 |
| POWROT |
|
|
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net
Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6
Prenumerata na terenie Kanady:
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class
Mail.
***
Wydawca:
Goniec Inc. |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
.. |
|
|
|
Internetowa edycja, to tylko
niektóre materiały publikowane w "Gońcu" - w sieci www nie ukazuje się
pełna wersja naszego tygodnika wydawanego w objętość 56 stron formatu gazetowego.
|
GONIEC NR 34/2008
Między ostrzami potężnych szermierzy
"W Ołomuńcu, na Hilfstplatzu, gdym na warcie hm, hm, stał, wszyscy
mi się, hm,hm, dziwowali, sam się cesarz hm,hm, śmiał" - głosiła popularna
w swoim czasie w kołach wojskowych i biesiadnych piosenka.
Cesarze, podobnie jak i prezydenci, nieczęsto mają okazje do
śmiechu, ale i im też się czasem takie momenty przytrafiają. Ostatnio miało
to miejsce podczas ceremonii podpisywania w Warszawie porozumienia między
Stanami Zjednoczonymi i Polską w sprawie zainstalowania na polskim terytorium
amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Ceremionia składania podpisów została
poprzedzona sporem między tak zwanym dużym pałacem, czyli Pałacem nomen
omen Namiestnikowskim, w którym urzęduje i mieszka prezydent, a pałacem
"małym", czyli Kancelarią Premiera, w której urzęduje premier Donald Tusk.
Nie chodziło o to, kto ma porozumienie podpisywać, bo konstytucyjnie upoważniony
jest do tego rząd, ale gdzie - czy w "dużym", czy w "małym" pałacu. Na
podpisanie porozumienia zaproszony został prezydent, chociaż nie było jasne,
czy jako prezydent, czy jako osoba prywatna, bo Kancelaria Premiera zaproszenie
opatrzyła intytulacją: "Pan Lech Kaczyński". Jeśli nie była to zamierzona
złośliwość, to mamy namacalny dowód, że w Kancelarii Premiera pracują jakieś
nieokrzesane prymitywy bez cienia kindersztuby. Ciekawe, jak te urzędasy
zaadresowały zaproszenie dla Kondolizy?
Jak tam było, tak tam było, dość, że Kondoliza przyleciała do
Polski w towarzystwie ministra Sikorskiego. Ceremonia odbyła się w obecności
prezydenta, ale najsampierw po angielsku przemówił premier Donald Tusk,
a potem - też po angielsku - minister Sikorski. Ciekawe, czy Kondoliza
zrozumiała przemówienie premiera Tuska, bo prezydent zrozumiał na pewno,
o czym wnioskuję stąd, że na te lingwistyczne popisy parsknął śmiechem.
Sam się cesarz, hm,hm, śmiał. Tymczasem porozumienie z Ameryką oznacza,
że na polskim terytorium zostanie zbudowane stanowisko rakiet przechwytujących
balistyczne pociski. W zamian za to polskiego terytorium będzie chroniła
bateria rakiet "Patriot" do 2012 roku, a potem - nawet 19 baterii, jeśli
oczywiście Polska je sobie w Ameryce kupi. Nie jest to może dwustronny
sojusz wojskowy z Ameryką według klasycznych reguł wzajemnie zobowiązujący
do ściśle opisanych reakcji; porozumienie jest bardziej podobne do brytyjskich
gwarancji udzielonych Polsce w kwietniu 1939 roku, ale cóż począć? Mówi
się: trudno; jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Rosja
oczywiście demonstruje niezadowolenie, ale trudno było spodziewać się czego
innego; Rosja byłaby zadowolona tylko wtedy, gdyby Polska zgodziła się
na status "bliskiej zagranicy".
Niemcy na razie nic nie mówią, chociaż w niemieckiej prasie ukazują
się artykuły na przykład, że Rzesza Niemiecka prawnie nadal istnieje. Może
to nic nie oznaczać, ale może też oznaczać pierwsze poważne ostrzeżenie,
jako że w prasie rosyjskiej pojawiają się głosy, iż najlepszym wyjściem
byłby rozbiór Polski - bez precyzowania, w jaki sposób dokonać tej sztuki
dzisiaj. Pewną wskazówką co do tego sposobu może być telewizyjny występ
byłego ambasadora Izraela w Polsce, Szewacha Weissa, który wprost nie mógł
się nas nachwalić za odwagę i determinację podczas wojny w Gruzji. Już
tam Szewach Weiss bezinteresownie nikogo nie chwali, więc nie można
wykluczyć, że wiadoma "diaspora" liczy, iż przy ewentualnym rozbiorze jakiś
okruszek w postaci Żydo, czy chociaż Lublinlandu, o którym Niemcy,
to znaczy pardon - jacy tam znowu "Niemcy" - żadni "Niemcy", tylko zwyczajni
"naziści" myśleli jeszcze w 1942 roku, trafi im się i teraz.
Bo wygląda na to, że strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie
wytrzymało gruziński test całkiem nieźle. Wprawdzie niemiecka kanclerzyna
oświadczyła, iż rosyjska reakcja na gruzińską operację "przywracania porządku"
w Osetii Południowej była "przesadna", ale to może oznaczać, iż co do ZASADY,
była prawidłowa, tylko wojsko użyło zbyt dużych kalibrów przy bombardowaniach
powietrznych i artyleryjskich. W Tbilisi wypadało również Gruzinom
powiedzieć coś przyjemnego, więc pani kanclerz powiedziała, iż Gruzja będzie
mogła wstąpić do NATO. Zabrzmiało to szalenie rewolucyjnie, ale było to
tylko powtórzenie deklaracji z Bukaresztu, uznanej wtedy jako rodzaj szlabanu
dla Gruzji, która zresztą po rosyjskim obiciu jest znacznie dalsza od spełniania
warunków przynależności do Paktu, niż podczas bukareszteńskiego szczytu
NATO. Dlatego teraz istotne jest, czyja definicja Gruzji będzie przyjęta
na forum społeczności międzynarodowej - czy amerykańska - z Osetią i Abchazją
- czy rosyjska - bez Osetii i Abchazji.
W tej sytuacji zwycięskie fanfary w Warszawie brzmią chyba trochę
przedwcześnie, zwłaszcza że w cieniu gruzińskich batalii i amerykańskich
gwarancji zawartych w podpisanym właśnie z Kondolizą porozumieniu, zupełnie
nie została zauważona informacja, iż pan prezydent Kaczyński zdezawuował
Antoniego Macierewicza. Nie tylko bowiem nie opublikuje aneksu do Raportu
o rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych, ale uzasadnił swoją powściągliwość
tym, iż Antoni Macierewicz sporo w tym "aneksie" nakonfabulował. Jest to
powtórzenie zarzutów, jakie pod adresem Antoniego Macierewicza kierowała
razwiedka jeszcze przed przekazaniem aneksu prezydentowi. Być może zatem
te zarzuty były słuszne, ale równie dobrze można przyjąć, że pan prezydent
po prostu się do razwiedki dostroił. Czy dlatego, że część przewerbowała
się do CIA i Mosadu, a więc nie wychodząc wprawdzie ze złowrogiego "układu",
stała się "sojusznikiem naszych sojuszników"? Wszystko
to być może, zwłaszcza że dymisję ze stanowiska szefowej Kancelarii
Prezydenta złożyła również minister Anna Fotyga, zaś prezydent Kaczyński
dymisję przyjął. Niektórzy politolodzy twierdzą, że pani Fotyga została
spławiona w związku z przygotowaniami do reelekcji prezydenta Kaczyńskiego.
Te przygotowania mają polegać na eliminowaniu z otoczenia prezydenta osób
niechętnie widzianych przez "media", czyli agentów razwiedki odkomenderowanych
na odcinek frontu ideologicznego.
Jeśli to prawda, to i poświęcenie Macierewicza wydaje się lepiej
zrozumiałe. W każdym razie widać, żeśmy weszli między ostrza potężnych
szermierzy, których ze zrozumiałych względów musi śmieszyć postać wartownika
w Ołomuńcu na Hilfstplatzu, zwłaszcza gdy traktuje on swoją wartowniczą
służbę niezmiernie serio. Wtedy nawet sam cesarz nie może powstrzymać wesołości.
Stanisław Michalkiewicz
Warszawa
Nad brzegiem jeziora
Niektórzy ludzie przekonują, że nie warto poruszać żadnego tematu,
gdy niezbite wyrokowanie wydaje się niemożliwe. Ludzi ci traktują filozofię
lekceważąco, utrzymując, że stawianie pytań w obszarach niedostępnych naukom
ścisłym to tyle, co przelewanie z pustego w próżne. Mylą się.
Co ma w głowie człowiek, który poważnie traktuje filozofię? Czy
"filozofowanie" to tyle, co odrzucanie praktycznego wymiaru wiedzy? Czy
filozofia cokolwiek wyjaśnia? Pomaga w poznaniu i rozumieniu świata (i
człowieka) czy raczej przeszkadza? I czy w ogóle warto kusić się o próbę
udzielenia odpowiedzi na tak sformułowane pytania?
To ostatnie należałoby rozstrzygnąć w pierwszej kolejności. Ba!
Wypadałoby pokusić się o owo rozstrzygnięcie, nie korzystając ani z fizyki,
ani z biofizyki, ani nawet z chemii. Czy astrofizyki. Całą, bez wyjątku,
techniczną gałąź nauki należałoby odrzucić precz, pochylając się nad problemami
kluczowymi, granicznymi, tymi kształtującymi, świadomi tego jesteśmy czy
nie, rdzeń naszego oglądu rzeczywistości. Czyli - nad imponderabiliami.
Tym niemierzalnym i nieuchwytnym, mimo to wywierającym wpływ na nas i nasze
życie w stopniu, o którym nader często zapominamy, którego nie chcemy dostrzec
i którego na co dzień nie doceniamy.
Tylko gdzie mamy szukać imponderabiliów w naszym do cna stechnicyzowanym
świecie?
WYCZERPAĆ MORZE
Każdy niech szuka, gdzie tam sobie chce - albo niech podąża moim
śladem. Ja bowiem, kiedy tylko mam okazję, siadam nad brzegiem jeziora.
Na długo przed świtem, godzinę przed wschodem słońca. W porze, gdy odległości
dopiero zaczynają rosnąć, lecz cienie już umykają. Gdy wyczerpane gwiazdy
stygną i gasną, zaś mrok odpływa na zachód, ścigany bledniejącą poświatą
układającego się do snu księżyca. Gdy przestrzeń żywi się jeszcze ciemnością,
lecz niebo na wschodzie z wolna sinieje, łagodnie zakwita fioletem, splata
granatowe warkocze chmur, rozwija poszarpane, rubinowo-seledynowe wstęgi,
płonie wachlarzem różu, wreszcie roztapia w błękicie, eksplodując pożerającą
nieboskłon pręgą brzasku.
Siadam i pytam: jeśli na tym świecie nic nie jest konieczne,
to dlaczego w ogóle istnieje coś w miejsce nicości? Jeśli pojawiłem się
znikąd i donikąd zmierzam, czy moje istnienie nie jest absurdalne? A jeśli
jest, jaką ma wartość? A jaką wartość w takim razie mają wszystkie inne
istnienia?
Skąd przychodzimy i ku czemu zmierzamy? Co stanowi o istocie
człowieczeństwa, a co o naszej indywidualnej istocie? Czym jest człowiecza
jaźń? Kim tak naprawdę jest człowiek? Kiedy się zaczyna? W czym tkwi sedno
człowieczeństwa?
Wedle jakich reguł powinniśmy żyć, czemu w ogóle potrzebujemy
jakichś reguł i dlaczego chcemy to wiedzieć? Czym jest myślenie? Co to
znaczy myśleć samodzielne? A racjonalnie? Czy współczesny człowiek myśli
racjonalnie? A czym różni się myślenie oraz wnioskowanie porządne od pożądliwego?
Czy w życiu należy kierować się wartościami czy skutecznością?
A jeśli dwie wartości popadają w konflikt, wedle jakiego klucza powinniśmy
się wtedy orientować? Skoro to, co dobre, wzbogaca człowieka, a to, co
złe - niszczy go, czy w takim razie nieszczęścia współczesnych człowiekowatych
należy upatrywać w zaniku zdolności do odróżniania jednego od drugiego?
Zatem co to jest dobro, a co to jest zło? A czym jest prawda?
JAK W PRZEŁYK GĘSI
...I tak dalej, i tak dalej - przecież to ledwie wierzchołek
przeogromnej góry lodowej, drobny fragment wstępu, początek listy tematów,
których na gruncie nauk ścisłych, wyrzekając się filozofii, nie sposób
rozstrzygnąć.
Jaka, poza filozofią, inna dziedzina wiedzy wskaże człowiekowi
instrumenty, umożliwiające sfalsyfikowanie odpowiedzi na postawione wyżej
pytania, a jeśli nie sfalsyfikowanie odpowiedzi, to choćby próbę ich odmierzenia?
Która dziedzina wiedzy, wyzbyta kontekstu filozoficznego, da nam umiejętność
uzasadnienia przekonań? Nauczy krytycyzmu? Pozwoli oddzielić to, co wartościowe,
od bezsensu, który inni za wartościowy uznają? Pomoże przeanalizować własną
tożsamość, umożliwiając krytyczną analizę naszego indywidualnego losu?
Albo krytyczną analizę postępowania i losów innych ludzi?
Powiadają: "filozofia nie udziela żadnych odpowiedzi". Tych pytam:
a co z wartością życia? Sednem człowieczeństwa? Wartościowaniem? Proszę,
orzeknijcie, że to niepraktyczne bzdury, posługując się instrumentarium
rodem z fizyki. Czy tam biofizyki. Czy biochemii.
Owszem, rozpowszechnione dziś przekonanie sytuuje filozofię wśród
narzędzi niepraktycznych, potrzebnych człowiekowi jak delfinowi cygaro.
Lecz w mojej ocenie, przekonanie to charakteryzuje zbałamucone umysły,
którym wdrukowano, że papka współczesności, wtłaczana większości przedstawicieli
naszego gatunku niczym gotowana kukurydza w przełyk gęsi, to wszystko,
czego potrzebujemy. I że całą resztę, gdyby było trzeba, należycie objaśnią
gęsiemu stadu tak zwane "autorytety".
PRAKTYCZNE ABSTRAKCJE
Jeszcze raz: czy filozofowanie to to samo, co "przelewanie z
pustego w próżne"? Czy filozoficzne dywagacje donikąd nie prowadzą, a mózg
od nich jedynie galaretowacieje? Czy to wszystko, to tylko niepraktyczne
abstrakcje?
W takim razie zejdźmy z poziomu abstrakcji do konkretu. Zajrzyjmy
do szpitala, na oddział ratunkowy, gdzie trwa zwyczajna, gorączkowa krzątanina
lekarzy, pielęgniarek i personelu pomocniczego. Wsłuchajmy się w jęk syreny
karetki pogotowia, poobserwujmy akcję resuscytacyjną, spójrzmy na wyniki
badań. Wszystko zgodnie z lekarską sztuką? Znakomicie. Zatem: diagnoza,
zabieg, rekonwalescencja bądź śmierć.
Ale czy nie należy spojrzeć na to z innej perspektywy? Szerzej,
czy może: dokładniej? Postawmy pytania o naturę choroby. O cierpienie.
O istotę kontaktu lekarza z pacjentem. O sens podejmowania takich czy innych
zabiegów medycznych. O uporczywą terapię. O eutanazję. O życie i jego jakość.
Wreszcie o śmierć.
Czy medycyna da nam narzędzia, dzięki którym znajdziemy satysfakcjonujące
odpowiedzi na te pytania? Nie? To może biochemia? Albo biofizyka? Też nie?
W takim razie na czym mamy się oprzeć? Wszak od tych odpowiedzi zależą
bardzo praktyczne rozstrzygnięcia, co do tego nikt nie ma chyba wątpliwości?
***
Doprawdy: niechęć do filozofii nic nie mówi o potrzebie czy zbędności
filozofii, wiele mówiąc o ludziach, którzy filozofię odrzucają. Tymczasem
w moim przekonaniu, od czasu do czasu warto usiąść nad brzegiem jeziora.
Po to, by wyczerpać morze.
...Że co, że to paradoks? I że to niemożliwe? Wiem. Ale próbować
trzeba.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Zaczęło się od siekiery...
Mało kto wie, że Kanada - która teraz nie posiada własnej samochodowej
marki - w pierwszej dekadzie XX wieku wytwarzała swoje auta w wytwórni
McLaughlin. Właśnie mija dokładnie 100 lat od chwili, gdy w Oshawie powstały
pierwsze kanadyjskie pojazdy - i jak historia później oceni - ostatnie...
Wszystko zaczęło się od siekiery, a dokładniej - od jej trzonka, który
zmajstrował sobie przybyły z Irlandii chłop. Zachęcony obietnicą, że otrzyma
od kanadyjskiego rządu kawał uprawnej ziemi, w połowie XIX wieku do Tyrone
pod Peterborough zawędrował Robert McLaughlin. Już na miejscu okazało się,
że ta "uprawna ziemia" to porośnięty dziewiczym buszem rozległy las, który
trzeba wykarczować, by rodzina nie zmarła z głodu. Podobnie jak w Barry's
Bay, gdzie przybyli z Polski Kaszubi wyrąbywali sobie życiową przestrzeń
w Kanadzie, tak i ten zawzięty i pracowity Irlandczyk wziął się ostro do
pracy i zaczął zrąbywać i karczować drzewa. Do tej czynności potrzebna
jest dobra siekiera - prawidłowo wyważona i osadzona na doskonale wystruganym
trzonku. Ponieważ w składzie żelaznym można było nabyć tylko samo ostrze
- uchwyt Robert McLaughlin musiał sporządzić sam. Miał widać talent do
ciesielki, bo już wkrótce jego siekiery osadzone na własnoręcznie wykonanych
trzonkach stały się sławne w całej okolicy i zewsząd przybywali do Enniskillen,
gdzie znajdowała się farma Irlandczyka, inni świeżo przybyli imigranci,
by kupić tak doskonałe narzędzie pracy.
