POWROT
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie 
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
e-mail: redakcja@goniec.net
www.goniec.net

Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6

Prenumerata na terenie Kanady: 
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class Mail.

***
Wydawca:
Goniec Inc. 

..
 
 
 
 
TRYBUNA CZYTELNIKOW
Toronto - Canada
Zamieszczamy tu listy od naszych Czytelników, które mają charakter artykułów lub stanowią obszerniejszą polemiczną wypowiedź. Redakcja nie odpowiada za ich treść. 
Prezentowane opinie w publikowanej korespondencji  nie zawsze odzwierciedlają stanowisko redakcji "Gońca".
   
GONIEC NR 34/2008

 Sabotaż, dywersja czy bałagan?
 Interpelacja w sprawie próby kradzieży technologii Tafios oraz jej wykorzystania w polskim przemyśle zbrojeniowym. 
 Szanowny Pan Bogdan Klich
 Minister Obrony Narodowej 
 Działając na podstawie ustawy o wykonywaniu mandatu posła, zwracam się do Pana Ministra w sprawie próby kradzieży technologii Tafios oraz jej wykorzystania w polskim przemyśle zbrojeniowym.
 Ministerstwo Obrony Narodowej w połowie lat 90. zleciło grupie polskich naukowców opracowanie systemu sygnalizatora skażeń chemicznych i promieniotwórczych wraz z urządzeniem ochrony wzroku przed tego rodzaju skażeniami. Projekt otrzymał kryptonim Tafios i Pandora (taką też nazwę otrzymały oba systemy) i zakończył się sukcesem. Powstała seria 10 egzemplarzy nowoczesnego urządzenia tego typu wraz z dokumentacją konstrukcyjną, niezbędną do rozpoczęcia produkcji seryjnej, która trafiła do zleceniodawcy, czyli do MON, i została opatrzona klauzulą tajności. Ponieważ obecne standardy wojskowe wymagają, aby każdy pojazd wojskowy był wyposażony w tego typu system, osiągnięcie polskich naukowców jest dużym sukcesem wzmacniającym nasz potencjał obronny. Dodatkowym atutem systemów Tafios i Pandora jest to, że mogą one być wykorzystywane do ochrony ludności cywilnej poprzez zastosowanie np. na dworcach kolejowych, autobusowych, w metrze i przejściach podziemnych w dużych aglomeracjach miejskich. Okoliczności te są szczególnie istotne przy właściwym zabezpieczeniu takich wielkich wydarzeń, jak choćby Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2012 roku. Niestety, urządzenia te ciągle nie mogą wejść do produkcji seryjnej w polskim przemyśle zbrojeniowym, który nadal dokonuje zakupu amerykańskiego produktu Cherdes, w ocenie wielu ekspertów dużo gorszego od rozwiązań Tafios i Pandora.   
 Ostatnio środki masowego przekazu ("Rzeczpospolita", TV Polsat) przekazały informację, że doszło do próby kradzieży i wywiezienia za granicę prototypu wraz z technologią. Wobec powyższego zwracam się do Pana Ministra z następującymi pytaniami: 
 1. Jaką politykę prowadzi MON w zakresie rozwoju polskiej nowoczesnej myśli technicznej i jej wdrażania w przemyśle obronnym?      2. Czy rzeczywiście doszło do próby kradzieży systemów Tafios i Pandora? Dlaczego tą sprawą zajmuje się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a nie Służba Kontrwywiadu Wojskowego, która ustawowo zobowiązana jest do ochrony polskiego przemysły zbrojeniowego i myśli technicznej? 
 3. Dlaczego systemy Tafios i Pandora nie są wprowadzane do produkcji seryjnej? 
Z wyrazami szacunku 
Bogusław Kowalski 
Poseł na Sejm RP 

 Contra spem spero Arkadiusza    Robaczewskiego "Przeciw beznadziei"
 Coraz jaśniejsze staje się, nawet dla politycznych matołków, że Polska gaśnie. Istniejemy jeszcze jako pojęcie geograficzno-administracyjne, ale nasza tożsamość, tradycja, obyczaj, religia katolicka, kultura i - last but not least - gospodarka giną, a właściwie są niszczone. Systematycznie, programowo, z całą premedytacją i konsekwencją. Przez prawicę i lewicę, partie powołujące się na katolicyzm i na ateizm, patriotyzm i kosmopolityzm. 
 Jakie jest więc wyjście z tej zapaści? - pytają ci, dla których los Ojczyzny jest jeszcze nieobojętny. I znajdują odpowiedź: powołamy nową partię, tym razem naprawdę patriotyczną, narodową, niepodległościową, katolicką, złożoną z samych ludzi mądrych, wykształconych, uczciwych i odważnych, którzy - tym razem bez wątpienia - nie uszczkną nic z publicznej kasy, a dla Sprawy będą gotowi oddać życie i krew, a nawet pieniądze. Tym razem wygramy i miłą Ojczyznę ocalimy. Ideowe to i szczytne, tyle że przerabiane w ciągu ostatniego 20-lecia wielokrotnie z rezultatem wiadomym.
 
