który ostatnio przestał się upierać przy hrabiowskim tytule, takiej prawdziwej - czytamy, że będąc panienką ("Gdybym był panienką, gdybym był panienką, miałbym głosik cienki i koszulkę cienką" - śpiewał Tadeusz Chyła), była bardzo dumna. Do tego stopnia, że aż odczuwała z tego powodu skrupuły, z których któregoś razu zwierzyła się spowiednikowi.  - To pewnie pochodzisz z bardzo zasłużonej, historycznej rodziny - dociekał spowiednik. - Trochę historyczna rzeczywiście jest, ale znowu żeby tak bardzo zasłużona, to niekoniecznie - odpowiedziała penitentka. - To pewnie twoi rodzice mają jakieś wybitne osiągnięcia? - Nie są bezbarwni, ale żeby znowu coś wybitnego, to nie, stanowczo nie - odpowiedziała szczerze dziewczyna. - No to pewnie ty sama jesteś bardzo mądra, albo przynajmniej ładna - nie ustawał spowiednik. - Nie narzekam, ale też cudów nie widzę. - Moje dziecko - odparł spowiednik. - Ty wcale nie jesteś dumna, tylko głupia, a to nie grzech!
 Więc po ostatecznej, rozstrzygającej debacie, jaką przeprowadzili między sobą kandydaci przy udziale niezależnych dziennikarzy, reprezentujących co najmniej dwie, a być może nawet trzy mafie (celowo używam określenia "między sobą", bo te monologi trudno nazwać dyskusją), można powiedzieć, że żadnych powodów do dumy nie ma. Kandydaci w gruncie rzeczy spierali się o różnicę niekompetencji między swoimi partiami. Jeśli pan marszałek Komorowski zaczął na przykład tak: a pański rząd, albo - a pańska partia, zrobiła to czy tamto (oczywiście jakieś głupstwo), albo nie zrobiła tego czy owego (co w mniemaniu pana marszałka uchodziło za mądre i pożyteczne) - to pan prezes Kaczyński albo rozpoczynał od dementowania, albo nawet specjalnie się nie fatygując, odpowiadał panu marszałkowi pięknym za nadobne - że rząd premiera Tuska, albo że Platforma Obywatelska zrobili to, czy nie zrobili tamtego... W ten sposób powstało wrażenie niemal idealnej symetrii w niekompetencji, dzięki czemu każdy mógł zorientować się w przyczynach, dla których tak wielu obywateli jest niezadowolonych ze swojego państwa. Ciekawe, że podczas tej debaty nawet pan marszałek Komorowski wydawał się niezadowolony z funkcjonowania państwa, na czele którego nieoczekiwanie stanął - wbrew temu co nam stręczył w przemówieniu wygłoszonym w dzień 3 maja - że niby mamy być z naszego państwa dumni. Jak się okazało - wyszło szydło z worka.
 Oczywiście podstawowym celem debaty było pozyskanie głosów obywateli jeszcze nieprzekonanych, dlatego obydwaj kandydaci udzielili solennego imprimatur wszystkim, nawet najgorszym, byle tylko dostatecznie rozpowszechnionym przesądom społecznym i gospodarczym, udowadniając w ten sposób, że żaden z nich nie jest wybitnym mężem stanu - bo mąż stanu wykorzystałby taką okazję do przekonania obywateli do rzeczy słusznych, rozsądnych i pożytecznych. Próżno jednak marzyć o tym - nie tylko zresztą u nas, ale we wszystkich innych państwach uprawiających demokrację polityczną, to znaczy - rządy bezpieczniaków, maskowane wysuniętymi na pierwszy plan gangami mężyków stanu, wśród których - jak zauważył Gałczyński - "wciąż te same twarze - oszusta i potępionego". Ponieważ jednak obydwaj kandydaci w licytacji w popieraniu najgorszych przesądów również zachowali symetrię, ludziom hołdującym najgorszym przesądom nie będzie łatwo między nimi wybrać. Nie ma co ich żałować, "tu l'as voulu Georges Dandin", co polskie przysłowie wyraża inaczej: jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.