Następnym ważnym etapem w historii kanadyjskiego przemysłu samochodowego
(brzmi to może nieco ironicznie, ale tak właśnie było) stał się zamysł
stworzenia przez McLaughlina sań. Był to właściwie w tamtych czasach jedyny
środek transportu, ponieważ nie było dróg, zimą korzystano z zamarzniętych
jezior, by skrócić sobie drogę do Toronto, głównego centrum zaopatrzenia
w sprzęt rolniczy, potrzebny wiosną do uprawy pola. Robert McLaughlin interesował
się nowinkami technicznymi i podczas jednej z wypraw do metropolii przywiózł
sobie katalog, w którym znalazł opisy budowy powozów i sań. Zdecydował
się na konstrukcję sań, ponieważ dróg było mało, a budowa sań wydawała
się prostsza. Gdy już kończył swój projekt, odwiedził go sąsiad, który
namówił go, by ten sprzedał mu te sanie. McLaughlin wziął zaliczkę i wyznaczył
kilkudniowy termin odbioru gotowego dzieła, ponieważ potrzebne były okucia
i płozy, które miał mu dostarczyć okoliczny kowal. Ten robotę zawalił i
dosłownie w ostatniej chwili dostarczył brakujące części. Wtedy właśnie
Robert McLaughlin postanowił do swego warsztatu dobudować kuźnię, by uniezależnić
się od cudzej niefrasobliwości.
Stolarnia i kuźnia w obejściu McLaughlina zdominowała działalność
farmy, dlatego postanowił przenieść swój warsztat produkcji sań do Oshawy.
Tu infrastruktura drogowa była już bardziej rozwinięta niż pod Peterborough,
dlatego wkrótce zmienił profil produkcji i w 1876 roku założył w Oshawie
wytwórnię konnych powozów - McLaughlin Carriage Company. Gdy dorośli, w
przedsięwzięciu tym pomagali mu dwaj synowie - Samuel i George (trzeci
z synów Roberta McLaughlina, John, to również ważna osoba w historii Kanady
- w 1890 roku założył w Toronto pierwszą w Kanadzie wytwórnię gazowanej
wody i stał się fundatorem istniejącej do dzisiaj kompanii Canada Dry).
W 1901 roku firmie powodziło się doskonale, jej pracownicy mieli
dobre pensje, a księgowy kupił sobie nawet w Stanach Zjednoczonych nowinkę
- automobil. Po przejażdżce obu braci tym wehikułem stało się jasne, że
McLaughlin Carriage Company już wkrótce zmieni swój profil i zacznie produkować
auta. Głównym inicjatorem tego pomysłu byli synowie założyciela firmy -
on sam opierał się, twierdząc, że automobile to chwilowa moda, a do tego
smrodzą, są głośne i straszą konie...
Aż siedem lat trwał opór, prawdą jest też, że wcześniej firma
finansowo nie była przygotowana do możliwości produkcji aut. W tym czasie
do Stanów Zjednoczonych co pewien czas wybierali się Samuel i George McLaughlin,
by przyglądnąć się produkcji samochodów w USA. W końcu wybór padł na Buick
Motor Company, którym kierował zaprzyjaźniony z braćmi Billy Durant. Tak
- to ten sam Durant, który w 1908 roku stworzył z Buicka i Oldsmobile motoryzacyjnego
giganta General Motors, który dopiero sto lat później uległ Toyo-cie, a
przez całe dziesięciolecia liderował światowemu przemysłowi wytwarzającemu
auta.
Pierwsze próby współpracy nie powiodły się, umowę torpedowały
banki, które chciały przejąć akcje Duranta. Dopięły zresztą swego i na
parę lat ten menedżerski geniusz stracił kierownictwo nad swą firmą. Zdesperowani
braci McLaughlin postanowili sami rozpocząć produkcję aut, tworząc w 1908
roku McLaughlin Motor Car Company z siedzibą w Oshawie. Ciężka choroba
głównego inżyniera niemal nie pokrzyżowała planów, jednak na prośbę Samuela
ze Stanów przybyli na pomoc dwaj specjaliści przysłani tu przez Duranta.
Pierwsza seria 154 samochodów powstała w 1908 roku. Były to cenione teraz
na kolekcjonerskim rynku mclaughliny, które napędzane były silnikami buicka.
Sportowe sukcesy samochodów z wytwórni Buicka spowodowały, iż
specjaliści od reklamy zasugerowali właścicielom wytwórni, by do nazwy
auta dołączyć magiczne słowo "buick" - od następnego więc roku zaczęto
w Kanadzie wytwarzać wozy mclaughlin-buick, które stały się podstawą do
zacieśnienia współpracy z Amerykanami.
Tymczasem Durant tworzy razem ze znanym kierowcą wyścigowym ze
Szwajcarii - Louisem Chevroletem kolejną firmę, by odzyskać panowanie nad
General Motors. Genialne posunięcie udaje się, ludzie kupują dobrze zareklamowane
wozy, a sam szef staje na czele GM-a. Planuje otwarcie wytwórni w
Toronto, ale bracia McLaughlin proponują mu usługi swojej firmy. W trakcie
jednej wizyty w Nowym Jorku następuje podpisanie umowy, z której wynika,
że zakłady McLaughlin Motor Car Company stają się częścią General Motors.
W umowie jest tylko jeden warunek narzucony przez Duranta: szefem kanadyjskiej
firmy ma zostać Samuel, a jego zastępcą - George McLaughlin. Sam McLaughlin
pełnił rolę rzeczywistego dyrektora do 1945 roku i zmarł w 1972 w wieku
stu lat, pełniąc do końca życia funkcje chairmana.
Po stu latach w Oshawie nadal rezyduje General Motors. Choć ciężkie
czasy dotknęły srogo tego kolosa, to zatrudnia on nadal ponad 20 tysięcy
Kanadyjczyków, a na terenie Ontario znajduje się siedem zakładów General
Motors, gdzie składa się samochody oraz wytwarza komponenty do ich produkcji.
Choć Kanada nie produkuje żadnego własnego auta, to właśnie tu
powstają takie GM-owskie marki, jak: buick allure, chevrolet impala, pontiac
grand prix, chevrolet equinox, pontiac torrent, chevrolet silverado i GMC
sierra. A wszystko zaczęło się od zwykłego trzonka do siekiery...
Jerzy Rosa
Mississauga
Dryfujemy w ciemnościach
Znajomy przez telefon tłumaczył mi ostatnio, dlaczego prezydent
Saakaszwili zaatakował śpiącą stolicę południowej Osetii.
- Wiesz - mówi. - Żydzi chcieli, aby tarcza była w Polsce, i
lekko nacisnęli na USA, żeby ci musieli jakoś zareagować... I to w sumie
dobrze, bo wolę, żebyśmy szli z Żydami niż z Rosjanami.
Tyle cytatu, z którego wynikać może, że tak na dobrą sprawę,
w Polsce wybór leży między tym, czy nadstawimy kuper w stronę Waszyngtonu,
Jerozolimy, czy też może Berlina lub Moskwy. Po naszej piaskownicy hulają
zagraniczne wywiady, dbając o to, byśmy nadto nie przeszkadzali "dorosłym"
w geszefcie; znowu polscy politycy tak z prawa, jak z lewa, łączą swoje
interesy z cudzoziemskimi (według nich na tym polega globalizacja).
Z działania polskiego prezydenta wnosić można, że trzeba dzisiaj
zainteresować Żydów i Izrael bezpieczeństwem Polski, a można to uzyskać
tym lepiej, im więcej żydowskiego zaangażowania w Polsce - inwestycji,
współpracy obronnej, majątków etc.
Tymczasem scentralizowana, konsekwentnie prowadzona polityka
rosyjska wbija klin w państwa Zachodu, powoli odbudowując stare ponadunijne
związki z Niemcami i innymi państwami Europy - jak Włochy.
Na dodatek armia rosyjska po wielu klęskach odniosła w Gruzji
spektakularny blitzsukces, jakże przydatny na użytek wewnętrzny. Okazało
się, że wyposażone w zachodnią i izraelską broń oraz wyszkolone przez zachodnich
i izraelskich doradców oddziały gruzińskie nie zdołały utrzymać linii frontu,
a także nie były w stanie odebrać Rosjanom kontroli przestrzeni powietrznej.
Rosyjskie samoloty bombardowały, gdzie chciały i jak chciały.
Całe wydarzenie obnażyło podziały w polityce wewnętrznej na Ukrainie,
gdzie prezydent oskarżył premierową o miliardową łapówkę od Rosjan.
Chyba dawno Rosja tak bardzo nie skorzystała na jakichś wydarzeniach.
A wszystko to za sprawą jednego brutalnego posunięcia gruzińskiego
prezydenta, wpisanego w ogólną grę interesów rosyjskich i izraelskich w
regionie.
Tak się złożyło, że dojście Putina do władzy w Rosji oznaczało
zwycięstwo frakcji rosyjskich "natolińczyków" w służbach bezpieczeństwa,
czyli narodowców, którzy wygrali rozgrywkę ze wspieranymi przez oligarchów,
powiązanymi z Izraelem "puławianami", takoż z posowieckich służb bezpieczeństwa.
Od tego czasu datują się pewne izraelsko-rosyjskie podchody,
głównie na "froncie" irańskim, gdzie Rosja sprzedaje broń i technologię.
Iran to poważna zagwozdka, ponieważ państwo to dysponuje drugimi
co do wielkości zasobami ropy naftowej i gazu ziemnego. Z powodu embarga
i blokady, ropa ta dla państw "naszych" jest coraz słabiej dostępna, a
"nasze" firmy pozbawione są możliwości zysków z eksploracji i inwestowania
w technologie wydobywcze.
Wykorzystują to Chińczycy i Rosjanie, od czego Amerykanom i Żydom
wierci się w nosie. Oczywiście jest możliwe, że Iran będzie miał bombę,
i wówczas ewentualne ekspedycje wojskowe na ten kraj staną się bardziej
kosztowne. Trudno jednak twierdzić, że irańska bomba to zagrożenie dla
istnienia Izraela.
Dopóki irańscy przywódcy pozostają przy zdrowych zmysłach (a
ostatnie wydarzenia pozwalają sądzić, że mają dobrze poukładane w głowie),
nikt nie powinien sugerować, że Iran zaatakuje Izrael. Irańska bomba atomowa
zmusiłaby jednak oba kraje do przyjęcia byłej sowiecko-amerykańskiej doktryny
MAD - czyli wzajemnie gwarantowanego zniszczenia.
Wracając do Gruzji i Rosji, znów trzeba patrzeć przez szkiełko
z ropy i gazu. Gruzja pozwalała Zachodowi na obejście Rosji. Rosja bowiem
nie zarabia na samym tranzycie, ale jest pośrednikiem w handlu; to znaczy
kupuje np. gaz w Azerbejdżanie i odsprzedaje - oczywiście po wyższej cenie
- do Europy. Odpowiednie rurociągi (jest kilka projektów) biegnące przez
Gruzją i Turcję (jeden już funkcjonuje) pozwalają zmniejszyć cenę, a jednocześnie
pozbawić Moskwę zarobku na handlu. Drugą moż-liwą drogą dotarcia do złóż
kaspijskich byłby rurociąg via Pakistan i Afganistan, jednak tam, mimo
wielu wysiłków, nie udało się uzyskać odpowiedniej stabilizacji.
Jedna ze strategicznych koncepcji polskiej polityki (realizowana
na wielu etapach) zakłada, że związanie naszego kraju z gospodarczymi interesami
Żydów amerykańskich oraz Izraela, da nam wystarczającą rękojmię, aby sojusz
polsko-amerykański nie był "egzotyczny" i gdy przyjdzie co do czego, by
teren Polski był realnie broniony przez zaangażowanie USA.
Dopuszcza się w ten sposób do uczynienia z Polski europejskiego
przyczółka Izraela i Izraelczyków - powrotu żydostwa do prominentnego znaczenia.
Tymczasem trzeba pamiętać, że w takiej sytuacji my, Polacy,
możemy nie być w stanie odbudować własnej narodowej elity, narodowego kapitału,
przez co sojusz taki - obojętnie czy sformalizowany, czy niepisany - zakończy
się dla nas rolą "izraelskich Arabów".
Jest to tym bardziej prawdopodobne, że Żydzi znajdują się obecnie
w apogeum historycznego znaczenia i wpływów na cywilizację zachodnią, na
dodatek, z powodu bliskiej z nami historii, mają wobec nas wiele uprzedzeń.
Tak czy owak, o sprawach tych powinno się w Polsce dyskutować
otwarcie i bez zahamowań, niestety, dyskusja taka jest zablokowana i sprowadza
się do epitetów. Strona żydowsko-amerykańska - jakiekolwiek sugestie złączenia
polskiego interesu z rosyjskim traktuje jako objaw działania rosyjskiego
wywiadu, natomiast jej przeciwnicy strzelają z biodra, zanim jeszcze padają
jakiekolwiek argumenty.
No i tak oto dryfujemy sobie w ciemnościach...
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC NR 33/2008
Między wzniosłością a śmiesznością
"Du sublime au ridicule il n'y a, qu'un pas"
- od wzniosłości do śmieszności jest tylko krok - powiadają Francuzi. Na
tej granicy znalazł się gruziński prezydent Michał Saakaszwili wkrótce
potem, jak nakazał "przywrócić porządek" w Południowej Osetii, zaś ruscy
szachiści wykorzystali tę okazję, by pokazać mu tak zwany "ruski miesiąc".
Południowa Osetia, podobnie jak leżąca na czarnomorskim wybrzeżu Abchazja,
"wybijają się", jak to się mówi, na niepodległość, w czym sekunduje im
Rosja, karcąca w ten sposób Gruzję za jej prozachodnie ciągoty. Jak zwykle
w przypadkach upojenia, po euforii nadchodzi depresja. Tak też stało się
również w przypadku porządkowej operacji gruzińskiego prezydenta. Wkrótce
przekształciła się ona w odwrót gruzińskich wojsk, zdradzający nawet objawy
popłochu. Rosjanie zbombardowali miasto Gori, a port w Poti, z urządzeniami
do przeładunku ropy, zrównali podobnież z ziemią. Według niepotwierdzonych
doniesień, jacyś "terroryści" powysadzali też w powietrze rurociągi omijające
terytorium rosyjskie. Wszystko to bardzo skonfundowało prezydenta Saakaszwilego,
który najwyraźniej spodziewał się czegoś innego, jakiejś spektakularnej
odsieczy, która Rosjan rzuci na kolana. Tymczasem odsiecz nie nadchodziła
a Rosjanie nieubłaganie zbliżali się nawet do Tbilisi. Słowem - sytuacja
robiła się poważna.
W tym momencie przybyła odsiecz w osobach
prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który na czele zmobilizowanej naprędce ekipy
prezydentów Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy, przyleciał do Azerbejdżanu,
a następnie w kolumnie samochodów dotarł do Tbilisi w samą porę, by wystąpić
tam na wiecu z tak zwanymi wyrazami solidarności i w ogóle. Było to możliwe
między innymi dlatego, że francuski prezydent Sarkozy dogadał się z rosyjskim
premierem, przekonując go do zawieszenia broni, którego gruziński prezydent
Saakaszwili skwapliwie się uczepił, natychmiast się na nie zgadzając. Tymczasem
prezydent Kaczyński podczas swego wiecowego przemówienia stwierdził, że
przybył tu, "aby walczyć". Było to bardzo podobne do słynnego "veni, vidi,
vici" Juliusza Cezara, zwłaszcza że nieprzyjaciel na wiecu się nie pojawił,
więc wrażenie zwycięstwa było całkowite. Pan prezydent syt chwały powrócił
tedy do Warszawy, gdzie udzielił wywiadu telewizyjnego, stwierdzając tam
m.in., że nauczył ministra Sikorskiego, jak się podejmuje decyzje. Jest
to o tyle ciekawe, że o ile wiadomo, podczas pobytu delegacji prezydentów
żadne decyzje w sprawie Gruzji nie zapadły, a w każdym razie nie zapadły
z ich udziałem. Wszystko bowiem wskazuje na to, iż zapadną dopiero podczas
rozmów, jakie ma w Rosji prowadzić niemiecka kanclerz Angela Merkel, która
zapowiedziała swoje przybycie do Moskwy na 15 sierpnia.
Problem Gruzji, podobnie zresztą jak Ukrainy,
jest elementem konfliktu między dwiema konkurencyjnymi koncepcjami politycznymi.
Z jednej strony Amerykanie, a w każdym razie - dożywająca swoich dni ekipa
prezydenta Busha - próbują forsować politykę odpychania Rosji na północny
wschód, poprzez wyłuskiwanie z rosyjskiej strefy wpływów zarówno Ukrainy,
jak i krajów kaukaskich,spośród których najżywiej reaguje Gruzja. Oferta
amerykańska wobec tych krajów obejmuje przyłączenie do NATO, co jednak
na Ukrainie wywołuje wątpliwości, bo nie wiadomo, czy przynależność do
NATO przyniesie Ukrainie coś konkretnego w sytuacji, gdy NATO utrzymuje
"specjalne" stosunki z Rosją i przy różnych okazjach ją kokietuje. Z drugiej
strony, fundamentem polityki europejskiej jest od pewnego czasu strategiczne
partnerstwo niemiecko-rosyjskie, ufundowane m.in. na respektowaniu stref
wpływów w Europie, podzielonej mniej więcej wzdłuż linii Ribbentrop - Mołotow.
Po obydwu stronach tej linii strategiczni partnerzy starają się utrzymać
coś w rodzaju symetrii; skoro np. Zachód przeforsował "niepodległość Kosowa",
czyli rozbiór Serbii, to Rosja ostrzegła, że ten precedens będzie wykorzystany
w przypadku Osetii i Abchazji. Rzeczywiście - jeśli rozbiór Serbii jest
dobry, to dlaczego rozbiór Gruzji ma być niedobry?
Zatem rozwój wypadków na Kaukazie będzie
zależał od tego, kto będzie w stanie przeforsować swoją linię polityczną
- czy Amerykanie ze swymi sojusznikami, to znaczy z jednym sojusznikiem
w postaci Polski, która do programu prometejskiego aż przebiera nogami,
upatrując w tym powrót na szlak marszałka Piłsudskiego. Co prawda marszałek
Piłsudski prężył raczej własne muskuły, a nie cudze, co preferują jego
epigoni, ale obiektywnie sukces polityki, nazwijmy ją, prometejskiej, odpowiada
polskiej racji stanu, przynajmniej w ogólnych zarysach, bo już np. nie
w takim szczególe, jak niedostrzeganie wpływów banderowców na Ukrainie.