 Walka o umysły 
 Nie tędy droga, panowie! - woła Arkadiusz Robaczewski, autor książki "Przeciw beznadziei"*, i przekonuje: "Bo też myśl, że zło, którego tak namacalnie w naszym życiu doświadczamy, da się zmienić za mocą jednych czy drugich wyborów jest dowodem naiwności i infantylizmu. (É) Miejscem, gdzie toczy się główna walka, są ludzkie umysły; umysły, które są pozbawione swojego naturalnego przedmiotu - prawdy, a karmione trującymi sezonowymi mądrościami. (É) Musi nastąpić świadomy bunt przeciw dominacji kłamstwa w życiu społecznym. (É) Przygotujmy się do niego. Zadbajmy o to, by zwłaszcza ludzie młodzi znali historię, czytali pisma Doktorów Kościoła, znali mistrzów myśli i pióra polskiego Narodu. Bez tego nie będzie odrodzenia. Tej pracy, tej służby nie wykona żadna, choćby najwspanialsza partia polityczna". 
 Zasadnicza teza Autora brzmi: mamy nie tyle do czynienia z kryzysem politycznym, ile z kryzysem cywilizacji łacińsko-chrześcijańskiej. Reszta stanowi pochodną. Ów kryzys polega na chorobie umysłu, "który przestał odróżniać dobro od zła, prawdę od fałszu". Nie zaczęło się to dzisiaj, ani nawet w XX wieku. Począwszy bowiem od rewolucji francuskiej katolicy byli pozbawiani instytucji życia społecznego i politycznego. "Jedne za drugimi oddawaliśmy tak ważne, strategiczne punkty, jak uniwersytety, szkoły, rządy, ministerstwa, wojsko, policję; a na końcu oddajemy rodzinę. (É) Ci zaś, którzy nie chcą poddać się złu i łamaniu zasad, utracili możność oddziaływania na życie polityczno-społeczne " - pisze Robaczewski. Drugim przejawem upadku cywilizacji łacińskiej jest kryzys antropologiczny - rozumienia i samorozumienia człowieka. Pytania o istotę człowieka i sens jego życia "zniknęły ze współczesnej cywilizacji, nie ma ich w dzisiejszej kulturze". Przyczynę stanowi pycha, "która kazała człowiekowi wyrzucić z życia społecznego i indywidualnego Boga żywego, a na jego miejsce postawić siebie samego". 
 Autor wskazuje na jeden z przejawów panującej dziś kontrcywilizacji - terroryzm kulturowy, będący rezultatem starannie zaprogramowanego przez Georgy Lukacsa i Antonio Gramsciego uderzenia w cywilizację łacińsko-chrześcijańską. Nie terror policyjny, obozy koncentracyjne, mordowanie przeciwników politycznych itp., ale zmiana mentalności ukształtowanej przez 20 stuleci chrześcijaństwa. Aby taki cel zrealizować, trzeba było sięgnąć po kulturę: edukację, szkolnictwo, uniwersytety, sztukę we wszystkich swych dziedzinach, media, wspólnoty religijne. "Program Gramsciego został zrealizowany, dziś wiemy to aż nadto dobrze, z powodzeniem" - zauważa Robaczewski. O ile marksiści wybrali sobie jako klasę uciśnioną - robotników, to dzisiejsi rewolucjoniści tę rolę "uciśnionej" mniejszości wyznaczyli homoseksualistom. "Dzieło" demoralizacji uzupełnia tzw. rewolucja seksualna.    
 Omawiany program objął również duchowieństwo. Autor przypomina opinię jednego z ojców Soboru Watykańskiego II: "Z seminariów samego Wiecznego Miasta wychodzą alumni z głowami nabitymi ideologią rewolucyjną (É) Księża zwalczający rewolucję mają niewielkie szanse na święcenia biskupie, gdy tymczasem jej zwolennicy często zasiadają w Episkopacie". Jedną z metod opanowywania życia intelektualnego i politycznego społeczeństw jest propagowanie dialogu, ale É "Nie jest w tym dialogu ważne (jak to było np. w dialogach sokratejskich) wspólne docieranie do prawdy, a osiągnięcie consensusu i kompromisu - spotkanie się pośrodku. (É) celem staje się osiągnięcie wspólnego stanowiska, a nie dotarcie do tego, co słuszne" - konstatuje Robaczewski. W rezultacie "znikają z naszych dysput i postaw prawda i dobro jako przedmiot osobowych pragnień, a własne przekonania liczą się tylko o tyle, o ile są akceptowalne przez innych".
 
 "Raj" medialno-gazetowy 
 Snując rozważania nad książką Jana Pawła II "Pamięć i tożsamość", Autor dochodzi do wniosku, że "żyjemy w wielkiej samotności. Jest to samotność straszna - "samotność od Boga" i przypomina twierdzenie i wywody Papieża na temat głęboko zakorzenionego zła w dziejach europejskiej myśli filozoficznej. Robaczewski wyciąga z tych rozważań wniosek, iż "każdy ustrój, każde urządzenie życia społecznego jest oparte o jakąś koncepcję człowieka. Politycy tworzący ustrój, zawsze - czy zdają sobie z tego sprawę, czy też nie - zakładają jakąś odpowiedź na pytanie: kim jest człowiek, jaki jest cel jego życia, jakie środki trzeba zastosować, by ten cel osiągnąć". Od dawna prawo obywatelstwa zdobył porządek społeczny, odrzucający istnienie Boga, Dzieło Stworzenia, a człowiek postawił się w miejsce Boga. W rezultacie doświadczyliśmy czterech prób zbudowania "raju na ziemi": zrodzonej przez rewolucję francuską, rewolucję bolszewicką, hitlerowską Trzecią Rzeszę, a wreszcie współczesną - telewizyjno-gazetową. Pierwsze dwie eksterminowały "wrogów klasowych", niemieccy naziści - "niższe" rasy i narody, natomiast we współczesnym "raju" dokonuje się na równie masową skalę mordowania nienarodzonych, a ostatnio rozważa się eksterminację starych, niedołężnych czy beznadziejnie cierpiących (eutanazja). I znowu, choć w innych słowach, Robaczewski domaga się sięgnięcia w głąb podstaw życia społecznego, a tzw. politykom prawicowym zarzuca "niechęć do głębszej formacji intelektualnej, a skłonność do szukania rozwiązań i recept na wspomniane wyżej bolączki w posunięciach doraźnych". 
 