 Jedyna różnica, jaką udało mi się zauważyć między kandydatami, to pewne wrażenie. Otóż prezes Jarosław Kaczyński sprawiał wrażenie bardziej samodzielnego od marszałka Komorowskiego, który z kolei sprawiał wrażenie, jakby nie zawsze był pewien, co wolno mu powiedzieć, a czego nie. Być może to tylko wrażenie, niemniej jednak wsparte solidnymi poszlakami - jaką np. była deklaracja generała Marka Dukaczewskiego, szefa WSI, których,  jak wiadomo, już "nie ma". Odgrażał się mianowicie, że w razie zwycięstwa marszałka Komorowskiego otworzy sobie szampana. To właśnie inny kandydat na prezydenta, Janusz Korwin-Mikke, uznał za decydujący powód, by głosować na Jarosława Kaczyńskiego. Inna rzecz, że nakazał przy tym "zamknąć oczy i zatkać uszy". Jest to rada bardzo rozsądna, zwłaszcza po ostatniej wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego w Sosnowcu, kiedy to w nadziei na uzyskanie poparcia Adama Gierka, syna byłego I sekretarza KC PZPR, oświadczył był, że Edward Gierek wprawdzie był komunistą, ale patriotą. Warto przypomnieć w związku z tym, że Edward Gierek w roku 1975 przeforsował zmianę konstytucji, wychodząc w ten sposób naprzeciw oczekiwaniom Leonida Breżniewa. Jak pamiętamy, chodziło o wpisanie do konstytucji przewodniej roli PZPR w budowie socjalizmu i wiecznego sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Być może prezes Kaczyński nie miał takiej intencji, ale niepodobna nie zauważyć, że o ile zapis o przewodniej roli PZPR miał na celu monopolizację sceny politycznej w Polsce, to wiele posunięć prezesa Kaczyńskiego, podobnie zresztą jak Platformy Obywatelskiej, zmierza do oligarchizacji tej sceny - co jest formą jej monopolizowania. Jeszcze większe podobieństwo widzimy między wpisaniem do konstytucji wiecznego sojuszu z ZSRR a ratyfikowaniem Traktatu lizbońskiego - bo zarówno jedno, jak i drugie zmierza do pozbawienia Polski politycznej suwerenności, a kto wie, czy również nie zewnętrznych znamion niepodległości. To może nawet dobrze, że prezes Kaczyński to powiedział, bo dzięki temu lepiej rozumiemy, co on rozumie przez patriotyzm. W takim przypadku podział ról między PiS, czyli obozem płomiennych patriotów - obrońców interesu narodowego, a PO, czyli obozem zdrady i zaprzaństwa, wydaje się niezwykle prawdopodobny; PO będzie nas sprzedawać pod hasłem europeizacji i modernizacji, podczas gdy PiS - pod hasłem patriotycznej obrony interesu narodowego. W tej sytuacji rada, by podczas głosowania zamknąć oczy i zatkać uszy, wydaje się nie tylko rozsądna, ale i zbawienna.
 No dobrze - ale na kogo głosować? Ponieważ nie mamy w tej mierze żadnych wskazań od naszych duchowych przywódców, którzy ustami nowego prymasa Polski, w swoim czasie, naturalnie "bez swojej wiedzy i zgody" zarejestrowanego pod pseudonimem Cappino, zadeklarowali ścisłą apolityczność, to musimy posłużyć się wskazówkami płynącymi z innych źródeł. Nawiasem mówiąc, podczas ingresu nowego prymasa w gnieźnieńskiej katedrze, na honorowych miejscach widać było Lecha Wałęsę, w swoim czasie - oczywiście "bez swojej wiedzy i zgody" - zarejestrowanego pod operacyjnym pseudonimem Bolek, Aleksandra Kwaśniewskiego, w swoim czasie - oczywiście "bez swojej wiedzy i zgody" zarejestrowanego pod operacyjnym pseudonimem Alek oraz Józefa Oleksego,  w swoim czasie - oczywiście "bez swojej wiedzy i zgody" zwerbowanego do AWO (Agenturalny Wywiad Operacyjny), tak że do kompletu brakowało tylko generała Wojciecha Jaruzelskiego, w swoim czasie - oczywiście "bez swojej wiedzy i zgody" zarejestrowanego przez Informację Wojskową pod pseudonimem operacyjnym Wolski. Mimo deklaracji apolityczności stwarza to wrażenie osobliwego sojuszu tronu i ołtarza, a więc kombinacji par excellence politycznej - jak przystało na państwo okupowane przez razwiedkę. Ale mniejsza o to,  bo - na kogo właściwie głosować?! Proponuję kierować się wskazówką wybitnego polityka francuskiego Jerzego Clemenceau, który zapisał się złotymi zgłoskami na kartach historii Francji, zwłaszcza podczas I wojny światowej. Jerzy Clemenceau w sprawie głosowań miał żelazną zasadę, której konsekwentnie się trzymał, a mianowicie: je vote pour le plus bete, co się wykłada, że głosuję na głupszego. Może ta motywacja nie dostarczy zwycięzcy tych wyborów specjalnych powodów do dumy, ale rezultat też się przecież liczy - a nawet jeszcze bardziej.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl 