Jednak Niemcy, wspólnie z Francuzami kładący fundamenty pod Cesarstwo Europejskie,
wcale nie życzą sobie konfliktu z Cesarstwem Rosyjskim. Przeciwnie - ich
ideałem jest strategiczne partnerstwo, to znaczy - urządzanie Europy w
serdecznym dwustronnym porozumieniu, a tym samym - postępująca "europeizacja
Europy", to znaczy - stopniowe pozbawianie Amerykanów istotnego wpływu
na sprawy europejskie. Cesarstwo Europejskie nie życzy sobie ani pośrednictwa
Cesarstwa Amerykańskiego w stosunkach z Cesarstwem Rosyjskim, ani tym bardziej
- żadnego arbitrażu z jego strony.
Na tym tle dopiero widać kłopotliwą sytuację,
w jakiej, najdelikatniej mówiąc, znalazła się Polska. Zarówno romantyczne
porywy, jak i poczucie racji stanu popychają ją do angażowania się w program
prometejski, który jednak dla Amerykanów ma znaczenie drugo-, a może nawet
trzeciorzędne - jako jedna z metod dywersji wobec Rosji - a jednocześnie
zaangażowanie się w Anschluss do Unii Europejskiej i rozbudowana niemiecka
agentura w Polsce, zmusza nasz kraj do realizowania polityki wyznaczanej
przez strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie. Stąd też objawy zataczania
się Polski od ściany do ściany, bynajmniej nie z nadmiaru środków płynnych,
tylko z rozterki, która czasami podpowiada pomysły nawet imponujące w swojej
desperacji, bo du sublime, au ridicule il n'y a qu'un pas.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Jeszcze o testamentach
Z zainteresowaniem przeczytałem ciekawy i użyteczny
wywiad z Kolegą Adwokatem Robertem Jagielskim zatytułowany "Testament każdemu
potrzebny" w 32 numerze "Gońca" z 8-14 sierpnia br.
Jako adwokat zajmujący się prawem spadkowym
w Kanadzie, a także członek Warszawskiej Izby Adwokackiej, uprawniony do
wykonywania zawodu adwokata w Polsce i znający polskie prawo spadkowe,
widzę potrzebę wyjaśnienia sytuacji, w których spadkodawca zamieszkały
w Kanadzie chce na wypadek śmierci zadysponować swoim majątkiem znajdującym
się w Polsce.
We wspomnianym wywiadzie zasugerowano,
że jedynym sposobem zadysponowania takim majątkiem jest sporządzenie testamentu
w Polsce. Zachęta do odwiedzenia Ojczyzny zasługuje na uznanie, i z pewnością
ucieszy przewoźników lotniczych. Jednakże również testamenty sporządzone
zgodnie z wymogami prawa kanadyjskiego mogą być i są uznawane przez sądy
w Polsce. Art. 35 ustawy z 12 listopada 1965 r. Prawo prywatne międzynarodowe
stanowi bowiem, że "o ważności testamentu i innych czynności na wypadek
śmierci rozstrzyga prawo ojczyste spadkodawcy z chwili dokonania tych czynności.
Wystarczy jednak zachowanie formy przewidzianej przez prawo państwa, w
którym czynność zostaje dokonana". [podkreślenie moje - J.M.]
Zasadniczą i najczęściej stosowaną formą
testamentu w Kanadzie, z wyjątkiem Quebecu, jest testament podpisany w
obecności dwóch świadków i zaopatrzony w oświadczenie pod przysięgą jednego
z nich, potwierdzające okoliczności podpisania tego testamentu. Natomiast
podstawową formą testamentu w Polsce jest testament notarialny, sporządzony
przez notariusza i podpisany przez testatora i notariusza. Osoby wyjeżdżające
do Polski mogą więc zadysponować swoim majątkiem położonym w Polsce w testamencie
notarialnym.
Jednakże zgodnie z zacytowanym powyżej
przepisem, również testament sporządzony w Kanadzie i podpisany w obecności
dwóch świadków będzie w Polsce honorowany przez sąd spadkowy. Potwierdza
to moja praktyka, w której takie testamenty były i są uznawane za ważne
w Polsce.
Omawiane rozwiązanie nie jest wolne od
wad. Typowy testament kanadyjski jest dużo dłuższy od typowego testamentu
polskiego. Dla sądu polskiego musi on być także przetłumaczony na język
polski, a jego forma może brzmieć obco dla sędziego, który mógł się z nią
nie spotkać w swojej dotychczasowej praktyce. Ponadto, jeśli spadkobiercy
dysponują tylko jednym oryginałem testamentu kanadyjskiego, mogą stanąć
wobec problemu, gdy sądy kanadyjski i polski zażądają oryginału i zechcą
zachować go w swoich aktach. Sporządzenie dwóch jednobrzmiących oryginałów
przez testatora, generalnie w praktyce nie stosowane, może być wskazane
w takiej sytuacji.
Istnieje jednak jeszcze jedno rozwiązanie.
Jest nim sporządzenie w Kanadzie tzw. testamentu holograficznego, tj. testamentu
w całości własnoręcznie napisanego i podpisanego przez testatora. Ta forma
znana jest bowiem i w Kanadzie, i w Polsce.
Taki testament może być napisany po polsku,
co zabezpiecza przed zarzutem, że Polak-emigrant nie rozumiał testamentu
sporządzonego przez adwokata w języku angielskim. Testament taki może być
dodatkowo poświadczony przez notariusza.
W prawie spadkowym obydwu krajów istnieje zasada,
że postanowienia testamentu późniejszego wykluczają dotyczące tych samych
zagadnień postanowienia testamentu wcześniejszego. Sporządzając więcej
niż jeden testament, należy więc uważać, aby testament późniejszy nie unieważnił
wcześniejszego. Oznacza to, że testament kanadyjski musi wyraźnie ograniczać
się do majątku spadkowego w Kanadzie, a testament polski wyraźnie stwierdzać,
że dotyczy on tylko majątku położonego w Polsce.
Jak widać, osoby, które do Polski nie jadą,
mogą sporządzić w Kanadzie testament rozdysponowujący majątkiem w
Polsce na wypadek śmierci. Wymaga to jednak zrozumienia potencjalnych konsekwencji
i różnic pomiędzy prawem spadkowym w Kanadzie i w Polsce.
Jacek Mikołajko
dr praw, adwokat
Dlaczego w środku lata?
Ta informacja podana w innej porze roku nie wzbudziłaby
tyle emocji co teraz, w środku lata. Zakłady w Oxfordzie przestały właśnie
produkować mini w wersji topless - z taśm fabryki zjechało dotychczas 164
000 sztuk tych niezwykle udanych autek BMW, które są marzeniem niejednego
kierowcy.
Kabriolet mini cooper pojawił się w trzy lata
później po mini z pełnym, blaszanym dachem, od razu stając się rynkowym
przebojem. Chociaż Anglicy wytwarzali trzy wersje silnikowe tego samochodu,
w Kanadzie oferowane były tylko dwie odmiany: ze 115-konnym i 168-konnym
motorem. Obawiano się zapewne, że w naszym kraju najsłabsze mini z otwieranym
dachem, napędzane 90-konnym silnikiem, nie wzbudzi oczekiwanego zainteresowania.
Taki los outsidera spotkał go bowiem w innych krajach, gdzie z ogólnej
puli wyprodukowanych aut sprzedano zaledwie 28 000 sztuk. Najlepiej szły
coopery z klasycznym dla firmy 115-konnym motorem, który na trasie spalał
zaledwie 6,2 litra benzyny. Tych aut upłynniono aż 79 500 sztuk. Na drugim
miejscu uplasował się doładowany mini cooper, którego sprzedano 56 500
sztuk; auto to mimo całego tabunu koni pod maską, spala na autostradzie
tylko 7 litrów paliwa.
W Kanadzie samochody z otwieranym dachem
nie są tak popularne jak w innych strefach klimatycznych. Szczególnie tego
wyjątkowo deszczowego lata właściciele samochodów typu topless częściej
kryją się pod jego płóciennym dachem, niż paradują z grzecznie ułożoną
harmonijką za tylną kanapą. Jednak jazda kabrioletem ma swoich fanów, i
podobnie jak jazda motocyklem, wyzwala w kierowcy dodatkowe przeżycia.
Reaktywowanie marki MINI w 2001 roku przez
BMW od razu spowodowało zaistnienie potrzeby stworzenia z tego autka, przypominającego
nieco większą zabawkę, jeszcze jednej wersji z otwieranym dachem.
To było wyzwanie dla inżynierów, bo kabriolety
muszą mieć nie gorszą sztywność swej karoserii niż auta z dachem, który
zamyka całą strukturę i w naturalny sposób ją stabilizuje. Tu, w kabriolecie,
praktycznie dachu nie ma, a na pewno nie może on pełnić już innej roli
jak ochrony przed deszczem, dlatego całą odpowiedzialność za sztywność
konstrukcji ponosi podłoga, odpowiednio wzmocniona. Proszę kiedyś się zastanowić,
dlaczego samochody pozbawione dachu, które z tej racji powinny być lżejsze
od swych krewniaków z pełnym, blaszanym nadwoziem - są od nich jednak cięższe.
Na naszym przykładzie mini coopera można sprawdzić tę prawidłowość. "Zwykłe"
mini waży 1155 kg, a mini convertible - 1225 kg. Ta różnica to dodatkowe
usztywniające szyny w podłodze i ciężar stalowych pałąków umieszczonych
za tylnymi siedzeniami, które mają za zadanie chronić użytkowników kabrioletu
w razie dachowania.
Mini cabrio pod względem osiągów pod żadnym
względem nie przewyższa swego pełnoblaszanego kuzyna. Jazda z otwartym
dachem po autostradzie dostarcza nawet niezbyt przyjemnych wrażeń, bo szum
wiatru i jego porywy nie należą do najprzyjemniejszych. Dopiero wycieczka
z prędkością około 60 km na godz. pozwoli w pełni delektować się zaletami
tego autka.
Producent wyposażył je w składany jak harmonijka
dach (a nie w hardtop), który ląduje za pałąkiem bezpieczeństwa, nadając
samochodowi beztroski wygląd. Miłe zaskoczenie stanowi kształt softopu,
który po pełnym rozłożeniu przypomina oryginalny, blaszany dach w klasycznym
mini cooperze. Oba modele oglądane z profilu są więc do siebie bardzo podobne,
a obserwowane z przodu - niemal identyczne.
Otwieranie dachu jest w pełni automatyczne
- jest to nigdzie indziej niespotykane wśród samochodów tej klasy.
Składany dach można także odsunąć tylko częściowo, tworząc coś na kształt
szyberdachu. Wersja topless wyposażona jest również w dwa malutkie okienka
w przedziale pasażerskim, które automatycznie się chowają, gdy składamy
dach.
Mini z otwieranym dachem rozszerzyło ofertę
BMW o małe zgrabne autko, bo przecież nie wszystkich stać na Z4 za 54 000
dolarów. Najtańsza odmiana coopera topless kosztuje w Kanadzie 31 600 dolarów,
jeśli dodamy do puli jeszcze 5000 - wyjedziemy z salonu BMW mini cooperem
S.
Zaprzestanie produkcji mini convertible
nie oznacza jednak rezygnacji BMW z tego rodzaju samochodu. Pokazany na
wystawie w Genewie nowy model mini o nazwie john cooper works świadczy
o zaawansowanych pracach nad nowymi wersjami mini. W tym roku w sprzedaży
pojawił się przecież clubman i II wcielenie klasycznego coopera. Można
z dużą dozą pewności przypuszczać, że już wkrótce z taśm produkcyjnych
w Oxfordzie zjedzie najnowsze wcielenie mini ze składanym dachem. Nie wiadomo
jednak, czy będzie to wersja oparta na klasycznym mini, czy na clubmanie,
który jest o 30 centymetrów dłuższy. Szczytem szczęścia dla miłośników
kabrioletów i mini cooperów byłoby zapewne wypuszczenie obu modeli w odmianie
topless!
Jerzy Rosa
Mississauga
Klęska na wszystkich frontach
Żydzi mówią na takiego schmuck - chłystek, albo
jeszcze gorzej. Takim właśnie "palantem" okazał się prezydent Gruzji, Michał
Saakaszwili, który - zapewne z cudzego poduszczenia - pokusił się o "zjednoczenie"
kraju i atak na Rosjan osetyńskich.
Awantura zakończyła się klęską na wszystkich
frontach.
Rosja wygrała militarnie, dyplomatycznie
i emocjonalnie - jawiąc się jako obrońca kobiet i dzieci - a także państwo
zatroskane losem własnych obywateli. Z tego zatroskania o obywateli wybuchła
już niejedna wojna - patrz prowokacja gliwicka - tym jednak razem nawet
najbardziej wyrobieni doktorzy od kręcenia w głowach (spinu) mieli kłopoty
z pokazaniem, że to jednak ci napadli, co nie napadli. Polski minister
spraw zagranicznych Sikorski przytomnie powiedział w radiu, że "sprawa,
kto napadł, jest obecnie przedmiotem analizy".
Na dodatek wyszło na wierzch, ile są warte
zachodnie zapewnienia o poparciu i pomocy. Kto, jak kto, ale chyba my,
Polacy, powinniśmy wysysać z mlekiem matki przeświadczenie o skłonności
naszych starych kontynentalnych demokracji do pozostawiania innych na lodzie.
Tym bardziej, że owe demokracje biorą od Moskwy 50 proc. gazu i 25 proc.
ropy. Nikt nie chce drażnić kogoś, kto może mu zrobić zimno w domu.
W przypadku Polski bardziej znaczące jest
też to, że w przypadku Gruzji amerykańskie marszczenie czoła również zakończyło
się na takiej pantomimie.
Po co Saakaszwili atakował? Może ktoś chciał
go użyć do wymuszenia reakcji Ameryki i rozpętania większego konfliktu
dla zasłonięcia uderzenia na Iran?
Jest to o tyle prawdopodobne, że Izrael
jest po USA największym dostawcą sprzętu wojskowego dla gruzińskiej,
armii, a wpływy tego państwa w rządzie Gruzji są duże. Żydem jest minister
obrony Dawid Kezeraszwili (kilka lat mieszkał w Izraelu, mówi świetnie
po hebrajsku) i minister ds. integracji Temur Jakobaszwili. Doradcami wojskowymi
w gruzińskim wojsku są znani emerytowani generałowie izraelskiej armii
Israel Ziw i Gal Hirsch, a wiele oddziałów zostało przeszkolonych w Izraelu
lub przez Żydów.
Jednak gdy przyszło co do czego, Izrael
nadął usteczka i uznał, że będzie grał na dwa fronty, odmówił Gruzji poparcia,
obawiając się pozbawienia dyplomatycznego wpływu na Rosję w sprawie Iranu,
gdzie Rosjanie właśnie finalizują umowę na dostawę wysoko zaawansowanego
systemu rakietowej obrony przeciwlotniczej, który udaremnić może lub w
dużym stopniu utrudnić uderzenie Izraela czy USA. Żydzi naciskają, by do
tego jednak nie doszło.
Wszystkiego i tak się nie dowiemy, symptomatyczne
jednak, że związany z izraelskimi służbami specjalnymi portal Debka "gani"
Amerykanów za brak zdecydowanej reakcji na rosyjską ekskursję w Gruzję,
piekląc się, że Ameryka pokazuje słabą stronę, traci wiarygodność, a tym
samym "ośmiela" Iran. Według autora komentarza, USA powinny militarnie
bronić Gruzji.
Umówmy się, że choć Gruzja jest dla
Waszyngtonu krajem ważnym (bo ropociągi), to jednak położonym na głębokich
rubieżach i Stany nie są w stanie ryzykować kolejnej wojny, przez co uznają
de facto rosyjską strefę wpływów.
Polska polityka zagraniczna od sporego
czasu zdominowana jest przez myślenie upatrujące w USA głównego gwaranta
bezpieczeństwa. Jest to z oczywistych powodów bzdurna teoria, mająca swe
źródło w dawnych czasach. Kiedyś Polska rzeczywiście była dla USA ważna
jako front zimnej wojny i państwo-klin rozsadzające od środka system komunizmu.
Interesy strategiczne Stanów Zjednoczonych
ewoluują jednak, a polityka to nie małżeństwo, nikt nikomu dozgonnej wierności
nie obiecuje.
Przypadek gruziński powinien Warszawie
uprzytomnić, że czas zacząć budowę sensownego systemu bezpieczeństwa, a
nie liczyć, że tata z Ameryki nas obroni.
Widząc, jak na rozwój sytuacji w Gruzji
reagowały Niemcy czy Francja, można mieć wątpliwości, czy du-że państwa
Europy nie zechcą uznać bezpieczeństwa Polski za sprawę wartą złożenia
na ołtarzu kontynentalnej stabilizacji.
Polska myśl polityczna pozostaje w cieniu
ubiegłowiecznych koncepcji, tymczasem kraj nasz jest pośrednim sąsiadem
atomowego mocarstwa realizującego bezceremonialnie i z głową interesy dla
odbudowania strefy wpływów. W obliczu takiego działania, należy grać rozsądnie,
wyciągając wszystkie posiadane atuty.
Wielu polskich polityków prawicy ma rosyjski
kompleks wyniesiony z historycznych urazów: o Rosjanach myśli to
samo co kiedyś Piłsudski o bolszewikach, czyli generalnie że bydło i swołocz.
Życie pokazuje, iż obecna administracja rosyjska zyskuje coraz większe
poparcie rosyjskiego narodu i to ten kierunek kształtował będzie rosyjską
politykę w najbliższych 20 - 50 latach.
Chcąc, nie chcąc, Polska leży w strefie
rosyjskiego oddechu, dlatego polityka wschodnia powinna być jednym z najważniejszych
elementów polskiej polityki zagranicznej.
Co robić?
- Przede wszystkim wyeliminować rosyjską
(i nie tylko) agenturę w Polsce. Po to, by wobec jakiegoś państwa robić
skuteczną politykę, trzeba mieć kim i czym ją prowadzić.