 Wołanie o narodową elitę
 "Naród żyje dzięki kulturze" - przypomina Robaczewski i dowodzi, że tożsamość narodową zachowaliśmy po utracie niepodległości w końcu XVIII wieku, dzięki temu, że zaborca nie miał dostępu do polskiego domu, który przekazywał tradycję narodową z pokolenia na pokolenie. Nie mieliśmy państwa, własnych instytucji, partii politycznych, lecz dzięki kulturze przeżyliśmy jako naród. Dziś mamy sytuację zgoła odwrotną: mamy (formalnie) państwo, możemy mieć "polskie" (z nazwy) fabryki, banki, ziemię itd., ale "nie będzie ludzi, którzy mają poczucie więzi z polskością, z całym dziedzictwem" - ostrzega, jakże słusznie, Autor. Polska - kontynuuje - została pozbawiona przez Gestapo, NKWD i UB rodzimych elit, zakorzenionych w polskiej, a zarazem łacińskiej i chrześcijańskiej kulturze. Obecna zaś "elita" została wychowana bez moralnego kręgosłupa i bez związku z cywilizacją, w jakiej wyrastał nasz kraj przez tysiąc lat. Z czego wynika wniosek: "I nie zmieni się dopóty, dopóki nie pojmiemy, że Polsce potrzeba nie tyle politycznych przetasowań, co powiązania zerwanych przez naszych wrogów nici. Nie obędzie się to bez żmudnego a cichego wysiłku pracy intelektualnej, budowania i organizowania środowisk, których nie jednoczy tylko doraźny cel polityczny, np. zwycięstwo w wyborach, a chęć wspólnotowego odkrywania i przyswajania treści, które przesądziły o naszym bycie narodowym, a które z premedytacją zostały usunięte ze świadomości społecznej. 
 To kluczowa i najobszerniejsza część książki, w której Arkadiusz Robaczewski proponuje, a właściwe domaga się od sił narodowo-patriotycznych zejścia z pola walki wyznaczonej przez wroga - bieżącej gry politycznej, miast tego podjęcia pracy gigantycznej, acz nieefektownej - odbudowania naszej tożsamości narodowej opartej na cywilizacji łacińsko-chrześcijańskiej, a tym samym przywrócenia naszemu krajowi elit rzeczywiście polskich. To wyzwanie rzucone wszystkim graczom "prawicowym", obiecującym co cztery lata rodakom, że "jeśli wygramy, toÉ". No właśnie, to nic się nie zmieni. To wyzwanie rzucone lenistwu intelektualnemu i chciejstwu wielu polityków i politykierów. To wyzwanie rzucone tym, którzy za patriotyzm uważają obchodzenie świąt i rocznic narodowych, z reguły klęsk narodowych. To wezwanie do pracy na co najmniej pokolenie. To sięgnięcie przez Autora do najistotniejszej przyczyny klęsk, jakich doświadczamy po rzekomym odzyskaniu niepodległości w 1989 r. To przypomnienie o naszych najgłębszych korzeniach. To wreszcie przywrócenie do naszej świadomości triady - prawda, dobro, piękno, bez przyswojenia czego nie ma ani pełni człowieczeństwa, ani pełni polskości. I za to winniśmy mu wdzięczność. 
 
 Zacznijmy od szkół 
 Nie tylko za to, bo inne wątki i części książki są równie istotne. Więc, z braku miejsca, tylko słów kilka o kwestiach wychowania i edukacji, współczesnym Kościele katolickim oraz - jedynym temacie bieżącym, acz bardzo ważnym - Radiu Maryja i ojcu Rydzyku. 
 "Reformując szkołę, można zreformować wszystkie inne dziedziny życia" - uważa Robaczewski. Sprzeciwia się sprowadzeniu funkcji szkoły do przygotowania rzesz specjalistów, bez trudu odnajdujących się na międzynarodowych rynkach pracy, lecz pozbawionych zupełnie wrażliwości na rzeczy piękne (apeirokalii). Nie ma bowiem prawdziwej inteligencji, jeśli nie zna ona najlepszych dzieł polskiej i światowej kultury. Bez tego bowiem nie będzie świadoma swojej godności oraz celów, ku którym ma dążyć. Inaczej będzie podatna na moralne manipulacje oraz rozpowszechnioną wulgarność. Zwraca też uwagę na rolę wychowawczą nauczania języka i gramatyki, podczas gdy dziś panuje przyzwolenie na bylejakość językową. Przypomina w największym skrócie kryzys szkoły, gdy została ona zawłaszczona przez państwo. Warto nadto skupić się na jego uwagach o uniwersytetach, które - o czym zapomniano kompletnie - powinny "oddawać się sprawom ważnym, choć odległym od zwyczajnych trosk" oraz służyć powinny "umiłowaniu prawdy dla niej samej". Proste? Proste! Słuszne? Słuszne! Tylko jakże odległe od uniwersytetów współczesnych. Przypomina Robaczewski słowa Wielkiego Prymasa Wyszyńskiego: "Współczesnemu światu potrzeba mądrości kontemplacji, jeśli ma się uratować, a nie zginąć w szumie liści sezonowych mądrości". A z kolei - tu za Allanem Boomem - "istnienie tego typu człowieka, teoretyka, jest w demokracji najbardziej zagrożone i należy go mężnie bronić, aby ludzkość nie uległa straszliwemu wyjałowieniu". Tymczasem klasa intelektualistów "wciąż praktykuje odcinanie się od gleby É filozoficznej Grecji, prawniczego Rzymu, przesycona deszczem Chrześcijaństwa", a jest ona zastępowana - dodaje Robaczewski - "twardym betonem współczesnych przesądów o tolerancji, otwartości, społecznej czy politycznej poprawności".     Przestudiujmy uważnie rozdział "Człowiek i wychowanie", gdzie Autor przypomina główne myśli o. Jacka Woronieckiego, w tym cel naczelny - wychowanie do doskonałości. Chce przywrócić pedagogice antropologię filozoficzną. Wszystkie trzy główne nurty pedagogiczne (relatywistyczny, marksistowski i progresywistyczny) są bowiem oparte raczej na psychologii niż antropologii i nie mówią nic expressis verbis o istocie człowieka. Niestety, stanowisko pedagogiki katolickiej jest przesiąknięte tymi nurtami. 