 Joanna Wasilewska
Kanadyjczycy jak pstrągi
Kolumny uzbrojonej po zęby policji, łoskot walących po tarczach pał. Obrazy mojej młodości z Polski lat 80. Ale to Toronto A.D. 2010. Szczyt G-20 i ufortyfikowane miasto. 10 tys. ludzi wyszło na ulice, by protestować. Przeciwko czemu? Były i proaborcjonistki, eksponowane przez wszystkie stacje, i anarchiści spod znaku czerwonej flagi i Mao, i organizacje religijne, i ludzie przeciwni temu, co na tym szczycie o ich życiu postanowią możni tego świata. Z większością tych ludzi się nie utożsamiam, ale szanuję ich prawo do protestu. Jak powiedział Wolter, mogę nienawidzić twoich poglądów, ale dam się zabić za twoje prawo do ich głoszenia. Natomiast jedno ich wszystkich łączyło, chęć aktywnego uczestniczenia w społecznym życiu. I tacy ludzie stają się niebezpieczni, takich ludzi trzeba spacyfikować, wyselekcjonować, pobrać odciski palców, sfotografować, przestraszyć. Rząd na ochronę szczytu wydał miliard dolarów i nikt mi nie wmówi, że kilkadziesiąt tysięcy policjantów nie mogło poradzić sobie z grupką ok. czterdziestu zamaskowanych chuliganów, uzbrojonych w kije i młotki, rozbijających szyby i palących samochody. Ten wandalizm był potrzebny, żeby usprawiedliwić akcję przeciwko spokojnym demonstrantom. Policja bez wiedzy obywateli otrzymała specjalne uprawnienia. Utrudniano dostęp do miejsca demonstracji, przeszukiwano torby, legitymowano, lano pałami po twarzy, gazowano. Brutalnie aresztowano prawie 1000 osób, nie tylko uczestników protestu, ale też dziennikarzy z legitymacjami prasowymi, turystów, przypadkowych gapiów, w tym nieletnich. Przetrzymywano w tymczasowym areszcie bez możliwości kontaktu z adwokatem, innych, skutych, parę godzin w ulewnym deszczu. 
 Christopher dla stacji CP24: Wiele lat myślałem, że policjant, na którego płacę podatki, jest przyjaznym mi człowiekiem, ma mnie chronić. W czasie G-20 uzmysłowiłem sobie, że jestem więźniem we własnym domu (mieszkam w strefie wydzielonej), że ograniczono moje prawa, rewidując mnie parę razy i nachodząc w mieszkaniu, wreszcie, że ja przed tym policjantem zacząłem odczuwać strach.
 Kobieta dla CP24: Stałam obok niszczonych i palonych samochodów, policja nie reagowała w ogóle, choć mogła zapobiec temu wandalizmowi.
 Ale były i takie: Ten park (chodzi o park, w którym zbierali się protestujący - J.W.) jest dla rodzin i dla naszych zwierząt, nie chcemy tu takich ludzi, którzy zakłócają nam i w całym mieście spokój. 
 Takich głosów jak ten ostatni słyszało się najwięcej, chociaż nie było ich np. w czasie rozgrywek hokeja o Puchar Stanleya, kiedy rozwydrzeni kibice zrobili w Montrealu demolkę na kilkaset milionów dolarów, a aresztowano wtedy tylko kilkanaście osób. 
 Co z tych wydarzeń wynika? Ano, że Kanada staje się państwem policyjnym, i w dodatku przestaje się z tym kryć. Miliard dolarów wydano z naszej kieszeni na przećwiczenie pacyfikacji nas samych. A będzie niedługo co pacyfikować, jak ludzie się zorientują, co się im szykuje. Konserwatywny rząd, na który notabene głosowałam, z organu przeznaczonego do rozdysponowania naszych pieniędzy ku naszemu pożytkowi, przekształcił się w fundację charytatywną finansującą międzynarodowe korporacje, banki i mieszkańców innych państw. Na szczycie postanowiono ograniczyć deficyt o połowę, dwa i pół miliarda pójdzie na nieokreślone programy opieki nad matką i dzieckiem w krajach Trzeciego Świata itp. pomysły. My za to będziemy musieli zapłacić, albo przez drastyczne zwiększenie podatków, albo przez drastyczne cięcia np. w służbie zdrowia.
 I jeszcze jedna konstatacja. Tych kilkadziesiąt tysięcy policjantów opłacanych z naszych podatków nauczyło się, że kanadyjski obywatel nie ma żadnych praw, że policjant nie pełni roli służebnej, a jest kimś stojącym wyżej w hierarchii społecznej i w dodatku jest bezkarny. Jeśli ktoś myśli, że jego to nie dotyczy, bo siedzi grzecznie w domu, to przypominam przypadek Dziekańskiego.
 Jednej z aresztowanych policjant powiedział, że stosują prewencyjną metodę "catch and release". Kanadyjczycy jak pstrągi, zaczęli podlegać pod kartę wędkarską, a nie Kartę praw i swobód. W poniedziałek odbyła się prawie dwutysięczna demonstracja w proteście przeciwko akcji policji. Nie było aresztowań, był akurat dzień ochronny dla pstrąga.
Joanna Wasilewska
Goniec

 Andrzej Załęski
POLEN  RAUS!