- Po drugie, nie wdawać się w machanie
hurra-szabelką oraz unikać cudzych "kombinacji operacyjnych" wobec Rosji,
które nie leżą w polskim interesie.
- Po trzecie, jasno narysować linię na
piasku, poza którą nie ustępujemy, ale jednocześnie być elastycznym, by
móc Rosji zaoferować pewne marchewki.
Ambasador Kremla nie może rządzić w Warszawie,
ale Polska nie może być z definicji wroga wobec Rosji. Grozi nam bowiem
po raz kolejny historyczne przekleństwo, dostania się w kleszcze tradycyjnego
sojuszu euroazjatyckiego - Niemiec i Rosji.
Jest to dla naszego kraju śmiertelne niebezpieczeństwo
ponownego deja vu sytuacji z 1939 roku.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC NR 32/2008
Zdrowiec na krótkiej smyczy
Hosanna, hosanna! Nareszcie, w dziesiątym miesiącu radosnego oczekiwania,
narodził się pierwszy sukces rządu miłościwego premiera Donalda Tuska.
Nie jest to może sukces na miarę oczekiwań i ambicji, ale nie
bądźmy zbyt wymagający; jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się
ma, dobra psu i mucha, a w ogóle - to wedle stawu grobla.
W czwartkowy poranek ogłoszono dobrą nowinę: premier Donald Tuska
jest zdrowiuteńki, jak nie przymierzając rydz... Hmmm... Dlaczego zaraz
jak rydz? To już nie ma lepszych porównań? Czy nie lepiej powiedzieć, że
miłościwy premier Donald Tusk jest zdrowiuteńki jak, dajmy na to, koń?
No, koń to już znacznie lepiej, niż rydz, ale z drugiej strony... zaraz
zaraz... Jak to Pan Zagłoba mówił do Rocha Kowalskiego w chwilach irytacji?
Czy przypadkiem nie "koński łbie"? Więc może lepiej będzie, jeśli okaże
się, iż miłościwy premier Donald Tusk jest zdrowiuteńki, jak - nie przymierzając
- ryba? Niby lepiej, ale znowu ryba psuje się od głowy...
Co tu dużo mówić; i tak źle, i tak niedobrze. Stanowczo byłoby
lepiej, gdyby miłościwy premier Donald Tusk nie był aż taki zdrowiuteńki,
no ale mówi się: trudno. Już przedstawiono dziennikarzom kliszę z prześwietleniem
klatki z piersiami pana premiera, już ogłoszono mu podwyższony poziom cholesterolu
- ale oa diagnoza jest w porzo; pan premier jest zdrowiuteńki, jak ry...
to znaczy pardon - oczywiście jak sam pan premier Donald Tusk! Żeby się
nam tylko nie przeziębił, bo jeszcze gotów w razie czego umrzeć w szpitalu
jako symulant.
Pochlebcy, których nie tylko w bezpośrednim otoczeniu żadnego
rządu nigdy nie brakuje, ale również agenci poumieszczani przez razwiedkę
w mediach, od razu wyciągają z tej optymistycznej diagnozy wnioski, że
"w zdrowym ciele zdrowy duch" - że to niby i na umyśle pan premier też
taki zdrowiuteńki. Wykluczyć tego oczywiście z góry nie można, niech mu
będzie na zdrowie, chociaż konfrontując te pochlebstwa z faktami, można
mieć pewne wątpliwości.
Można mianowicie odnieść wrażenie, że pan premier cierpi na obsesję
Jarosława Kaczyńskiego, takie swoiste natręctwo, wskutek czego ma kaczyńskocentryczną
wizję świata. Świat obraca się wokół Jarosława Kaczyńskiego, który jest
dlań punktem odniesienia. Tak się składa, że akurat wróciłem z długiej
podróży po Indochinach, gdzie o Jarosławie Kaczyńskim tak dobrze, jak nikt
nie słyszał, a nawet - niewiarygodne, ale to fakt! - mało kto słyszał nawet
o Polsce i jej zdrowiuteńkim premierze, z czego wnoszę, że mimo optymistycznych
diagnoz, z tym zdrowiem sprawa może być bardziej skomplikowana. Ale rzućmy
na to zasłonę i cieszmy się, że przynajmniej na ciele pan premier jest
zdrowy ponad wszelką wątpliwość.
Jakże zresztą inaczej, jeśli to pod jego egidą Polska ma się
przygotować do Euro 2012? Wydawało się, że po przejęciu władzy z rąk złowrogiego
Jarosława Kaczyńskiego, wszystko zostanie ustalone; kto w związku z przygotowaniami
do tego wielkiego sportowego wydarzenia będzie mógł się teraz nakraść,
według jakiej kolejności dziobania i w ogóle. Wszystko wskazywało na to,
że zapanowała upragniona zgoda, to to "buduje", zarówno stadiony narodowe,
jak i autostrady, hotele i lotniska. W szczególności zaś wydawało się tak
po nominacji na szefa Narodowego Centrum Sportu pana Michała Borowskiego.
To Narodowe Centrum Sportu ma nadzorować budowę Stadionu Narodowego i jego
otoczenia. Kosztorys opiewa na 1,22 mld zł, które w 80 procentach mają
pochodzić z subwencji rządu. Wokół takiej forsy krążą nie tylko sępy, ale
i największe kondory, więc w końcu musiało dojść do tego, do czego doszło.
Oto jeszcze w środę rano wydawało się, że pan Borowski jest najukochańszą
duszeńką pana ministra sportu w rządzie miłościwego premiera Tuska, czyli
Mirosława Drzewieckiego. "Lecz tymczasem na mieście inne były już treście"
- jak przewidział Gałczyński i wczesnym popołudniem minister Drzewiecki
pana Borowskiego zdymisjonował. Pan Borowski, ma się rozumieć, nawet nie
śmie się domyślać - dlaczego. Ze strony ministra Drzewieckiego żadnych
wyjaśnień też nie było; zdymisjonował i pośpiesznie odleciał do Pekinu,
żeby ekscytować tam naszych zawodników do kolejnych sukcesów rządu i partii.
Skazani jesteśmy tedy na domysły - że mianowicie ktoś, a właściwie
KTOŚ zadzwonił do ministra Drzewieckiego, który - ale oddajmy głos największemu
mistrzowi, czyli Januszowi Szpotańskiemu, który ponadczasowy i ponadustrojowy
wzorzec takiej rozmowy unieśmiertelnił w poemacie "Towarzysz Szmaciak":
"Tak, Szmaciak, słucham? - wzdycha z ulgą / bo w odpowiedzi słychać bulgot
/ a potem cisza.... lecz po ciszy / nieubłagane "Łączę" słyszy. / Szmaciak
się do słuchawki kłania: / tak, zawsze był takiego zdania.../ zaraz wykona...
osobiście... / Co? Rurka nie był na tej liście? / Przeprasza, kaja się
szalenie... / Tak, niewątpliwe przeoczenie... / ukarze winnych... sam to
wyśle... / Co? Ma nie karać?... oczywiście, / tak właśnie sądził... nie
rozumie... / więc jednak karać?... coś tu szumi... / Co? Jemu w głowie?
Nie! Na linii... / Tak, tak, poniosą karę winni! / Pisma nie wyśle...
do nóg pada! / Słuchawkę pocąc się odkłada". Oto ilustracja możliwości
i krótkości smyczy, na której u razwiedki biega rząd miłościwego premiera
Donalda Tuska, który w tej sytuacji może pochwalić się tylko zdrowiem,
bo na cokolwiek innego, zdaje się, już za późno.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.com
Wstyd
XXI wiek zmienia ludzkie życie w stopniu niewyobrażalnym. Lecz nie
ma rozwoju bez kosztów. Za postęp płacimy cenę najwyższą w historii: gdy
tradycyjnie pojmowaną tożsamość dławimy papką nowoczesności, zdezorientowani
moralnie, nie wiemy, kim jesteśmy i kim powinniśmy być.
Na początek zajrzyjmy do Cleveland (USA, Ohio). Tamtejsi biolodzy
pochwalili się niedawno supermyszą. Właściwie całą armią, liczącą bodaj
pół tysiąca takich osobników. Co ciekawe, bynajmniej nie znaleźli ich,
penetrując czeluście zapomnianych spichrzów, lecz "wykonali" sami, zamieniając
gen regulujący mysi metabolizm na gen odpowiadający za to samo u człowieka.
Ta, z pozoru niewielka, zmiana (pojedynczego mysiego genu z kilkudziesięciu
tysięcy), wystarczyła, by myszka przeobraziła się w supermyszkę.
WYWRACANIE KOTA ZA OGON
Supermysz żyje trzy razy dłużej, chętniej się rozmnaża, potrafi
biegać bez odpoczynku przez kilka godzin, w tym czasie obywając bez jedzenia
i picia. Co mogłoby ucieszyć ludzkich tłuściochów, potrafi zjeść o połowę
więcej niż poprzednio, a przy tym wcale nie tyje. Niestety, w dającej się
przewidzieć przyszłości ludzie nie radzący sobie z nadwagą nie przeistoczą
się gremialnie w anorektyków - jak dotąd naukowcy nie mają pomysłu, jak
zmodyfikować gen odpowiadający za ludzki metabolizm. Ergo: świat co rusz
staje na głowie, by zaraz potem fiknąć kolejnego koziołka.
To z tych zawirowań pod człowieczą czaszką biorą się "podstawowe
wątpliwości współczesnego człowieka" w rodzaju: kiedy dusza wstępuje w
ciało, kiedy zaczyna się człowiek, prawo do życia i "prawo" do aborcji,
dzieci chciane i niechciane, racja i degeneracja. I tak dalej, i tak dalej.
Wszystko to, proszę wybaczyć ostrość sformułowania, "ble-ble-bóle",
a innymi słowy pitolenie kotka za pomocą strun głosowych. Ewentualnie za
pomocą klawiatury. Oto rozstrzygnięcie: 1) Życie człowieka albo zaczęło
się, albo nie. 2) Jakość życia zawsze można poprawić. 3) Śmierć jest nieodwracalna.
Cała reszta to czcze didaskalia. Erystyczne wywracanie kota za
ogon. Nienarodzeni ludzie to też ludzie, a nie Marsjanie, koty czy płastugi.
I dorzućmy do tego obserwację niejako z drugiej strony linii życia: gdy
kogoś dopadnie Alzheimer, to przez to człowiekiem być nie przestaje. Nawet
jeśli ów człowiek jakiemuś idiocie wydaje się mniej ludzki.
PIEKŁO DLA NIEPOKORNYCH
W istocie, najwyraźniej pozwoliliśmy nadto rozszaleć się "postępowi".
Weźmy kwestię przeszczepów: gdy 19 listopada 2007 roku lekarze z Wichita
Falls (USA) stwierdzili śmierć mózgową Zacha Dunlapa, 21-latka ciężko rannego
w wypadku drogowym, ojcu chłopaka zaprezentowano wyniki badań świadczące,
że mózg jego syna został bezpowrotnie uszkodzony. Że nie reaguje na bodźce
i nie ma szans, by podjął pracę. Chirurdzy przygotowywali się właśnie do
zabiegu pobrania zdrowych organów zmarłego do przeszczepów. Rodzina nie
oponowała.
Nagle, w trakcie ostatniego pożegnania, uznany za zmarłego mężczyzna
poruszył stopą oraz dłonią. Dwie doby później wypisano go do domu, czas
niezbędny na pełny powrót do zdrowia określając na dwanaście miesięcy.
Co ciekawe, Dunlap nie pamięta wypadku, lecz dokładnie przytacza słowa
lekarzy, wyrokujących o jego śmierci. Utrzymując, że utkwiły mu w pamięci
na zawsze...
Dokąd doprowadzi nas "rozwój" oraz "nowoczesność"? W swej drugiej
encyklice ("Spe salvi facti sumus", co należy tłumaczyć: "W nadziei już
jesteśmy zbawieni") Benedykt XVI odpowiada, iż w dzisiejszych czasach postęp
daje człowiekowi olbrzymie możliwości czynienia dobra, zarazem jednak otwiera
"przepastne możliwości zła", wykorzystywane teraz w stopniu jeszcze do
wczoraj niewyobrażalnym. "Jeśli wraz z postępem technicznym nie dokonuje
się postęp w formacji etycznej człowieka, we wzrastaniu człowieka wewnętrznego"
- pisze papież - "wówczas nie jest on postępem, ale zagrożeniem dla człowieka
i dla świata".
Brytyjski polityk James Brace ujął to samo nieco inaczej: "Wiedzę
nagromadzono, ulepszono metody i narzędzia badań, osiągnięto władztwo nad
siłami natury, lecz umysłowe władze jednostki pozostały w zastoju, nie
są szersze w swoim locie, niż były tysiące lat temu".
Dobrze powiedziane, choć może zbyt eufemistycznie. Po mojemu
żyjemy bowiem w "raju", jaki dla mentalnie ubezwłasnowolnionych idiotów
szykują złoczyńcy. A dla niepokornych zbrodniarze przygotują piekło.
***
Czy indywidualna oraz narodowa tożsamość to synonim ksenofobii?
Jak radzić sobie z rzeczywistością, o której współcześni nam, medialni
pseudodemiurgowie przekonują, że tyle tylko w niej sensu, ile sami jej
nadamy? Jak żyć w świecie, z którego eliminuje się Boga?
...To właśnie konieczność formułowania podobnych zapytań pokazuje,
że w pył rozpadają się fundamenty, na których wzniesiono naszą cywilizację,
a przyzwoity człowiek coraz częściej wstydzi się swego człowieczeństwa.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
W imieniu prawa
Mój ostatni reportaż z Polski dotyczący systemu jurysdykcji w Tuskolandzie
poruszył między innymi sprawę "mienia przesiedleńczego" w
kontekście przewozu i zbytu samochodów z Kanady do Polski w ramach tego
mienia.
W kwestiach formalnych samochody można było
wysłać do kraju w liczbie dwóch sztuk bez konieczności uiszczenia podatku
i akcyzy celnej w ramach istniejącego prawa. Auta zakupione w Kanadzie
bądź w USA musiały być zarejestrowane łącznie z dokumentami zakupu i dostarczone
do Urzędu Celnego w Gdyni. Wielu skuszonych niezłym zarobkiem wysyłało
auta kilkakrotnie, inni angażowali osoby trzecie do przewozu,
powiększając własny zysk. Do dwóch lat nie wolno było samochodów sprzedać,
stosowano jednak różne wybiegi, żeby auta zbyć i szybko wrócić do Kanady
czy też USA. Zwolnienie z opłat celnych i skarbowych dotyczyło tych osób,
które rzeczywiście pozostały w Polsce! Pozostali, rezygnując z osiedlenia
się w kraju, utracili przywilej zwolnienia z obowiązujących opłat! I na
koncie "przewoźnika" rosło obciążenie niezapłaconych podatków i akcyzy
z każdym rokiem poprzez wysokie oprocentowanie zaległości płatniczej. Jednakże
niedawno nastąpiło przedawnienie i amnestia z egzekucji tych opłat
na samochody sprowadzone do 1998 roku. Po 1998 roku do chwili obecnej przedawnienia
nie ma. Prawo obecne dot. zwolnienia sprowadzanych aut od opłat celnych
nie dotyczy samochodów poprzednio sprowadzonych przed 2008 r.
Dowolność polskiego wymiaru sprawiedliwości jest szeroka i niczym
nieskrępowana, dlatego osoby podróżujące do kraju i mieszczące się w przedziale
czasowym 1998-2007 mogą otrzymać na granicy (lotnisku) wezwanie do uiszczenia
opłaty, mogą otrzymać wezwanie do Sądu Rejonowego w Gdyni bądź do Okręgowej
Prokuratury w Gdańsku, a paszporty polskie mogą być zatrzymane aż do wypełnienia
zobowiązań względem państwa. Niepodporządkowanie się sądowemu nakazowi
spowoduje ściganie przez komornika i zapewne kłopoty z wyjazdem. Wiem,
że na granicy czeka kilkaset wniosków o zatrzymanie w celu wręczenia
wezwania.
Drugim zagadnieniem jest przewożenie aut zlecone
przez zawodowych handlarzy i kombinatorów w zamian za darmowy bilet lotniczy
plus kilka setek dolarów na własne wydatki. Cały proceder odbywał się jak
w pierwszym przypadku, jednakże w Urzędzie Celnym czekali na "przewoźnika"
panowie-cwaniaczki, którzy przejmowali dokumentację nadzorując
odprawę celną.
A gdy celnik podnosił brwi, skutecznie zamykano mu oczy kilkusetkową
łapówką (celnicy ci zostali osądzeni i skazani). Na szczęście po dziesięciu
latach nastąpiło przedawnienie, a z nim zwolnienie z obowiązku
uiszczenia podatku i akcyz. Lecz Temida polska nie mogła wypuścić
z rąk kury, która znosi złote jaja!
Otóż stwierdzono, że duża liczba dowodów rejestracyjnych
była wydrukowana na blankietach skradzionych uprzednio z Ministerstwa
Transportu w Ontario. Pozostaje dla mnie niejasna kwestia, dlaczego oszuści
fałszowali dowody rejestracyjne, gdy w większości przypadków samochody
nie były skradzione, tylko legalnie zakupione. Większość dotyczyła aut
używanych lub powypadkowych. Być może chodziło o odmłodzenie samochodów
w celu uzyskania lepszej ceny. Osoby wykorzystane do transportu jak przysłowiowe
osiołki nie mogły stwierdzić autentyczności dokumentów, nie
zakwestionowano ich również na komorze celnej, mimo że
przybycie aut nadzorowała również policja celem wyłuskania samochodów
pochodzących z kradzieży. Na lotnisku lub granicy każdego państwa UE możemy
się spodziewać zatrzymania i w najlepszym przypadku wręczenia wezwania
na przesłuchanie do Okręgowej Prokuratury w Gdańsku w charakterze podejrzanego
o posługiwanie się "podrobionymi" dokumentami w czasie przewozu samochodów,
gdzie przedstawiony zostanie zarzut popełnienia przestępstwa z art. 270
Kodeksu karnego, za który grozi od 1 do 10 lat więzienia. Gdy już się delikwent
wystraszy, prokurator proponuje wyjście z opresji: rok więzienia
w zawieszeniu na dwa lata i od 2000 tys. grzywny polskich złotych. Zaiste
wielce humanitarne rozwiązanie, gdy od niewinnych ludzi, stosując presję,
wyciągnie się kilka patoli z oczywistym zapisem o karalności do rejestru
skazanych!