 Znaczenie mszy trydenckiej    Autor to głęboko wierzący katolik, a jego wiara jest równie głęboko podbudowana intelektualnie. Ma jednak dwie niemodne cechy: odwagę i przywiązanie do Tradycji. Toteż naraziwszy się politycznym "poprawniakom" w rozważaniach poprzednich, rozdziałem "Kościół i Tradycja" z pewnością narazi się dominującemu (miejmy nadzieję już niedługo) nurtowi w Kościele. Stanowisko Robaczewskiego jest w tych sprawach nieugięte. Nade wszystko broni on Mszy Wszech Czasów. Zwraca uwagę, że zwolenników liturgii trydenckiej traktuje się jako zagrożenie dla Kościoła, w efekcie czego "mamy pełne zrozumienie i stałe zielone światło dla rozmaitych liturgicznych udziwnień i ekstrawagancjiÉ". Autor przytacza opinie na ten temat wyrażone w autobiografii ks. kard. Józefa Ratzingera, dziś papieża Benedykta XVI, a m.in.: "Wspólnota, która ogłasza nagle jako ściśle zabronione to, co dotąd było dla niej czymś najświętszymi, najwznioślejszym É sama stawia się pod znakiem zapytania. Jak można jej jeszcze wierzyć? Czy jutro nie zakaże ona tego, co dzisiaj nakazuje? (É) Z pewnością znaleźliśmy się na złej drodze". Cierpka też jest minianaliza Soboru Watykańskiego II oraz jego opłakanych skutków. Tu jednak Robaczewski ma do dyspozycji cały szereg niekwestionowanych autorytetów kościelnych, z Benedyktem XVI włącznie. Z pasją (ach, ten brak nowoczesności Autora!) udowadnia konieczność przyjmowania Komunii św. na klęczkach. 
 A teraz Robaczewski jako obrazoburca: "Dziś, zwłaszcza w Polsce, w czasie rozmów z księżmi i świeckimi aktywnymi uczestnikami życia Kościoła można odnieść wrażenie, jakby jedynymi następcami św. Piotra byli Jan XXIII, Paweł VI, a swój szczyt papiestwo osiągnęło w Osobie Jana Pawła II". Podobnie, pisze Autor, sprawa wygląda z nauczaniem społecznym Kościoła. Choć nie podważa on znaczenia pontyfikatu Jana Pawła II, to jednak "czynienie z Jego nauczania jedynego punktu odniesienia (a tak wielu czyni) jest z pewnością błędem". Przypomina, iż mimo ogłaszanych przez czołowe media światowe i polskie terminów beatyfikacji, proces beatyfikacyjny będzie się odbywał według zwykłych procedur, co już zadecydowała Kongregacja ds. Kultu Świętych. Autor dzieli się następującym spostrzeżeniem: "Wiem, że przed ?naszym wielkim Rodakiem= Kościół istniał 2000 lat, że było dwustu sześćdziesięciu trzech, lepszych i gorszych, powołanych jednak do władania Kościołem przez Ducha Świętego, papieży. Niektórzy z nich są świętymi, niektórzy odcisnęli silne, dobre piętno przez swoje nauczanie i postawy. I chciałbym też wiedzieć, czy ekumenizmu uczyć się z ?Mortalium animos= Piusa XI czy ze spotkania z Asyżu, które inspirował ?nasz wielki Rodak=. Któryś z nich był w błędzie". 
 Robaczewski entuzjastycznie i z nadzieją wita "Motu Proprio Summorum Pontificum" Benedykta XVI, zezwalającej na sprawowanie Mszy św. w rycie trydenckim bez wymaganej dotąd specjalnej zgody biskupa. To nie dar dla grupki hobbystów, ale dar dla całego Kościoła - stwierdza stanowczo Autor. Toteż, zgodnie ze swoimi poglądami, wiele pisze o swej nadziei związanej z ruchem tworzonym przez ludzi inteligentnych i młodych wokół miejsc, gdzie odprawiana jest Msza Wszech Czasów. "Idzie nowych ludzi plemię" - woła Robaczewski. Z obawą jednak odnotowuje rebelię biskupów przeciwko Ojcu Świętemu, którzy bądź to próbują umniejszyć wagę "Summorum Pontificum", bądź dokonują jej wykładni, tak jakby nic się nie zmieniło, ergo wbrew duchowi tego dokumentu, co uczynił Episkopat Polski. 
 Te partie książki uwidaczniają inne cechy Autora. Jest pobożny bez dewocji, cytuje często dokumenty i osobistości Kościoła, ale nie zasłania się nimi, wyrażając z otwartą przyłbicą swoje oceny i poglądy. Ceni wysoko Jana Pawła II, lecz wyraźnie dystansuje się od często bałwochwalczego kultu Jego Osoby. Ma wreszcie odwagę przeciwstawić się obiegowym i płytkim opiniom. Dla wielu Czytelników również i te rozdziały dostarczą ugruntowanej, a jakże zapoznanej obecnie wiedzy.