Otrzymuję bardzo dużo hiobowych wiadomości z kraju o rugowaniu całych rodzin i pojedynczych osób z domów, które zamieszkiwali od pokoleń, z mieszkań komunalnych, wreszcie z gospodarstw rolnych. Sądy ferują wyroki eksmisji w większości na korzyść wnioskodawcy, a gdy znajdzie się sędzia o wysublimowanej wrażliwości na ludzkie nieszczęścia i wyda wyrok korzystny dla pozwanych, sąd apelacyjny ten wyrok uchyli. W grupie roszczeniowej przeważają Niemcy i Żydzi, ale nie brakuje np. Czechów czy Ukraińców. W przypadku Niemców i Żydów wiadomo, że prawowity właściciel posesji dawno nie żyje, a roszczenia wnoszą jego dzieci, wnukowie, nawet prawnukowie. Sądy nie sprawdzają wnikliwie tożsamości roszczeniodawców, ich rzeczywistych koligacji rodzinnych z nieżyjącym właścicielem, a te, jak wiemy, w dobie doskonałej techniki można zawsze spreparować. Po prostu nie można wykluczyć mistyfikacji przedłożonych dokumentów i podanej tożsamości.
 Pieniądze przemawiają. To powiedzenie można odnieść do doskonałych fałszerzy rozsianych po całym świecie, wyposażonych w nowoczesne laboratoria, dla których podrobienie waluty czy paszportu jest swoistym treningiem przeznaczonym do trudniejszych zadań. Jakoś nie mogę uwierzyć, że Żyd "właściciel posesji", który przeżył getto i zginął w komorach gazowych w Auschwitz-Birkenau czy w Treblince, miał czas przechować stosowne zaświadczenia własności. W 1944 roku Niemcy spalili Zamek Królewski w Warszawie, a z nim wszystkie archiwa hipoteczne z całego kraju. Ukryte były w piwnicach. Bez wątpienia było zasadniczym błędem komasować te dokumenty w jednym miejscu. Niefrasobliwość ówczesnych urzędasów i bezmyślność była zalążkiem obecnych tragedii wielu mieszkańców Polski. Opcją pośrednią było rozmieścić archiwa w klasztorach bądź w innych miejscach z dala od działań wojennych.
 W sądach czeka obecnie na rozpatrzenie setki spraw roszczeniowych, o zwrot budynków, ziemi, zwrot kosztów użytkowania budynków i ziemi ornej, zwrot kosztów za uszkodzenia wynikłe z wieloletniego użytkowania. Nie muszę nadmieniać o wyjątkowym cynizmie wnioskodawców. Polskie kolejne rządy po prostu pozwoliły na takie działania. Ich przedstawiciele nie posiadali predyspozycji i umiejętności w rozwiązaniu tego węzła roszczeń! Przed wojną nad Donem w ZSRS mieszkało 1,2 mln Niemców i około 3 mln "braci w wierze". Zostali wysiedleni, a w ogromnej większości eksterminowani w gułagach. Potomkowie jakoś nie kwapią się z wysuwaniem roszczeń do Rosji putinowskiej. Prawdopodobnie wielu z nich odbyłoby swoją ostatnią podróż i są tego świadomi. Słaba Polska z mięciutkimi władykami czy przekupnymi kacykami, stanowi doskonały cel na zrobienie dobrego geszeftu. Cytat z przemówienia jednego z rabinów na posiedzeniu diaspory z Nowego Jorku: "Polacy są za mali, żeby wygrać z diasporą! Nasze dzieci wracają do Polski i upomną się o swoje"!
 Ani jeden z urzędujących premierów w przedziale od 1989 do 2010 r., nie wniósł do Sejmu projektu ustawy blokującej wydziedziczanie mieszkańców Polski z ziemi lub budynków. Jedynym człowiekiem, który na jakiś czas zastopował roszczenia niemieckie madame Steinbach, był Lech Kaczyński, gdy pełnił jeszcze funkcję prezydenta Warszawy. Na naciski z Niemiec powołał komisję, której zadaniem było obliczenie strat w Warszawie w wyniku napaści Niemiec na Polskę w okresie 1939-1945. Komisja oszacowała tylko zniszczenia w budynkach i infrastrukturze przemysłowej, nie obliczając strat własności prywatnej i strat moralnych. 
 Wysokość odszkodowania, o które Polska może wystąpić, wynosi 80 mld dolarów USA! Nie przedstawiono rachunku zniszczeń za inne miasta polskie. Za wsie i fabryki, za wywiezione dobra narodowe. Po tych działaniach prezydenta, Steinbach ze swoją organizacją związkową  nabrała wody w buzię. Ale na jak długo? Rząd tchórzy politycznych, kłamców, lawirantów i sowieckich sługusów, nie jest zdolny do przeprowadzenia kompleksowych akcji wysunięcia roszczeń rekompensacyjnych za zniszczenia wojenne. Żydzi to dawno zrobili za Holokaust i rocznie otrzymują 7 mld dolarów. A rodziny polskie przeżywają dramaty i nierzadko kończą się te tragedie samobójstwem.