W ogromnej większości ludzie oskarżani płacili szybciutko myto,
żeby jak najszybciej pozbyć się problemu i wrócić do kraju zamieszkania.
Pamiętam, że w okresie rządów "komuny" w sądach było
pojęcie okoliczności łagodzących. Sądy często kierowały się względami humanitarnymi,
gdy oskarżony miał chorą matkę i był jedynym żywicielem rodziny lub gdy
prowadził gospodarstwo rolne i należało zebrać plony; skazany był
zwalniany warunkowo do domu. W Tuskolandzie nie spodziewajmy
się jakiegokolwiek pardonu! System sprawiedliwości jest bezwzględny i okrutny,
często łamie życia ludzkie, doprowadza do licznych samobójstw i innych
tragedii, co obserwujemy na co dzień. Kto z czytelników chce się
dowiedzieć więcej szczegółów, sprawdzić swój status, może telefonować do:
Okręgowa Prokuratura w Gdańsku, ul. Wały Jagiellońskie 5 ,tel. 011-48-58-321-2069...
Albo poczekać na przedawnienie!
Andrzej Załęski
Toronto
Kraina niedźwiedzi
Bez wątpienia, przybywając do parku Killbear, wstępujemy na tereny
należące tych inteligentnych stworzeń. Niedźwiedzie potrafią doskonale
pływać, chodzić po drzewach i wbrew oczekiwaniom - patrząc na ich niezborne
ruchy w trakcie spaceru - są wspaniałymi długodystansowcami. Gdyby Kanada
wysłała swoje niedźwiedzie na olimpiadę do Pekinu, na pewno zdobyłyby jakieś
trofea...
Ale tak na poważnie, to sąsiedztwo misiów wcale nie należy do najmilszego.
Latem nie są one tak groźne jak wiosną, bo mają w bród jedzenia w postaci
jagód i grzybów, ale i tak zapuszczają się w okolice obozowisk, gdzie zdobycie
pożywienia jest bajecznie łatwe - wystarczy ukraść beztrosko pozostawioną
torbę z wiktuałami czy pobuszować po śmietnisku. Dlatego, gdy staniemy
w tym parku, potraktujmy ostrzeżenia i zalecenia na poważnie - nie trzymajmy
w namiocie żadnego jedzenia ani żadnej rzeczy, która wydziela jakieś zapachy,
typu mydło, pasta do zębów, środek przeciw komarom - misie mają bardzo
dobry węch i potrafią wyczuć interesujący ich zapach z bardzo dużej odległości.
Wszystkie nasze zapasy żywności zamykajmy w samochodzie.
Traktujmy też niedźwiedzie poważnie - tak jak one tego wymagają
- są to prawdziwe, niebezpieczne drapieżniki, które mogą zranić, a nawet
zabić dorosłego człowieka, a co dopiero małe dziecko. Warunkiem nr 1 jest
niekarmienie niedźwiedzi. Takie stworzenie z biegiem czasu przyzwyczaja
się do łatwego zdobywania pożywienia i gdy go nie dostanie - staje się
niebezpieczne, bo buszuje po obozowisku nawet w środku dnia. Karmienie
tych zwierząt w konsekwencji staje się dla nich wyrokiem śmierci, bo służba
parkowa musi takie stworzenie odstrzelić. Jeśli więc kochamy niedźwiedzie
- omijajmy je z daleka, a jeśli spotkamy się z nim oko w oko, to nie uciekajmy
- dogoni nas z łatwością zawodowego biegacza; lepiej głośno krzyczeć, wymachiwać
kijem i stwarzać wrażenie groźnego stworzenia - może to zniechęcić misia
do zawierania z nami bliższej znajomości.
Rozpisałem się o niedźwiedziach, a to nie one są główną atrakcją
parku w Killbear. Choć spędziłem tam kilka ostatnich dni - nie dostrzegłem
żadnego - napotkany ranger potwierdził jednak, że w ostatnią sobotę cztery
sztuki zostały zwabione w pułapkę, uśpione i wywiezione daleko na północ
od parkowej bramy. Zanim wrócą, będzie tu późna jesień i nikogo z gości.
Killbear bowiem to letni park, gdzie przyjeżdża się, by nacieszyć się pięknymi
plażami i spacerem wśród prastarych zdartych przez czas skał - parkowy
pejzaż to klasyka Kanadyjskiej Tarczy.
Park znajduje się w samym sercu Krainy 30 000 Wysp, a wyjątkowej
malowniczości dodaje mu właśnie fakt, że usadowiony jest na Canadian Shield
- jednej z najstarszych formacji geologicznych na Ziemi (2-4 mld lat).
Skalna opoka przed 230 milionami lat ostatecznie wynurzyła się z praoceanu;
przeorana przez lodowiec, smagana wiatrem, obmywana wodą, niszczona przez
mróz i słońce - popękała więc, pokruszyła się, a jej część zmielona została
w piasek, który fale wypłukały i przerzuciły w kierunku istniejącego dziś
parku, tworząc u jego brzegów niezwykle piękne plaże.
Krajobraz Killbear to wiekowe, przetarte przez lodowiec skały,
porośnięte powyginanymi w fantastyczne kształty sosnami. Gdzie powstała
życiodajna próchnica, tam rośnie gęsty, mieszany las. Występują w
nim, jednocześnie ze sobą współzawodnicząc, typowe dla flory południowego
i północnego Ontario, klony, buki i świerki.
Parkowy półwysep z jednej strony wspina się wysoko ponad taflę
jeziora. Północna jego część oferuje więc rozległe widoki, gdzie po horyzont
rozciąga się klasyczna dla tego regionu panorama: wielkie i małe wyspy
oraz wystające z wody olbrzymie głazy. W pogodny dzień widać stąd miasteczko
ulokowane po drugiej stronie zatoki - Parry Sound.
Południowy brzeg półwyspu obfituje w szerokie płytkie plaże.
Rodziny z małymi dziećmi będą się na nich czuły wyśmienicie. Przy wjeździe
do parku znajdują się wydzielone plaże dla "dziennych" gości, którzy w
tym pięknym zakątku chcą urządzić piknik. Cumują tu również jachty i wielkie
żaglowce, więc atmosfera panuje niecodzienna, jak w dawnych czasach.
Jak już wspomniałem - plaże to największa atrakcja tego parku.
Ponieważ Killbear jest olbrzymi - zajmuje bowiem 1756 hektarów porośniętego
sosnowym lasem terenu na półwyspie mocno wrzynającym się w zatokę Bay -
plaż jest tu kilkanaście; prawie w każdej kamienistej zatoczce znajdziemy
swoje wymarzone miejsce do kąpieli i odpoczynku. Na wyprawę możemy zabrać
też psa, bo niektóre plaże są dostępne również dla niego, bez łamania parkowych
przepisów. Pamiętajmy jednak, że pies - nawet najbardziej przyjazny, powinien
być na 1,5-metrowej smyczy - takie są wymagania.
W ośmiu obozowiskach ulokowanych w pobliżu wód Zatoki Georgian
urządzono 882 miejsca pod namioty, a do 147 campsites doprowadzono prąd
elektryczny.
Chociaż opłaty za miejsca pod namiot są takie same, to różnice
między jakością, urodą i dostępnością do plaż czy jeziora są olbrzymie.
Generalnie warto unikać obozowiska Blind Bay. Jest ono ulokowane po północnej
stronie półwyspu w pobliżu miejsca do spuszczania łodzi - będziemy więc
świadkami nieustającej kawalkady wielkich, smrodzących powietrze pick-upów
ciągnących do wody jeszcze większe łodzie. Ze "Ślepej Zatoki" wszędzie
jest daleko i nie ma tu plaży, bo trudno nią określić dwumetrowy pasek
z piaskiem w pobliżu skał. Jeśli później poznamy uroki plażowisk w pobliżu
Harold Point, Granite Saddle czy Lighthouse Point, to zrozumiemy, że zostaliśmy
nabici w butelkę. Starajmy się więc o znalezienie miejsca pod nasz namiot
lub kempingową przyczepę w innych niż Blind Bay campground.
W parku, oprócz plaż, atrakcję stanowią trasy spacerowe, wędrując
nimi, lepiej poznamy urok tych okolic. Najbardziej malownicza i zarazem
najkrótsza to ta wiodąca do latarni - Lighthouse Point Trail. Nieco dłuższa
- 3,5-kilometrowa Lookout Point Trail - poprowadzi nas na wysokie wzniesienie,
skąd jak z lotu ptaka zobaczymy całą zatokę. Urządźmy sobie tu również
kajakową wycieczkę wśród wysp. Wypożyczalnia canoe znajduje się co prawda
poza parkiem (przy sklepie oddalonym od bramy Killbear o dwa kilometry),
ale ceny są bardzo przystępne i wynoszą 23 dolary za cały dzień, za kajak
trzeba zapłacić pięć dolarów więcej.
Opuszczając park Killbear, zróbmy sobie specjalną przyjemność,
zamawiając wędzonego pstrąga lub smażonego okonia w restauracji usytuowanej
w przystani na końcu Snug Harbour Rd. Droga znajduje się po lewej stronie
drogi nr 559, kilka kilometrów za parkową bramą. Ryby są świeże, prosto
z jeziora i smaczne, że palce lizać! Przy okazji popatrzymy sobie jeszcze
na odwiedzających zajazd jeziorowych wilków, którzy tu przypływają swoimi
łajbami...
Dojazd z Toronto do Killbear trwa 2,5 godziny; autostradą 400,
a następnie za Parry Sound skręcamy w lewo w County Road 559.
Jerzy Rosa
Mississauga
Nigdy więcej Powstania Warszawskiego
Dawno temu w czasach szczenięcych Powstanie Warszawskie weszło mi głęboko
pod skórę, stało się częścią tego, czym dla mnie jest Polska, w latach
komunistycznej szarości pokazywało zryw wolnych ludzi, którzy rzucili wszystko
na jedną szalę. Do ich ofiary zawsze podchodzę z nabożną czcią. Tak wielkie
całopalenie musi jednak u każdego dorosłego człowieka stawiać pytanie -
po co?
Dzisiaj mówi się, że Powstanie to zderzenie dwóch polskich tradycji
- romantyczno-powstańczej i pozytywistycznego realizmu; pragmatycznej i
szalonej wizji, czym jest Polska i walka o nią, a w rzeczy samej czym jest
polski interes narodowy.
Dlatego apel redaktorów dzienników o zrobienie "apolitycznego"
filmu o Powstaniu jest żądaniem stworzenia potworka. Jak wytłumaczyć "bez
polityki", że oto całkiem inteligentni młodzi ludzie rujnują własne miasto,
idąc z gołymi rękami na uzbrojonego w najnowocześniejszą broń wroga?
Powstanie musi być "polityczne", bo jego jedyna wartość dla nas
to lekcja, jak uniknąć tych strasznych błędów, jakie wówczas popełniono.
Błędów, które z powodu późniejszych wypadków nigdy nie zostały głośno napiętnowane
i osądzone.
Bitwa o Warszawę była wówczas, w sierpniu, bitwą o wolną Polskę,
prowadzono ją jednak na pół gwizdka, bez zaangażowania sił polskich na
Zachodzie, bez rzucenia wszystkiego, czym ówczesne państwo polskie dysponowało,
na jedną szalę, bez wielkiej ofensywy dyplomatycznej, oparto ją na strategicznym
założeniu przyjaznego zachowania i pomocy Sowietów, mimo że znane były
cele sowieckiej polityki w Polsce i stosunek Stalina do Armii Krajowej
i władz w Londynie.
To wszystko są rzeczy widoczne gołym okiem, nie trzeba do tego
kwerend w archiwach. Efekt tej przegranej bitwy o Polskę był taki, że przerwana
została ciągłość polskiej elity i to, co mamy dzisiaj, to kogo Polacy oglądają
na ekranach swych telewizorów i kogo uważają za przywódców, to rezultat
dwóch wydarzeń - Katynia i Powstania Warszawskiego. To przez te dwa wypadki
setki tysięcy rodzin polskiej elity przestało istnieć, nie mamy wokół siebie
ich dzieci i wnuków.
Nie róbmy z Powstania krwawego Disneylandu, uszanujmy tragedię
tamtego pokolenia, wyciągajmy wnioski, skoro i tak zapłaciliśmy już za
tę lekcję olbrzymią cenę. To jest przecież także nasza tragedia.
Kiedyś w dyskusji z autentycznym polskim bohaterem powstańczych
walk, kawalerem Orderu Virtuti Militari, usłyszałem na moje argumenty:
jakie mam prawo oceniać Powstanie, skoro urodziłem się po wojnie?
Otóż klęska Powstania mnie osobiście dotyczy, podobnie jak każdego
innego Polaka urodzonego w PRL-u. To przez to, że poprzednie pokolenie
przegrało wojnę, my przyszliśmy na świat w zniewolonym kraju. Wojen nie
prowadzi się bowiem z powodu emocji, lecz chłodnej kalkulacji interesów.
Historia pokazała, że tę polską kalkulację z 1944 roku można o kant tyłka
potłuc. Uczmy się na błędach dziadków i ojców, aby ich nie powtarzać, aby
już nigdy w naszej historii nie wydarzyło się coś takiego jak Powstanie
Warszawskie!
Uczmy się analizować wypadki historyczne bez emocji, na zasadzie
rachunku zysków i strat, wojna to poważna sprawa, pierwszym zadaniem każdego
państwa jest przecież zapewnienie bezpieczeństwa własnych obywateli. Ponad
40 lat temu w Origins of the Second World War A.JP. Taylor zauważył, że
my, Polacy, straciliśmy w II wojnie światowej 6,5 mln ludzi, zaś Czesi
mniej niż 100 tys., i zadał pytanie, co było lepsze? Być zdradzonym (w
Monachium) Czechem, czy Polakiem "ocalonym" przez brytyjskie i francuskie
przystąpienie do wojny? Stuart Reid, wspominając o tym niedawno w "American
Conservative", dodaje, że jedynie Polak może być wystarczająco szalony,
aby bez wahania wybrać to drugie.
Oczywiście i Czechów, i nas zdradzono później w Jałcie. Obserwując
dzisiaj Pragę, trudno nie odnieść wrażenia, że nie ma tam aż tyle zjawisk
rodem z republik bananowych, co w Polsce. Między innymi dlatego, że Czechosłowacja
przegrała wojnę "na tyle, na ile musiała", nie tracąc "głowy", my zaś na
własne życzenie przegraliśmy ten konflikt z kretesem, tracąc najcenniejszych
ludzi.
Realizm w polityce to nie jest kwestia charakteru narodowego,
lecz mądrości i wykształcenia elit przywódczych. Jest oczywiste, że mieliśmy
w czasie II wojny światowej wspaniałą, patriotyczną młodzież. Niestety,
jej ojcowie nie nauczyli się jeszcze wówczas, jak wielki to skarb i jak
oszczędnie szafować trzeba jej krwią.
Nie zawracajmy dzisiejszej młodzieży mitami w głowie. Jesteśmy
na etapie odbudowywania Polski, odbudowywania patriotycznej polskiej elity.
Pamięć o Powstaniu jest lekcją obowiązkową, ale nie pamięć durna i bezmyślna.
Wyzbądźmy się w końcu romantycznego wizerunku Polaka - proszę wybaczyć
brutalne słowa - napalonego idioty. Nauczmy się skutecznie bronić polskiego
interesu - polskich rodzin, polskiej gospodarki, polskiego kapitału. Polska
znów musi się stać krajem z racjonalną, chłodną głową. Pamiętajmy co sierpień
o Powstaniu i co roku zadajmy sobie pytanie, czy ta klęska musiała nas
spotkać, i co można było zrobić, aby jej uniknąć. Byłby o tym całkiem ciekawy
film fabularny...
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC NR 31/2008
"Biednego by tak nie chowali"
"Biednego by tak nie chowali" - powiedziała podobnież pewna kobiecina,
obserwująca z warszawskiego chodnika pogrzeb Stefana Żeromskiego. Cóż dopiero
by powiedziała, patrząc na pompatyczny pogrzeb profesora Bronisława Geremka?
Kto by pomyślał, że "drogi Bronisław" był przez całe życie tak przykładnym
katolikiem, że mszę - chciałem napisać żałobną, ale jaką tam "żałobną",
kiedy właściwie triumfalną - będą odprawiali aż dwaj arcybiskupi? W takiej
sytuacji nawet sam Pan Bóg Wszechmogący z pewnością będzie musiał poczuć
się zobligowany, by osobiście wyjść na powitanie "Przyjaciela Świata".
Ale jakże inaczej, skoro do Nieba przybędzie tak wybitny Syn Kościoła,
po którym nie tylko Polska, nie tylko cała Europa, ale nawet Ameryka pozostaje
nieutulona w żalu - czego dowodem jest obecność samej pani Albright? Trudno
powiedzieć, kto tu komu zrobi większy zaszczyt - bo że zaszczyt - to rzecz
pewna. Nie ma tedy najmniejszych wątpliwości, że prof. Bronisław Geremek
już dołączył do grona santo subito, więc tylko patrzeć, jak zostanie wyniesiony
na ołtarze, zwłaszcza w Żywej Cerkwi, która też okazała się bardziej wpływowa,
niżby mogło się nam początkowo wydawać.
Zaiste - ekumenizm przynosi błogosławione owoce; jeśli Wielki
Wschód Francji z Kościołem, to rzeczywiście - "bramy piekielne" nie mają
najmniejszych szans. Zresztą, powiedzmy sobie otwarcie i szczerze - po
cóż by "bramy piekielne" miały prowadzić jakieś wściekłe szturmy, kiedy
Kościół już jest "otwarty" do tego stopnia, że i nie bardzo wiadomo, która
"brama" jest do czego?
Obserwuję to nadzwyczajne wydarzenie z dalekiego Siem Reap w
Kambodży, gdzie właśnie obejrzałem sobie tutejsze niewielkie "pole śmierci".
Pola śmierci - to miejsca, w których Czerwoni Khmerowie w latach 1975-1979
wymordowali około 3 milionów ludzi, żeby dokonać w Kambodży socjalistycznych
przemian.