 O Radiu sine ira et studio
 Był Robaczewski ongiś współpracownikiem Radia Maryja, dziś nim nie jest. Co nie oznacza, by zatracił miarę w ocenie tej rozgłośni. Sprzeciwia się bieżącemu zaangażowania Radia w bieżącą politykę, bynajmniej jednak nie z pięknoduchostwa. Jego krytyka wiąże się z wykorzystywaniem Radia przez polityków, którzy nie chcą wprowadzać ładu chrześcijańskiego w życie społeczne lub elementy tego ładu traktują wybiórczo. Z drugiej strony oświadcza: "W wojnie cywilizacyjnej, która toczy się, staję po stronie Radia Maryja", bo "Radio Maryja w tym świecie rozmycia mówi głosem wyraźnym". Z oburzeniem pisze o sojuszu niektórych hierarchów czy instytucji kościelnych "z mediami i innymi ośrodkami, które ewidentnie szydzą z tego, co święte, wypaczają naukę Kościoła, niszczą w umysłach i duszach pragnienie dobra, lekceważą tradycję i wiarę. Sojusz we wrogości, całkiem już irracjonalnej, wobec osoby o. Tadeusza Rydzyka doprawdy budzi niepokój. Tym bardziej że te same osoby milczą wobec propagandy homoseksualizmu, wypowiadają się niejasno wobec podnoszącego głowy lobby aborcyjnemu, nigdy nie piętnują wszechobecnej pornografii. Tak, jakby zatracili ewangeliczny entuzjazm. Nie głoszenie Chrystusa, tylko usunięcie Ojca Dyrektora zdaje się być ich głównym celem". 
 Pokrótce rozprawia się z zarzutami, jakie spotykają same Radio, jak i jego twórcę. Wystawia też o. Rydzykowi elegancką laurkę: "Czy Radio Maryja może pełnić swą dobroczynną funkcję bez Ojca Tadeusza? Pewne epokowe wydarzenia, owoce czyjejś pracy nazywa się od imienia ich twórców. (É) Tak samo jest z Radiem Maryja - gdyby nie nosiło ono Imienia Bożej Rodzicielki - trzeba by je nazwać imieniem jego twórcy". 
 O większy dowód uznania doprawdy trudno.
 
 "Tak - tak, nie - nie" 
 Arkadiusz Robaczewski w całej książce stosuje ewangeliczne "tak - tak, nie - nie". Nie znajdziesz tam, Czytelniku, "z drugiej strony", "ale jednak", wezwań do "kompromisu", "wyjścia naprzeciw", "pojednania". Znajdziesz natomiast głos patrioty bez narodowej tromtadracji i katolika bez bigoterii, który ośmiela się nazywać rzeczy po imieniu. Znajdziesz trudną, ale jednak nadzieję - "contra spem spero". Oby ta książka trafiła pod strzechy willi polityków "prawicowych". Czego Autorowi i Sprawie o którą walczy, życzę. 
 Zbigniew Lipiński
--------------------------------------------------
 *Arkadiusz Robaczewski: "Przeciw beznadziei", Wydawnictwo POLWEN, Radom 2008, s. 184. 
 Książkę można zamawiać u autora, wpłacając 24 zł + 3 zł koszty wysyłki: Arkadiusz Robaczewski, nr konta: 50 1020 5558 1111 1105 4640 0036, Nr 33-34 (17-24.08.2008) 
 