 DUKLA
 Dawne księstwo Dukli jest przepięknym średniowiecznym miasteczkiem. Miało swoje liceum ogólnokształcące, ośrodek zdrowia i piękny staroświecki budynek gminy. W wyniku zbiorczych roszczeń żydowskich, sąd krośnieński, dalej rzeszowski, orzekł przepadek budynków szkoły, gminy i ośrodka zdrowia na rzecz wnioskującej grupy żydowskiej. Wydziedziczony burmistrz po naradzie z mieszkańcami postanowił wybudować nowy budynek gminy, nową szkołę i nowy ośrodek zdrowia. Mieszkańcy ze starego rynku muszą się wynieść, oddając budynki żydowskim właścicielom. Gorzej będzie ze środkami finansowymi, ponieważ rząd Tuska wycofał unijną pomoc dla Podkarpacia w wys. 250 mln euro z racji rewanżu za popieranie PiS-u przez 90 proc. mieszkańców. Tajemnicą poliszynela jest totalna korupcja sądów w Tuskolandzie. Skorumpowana Temida (mam dowody leżące w moim biurku) opiera się na ustawach okresu międzywojennego. Tam też znajduje się ustawa z roku 1920, a oparta na prawie austriackim, że w wypadku stwierdzenia korupcji urzędnika państwowego i przyjęcia korzyści majątkowej, urzędnik taki podlega karze śmierci przez rozstrzelanie lub 20 lat więzienia w mniej szkodliwym przekupstwie.

 WARSZAWA
 Kino "FEMINA" założone w roku 1965 w nowoczesnym budynku mieszkalnym wybudowanym na miejscu długo stojącego gruzowiska. Wewnątrz budynku (kwaterunkowego) w przeważającej liczbie mieszkali emeryci. Roszczeniodawca, potomek Żyda, wygrał sprawę o zwrot gruntu, na którym stoi budynek. Miasto nie mogło przenieść budynku, więc po prostu budynek oddano z ziemią nowemu właścicielowi.
 Ci starsi ludzie u schyłku swojego życia otrzymali nakaz eksmisji. Muszą się wyprowadzić. Tylko gdzie? Miasto nie oferuje nic w zamian. W Kanadzie były takie przypadki, ale nowy właściciel otrzymał warunek zakupu mieszkań dla swoich lokatorów. Inaczej umowa przejęcia nieruchomości staje się nieważna!

 WARSZAWA - OCHOTA
 Roszczeniodawca - amerykański Żyd, założył 27 spraw w lokalnym sądzie o eksmisję lokatorów z przejętego budynku komunalnego. Oczywiście zaproponował alternatywę: czynsz 300 proc. wyższy od czynszu naliczonego przez miasto. Danuta, moja koleżanka, wraz z mężem wylądowała kątem u rodziny. 
 Jak każdy Polak, uprzednio zainwestowali w wyposażenie, w podłogi, ogrom pracy i pieniędzy. Zwrotu nie otrzymali.
 KAZIMIERZ
 Jest dzielnicą Krakowa, gdzie Kazimierz Wielki nadał prawa własności starozakonnym (chyba za waleczność na polach bitew jak naszym Tatarom). Kazimierz już teraz w całości przejęli potomkowie tych wybitnych przodków. Czyż nie można cofnąć dekretu królewskiego?
 "Dajcie temat, a znajdę paragraf" -  słowa wybitnego kanclerza Prus,  Bismarcka. O własność dopominają się klasztory i wyrokami sądów otrzymują nakazy  przejęcia własności. W wielu przypadkach wysiedlenia lokatorów nie należą do rzadkości. Ja mam pytanie do niedoinformowanych: czy nadal będą głosować w drugiej turze wyborów  na  nieudaczników i dyletantów, czy może pragną zmienić "Pana"? Wtedy nie będzie restrykcji i ograniczeń w spożyciu alkoholu, bo jak powszechnie wiemy, chlanie gorzały nie zostało zaimportowane z Niemiec czy Czech, lecz od  ochlapusów ze Wschodu w okresie dominacji rosyjskiej  pod zaborami. I jest do dzisiaj cechą narodową.
Andrzej Załęski
Toronto

  Sposób na weekend
Park The Pinery leży na zachód od Toronto, dlatego najłatwiej tu uciec, gdy staje się w tym mieście za gorąco i to nie tylko z powodu letniej już aury. W ubiegłym tygodniu naszą metropolię ogarnęło szaleństwo G20, a w tym miasto w swe posiadanie biorą "kochający inaczej" - uciekajmy zatem, gdzie poniosą oczy, by nie narazić siebie i swoich bliskich na gorszące sceny i niesmaczne sytuacje. 
Nie ma roku, bym nie odwiedził The Pinery Provincial Park - o jego powodzeniu i popularności latem decyduje przede wszystkim prawie 10-kilometrowa plaża, ale nie bez znaczenia jest tu także fakt, że do parku można bezkolizyjnie dojechać w ciągu 2,5 godziny, i to niezależnie od pory dnia i roku - do Grand Bend, miejscowości, koło której leży to urocze miejsce, prowadzi po prostu kilkanaście tras, a nie jak w wypadku parków położonych na północ i wschód od Toronto - jedna czy w najlepszym razie dwie.