Tę rewolucję przerwał w 1979 roku wietnamski najazd. Z Wietnamczykami
przybył Hun Sen - dawny oficer Czerwonych Khmerów, który początkowo też
uczestniczył aktywnie w przeprowadzaniu socjalistycznych przemian w Kambodży,
ale zagrożony kolejną czystką - wybrał wolność w Wietnamie. Teraz wystąpił
w roli oswobodziciela nieszczęsnego kambodżańskiego narodu, co jeszcze
raz potwierdza trafność spostrzeżenia Stefana Kisielewskiego, że zegarek
najlepiej potrafią naprawić ci, co go zepsuli. Dodatkowo świadczy o tym
fakt, że karierze Hun Sena nie zaszkodziło nawet wycofanie się Wietnamczyków
z Kambodży w roku 1989 i zainstalowanie tam demokracji w postaci "monarchii
konstytucyjnej". Bo wtedy do Kambodży powrócił z Chin Narodom Sihanouk
i został królem, a chociaż później abdykował na rzecz swego syna Narodoma
Sihamoni, to premierem rządu nadal jest Hun Sen, który stoi jednocześnie
na czele Kambodżańskiej Partii Ludowej.
Ta partia zajmuje okazałe siedziby, mniej więcej takie jak Polska
Zjednoczona Partia Robotnicza, więc już na pierwszy rzut oka można się
zorientować, gdzie leży punkt ciężkości władzy.
Akurat zresztą trwa kampania wyborcza i po mieście jeżdżą samochody
wypełnione aktywistami Kambodżańskiej Partii Ludowej, wykrzykujących przez
megafony jakieś hasła. Być może dzisiaj nie wzywają one już do pogłębiania
socjalistycznych przemian, ale jestem pewien, że do jakichś "reform" -
co na jedno wychodzi.
Oczywiście na ofiarach socjalistycznych przemian, których rozłupane
motykami czaszki i kości udowe spoczywają w oszklonej tak zwanej "stupie",
czyli rodzaju buddyjskiej kapliczki - żadne obietnice czy zapowiedzi "reform"
nie robią już wrażenia, więc nie protestują na przykład przeciwko rządom
premiera Hun Sena, który przecież, jeśli nawet nie samodzielnie doprowadził
do tutejszego "okrągłego stołu", to z pewnością potrafił wybrać z niego
najlepszą cząstkę. Okazuje się, że i transformacja ustrojowa przebiegała
i u nas, i w Kambodży dość podobnie, a podobne także okazały się jej skutki.
Sądząc po fotografiach, premier Hun Sen młody już nie jest i
kiedy, dajmy na to, się przeziębi, to pogrzeb może mieć podobny do pogrzebu
profesora Bronisława Geremka, chociaż prawdopodobnie zamiast arcybiskupów
nabożeństwo żałobne odprawią kapłani buddyjscy. Tak czy owak też może zostać
santo subito, zwłaszcza gdyby ktoś przetłumaczył tutejszej ludności list
pasterski napisany przez Jego Ekscelencję abpa Józefa Życińskiego dla wiernych
archidiecezji lubelskiej. List ten delikatnie sugeruje, co robić i komu
wierzyć w sytuacjach wątpliwych; zasadniczo na przykład nie można wierzyć
dokumentom sporządzonym przez Służbę Bezpieczeństwa, natomiast jeśli oficerowie
SB, dajmy na to, na procesie lustracyjnym pani prof. Zyty Gilowskiej zgodnie
stwierdzają, że dokumenty fałszowali, to należy wierzyć im bez zastrzeżeń.
Takie wskazówki mogą się bardzo przydać również i w Kambodży, co jest kolejnym
argumentem na rzecz ekumenizmu i "Kościoła otwartego".
Innym podobieństwem Polski do Kambodży jest proces, jaki toczy
się tu przeciwko przywódcom Czerwonych Khmerów. Jeng Sary i Khieu Sampan
są co najmniej tak starzy, jak generał Wojciech Jaruzelski, więc jeśli
nawet zostaną dowiezieni ze swoich wygodnych aresztów domowych, to niczego
nie pamiętają, a tak naprawdę - to i tak o niczym nie wiedzieli, tak jak,
dajmy na to, generał Kiszczak - bo o wszystkim wiedział Pol Pot, który
szczęśliwie już nie żyje, więc po co rozdrapywać stare rany? Lokatorom
"pól śmierci" to i tak już nie pomoże, a nadmierne pragnienie sprawiedliwości
może zagrozić procesowi reform, a jak tu bez reform wybierać przyszłość?
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
***
Z powodu problemów technicznych, publikujemy dziś felieton Stanisława
Michalkiewicza za "Naszą Polską".
Nic o nas bez nich?
Biologia uczy, że człowiek zbudowany jest z białka oraz wody. Każdy
człowiek, nie wyłączając obywateli krajów należących do Unii Europejskiej.
Co do białka, nie zabieram głosu, lecz w Europejczyku z prawdziwego zdarzenia
(czytaj: w Unioeuropejczyku) ilość wody w szokującym stopniu przewyższa
poziom zdrowego rozsądku.
Tyle konstatacji w odniesieniu do europejskiego "Człowieka Przyszłości".
A z czego zbudowana jest sama Unia Europejska? To równie proste: ze słów.
Z analiz. Debat. Apeli. Zezwoleń. Uzgodnień. Zaświadczeń. Przepisów. Wskazówek.
Normalizacji. Ostrzeżeń. Plus z tego, co najważniejsze - czyli z dyrektyw.
I właśnie o unijnych dyrektywach dwa słowa refleksji, żeby tak
rzec: ogólnodyrektywnych.
ROZSTRAJANIE
POPRZEZ REGULACJĘ
Zacznijmy od wyartykułowania kolejnej oczywistości: dyrektyw
ci nam w Unii dostatek. Niestety, mało tego, co by na złe nie wyszło -
stąd SGUB (Szacowne Grono Unijnych Biurokratów) wciąż płodzi kolejne. Dołączając
doń bagaż wyjaśnień, opisów, odsyłaczy, komentarzy oraz interpretacji,
co do których nigdy nie wiadomo, na jakie prawne bezdroża zaprowadzą ich
odbiorcę. Dokąd powiodą nas.
Dyrektywa w sprawie rocznych badań. Dyrektywa w sprawie przeciwdziałania.
Dyrektywa w sprawie przejrzystości. W sprawie koordynacji. W sprawie nadzoru.
W sprawie ofert. W sprawie przejęcia. Dyrektywa w sprawie uzgodnień. W
sprawie wymagań. W sprawie wykorzystywania. W sprawie reorganizacji. W
sprawie dopuszczenia. Dyrektywa w sprawie zbliżenia ustawodawstwa państw
członkowskich...
I tak dalej, i tak dalej, a wszystko coraz mniej konkretnie,
za to bardziej idiotycznie. Nie wyłączając dyrektywy w sprawie dyrektyw
oraz dyrektyw uchylających dyrektywy. A poza tym: zezwolenie na dostęp,
zezwolenie na usługę powszechną, zezwolenie na uzyskiwanie zezwoleń...
itp.
Dążność do uregulowania każdego aspektu ludzkiej egzystencji
za pomocą przepisów kodyfikujących procesy społeczne oraz indywidualne
zachowania to doskwierająca UE przypadłość o charakterze choroby śmiertelnej.
Objaw myślenia kompulsywnego, postawa - dosłownie - schizofreniczna. A
przecież Bruksela reguluje wszystko w stopniu, który wszystko rozregulowuje
ze szczętem.
PRZYMIERZ KALOSZE!
O konieczności posiadania zaświadczeń dokumentujących umiejętność
wspinania się na drzewa, dopuszczalnej odległości między poszczególnymi
szczeblami drabiny, odpowiednich wymiarów szpitalnych lamperii czy należytych
odstępów grzejników od ścian budynków pisali chyba wszyscy eurokrytycy.
Lecz unijna biurokracja (zwana niekiedy znacznie dosadniej: "biurwokracją")
podobnych absurdów naprodukowała bez liku.
Jak informuje europoseł Mirosław Piotrowski, zgodnie z dyrektywą
w sprawie osobistego wyposażenia ochronnego, do każdej pary unijnych kaloszy
producent winien dołączyć co najmniej 24-stronicową "instrukcję użytkownika",
w dziesięciu językach, zawierającą kwiatki takie jak informacja na temat
ryzyka użytkowania tego rodzaju obuwia oraz sposobów jego przechowywania
i konserwacji. Instrukcja winna zawierać również zakres odporności kaloszy
na wysoką i niską temperaturę, a także wstrząsy elektryczne. Co bodaj najbardziej
frapujące, w instrukcji nie powinno zabraknąć sugestii, by przyszły użytkownik
kaloszy przed dokonaniem zakupu uprzednio starannie je przymierzył... Natomiast
producent, by spełnić normy, obowiązany jest poddać każdy kalosz dwukrotnym
testom w specjalnych unijnych laboratoriach certyfikacyjnych.
Tak po prawdzie, unijne regulacje nie tylko człowieka dotyczą.
Dlatego pewnemu przedsiębiorcy zakazano sprzedaży mieszanki pieprzu odstraszającego
koty - albowiem wcześniej nie przebadano go pod kątem unijnych testów bezpieczeństwa.
Na razie testów bezpieczeństwa pieprzu, ale w przyszłości kto wie, pewnie
konieczne będą badania zarówno przedsiębiorcy, jak i kota. Skoro pieprz
nie poddany testom może okazać się niebezpieczny, tym bardziej niebezpieczni
mogą okazać się ludzie interesu. O kotach nie wspominając. Safety first!
I do diabła ze zdrowym rozsądkiem.
SĘK W CYFROWYM APARACIE
Proszę sobie wyobrazić, że na przestrzeganie podobnych przepisów
firmy z krajów unijnych wydają rocznie ponad sześćset milionów euro. W
tym firmy polskie - ponad sto milionów złotych. Ilu chorym dzieciom
można by za te pieniądze pomóc? Ile stypendiów ufundować?
Jeszcze do niedawna na obszarze Unii Europejskiej obowiązywała dyrektywa
regulująca kwestię sęków w drewnie. Konkretnie sęków w wyrabianych z tegoż
drewna deskach. Określano w niej parametry takie jak jakość oraz wymiary
drewna wprowadzanego do obrotu, deklarując, że bez tej normalizacji niemożliwe
będzie "prawidłowe funkcjonowanie rynku drzewnego w zjednoczonej Europie".
Wspomnianą dyrektywę uchylono po kilkudziesięciu latach. Wszelako
do dziś obowiązuje inna: aby importer mógł sprowadzić do Polski i między
Odrą a Bugiem zajmować się handlem aparatami cyfrowymi, uprzednio musi
skontaktować się z sześcioma różnymi urzędami.
Ani chybi brukselska biurokracja postawiła sobie za cel bohaterską
walkę z problemami, która sama nieustannie stwarza. Odnoszę wrażenie, że
unijni urzędnicy nie zaprzestaną owej "walki" dopóty, dopóki ze zdrowego
rozsądku nie zostanie kamień na kamieniu.
Warto przy tym pamiętać, iż unijne przepisy liczą ponad 85.000
stron, przy czym część z nich nie została przetłumaczona na wszystkie oficjalnie
obowiązujące języki krajów unijnych...
***
Kto chce widzieć, zobaczy. A wygląda to tak, jak gdyby Bruksela
wbijała do głów mieszkańcom państw Starego Kontynentu: nic o was bez nas.
To znaczy bez nich - bez unijnych "biurwokratów".
Ostatnio w moje ręce wpadła dyrektywa Rady Unii Europejskiej
w sprawie wprowadzenia w życie zasady równego traktowania osób bez względu
na religię lub światopogląd, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną
- ale o tym brukselskim "wydumie" to już może przy innej okazji.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Wrota Georgian Bay
Wszędzie ładnie, ale najładniej jest nad Georgian Bay! To tu wśród
dziesiątek tysięcy wysp i wysepek, między tysiącami zatok, lagun i piaszczystych
mierzei znajdzie się spokój i niezmierzone piękno, które daje tylko nieskalana
naszą cywilizacją Natura. Tu, wśród liczących miliardy lat zmurszałych
skał zanurzonych w krystalicznie czystej wodzie, odpoczywa się najpełniej
i najszybciej. W najbliższy więc weekend, który jest dodatkowo wydłużony
o "Civic Day", wybierzmy się nad to wyjątkowe nie tylko w skali Kanady,
ale i całego świata przyrodnicze zjawisko.
Najszybciej na spotkanie z nami Georgian Bay wybiega w Penetanguishene
na cyplu półwyspu Midland. Znajduje się tu wrzynająca się głęboko w ląd
zatoka, w której cumują wycieczkowe statki. Samo miasteczko, oprócz trudnej
do wymówienia nazwy (w języku plemienia Odżibuejów znaczy to: "miejsce
wśród wzgórz białego piasku" - współcześni mieszkańcy tej miejscowości
skrócili ją jednak do bardziej znośnej formy: Penetang) nie stanowi nic
specjalnego, ale uważny podróżnik dostrzeże, że język francuski jest
tu na równych prawach z angielskim.
To historyczna spuścizna po przybyszach z Quebecu, którzy w latach
1840. zasiedlili ten obfitujący w urodzajną ziemię zakątek Kanady. Francuzi
parali
się nie tylko uprawą roli, ale także pracowali przy wycince drzew, które
gęstym borem porastały całą okolicę. Z biegiem czasu te dwie społeczności
nieco zasymilowały się, ale do tej pory miasteczko jest dwujęzyczne, co
dodaje mu dodatkowego uroku.
Po krótkiej wizycie w Penetanguishene, zwiedzeniu portu i wypiciu
kawy w Timie Hortonsie (znajduje się po lewej stronie drogi nr 6, na plazie,
gdzie możemy też dokupić niezbędne "biwakowe" wiktuały) kierujemy się na
północ do parku Awenda. To właściwy cel naszej weekendowej wyprawy, choć
jeszcze w drodze powrotnej zahaczymy o Midland, a dlaczego - o tym później.
Odwiedzający pierwszy raz Awendę będą zaskoczeni różnorodnością
krajobrazu, jaki tu zastaną: od pokrytych kamieniami plaż, urwistego, wznoszącego
się na 60 metrów nad lustrem wody wypiętrzenia Nipissing Bluff - po małe
jeziora, piaszczyste ruchome wydmy i lasy pełne klonów i dębów. Las pokrywa
aż 90 procent powierzchni parku, całkiem sporego (2915 ha); dlatego prawie
wszystkie z 333 miejsc kempingowych znajdują się w lesie. Niech to jednak
nikogo nie odstrasza - place pod namioty są obszerne, suche i zwykle na
polanach, więc słońce dociera tu także, ale nie jest uciążliwe, bo zawsze
można schronić się przed nim w cień rozłożystych drzew.
Awenda oferuje nie tylko biwakowanie i plażowanie; 27 kilometrów
wytyczonych ścieżek oraz drugie tyle tras na terenach do niej przylegających
zaspokoi ambicje również każdego rowerowego wyczynowca oraz amatora pieszych
wędrówek.
Korzystając ze święta Civic Day, postarajmy się lepiej poznać
historię tego kraju. Awenda i jej okolice pełne są pamiątek po wielu prehistorycznych
kulturach. Słowo "awenda" znaczyło w języku szczepu Wendat pochodzącego
z plemienia Huronów, które zamieszkiwało te tereny do roku 1650: "słowo
zobowiązuje". Ponieważ pierwsi mieszkańcy tych ziem - Indianie - nie znali
pisma, większość ważnych dla plemienia faktów, umów i zobowiązań przekazywana
była z pokolenia na pokolenie w ustnej formie, a słowo miało o wiele większą
wartość niż teraz.
Plaż jest kilka, w tym nawet dla czworonogich przyjaciół - polecam
najdalej od parkingów położoną z numerem 4 - jest szeroka i mniej ludna
od pozostałych.
Leżąc beztrosko na plaży, zauważymy oddaloną o parę kilometrów
od Awendy wyspę. Należy ona do parku i zwie się nieco makabrycznie, bo
Giants Tomb (Grób Olbrzyma). Ponieważ jest to ląd należący do prowincyjnego
parku, nikt tam na stałe nie mieszka, ale wyspa jest ulubionym celem posiadaczy
wielkich łodzi, ponieważ znajdują się tam wspaniałe piaszczyste plaże.
Skąd wzięła się ta okropna nazwa tej pięknej, mającej 5 km długości
i 2 kilometry szerokości wyspy? - Otóż istnieje indiański przekaz o olbrzymie
Kitchikewana, bez którego Georgian Bay wcale by nie przypominała tego,
co teraz znamy i widzimy. Ten indiański bóg przyozdabiał swe włosy tysiącami
ptasich piór i nosił opończę uszytą ze skór 600 bobrów. Był naprawdę olbrzymi,
a do tego miał porywczą, nieokiełzaną naturę. Wyprawiał tyle szkód, że
pozostali indiańscy bogowie postanowili znaleźć mu żonę, która być może
złagodzi jego wybuchowy charakter. Wybór padł na piękną dziewczynę z plemienia
Ouendat - Wanakitę. Los chciał, że od dawna podobała się ona także samemu
olbrzymowi, ale na nieszczęście Wanakita była już zakochana w innym wojowniku
i zaloty Kitchikewany odrzuciła.
Legenda Huronów wspomina, że olbrzym ten z wściekłości, iż jego
oświadczyny nie zostały przyjęte, wpadł w szał i w akcie zniszczenia szarpał
skały i rozrzucał je wokół, aż wreszcie padł bez mocy, a jego dłoń z pięcioma
palcami tak mocno uderzyła o jezioro, że utworzyła pięć zatok: Midland
Bay, Penetang Bay, Hog Bay, Sturgeon Bay i Matchedash Bay. Od tej pory
Georgian Bay nabrała dzisiejszego wyglądu - pełno tu dzikich skał bezładnie
porozrzucanych, jakby czynił to ktoś w paroksyzmie szału... A Kitchikewana
leży pogrzebany właśnie na wyspie, którą oglądamy z naszej plaży w Awendzie.