GONIEC NR 33/2008

 JAK MOŻEMY POMÓC GRUZJI? 
 Niezależnie od oceny konfliktu gruzińsko-osetyńskiego oraz roli i charakteru prezydenta Gruzji Saakaszwilego, któremu do demokratycznych przywódców jest równie daleko jak Łukaszence, trzeba jasno powiedzieć, iż w interesie Polski jest bezwarunkowe poparcie Gruzji.
 Jeśli Rosja wygra w tym konflikcie i usunie Saakaszwilego, to potwierdzi swoje prawo do strefy wpływów na Kaukazie Południowym i zamknie korytarz energetyczny z prowadzący z Azerbejdżanu i Azji środkowej przez Gruzję do Europy oraz uniemożliwi rozszerzenie NATO na Kaukaz.
 Największym zagrożeniem dla naszej niepodległości jest polityka rosyjska dążąca do przekształcenia Polski za pomocą tutejszej potężnej agentury i prorosyjskiego lobby w swoją strefą wpływów w granicach Unii Europejskiej. Dlatego, Rosja wzmocniona połknięciem Gruzji, przystąpi do działań ofensywnych na Zachodzie, czyli przeciwko państwom bałtyckim, Ukrainie i Polsce. Kto zatem nie chce solidaryzować się z Gruzją, jedynie przyspiesza przywrócenie pełnej zależności Polski od Rosji.
 Jak możemy pomóc Gruzji?
 1. Przede wszystkim nie uprawiać prorosyjskiej propagandy. Wybuch wojny rosyjsko-gruzińskiej zmobilizował rosyjską agenturę wpływu w Polsce. W mediach zaroiło się od ekspertów i artykułów wzywających do niepopierania Gruzinów. Dowiadujemy się, że sytuacja jest skomplikowana, jakby jakaś inna taką nie była, i słyszymy inne pokrętne tłumaczenia, które mają na celu izolowanie Gruzji walczącej z Rosją. Każdego, kto głosi, iż trzeba Gruzję zostawić samą, bez znaczenia z jakim tłumaczeniem, należy traktować jak rosyjskiego agenta wpływu. Uprawianie rosyjskiej propagandy polskimi rękami czy raczej ustami, to już zbyt duży szczyt głupoty i tchórzostwa nawet jak na dobrowolnie zwasalizowany Priwislanskij kraj.
 2. Prezydent powinien podjąć sprawę Gruzji na forum międzynarodowym oraz spróbować zmontować dyplomatyczny sojusz regionalny państw zagrożonych przez Rosję, w obronie Gruzji. Na premiera nie ma co liczyć, ponieważ będzie zajęty grą w piłkę, a poza tym Putin mógłby się pogniewać, a wszyscy wiemy, iż zadowolenie Rosji jest najważniejszą troską PO.
 3. Wojna zawsze wymaga pomocy medycznej, zarówno sprzętu jak i lekarstw i środków opatrunkowych. Poza tym nasze szpitale mogłyby przyjąć ciężej rannych, którym potrzebna będzie skomplikowana pomoc medyczna. Można też na miejsce wysłać personel medyczny na ochotnika, jeśli oczywiście Polacy nie zapomnieli, kim są, i nie zamienili się w zsowietyzowaną masę drżącą ze strachu, że Putin się skrzywi i co to będzie.
 Józef Darski
 