 The Pinery Provincial Park swą nazwę zawdzięcza sosnowym plantacjom, które założono na jego terenie w latach 60. ubiegłego wieku.  Posadzono aż trzy miliony tych drzew, zmieniając całkowicie ekosystem. Dopiero w latach 80. ubiegłego wieku zauważono, że taka monokultura zagraża istniejącej tu unikatowej dębowej sawannie. Zaczęto usuwać nadmiar sosen i z biegiem lat pamięć o nich zachowana została już tylko w nazwie parku Pinery. Jest ich nadal wiele, ale zaczynają dominować dęby rosnące w wysokiej trawie pozbawionej krzewów i mniejszych drzew. Krajobraz "oak savanna" jest coraz rzadszy w świecie, bo zmienia się klimat i tylko w niektórych miejscach naszej planety ma jeszcze odpowiednie warunki do istnienia. 
 Sawanna z dębami pojawiła się na tym terenie przed 7000 lat. Choć nie było tu przemysłu i niszczącego przyrodę człowieka, to globalne ocieplenie panujące na Ziemi między 7 a 4 tysiącleciem spowodowało powstanie olbrzymich prerii porośniętych od czasu do czasu dębami. I choć teraz jest dużo chłodniej i bardziej mokro, to oak savanna nie zaginęła w Pinery, ponieważ park usytuowany jest na piaszczystym podłożu, a gorące lato umożliwia powstawanie od czasu do czasu pożarów, które są niezbędne dla istnienia tej przyrodniczej enklawy. 
 Sawannowy krajobraz został w Pinery odtworzony z całą pieczołowitością. Wymaga on nie tylko nasadzeń drzewostanu, ale także odpowiedniej pielęgnacji, której ważnym składnikiem jest właśnie pożar lasu. Regularnie podpalane poszycie pozwala rosnąć tym gatunkom roślinności, które są charakterystyczne dla dębowej sawanny, a samym drzewom pożar nie robi większej krzywdy, bo gruba kora chroni je przed wysoką temperaturą. Jedynym śladem są opalone od spodu gałęzie, które zamierają, dopuszczając do trawy więcej życiodajnego światła. 
 Leżący nad jeziorem Huron park ma długą, 10-kilometrową plażę, która do złudzenia przypomina wybrzeże Bałtyku; jezioro jest prawie zawsze rozfalowane, a piaszczyste wydmy i posadzone wokół nich sosny tylko to wrażenie pogłębiają. Park jest rozległy (2532 ha); na jego terenie znajduje się 1000 miejsc kempingowych (397 posiada swe ujęcia elektryczności), tworzących trzy obozy: Burley, Dunes i Riverside Campgrounds. 
 Dwa pierwsze ulokowane są nad brzegiem jeziora - blisko stąd do plaży, do której idzie się drewnianymi pomostami przerzuconymi nad wydmami. Pole namiotowe Riverside oddalone jest od jeziora o kilka kilometrów i znajduje się nad starym korytem rzeki Ausable. Jeśli zamierzamy łowić ryby i pływać canoe, to zarezerwujmy sobie miejsce pod namiot właśnie w tym obozowisku. 
 W obrębie parku znajduje się wiele wędrownych szlaków i 14-kilometrowa rowerowa trasa. Droga jest wyasfaltowana, więc nadaje się też do jeżdżenia na rolkach. Na miejscu jest wypożyczalnia rowerów i sprzętu pływającego. 
 Jak prawie w każdym parku znajdującym się w południowym Ontario, w Pinery można natrafić na poison ivy. Jest to wyjątkowo nieprzyjemna roślina, której dotknięcie wywołuje obrzęki na skórze i dotkliwe poparzenia. Indianie podstępnie podrzucali poison ivy swym wrogom do palących się ognisk - wdychany dym palonej rośliny wywoływał uczucie duszności. Unikajmy więc spotkania z tym chwastem - po przybyciu do parku poprośmy o parkową broszurkę, gdzie na 6 stronie uzyskamy więcej informacji i gdzie zamieszczona jest kolorowa fotografia poison ivy.
 Drugą plagą parków położonych nad wodą są komary. Jest ich chyba w tym roku mniej, ale nawet kilka tych natrętnych owadów potrafi uprzykrzyć najpiękniejsze chwile. Warto więc zaopatrzyć się w komarowe odstraszacze w aerozolu, a najlepszą ochroną jest gazebo z drobniutkiej siatki rozpięte nad kempingowym stołem. Dzięki niemu mamy też zabezpieczoną przestrzeń przed deszczem, bo choć lato ma być upalne, to od czasu do czasu z nieba może lunąć deszcz.