Nie zapomnijmy w drodze powrotnej z tego niesamowitego parku
odwiedzić
odrestaurowanej misji jezuickiej z XVI wieku w Midland oraz sanktuarium
Męczenników Kanadyjskich - Martyr's Shrine, do którego właśnie w tych dniach
będzie zmierzać doroczna polska piesza pielgrzymka z Toronto. W niedzielę,
3 sierpnia, w parafii św. Maksymiliana Kolbe w Mississaudze oraz w Brampton
w parafii Eugeniusza de Mazenod będzie się można jeszcze zapisać na to
duchowne wydarzenie. W tym roku po raz pierwszy chętni do wzięcia udziału
w pielgrzymce, która odbywa się już od 24 lat, mogą zarejestrować się przez
Internet pod adresem www.pielgrzymka.ca. Tegoroczna piesza pielgrzymka
do Midland rozpoczyna się 4 sierpnia (poniedziałek); wyrusza spod kościoła
św. Patryka przy skrzyżowaniu Mayfield Rd. i The Gore Rd.
Odtworzona z historyczną pieczołowitością jezuicka osada w Midland
założona została w 1639. Była centrum misyjnym na tę część Kanady. Jezuici
celowo wybrali te ziemie do swych misjonarskich celów, ponieważ mieszkający
tu od tysiącleci Indianie z plemienia Wendat prowadzili prawie osiadły
tryb życia.
Zetknięcie się jednak dwóch kultur będących na tak różnym stopniu
rozwoju było przyczyną nieustannych konfliktów. Jezuitów, znających się
na leczeniu chorób, indiańscy szamani niejednokrotnie oskarżali o rzucanie
czarów, gdy ich pacjenci wracali do zdrowia.
Jezuici działali na półwyspie Midland przez dziesięć lat. W sumie
było ich tu razem czterdziestu i dobrze znać tę liczbę, zwiedzając odrestaurowaną
z pietyzmem osadę. Jezuici razem ze swymi pomocnikami przybyłymi z Francji
stworzyli bowiem przez jedną dekadę coś więcej niż misyjną osadę z domami
mieszkalnymi, szpitalem, warsztatami, kuźnią, stolarnią, kościołem, oborami
i chlewami, gdzie hodowano sprowadzone z Europy krowy i świnie, kurnikami
z drobiem. Zbudowano palisadę i system wewnętrznych kanałów z zastawami
i progami wodnymi, które umożliwiały dostawę towarów do misji wielkimi
czółnami. Ta garstka ludzi budowała zręby nowoczesnej cywilizacji wśród
ludzi z epoki kamienia łupanego. Nawracając na wiarę chrześcijańską, jezuici
uczyli także Indian nowych metod przechowywania i konserwacji żywności,
produkcji odzieży z owczej wełny, produkcji obuwia, bardziej wydajnych
metod uprawy roli (Huronowie, do których należało plemię Wendatów, nie
stosowali płodozmianu ani trójpolówki - co w efekcie wyjaławiało glebę
i zmuszało Indian do zmiany miejsca zamieszkania i poszukiwania żyznej
ziemi).
Chodząc po osadzie Sainte-Marie among the Hurons, niejednokrotnie
będziemy zaskoczeni, jak tak nikła garstka ludzi, praktycznie wyposażona
tylko w siekiery, mogła wznieść tak wspaniałe budowle. Część z nich jest
z kamienia, część z drewna, ale na kamiennej podmurówce - wszystkie
zbudowane z mistrzostwem i znajomością rzemiosła. Teraz, po ponad trzystu
latach, stanowią doskonałe świadectwo wiary, która potrafi czynić cuda.
Na terenie misji znajdowało się także osiedle indiańskie. W "długich
domach" mieszkali nowi chrześcijanie, którzy od misjonarzy i ich europejskich
pracowników (pracowali oni bez wynagrodzenia - jedynie za strawę i opierunek)
poznawali nową wiarę i kulturę, której w przyszłości sami mieli być misjonarzami.
To rzadki sposób takiego współistnienia - przypomnieć tu bowiem należy,
że tylko katolicy traktowali w tamtych czasach Indian jako równych sobie.
Dzieje misji potoczyły się jednak tragicznie - po dziesięciu
latach od założenia, została napadnięta przez Irokezów i zniszczona, a
jezuici w potworny sposób zamęczeni i zabici. Po latach zamordowanych misjonarzy
kanonizowano - ku ich czci w sąsiedztwie misji zbudowano sanktuarium Męczenników
Kanadyjskich w Midland, gdzie co roku odbywa się wspomniana już wyżej piesza
pielgrzymka...
No i pora wracać do domowych pieleszy. Nasza wydłużona weekendowa
wyprawa na pewno zrelaksowała nas i przygotowała do walki z przeciwnościami
codziennego życia a przede wszystkim umożliwiła nam lepsze poznanie naszej
drugiej ojczyzny - Kanady. I to jest naczelnym celem naszych weekendowych
eskapad!
Jerzy Rosa
Mississauga
Witold Liliental, to co innego...
Kilka miesięcy temu w Toronto ukazała się niewielka książeczka felietonisty
torontońskiej "Gazety" Witolda Lilientala zatytułowana "Ty, to co innego".
W dwóch językach, po polsku i angielsku, w tej 26-stronicowej książeczce
autor pisze o sobie, historii swojej rodziny i doświadczeniu odkrywania
własnego żydowskiego pochodzenia w kontekście polskiego, a zwłaszcza polonijnego
"antysemityzmu". Przy tej okazji chwali Grossa, za "Sąsiadów" i "Strach"
("Ale czy można polemizować z samymi przytoczonymi faktami? Nie mogę więc
powtarzać za tłumem oburzonych, że autor kłamie, mogę tylko nie zgadzać
się z jego wnioskami"), gani tutejszych Polaków za nacjonalizm i szowinizm
("Kiedyś żona zatelefonowała do polskiego zakładu optycznego z zapytaniem,
czy przypadkiem nie jest otwarty w niedzielę. W odpowiedzi usłyszała: ?My
nie Żydy="), oraz krytykę wielokulturowości ("Tymczasem pewne pismo polonijne,
odwołujące się do wiary w swej winiecie, publikuje artykuły, w których
torontońską tolerancję międzykulturową określa pogardliwie mianem "multikulti".
Zastanawiam się często, czy właśnie takiej pogardy uczył Chrystus...").
Oczywiście - aluzju paniał - "domyślmy się", że owo pismo to "Goniec"...
Notabene fragmentu tego nie ma w wersji anglojęzycznej, w interesujący
sposób odmiennej od polskiej.
Do tego dochodzą autentyczne perełki w rodzaju: "Szybko zorientowałem
się, że w okolicach Toronto, oprócz ludzi na wysokim poziomie intelektualnym
i takich, których można nazwać elitą, mieszka też wiele osób, które delikatnie
mówiąc, nie darzą Żydów, ani osób tego pochodzenia sympatią". Jest to jedna
"z lepszych" definicji elity oraz "wysokiego poziomu intelektualnego",
na jakie udało mi się natrafić, a w końcu swoje lata mam i nie urodziłem
się wczoraj.
Dorzucić można też przeprowadzone tym razem wprost i bez aluzji
potępienie torontońskiego pisma Związku Narodowego Polskiego "Głosu Polskiego"
(niebawem obchodzić będzie stulecie istnienia) za opublikowanie tekstu
stwierdzającego, że "ultranacjonalizm żydowski jest zakorzeniony w tradycji
Talmudu, wyższości Żydów nad nie-Żydami, wobec których nie obowiązuje Żyda
dziesięć przykazań. Według tej ideologii, dla dobra Żydów, Żydzi mogą bez
grzechu popełniać najbardziej perfidne zbrodnie" - najwyraźniej dla p.
Lilientala nawet krytyka "ultranacjonalizmu" jest w tym przypadku przejawem
antysemityzmu. Domyślam się, że nacjonalizm można potępiać jedynie wówczas,
gdy dotyczy - powiedzmy - Niemców, Polaków, albo Brytyjczyków...
To jeden z wielu przykładów "nieklasycznej" logiki wywodów autora.
Wychodzi na to, że jedynym pismem polonijnym, które spełnia kryteria owej
logiki jest "Gazeta", gdzie autor regularnie publikuje ("Poznałem też osobiście
red. Małgorzatę Bonikowską i red. Zbigniewa Bełza z ?Gazety= i szybko zorientowałem
się, ile dobrej i uczciwej roboty w wielu dziedzinach zawdzięczać należy
temu tandemowi osobiście, jak również pismu przez nich redagowanemu".)
Ironia w tym taka, że z dziesięć lat temu red. Bełz został wezwany
na dywanik Kanadyjskiego Kongresu Żydowskiego (CJC) w związku z opublikowaniem
obszernego tekstu ks. Kurdybelskiego "Starsi bracia w wierze", w którym
opisywane były talmudyczne źródła podwójnej moralności. Najwyraźniej było
to jednak w okresie, kiedy red. Bełz znajdował się w szponach zdrowego
rozsądku i nie znał tajników nowej dialektyki.
Przyznam szczerze, że nie wiem, gdzie książeczka jest rozprowadzana,
aby Państwo mogli sami przeczytać i wyrobić sobie zdanie, z pewnością jednak
można o to zapytać... w Konsulacie Generalnym RP w Toronto.
Dlaczego?
A dlatego, że dwujęzyczna broszurka z wynurzeniami p. Lilientala
opublikowana została "przy wsparciu finansowym Konsulatu Generalnego RP
w Toronto", zaś autor dziękuje konsulowi generalnemu p. Konowrockiemu za
"pomysł i umożliwienie wydania publikacji".
Nie znam żadnej innej tutejszej publikacji sfinansowanej ani
dofinansowanej przez Konsulat, przeciwnie, urząd RP zazwyczaj występuje
z pozycji "żebraczych", tłumacząc się brakiem funduszy czy stosownej pozycji
budżetowej.
Potrzeb jest bez liku - odchodzi pokolenie żołnierzy wolnej Polski,
nie ma komu zbierać po nich pamiątek, czy choćby notować wspomnień, najprężniejszy
ośrodek walki z antypolonizmami prowadzony w Toronto przez tamtejszy oddział
KPK działa na zasadach ochotniczo-chałupniczych, czasem wręcz bez symbolicznej
pomocy polskich placówek dyplomatycznych ("Dziękuję za email dot. artykułów,
jakie ukazały się w ?Toronto Star= (Last Polish Sonderkommando dies at
85 after heart surgery) i ?The Ottawa Citizen= (Memories of the dead).
Pragnę poinformować, iż żaden z nich nie wywołał interwencji Ambasady RP
w Ottawie...", podpisano Marta Grywalska acting Press and Protocol Officer
Embassy of Poland), o gotowych materiałach promocyjnych Polski nie wspominając.
A tu proszę, konsulat wysupłał fundusze na sztambuch p. Lilientala.
Każdy ma prawo do własnego sztambucha, własnych uprzedzeń i mitów, ba,
każdy z nas ma prawo do publikowania głupot i bzdur. Tylko dlaczego angażować
w to pieniądze podatnika RP? Kiedyś p. konsul Konowrocki zarzekał się,
że jego urząd nie ma zamiaru politykować w polonijnym światku, jednych
popierać, innych zwalczać, ciekawym więc, jak i gdzie odbywa się proces
selekcji publikacji do oficjalnego wsparcia finansowego - który to jest
stolik?
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC NR 30/2008
Devotio moderna
Pogrzeb Bronisława Geremka był od czasu ubiegłorocznych wyborów
parlamentarnych, które przyniosły zwycięstwo popieranej przez razwiedkę
Platformie Obywatelskiej, niewątpliwie największym wydarzeniem nie tylko
towarzyskim, ale również politycznym, ale przede wszystkim - religijnym.
Trudno bowiem bagatelizować rangę pogrzebu, jako wydarzenia religijnego,
jeśli mszę w intencji Czcigodnego Nieboszczyka odprawia aż dwóch arcybiskupów.
Jest to tym bardziej godne podkreślenia, że chociaż prof. Geremek był nieprzebraną
skarbnicą niezliczonych zalet, to przecież próżno było szukać wśród nich
pobożności. Prawdę mówiąc, nie wiadomo nawet, czy wierzył w Boga, zwłaszcza
że w młodości doświadczył tak zwanego "ukąszenia heglowskiego", które ma
nie tyle objaśniać, co usprawiedliwiać obecność autorytetów moralnych w
gronie stalinowców. Nawiasem mówiąc, ciekawe, jakiego rodzaju ukąszeniem
mogliby usprawiedliwiać się tacy, dajmy na to, hitlerowcy? Być może żadnym,
bo, jak wiadomo, Stalin chciał dobrze, a Hitler chciał źle et n'en parlons
plus. Pewne światło na tę zagadkową okoliczność rzuca wypowiedź prof. Samsonowicza,
który w "Gazecie Wyborczej" przypomina, że jeszcze w czasach Jagiełłowych
istniała taka sobie rycerska międzynarodówka, do której nie każdy rycerz
mógł się zapisać, tylko taki... no właśnie, prof. Samsonowicz nie wyjaśnia
- jaki, za to wspomina, że tacy rycerze spotykali się na winku jak nie
u mistrza krzyżackiego, to u jakiegoś innego.
Dzisiaj oczywiście żadnych rycerzy już nie ma; są tylko pieniacze,
którzy z byle czym latają do prokuratury albo do niezawisłych sądów - ale
przecież rozmaite międzynarodówki istnieją nadal, chociaż z rycerstwem
nie mają już nic wspólnego. Jedną z takich międzynarodówek jest masoneria
skupiona w Wielkim Wschodzie Francji. Gdyby nie to, że Wielki Wschód swoich
członków konspiruje, pewnie byśmy się dowiedzieli, jakim to wybitnym przedstawicielem
tej międzynarodówki był "Drogi Bronisław". Ale konspiracja - res sacra,
toteż skazani jesteśmy na domysły, między innymi na podstawie listy obecności
na pogrzebie.
O randze tego towarzyskiego wydarzenia świadczy również depesza
kondolencyjna od samego Benedykta XVI, który już choćby z racji swego Urzędu
utrzymuje kontakty z różnymi międzynarodówkami, chociaż Jego poprzednicy
uczestnictwo w niektórych z nich obkładali sankcją ekskomuniki.
Ale dzisiaj kto by tam za takie rzeczy kogoś ekskomunikował?
Dzisiaj największym zmartwieniem jest, żeby nikogo nie urazić, a już specjalnie
- wpływowych międzynarodówek, toteż nikogo nie może dziwić koncelebracja
aż dwóch arcybiskupów. Inna sprawa, to rzuca to również snop światła na
podziały w polskim Kościele. Mówi się o "Kościele łagiewnickim" i "Kościele
toruńskim", ale nazwy miejscowości niczego oczywiście w tym podziale nie
wyjaśniają. Już bardziej wyjaśniałaby go okoliczność, że jedni hierarchowie
i duchowni związani są z Wielkim Wschodem Francji, a inni nie tylko nie
są z nim związani, ale nawet uważają, iż niegdysiejsze decyzje o ekskomunikowaniu
za przynależność do masonerii nadal zachowują aktualność. Inna sprawa,
że w Polsce, gdzie rzadko co dzieje się naprawdę, wszystko może być korygowane
znanym przysłowiem, że "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie" - więc
i sankcja ekskomuniki może obciążać tylko kogoś, kto do masonerii przystępuję
na własną rękę. Natomiast jeśli ktoś do masonerii przystępuje, dajmy na
to, "w imię nauki", albo jeszcze lepiej - "dla dobra Uniwersytetu", albo
najlepiej - "dla dobra Kościoła", to, ma się rozumieć, o żadnej ekskomunice,
a nawet - o żadnych podejrzeniach mowy być nie może, zwłaszcza gdy delikwent
zostałby do masonerii wprowadzony przez swoich przełożonych. W tej sytuacji
"teologia grzechu" ma szansę zostać niesłychanie wzbogacona do tego stopnia,
że sam Pan Bóg Wszechmogący może mieć trudności z połapaniem się w tych
wszystkich zawiłościach, a cóż dopiero - skromny obserwator pogrzebu prof.
Bronisława Geremka, zwłaszcza obserwując wszystko z wyspy Samui w Zatoce
Syjamskiej, gdzie właśnie rzucił mnie los.
Czytając polską prasę, widzę wyraźnie, że "Drogi Bronisław" jest
kolejnym kandydatem na "santo subito", mogącym wzbogacić grono aniołków
"Żywej Cerkwi". Z ogromnym rozczuleniem czytam zwłaszcza hagiograficzne
publikacje, których cała seria ukazała się już w "Gazecie Wyborczej", wiernej
leninowskim dyrektywom o "organizatorskiej funkcji prasy". Te hagiograficzne
publikacje przypominają opowiadania Heleny Bobińskiej o Józefie Stalinie
z okresu, kiedy Ojciec Narodów nie był jeszcze Józefem Stalinem, tylko
chłopcem nazywającym się Soso Dżugaszwili. Złośliwcy nadali tym hagiograficznym
opowiadaniom Heleny Bobińskiej tytuł "Komu Soso zrobił kuku". Nie ulegało
wątpliwości, że na pewno Helenie Bobińskiej - i to kuku na muniu, chociaż
z drugiej strony, za swój hagiograficzny wysiłek została przecież przez
partię wynagrodzona, podobnie jak dziennikarze "Gazety Wyborczej" za swoje
hagiografie.
W tej sytuacji tylko patrzeć, jak w Alei Zasłużonych na cmentarzu
Powązkowskim w Warszawie, gdzie podobno "Drogi Bronisław" został pogrzebany
obok swego przyjaciela Jacka Kuronia, zaczną dziać się dziwne rzeczy, tradycyjnie
nazywane "cudami". Wprawdzie sam "Drogi Bronisław" w okresie poddanej heglowskiemu
ukąszeniu młodości uważał "cuda" wraz z innymi "religijnymi przesądami"
za "opium dla ludu", ale - powiedzmy sobie szczerze - w imię czego właściwie
skąpić ludowi trochę "opium"? Trzeba tylko w porozumieniu z Wielkim Wschodem
Francji ustalić chemiczny skład tej mieszanki i wszyscy pogrążymy
się w nirwanie, zapominając o Bożym świecie i naturalnie także o Polsce,
którą zarządzać zaczną mądrzejsi - już bez naszego udziału.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Metoda na nieuczciwość
"Dziennikarze muszą choćby udawać neutralność" - powiedział prezes
PiS, tłumacząc decyzję komitetu politycznego Prawa i Sprawiedliwości o
bojkotowaniu zaproszeń polityków tej partii do TVN oraz TVN24. Zabrzmiało
to tak, jakby kto w stół uderzył. W każdym razie media "wywołane do tablicy"
niezwłocznie odezwały się, niczym przysłowiowe nożyce.