 Wielka prowokacja w Osetii
 W nocy z 7 na 8 sierpnia doszło do ataku armii gruzińskiej na republikę separatystyczną Osetii Płd. Oficjalnym powodem podjęcia ataku jest chęć przywrócenia kontroli państwowej Gruzji nad terytorium tej republikiÉ.
 Przyjrzyjmy się na gorąco temu konfliktowi. O co toczy się gra? Osetia Płd. ma powierzchnię 3900 km2 (tyle co powierzchnia małych województw skierniewickiego lub chełmskiego w latach 75-99) i liczy sobie 70 tys. mieszkańców (tyle co Pabianice). 25 czerwca 1992 r. przywódcy Gruzji i Federacji Rosyjskiej, Eduard Szewardnadze i Borys Jelcyn podpisali w Dagomysie porozumienie o zawieszeniu broni. W grudniu 2000 r. Rosja i Gruzja podpisują porozumienie o odbudowie gospodarczej w strefie konfliktu. Od czasu objęcia władzy przez sterowanego przez USA Michaiła Saakaszwilego Gruzja próbuje odzyskać kontrolę nad republiką. Tyle w telegraficznym skrócie.
 Bezpośrednia odpowiedzialność Gruzji i prezydenta Saakaszwilego za eskalację konfliktu jest oczywista. Scenariusz został doskonale przygotowany, okoliczności zewnętrzne (rozpoczęcie olimpiady w Pekinie) wymarzone. Oto, 7 sierpnia w czwartek agencje podały informację o zaproponowaniu przez Saakaszwilego władzom Osetii Płd. natychmiastowego przerwania walk i rozpoczęcia negocjacji. "Gruzja i jej separatystyczna republika - Osetia Południowa porozumiały się w sprawie zawieszenia broni obowiązującego do czasu rozmów, w których mediatorem będzie Rosja" - poinformowała w czwartek agencja Reutera, powołując się na Interfax. Do spotkania negocjatorów miało dojść w piątek, 8 sierpnia. TymczasemÉ Gruzja w nocy z czwartku na piątek podejmuje ofensywę na Osetię. Po początkowych sukcesach (mówi się o zdobyciu stolicy regionu Cchinwali) następuje kontrakcja Osetyńców wspieranych przez obecne w republice rosyjskie siły pokojowe. Wojska gruzińskie odstępują od miasta, niszcząc je wcześniej w znacznym stopniu - władze republiki twierdzą, że jest 1400 ofiar. W międzyczasie, kiedy niepowodzenie akcji gruzińskiej zaczyna stawać się oczywiste, Saakaszwili ogłasza światu, że "Rosja zaatakowała Gruzję"!!! Oświadczeniu temu towarzyszą działania, czy też zapowiedzi działań mających sprawić wrażenie zagrożenia suwerenności Gruzji ze strony Rosji, a mianowicie zapowiedź powszechnej mobilizacji oraz wprowadzenia stanu wyjątkowego na terenie Gruzji. Niezawodne media zachodnie podejmują temat w jednoznacznym tonie. "Rosyjskie siły walczą z Gruzinami" obwieszcza BBC. Odzywają się obrońcy integralności Gruzji - Condoleezza Rice i John McCain. W Polsce na razie dość cicho, poza całkiem sensownymi wypowiedziami ekspertów w TV Info (znajdowali się pod silną presją dziennikarki prowadzącej, której wiedza o świecie sprowadza się do powtarzania mantry o zagrożeniu rosyjskim). Premier Tusk wypowiedział się dyplomatycznie (czeka prawdopodobnie na reakcję UE), minister Sikorski trochę mniej (można powiedzieć - w duchu "Washington Post", gdzie w radzie wydawniczej zasiada jego żona Anne Applebaum), zaś ośrodek prezydencki, znany z wyrażania ostatnio wielkiej, gwałtownej miłości do Gruzji (w duchu zdecydowanie neokonserwatywnym) na razie milczy. Na tym kierunku możemy się jednak spodziewać oświadczeń tyle górnolotnych, co grożących niebezpieczeństwem uwikłania Polski w niepolską awanturę. Miało też miejsce prywatne wystąpienie Ryszarda Czarneckiego, rusofobiczne i naznaczone najgorszymi polskimi tradycjami prowadzenia polityki irracjonalnej w interesie obcych ("Nie zostawiajmy Gruzji samej" - rzec można, nie zostawiaj, panie Czarnecki, droga wolna, ale Polskę zostaw w spokoju).
 Czemu to wszystko służy? Okoliczności konfliktu wskazują, bez najmniejszych wątpliwości, na zewnętrzną inspirację działań Saakaszwilego. Tym zewnętrznym inspiratorem jest, rzecz prosta, neokonserwatywny rząd USA. Intryga obliczona jest na sprowokowanie Rosji do wkroczenia do Gruzji właściwej (tzn. poza Osetię Płd.). Wtedy świat otrzyma nie tylko obraz Rosji-agresora (czym utwierdzi się po raz kolejny tzw. opinię publiczną w dawno narzuconym stereotypie), ale konkretnie USA otrzymają pretekst, swego rodzaju antycypowane usprawiedliwienie, do ewentualnego ataku na Iran czy Syrię, a może nawet Wenezuelę. Niektórzy rosyjscy dyskutanci obecnego konfliktu sugerują jeszcze dodatkowy aspekt sprawy, a mianowicie, że USA wykorzystają sytuację do wymuszenia na Rosji zgody na członkostwo Ukrainy w NATO w zamian za pokój na Zakaukaziu. Wydaje się, że to bardzo prawdopodobne wyjaśnienie. Zwłaszcza wobec wystąpień neokonserwatywnego, agresywnego jastrzębia McCaina (Bush jest ostatnio wyraźnie "wygaszany"), który zdążył już grozić Rosji w związku z tarczą antyrakietową, zapowiada jej wyrzucenie z G-8, a także, w marcu br., otwarcie poparł przywrócenie władzy Gruzji nad Osetią. Nie na darmo jest bliskim przyjacielem Billa Kristola. To wszystko zapowiada kontynuację polityki neokonserwatywnej w wersji "hard" w razie zwycięstwa ich kandydata w wyborach w USA . Celem dalekosiężnym tej polityki, powtórzmy to po raz kolejny, jest rozczłonkowanie Rosji.
 Truizmem będzie to, co należy powiedzieć o stanowisku, jakie powinna zająć Polska w tym konflikcie - to nie nasza sprawa, nie naszą sprawą są bliższe i dalsze plany neokonserwatystów wobec Rosji. Naszą sprawą i naszą racją jest pokojowe współistnienie ze wschodnimi sąsiadami i posiadanie jak najlepszych stosunków z najsilniejszym z nich, czyli Rosją, czy to się komuś podoba, czy nie. Na ile polskie ośrodki władzy (ośrodki, gdyż dualizm polityki zagranicznej jest dzisiaj oczywisty) to rozumieją, przekonamy się w najbliższych dniach. Dotychczasowe doświadczenia nie nastrajają jednak optymistycznie.
Adam Śmiech
www.jednodniowka.pl
 

 Tłumaczenie listu wysłanego przez Klub Dyskusyjny do Kongresu USA ws. roszczeń żydowskich
 Zachęcamy polonusów do wysyłania podobnych listów do amerykańskich oficjeli lub do ambasad i konsulatów USA na całym świecie.