 Zdaje się, że w tym roku repertuar parkowych bolączek da się rozszerzyć. Prawdziwe zdumienie wszystkich przyjezdnych budzi fakt umieszczenia na wjazdowych budkach tablic z treścią: "We reserve the right to refuse service to anyone who is abusive or disrespectful towards staff". To było niegdyś niespotykane, by gości tak witać! W końcu to ja i wszyscy korzystający z prowincyjnych parków napędzamy kasę firmie Ontario Parks, a ceny za korzystanie z kawałka lasu rosną nieustannie - od lipca płacimy też 13-procentowy haracz dopisywany nam do rachunku - i jeszcze przy tym musimy uważać, by nie urazić delikatnych uczuć pracowników parku?! Ci zdają się nie przejmować swoimi obowiązkami - w ubikacjach jest brudno, brakuje papieru toaletowego, w centrum turystyczny straszą niedziałające ekspozycje, wypatroszone z pomocniczych urządzeń. Po prostu coś źle się dzieje i tylko piękno przyrody w Pinery nadal ratuje sytuację i łagodzi gwałtowniejsze reakcje na zaniedbania i restrykcje...
 Park w Pinery funkcjonuje okrągły rok. Zimą można tu przyjechać z biegówkami - 38 kilometrów przygotowanych tras nadaje się na zrzucenie zbędnych kilogramów - narciarstwo crossowe jest bowiem najlepszym sposobem na odchudzanie. Można tu zimą zostać na noc, zbudowano 100 specjalnie wyposażonych campsites oraz ocieplonych 12 jurt.  Jedynym ograniczeniem zdaje się być tylko wysoka cena za wynajem tych pomieszczeń (80 dolarów za jedną noc), ale są one już zarezerwowane na kilka miesięcy do przodu. Pinery nad jeziorem Huron jest bowiem jednym z najchętniej odwiedzanych parków w południowym Ontario - co roku odpoczywa w nim ponad 600 tysięcy ludzi - większość jednak latem. 
 Leniuchując w Pinery, warto na moment odwiedzić Grand Bend. Ta miejscowość zwana Florydą Północy bardzo przypomina nasz sopocki deptak. Przy głównej ulicy usytuowane są kawiarnie, sklepy, galerie sztuki, lodziarnie i puby z piwem całej miejscowości. Dzięki swemu położeniu nad jeziorem Huron, Grand Bend odwiedza w letnich miesiącach 50 tysięcy gości. Jest to dużo, zważywszy na to, że stałych mieszkańców jest tu tylko dwa tysiące. 
 Dojazd: z Toronto lub Mississaugi do Kitchener, potem do Stratford i stamtąd do Grand Bend. Z Grand Bend skręcamy na południe w drogę nr 21, która zawiedzie nas do parkowej bramy. Warto w podróż zabrać GPS i po minięciu Stratford skręcić w którąś z dróg prowadzących na północny zachód - odkryjemy tam nowe pejzaże, których nigdy byśmy nie zobaczyli, bo każdego przeraża plątanina dróg i strach przed zabłądzeniem - teraz korzystając z GPS-a, możemy delektować się okolicą i odwiedzać miejsca dotąd nieodkryte.
Jerzy Rosa
Mississauga

 Wojna każdego wyleczy 
Dziwne, ale jakoś niewiele osób pyta, skąd się wziął obecny kryzys?  Wiele słyszymy o tym, co musimy zrobić, aby uniknąć totalnej katastrofy, aby odzyskać przedrecesyjne siły. Ale bez ustalenia, co takiego wciągnęło nas do tego głębokiego bagna, trudno o rozsądną odpowiedź.
 Przeprowadźmy więc własną prywatną minianalizę makroekonomiczną.
 Od pierwszej połowy lat siedemdziesiątych dolar amerykański przestał być twardą walutą opartą na złocie i stał się pieniądzem tworzonym z niczego poprzez zapisy na kontach kredytowych banków. Dzięki temu politycy, którzy wcześniej dla sfinansowania swych brewerii musieli rozpisywać pożyczki narodowe (jak za czasów II wojny światowej) i podnosić podatki, otrzymali bezbolesną politycznie maszynkę do "robienia" pieniędzy. Wystarczyło powiększać zadłużenie publiczne i deficyt, aby mieć pieniądza na wszystko, co się zamani. Oczywiście sytuacja taka może łatwo doprowadzić do zbyt dużej podaży pieniądza i inflacji, przez co pustoszeją półki sklepowe i pojawia się czarny rynek. To Europa przerabiała już wcześniej - PRL również.
 Aby móc bezkarnie "drukować" nowe pieniądze, trzeba stworzyć im zbiorniki retencyjne, które zatrzymają część stworzonego tak kapitału i nie dopuszczą go na rynek. Do pewnego stopnia takim zbiornikiem jest nawyk oszczędzania. No, ale to dusi koniunkturę.