"Bardzo chętnie komunikujemy się z opinią publiczną poprzez media
elektroniczne, ale to jednak musi być komunikowanie się, a nie wpisywanie
się w pewną skierowaną przeciwko nam operację" - dodał Jarosław Kaczyński.
A szef klubu parlamentarnego PiS Przemysław Gosiewski wyjaśnił, że powodem
bojkotu audycji TVN, TVN24 oraz "innych zaprzyjaźnionych stacji" jest traktowanie
tam polityków PiS "jako osób drugiej kategorii".
CZARA GORYCZY
Jak widać, czara goryczy wreszcie się przelała. Lepiej późno
niż wcale. Wszak wściekła nagonka skierowana przeciwko Prawu i Sprawiedliwości
nie ustała po zmianie rządu. Wrzawa, a mówiąc mniej oględnie, mordercza
kampania nienawiści, nie miała końca. Zamiast rzeczowej, uczciwej analizy,
nieustannie obserwowaliśmy dziki jazgot, w miarę upływu czasu przekształcający
się w festiwal hipokryzji, przeinaczeń, niedomówień i ordynarnych łgarstw.
Kalumniom oraz oszczerstwom nie było końca.
Przy czym w tym bezpardonowym ataku przodowały właśnie media
takie jak TVN czy TVN24. Ostatnio nawet dla mniej wyrobionych obserwatorów
życia politycznego w kraju między Odrą a Bugiem stało się jasne, że zamiast
pełnić rolę informacyjno-kontrolną, wymienione środki masowego przekazu
włączyły się bezpośrednio w sprawowanie władzy. I że nie jest to władza
pochodząca z demokratycznego wyboru. Że niektórzy z ludzi pracujących w
"stajni" Waltera i Wejcherta to żadni dziennikarze, lecz funkcjonariusze
przebrani za dziennikarzy. I że ich zadaniem nie jest bynajmniej prezentowanie
rzeczywistości, lecz jej kreacja. Wedle woli skrytych za kulisami mocodawców.
MEDIALNA WIARYGODNOŚĆ
To prawda, negatywny wizerunek polityków Prawa i Sprawiedliwości
potrzebny jest Platformie Obywatelskiej jak tlen choremu na astmę. Lecz
jest to problem PO, nie PiS. Ileż można robić za "chłopca do bicia", przyczyniając
się do wzrostu sondażowego poparcia dla Donalda Tuska i jego totumfackich?
Skoro obecność w TVN, dzięki manipulacjom oraz przekłamaniom, skutkowała
ośmieszeniem polityków i programu PiS, skoro "rzetelni dziennikarze" w
rodzaju Moniki Olejnik, Tomasza Sekielskiego, Andrzeja Morozowskiego czy
Bogdana Rymanowskiego realizowali najwyraźniej wytyczne "przeróbcie polityków
PiS na idiotów", z gościny w TVN należało zrezygnować jeszcze podczas ubiegłorocznej
kampanii wyborczej. Z wizyt w skompromitowanej do cna "Superstacji" zrezygnowano
w lutym - i bardzo dobrze się stało. Dziś medialna wiarygodność tej telewizji
plasuje się poniżej absolutnego zera.
A już stawianiem sprawy na głowie jest twierdzenie, że politycy
bojkotujący tę czy inną telewizję działają wbrew własnemu interesowi, gdyż
bojkotując widzów, w gruncie rzeczy odwracają się plecami do obecnych i
potencjalnych wyborców. Hola, hola, nie dajmy się zwariować! Czy TVN to
jedyna telewizja? Co z TVP, TVP Info czy Polsatem? O ile w tej sytuacji
wzrośnie oglądalność nowego programu informacyjnego Polsat News? Czy program
publicystyczny, w którym brakuje reprezentantów opozycji, ma jakąkolwiek
wartość poznawczą?
Jarosław Kaczyński zarzucił dziennikarzom TVN i TVN24, że pozwalają
"na sprowadzenie polskiego życia publicznego do rynsztoka". Racja, podobnie
jak i to, że po wyborców nie warto schylać się aż tam.
WYŁĄCZYĆ RADIOWĘZEŁ
Jak ktoś słusznie zauważył, zbojkotowane stacje będą niechybnie
zachowywały się tak, jakby bojkot wcale im nie doskwierał. Jakby go nie
było. Identycznie jak "Gazeta Wyborcza", która w dalszym ciągu zdaje się
kultywować przekonanie, że kupuje ją i czyta cała Polska. Niemniej dalsza
akceptacja nieprofesjonalnego zachowania oznaczałaby w istocie zgodę na
kontynuowanie procederu podkopywania i tak przecież zmurszałych fundamentów,
na jakich wspiera się polska racja stanu, polska świadomość narodowa i
polska tożsamość. No i warto pamiętać, iż to nie TVN wykluczył polityków
PiS z debaty publicznej. To politycy PiS ograniczyli możliwość manipulacji,
jakich nader często dopuszczała się TVN, udatnie małpując metody przećwiczone
w radiowęzłach propagandowych z lat 50. ubiegłego wieku.
W powyższym kontekście kuriozalnie zabrzmiało postawione publicznie
pytanie Janusza Kochanowskiego (rzecznika praw obywatelskich), czy posłowie
PiS, bojkotując TVN i TVN24, nie naruszają prawa obywateli do informacji.
Pytanie jest niezasadne, a co najwyżej świadczące o niezrozumieniu zasad,
jakimi rządzi się wolne, demokratyczne społeczeństwo. Z całym szacunkiem
dla Urzędu RPO: polityk nie ma wobec dziennikarza więcej zobowiązań, niż
dziennikarz wobec widza (słuchacza, czytelnika).
***
...Drapieżnik nie odpowiada za to, jakim stworzył go Bóg. Jednakowoż,
gdy rodzi zagrożenie, należy go unicestwić bądź okiełznać. Dlatego decyzja
władz Prawa i Sprawiedliwość to krok w dobrym kierunku. Znakomita metoda
na medialną nieuczciwość. I oby tylko politykom tej partii nie zabrakło
konsekwencji.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
W drodze do "Perły Ontario"
Wyprawa do najbardziej niesamowitego parku południowego Ontario - Killarney,
może być połączona z niezwykłą wycieczką po lądzie i wodzie. Przed dwoma
tygodniami znaleźliśmy się na jej trasie i dotarliśmy do wyspy Manitoulin,
teraz ruszamy dalej "Hiszpańskim Szlakiem".
Jeszcze tylko kilka chwil pozostańmy na Manitoulin Island - zamieszkuje
ją kilka indiańskich plemion: Odżibua, Odawa i Pottawatomi, które są sprzymierzone
ze sobą i tworzą jedną społeczność - Three Fires Confederacy. Na wyspie
znajduje się parę rezerwatów, a w jednym z nich, w pobliżu trasy, którą
będziemy przemierzać, odbędzie się w najbliższy long weekend z okazji "Dnia
Obywatela" Pow Wow.
Pow Wow to indiańskie święto tańca i śpiewu. Do większych osad
w rezerwatach zjeżdżają się w ten dzień wszyscy mieszkańcy, aby podtrzymywać
plemienne tradycje i zaszczepiać swą kulturę następnym pokoleniom. Jest
to dla Indian bardzo ważna uroczystość, do której dopuszczają postronnych
widzów, ale niechętnie pozwalają się fotografować - dlatego nie czyńmy
tego zbyt ostentacyjnie, bo możemy być poproszeni o opuszczenie Pow Wow.
Kiedy nasz prom przybędzie do South Baymouth i wydostaniemy się
na ląd samochodem, ruszamy drogą nr 6 w kierunku Manitowaning. Tu, o 545
km od Toronto, znajdziemy się w pierwszej "białej" osadzie założonej w
1837 roku przez emigrantów z Europy. Już w kilka lat po przybyciu, pierwsi
osadnicy zbudowali w 1845 roku kościół p.w. św. Pawła - najstarszą świątynię
w północnym Ontario. Przez wiele lat Manitowaning był bardzo ważnym portem
na wyspie, a teraz stał się jedną z ważniejszych atrakcji turystycznych
i miejscem, skąd można dotrzeć do osady Indian z plemienia Odawa - Wikwemikong.
W Wikwemikong w dniach 1-4 sierpnia odbywać się będzie największy
indiański festiwal, na który przybędą wszystkie plemiona zamieszkujące
Manitoulin Island. Pow Wow jest także konkursem z dużymi nagrodami, gdzie
o palmę pierwszeństwa stają indiańscy śpiewacy, tancerze i grający na bębnach.
Np. pierwszą nagrodą za zwyciężenie w konkursie "Best Drummer" jest kwota
5000 dolarów.
Indiański rezerwat zamieszkany przez plemię Odawa jest największym
na całej wyspie. Zajmuje 55 781 hektarów powierzchni Manitoulin Island
i jednym swym skrajem (Point Grondine) zahacza o cel naszej podróży - Killarney.
Ale w ten sposób tam się nie dostaniemy - musimy park okrążyć, by dostać
się do jego bram.
Ruszamy więc w drogę do Espanoli - stolicy papiernictwa. Jedziemy
do niej malowniczą wijącą się "szóstką" poprzez wycięte w białej skale
wąwozy. Miasto, założone we wczesnych latach XX wieku, stworzone zostało
przez fabrykę celulozy i papieru ulokowaną w zakolu Spanish River. Sama
nazwa miasta, które po polsku zwałoby się "Hiszpanka", pochodzi według
przekazów Indian od kobiety, którą w XVIII wieku plemię Odżibuejów uprowadziło
z południa Ontario. Została ona wydana za mąż za jednego z najdzielniejszych
wojowników, który osiedlił się później u ujścia rzeki. Dzieci z tego indiańsko-hiszpańskiego
małżeństwa mówiły językiem matki i gdy w okolicę przybyli pierwsi francuscy
podróżnicy, a jednocześnie handlarze futrami, napotkali Indian posługujących
się hiszpańskim. French Voyageurs nazwali to miejsce "Espagnole", które
później Anglicy uprościli na swoją modłę na "Espanola", a rzekę ochrzcili
na Spanish River.
Espanola w latach depresji podupadła i wyludniła się, a w czasie
wojny pełniła rolę obozu dla niemieckich jeńców wojennych. Teraz jest pięknym
miasteczkiem, które zasiedlone jest przez ponad 5000 ludzi. Mijamy "Hiszpankę"
i kilka kilometrów dalej w Baldwin nasza trasa krzyżuje się z drogą nr
17. Jest to najdłuższa ontaryjska droga - ma 1960 km i nią dojedziemy do
drogi 637, która zaprowadzi nas do parku Killarney.
Killarney Provincial Park nie jest tak wielki i sławny jak Algonquin,
ale jest jednym z najczęstszych celów wypraw w dzikie ostępy Kanady wśród
amatorów nieskażonej cywilizacją natury. Ze względu na kwarcytowe skały,
które dominują w pejzażu parku - Killarney zwane jest "Perłą Ontario".
Nie ma w tym określeniu zbytniej przesady - kwarcyty lśnią z oddali
i mienią się jak perły.
Przed dwoma miliardami lat te skały tworzyły pasmo gór, których
szczyty sięgały kilku kilometrów - dzisiejsze Góry Skaliste w Kolumbii
Brytyjskiej były o wiele niższe od tych w Killarney. Jednak nie oparły
się one napierającej potędze żywiołów i po przejściu czterech lodowcowych
epok, z niebotycznych skał pozostała tylko miazga; wierzchołki gór zostały
starte i zmiażdżone przez wolno przesuwające się niewyobrażalne masy lodu,
a szczątki głazów, kamienie i piasek częściowo wypełniły przepaście między
nieistniejącymi już szczytami. Ustępujący i topniejący lodowiec wypełnił
wodą wszystkie istniejące jeszcze rozpadliny i w ten sposób powstały bezodpływowe
polodowcowe jeziora. A ponieważ głębsze pokłady gór, teraz odsłonięte,
stanowił kwarcyt - park lśni nieskazitelną bielą skał i oszałamia błękitem
licznych tu jezior.
Ponieważ jeziora polodowcowe mają niewielką rotację wód, proces
samooczyszczania jest tu niezmiernie długi - są więc praktycznie bezbronne
wobec wszelkich zanieczyszczeń przemysłowych. I takie nieszczęście dotknęło
je w latach 50. ubiegłego wieku - zostały zatrute opadami kwaśnych deszczów.
Deszcze te powstają w wyniku wchłaniania przez parę wodną związków chemicznych,
które są wyrzucane w atmosferę przez przemysł ciężki. Umowa z USA, zobowiązująca
ten kraj do ograniczeń emisji zabójczych gazów w atmosferę, oraz kary nakładane
na trucicieli środowiska problem rozwiązały na tyle, że proces zakwaszania
wody w jeziorach został zatrzymany, a życie w nich fauny i flory zostało
odtworzone.
Są jednak na terenie parku jeziora, w których jeszcze do dzisiaj
nie ma żadnego biologicznego życia. Jedno z nich nosi nawet nazwę Acid
Lake, choć nie jest już kwaśne i nie grozi żadnym niebezpieczeństwem rozstroju
zdrowia.
Czystość jezior oraz niezwykły pejzaż kwarcytowych gór już na
początku XX wieku wabiły kanadyjskich malarzy, chcących utrwalić na płótnie
niesamowitą urodę tych okolic, ale dopiero w 1964 roku Ontaryjskie
Stowarzyszenie Artystów, bardziej znane pod nazwą Group of Seven, zainspirowało
władze naszej prowincji do utworzenia w Killarney parku krajobrazowego.
Kto jeszcze nie był w Killarney, niech wyobrazi sobie, jak piękne
musi być to miejsce, skoro stało się inspiracją dla tak wielu kanadyjskich
artystów, "oswojonych" przecież z niecodziennymi, pełnymi uroku widokami,
których w Ontario nie brakuje. Faktem jest, że nie spotkałem jeszcze nikogo,
kto odwiedził to miejsce i opowiadałby o tym bez zachwytu.
Centralne pole namiotowe w Killarney znajduje się nad George
Lake. Tu dojechać można samochodem, rozbić namiot i ruszyć na wędrowny
szlak, lub pożyczywszy canoe, wypłynąć na jezioro. Główny campground posiada
126 miejsc kempingowych, a następnych 170 rozmieszczonych jest po całym
olbrzymim obszarze parku (48 500 ha). Aby się do nich dostać, trzeba posiadać
canoe lub kajak; zabronione jest używanie łodzi motorowych. Jeziora i rzeki
w parku tworzą wymarzone warunki dla miłośników canoe. Szlaki ciągną się
kilometrami, a wszystkie portaże, gdzie łódkę trzeba przenieść na ramionach,
są dobrze oznakowane.
Do Toronto wracamy już tradycyjnie, lądem. Droga nr 17, w którą
skierujemy się na wschód, doprowadzi nas w Sudbury do skrzyżowania z drogą
nr 69, która na wysokości Parry Sound zamienia się w wygodną autostradę
nr 400. Nią, jak po sznurku, dotrzemy do stolicy Ontario - Toronto. Pamiętajmy
tylko o zaczajonych pod wiaduktami i za zakrętami policjantach z radarami,
którzy chcą nam popsuć dobry nastrój i miłe wspomnienia z wycieczki.
Jeśli będziemy dysponować czasem, to warto odwiedzić także Sudbury
- największe miasto północnego Ontario. Zamieszkuje je 157 tysięcy ludzi
- o pracę tu nietrudno, bo miasto leży na pokładach niklu i stali. Kopalnie
metali dają zatrudnienie i niezłe zarobki, dlatego miasto w ostatnich kilku
latach rozkwita, a ceny nieruchomości podwoiły się. Atrakcją tej miejscowości
jest 9-metrowy "Big Nickel" - olbrzymia replika drobnej kanadyjskiej monety
z 1951 roku. Inną lokalną ciekawostką jest muzeum "Science North". Nie
zapomnijmy zajść na ulicę Paris, gdzie znajdują się 72 maszty z flagami
państw, z których przybyli mieszkańcy Sudbury. Sprawdźmy, czy wśród nich
znajduje się nasza biało-czerwona!
Jerzy Rosa
Mississauga
Polska w modzie
Intelektualna moda jest jak walec. Zaszczepiona umyślnie czy
samosiejka, przewala się przez uniwersytety, wzrusza glebę elity,
a następnie rozpływa się na całą resztę naśladowców, którzy pretendują
do miana obytych i "postępowych".
Moda intelektualna obejmuje również tę zwykłą - styl myślenia
tworzy styl noszenia się. Noszenie się zaś jest formą zajęcia stanowiska
wobec obowiązującej tendencji czy szyku. Jak cię widzą, tak cię piszą.
Przykrótkimi nogawkami bikiniarze pokazywali stosunek do ustroju, długimi
włosami dzieci kontestowały przystrzyżoną rzeczywistość rodziców, hipisi
brudem nieprasowanej bluzy walczyli z wojną w Wietnamie, stabilizacją 2+2+2
(rodzice+dwoje dzieci+dwa samochody) i wizerunkiem nadskakującego ugarniturowanego
sprzedawcy. Język ciała (i ubioru) jest w wielu sytuacjach ważniejszy od
tego, co się mówi. Bezpośrednio podkreśla przynależność.
Rewolucje obyczajowe przetaczają się w społeczeństwach roznoszone
przez intelektualne mody. Młody Polak grał na gitarze "Schody do nieba",
podśpiewując angielskie półsłówka, których nie rozumiał, bo to było to
- nowoczesne, na czasie, zachodnie, dobrze się kojarzyło. Nieopierzony
nastoletni frustrat w Ameryce jak rękawiczkę nakładał modną kontestację
na młodzieńczy Weltschmertz. Modna kontestacja przetaczała mu przy okazji
"dożylnie" cały światopogląd podany jako coś o
|