 W przypadku waluty amerykańskiej takim zbiornikiem był przede wszystkim jej globalny charakter - to, że wiele osób na całym świecie chowało miliardy dolarów w bieliznę na czarną godzinę, oraz to, że od lat 70. był to podstawowy pieniądz rezerwowy używany do rozliczeń w transakcjach zakupu ropy naftowej - chcesz kupić ropę, najpierw musisz kupić od Amerykanów ich zielone dolary. 
 Wkrótce ten mechanizm retencyjny przestał wystarczać. Ameryka prowadziła kosztowne wojny  i rozbudowywała programy ubezpieczeń społecznych.
 Wymyślono drugi zbiornik retencyjny, w którym przytrzymywano świeżo wydrukowany pusty pieniądz, tak aby uniknąć inflacji - było to państwo chińskie, które w zamian za dobrodziejstwa modernizacji zdecydowało się przyjąć tryliony dolarów, jakimi Ameryka płaciła za towary chińskie dumpingowo pchane na jej rynek (wcześniej za czasów Mao z Chinami rozliczano się w złocie lub w krytych złotem frankach szwajcarskich).
 To pociągnęło olbrzymie konsekwencje polityczne i nadmuchało czerwonego smoka do rozmiarów niespotykanych w historii.
 Ale to również Waszyngtonowi nie wystarczyło; państwo amerykańskie jak Gargantua  bez przerwy wołało jeść, bez przerwy potrzebne były nowe pieniądze, by płacić rachunki za ten wilczy apetyt.
 Potrzeby były palące, jak nigdy, wymyślono piramidkę polegającą na udzielaniu wszystkim bez wyjątku pożyczek hipotecznych. Ostatecznym zbiornikiem retencyjnym produkowanego elektronicznie pieniądza okazały się hipoteki domów.
 Pożyczek hipotecznych zaczęto udzielać na piękne oczy, bez żadnej wpłaty własnej. Co więcej, tak je formowano, by przez okres pierwszych  kilku lat oprocentowanie było zerowe albo żadne. Dzięki temu zabiegowi nawet ostatni dziad mógł sobie nabyć dom.
 Co to spowodowało?
 - Na rynku pojawiło się o 25 proc. kupujących dodatkowo, tych, którzy do tej pory mogli o własnym domu tylko pomarzyć, a nawet tacy, którzy nie bardzo wiedzieli, że w ogóle można mieć takie marzenia.  Przekonano ich, że gdy podpiszą stosowne papiery, będą mogli wprowadzić się do własnego lokalu.
 Lud rzucił się kupować, co - jak oczekiwano - doprowadziło do drastycznego wzrostu cen domów - pogłębiając dno finansowego zbiornika retencyjnego. Sztucznie wykreowany pieniądz wlewał się w rosnące dynamicznie hipoteki nieruchomości. Byle psia buda kosztowała miliony.
 Ponieważ wcześniej zadbano o to, by wzrostu cen domów nie wliczać do wskaźnika inflacji, na sztucznie niskim poziomie utrzymywano również stopy procentowe, jeszcze bardziej nakręcając cały mechanizm. Co więcej, wysoka wartość nieruchomości dawała nowe możliwości tworzenia kredytu komercyjnego i poprzez jego "zabezpieczenie" w napompowanych hipotekach.
 Kredyt wypływał szerokim strumieniem, prosperity na kroplówce podtrzymywana była przez lata.
 Od samego początku było wiadomo, że ten system wcześniej czy później runie, ponieważ został oparty na papierowych fundamentach.
 Jego autorzy nie mogli przecież stracić. Od tego mają władzę, aby zabezpieczyć swój interes. Stąd pomysł rozłożenia kosztów porażki równiutko na nas wszystkich plus na nowe przyszłe pokolenia podatników.
 Czy jest to mechanizm okradania ludzi z efektów ich pracy?
 Oczywiście! 
 I co z tego?
 Zawsze na świecie byli panowie i niewolnicy; w naszych czasach odbywa się to tylko trochę bardziej obłudnie. Niewolnicy, którymi skutecznie się stajemy, po odarciu  z prawa  decydowania o własności i zaprzęgnięciu w kierat wiecznie odnawialnego kredytu, nadal sądzą, że są ludźmi wolnymi.
 Kiedy się zorientują, że tak nie jest, będzie już za późno.
 Za sprawą opisanych wyżej mechanizmów, kiedy dzisiaj pytamy polityków, czy nadal mamy brać kredyt i "stymulować" gospodarkę, czy też może siedzieć w domu i ciułać grosz do grosza - bezradnie rozkładają ręce.
 Doszliśmy do niezłego zapętlenia i ci, którzy nawarzyli piwa, zastanawiają się, jak je wlać w nasze gardła. Prawdopodobnie nastąpi to już wkrótce przy okazji jakiejś większej wojny, żebyśmy przy tym zbytnio nie wierzgali.
 Andrzej Kumor
Mississauga
 
 
 

TEKSTY: ARCHIWUM 30
 
 



KONTAKT: 
tel. 905-629- 9738 
fax 905-629-9764
 e-mail: redakcja@goniec.net



.. .
webmaster