 Szanowni Kongresmani
 11 czerwca 2008 r. w czasie 2. Sesji 110. Kongresu Stanów Zjednoczonych, Komisja ds. Stosunków Zagranicznych Izby Reprezentantów przegłosowała projekt Rezolucji nr 371, która z całej mocy popiera natychmiastową restytucję lub rekompensatę własności nielegalnie skonfiskowanej w ubiegłym wieku przez reżimy nazistowski i komunistyczny. Rezolucja potwierdza, że nielegalna konfiskata własności była integralną częścią prześladowania niewinnych ludzi przez reżim nazistowski i komunistyczny i wzywa do natychmiastowego i sprawiedliwego zwrotu lub rekompensaty ofiarom lub ich potomstwu. Według rezolucji, niektóre kraje europejskie już się zgodziły na zwrot lub sprawiedliwą rekompensatę za własność przejętą na cele publiczne. Rezolucja wzywa obecne rządy Polski i Litwy, aby zwróciły lub zrekompensowały własność ofiar bezprawnie skonfiskowaną przez poprzednie reżimy nazistowski i komunistyczny.
 Jakkolwiek, generalnie zgadzamy się z tym, że bezprawnie skonfiskowana własność powinna być zrekompensowana lub nawet zwrócona ofiarom, to nie możemy zaakceptować faktu interwencji obcego państwa w wewnętrzne sprawy innego państwa i jego władz. Nie sądzę, aby Kongres oraz rząd Stanów Zjednoczonych były zadowolone, gdyby np. Polska i Litwa uchwaliły rezolucję lub prawo, wzywające USA do wypłacenia natychmiastowej rekompensaty społeczności indiańskiej lub afro-amerykańskiej lub żądające zwrotu skonfiskowanej im własności. To nie jest sprawa Polski lub Litwy i to samo odnosi się do Stanów Zjednoczonych w sprawie interwencji w wewnętrzne sprawy innych państw. Uważamy, że rezolucja ta jest nie tylko niewłaściwa, ale została również sformułowana według podwójnych standardów moralnych i wzywamy kongresmanów, którzy ją sponsorowali, aby jak najszybciej ją wycofali z Kongresu oraz przeprosili Polskę i Litwę za niewłaściwą interwencję w wewnętrzne sprawy tych państw.
 Poza tym, chcielibyśmy zwrócić uwagę na przekręcanie historycznych faktów w rezolucji. Należy przypomnieć, że Polska (a później również Litwa i wiele innych państw wschodnioeuropejskich) została najechana przez nazistowskie Niemcy oraz komunistyczną Rosję w 1939 r. Polska i inne kraje wschodnioeuropejskie były okupowane przez nazistowskie Niemcy oraz Związek Sowiecki w latach 1939-1990.
 Dopiero niedawno państwa te odzyskały "wolność i niepodległość". W rzeczywistości, rządy państw wschodnioeuropejskich nie mogły prowadzić niezależnej polityki wewnętrznej lub zagranicznej. Wszystkie decyzje oraz uchwały (również te dotyczące praw własności, konfiskaty lub przejęcia na cele publiczne, sprawiedliwe lub niesprawiedliwe) były podejmowane przez władze komunistyczne w Związku Sowieckim lub nazistowskie w Niemczech. Polska i inne kraje wschodnioeuropejskie nie miały właściwie swoich "rządów", które podejmowałyby niezależne decyzje (poza rządami na emigracji). 
 Innym faktem historycznym, pominiętym w rezolucji, jest udzielanie przez Stany Zjednoczone moralnego i finansowego wsparcia, zarówno reżimowi nazistowskiemu, jak i władzom komunistycznym w ZSRS i innych państwach wschodniej Europy w postaci kredytów i darowizn. To Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja i ZSRS zdradziły państwa wschodnioeuropejskie, oddając je we władanie Związku Sowieckiego na konferencji w Jałcie i Poczdamie w 1945 r. Tak więc, to ktoś inny jest odpowiedzialny za przestępstwa dokonane w tym okresie oraz za zwrot mienia lub rekompensaty.
 Interwencja w wewnętrzne sprawy Polski (i Litwy) jest niewłaściwym, nieodpowiedzialnym krokiem ze strony Kongresu Stanów Zjednoczonych. Uważamy, że rezolucję należy wycofać, oraz domagamy się przeproszenia Polski (i Litwy) za niepożądaną interwencję.
 POLSKI PATRIOTYCZNY KLUB DYSKUSYJNY W Nowym Jorku 
 
 
 
 

GONIEC NR 32/2008

 Dot.:  MUZEUM  HOLOKAUSTU W DALLAS, TEKSAS.
 1. Konsulat Generalny w Los Angeles, Kalifornia, mgr Paulina Kapuścińska, Konsul Generalny,
 2. Instytut Pamięci Narodowej, p. Janusz Kurtyka, prezes, 
 3. Kongres Polonii Amerykańskiej, p. Ludwik Wnękowicz, wiceprezes ds. polskich,
 4. Kongres Polonii Amerykańskiej, p. Wallace Zieliński, sekretarz.  W dniu 15  lutego  2008 w czasie turystycznej i biznesowej wizyty w Teksasie, a konkretnie w Dallas, odwiedziłem John F. Kennedy , The Six  Floor Museum at Dealey Plaza. Naprzeciw lub obok muzeum JFK,  budynku znanego w 1963 r. jako Texas School Book Depository, mieści się kilka innych muzeów, między innymi  DALLAS HOLOCAUST MUSEUM, przy  211 N. Record Street, Suite 100, Dallas, TX 75202-3361. Nazwisko  Executive Director: ELLIOTT DLIN, toll free tel. no: 888-620-9933, fax (214) 741-7510 , e-mail: edlin@dallasholocaustmuseum.org. To tyle informacji, wstąpiłem tam po prostu z ciekawości. Nie jest to duże muzeum, lokalizacja w piwnicznej (basement) części większego budynku . W pierwszych dwóch  pomieszczeniach dość profesjonalnie przedstawiono dokumenty, zdjęcia, obiektywne komentarze odnośnie do zagłady. Względnie dobrze ukazano  źródła historyczne z konferencji  uchodźców żydowskich z okupowanej Europy, która odbyła się 14 kwietnia 1943 na Bermudach i na której to konferencji organizacje żydowskie usłyszały od  rządów alianckich: główny cel to  wygranie wojny z Niemcami hitlerowskimi, proszę się nie wtrącać do metod prowadzenia wojny. Nawet potajemne z tego okresu inicjatywy  Węgier, Rumunii i Bułgarii, by wywieźć Żydów z tamtych krajów autobusami, przez Turcję, na Bliski Wschód,  zostały przez rząd brytyjski zablokowaneÉ Dość dobrze, w formie wycinków prasowych, jest pokazana odmowa rządów Kuby, USA i Kanady na emigrację Żydów z Niemiec przed wybuchem wojnyÉ Czyli informacje w dwóch pierwszych pomieszczeniach serwowane teksańskiemu odbiorcy są w miarę obiektywne i rzetelne. 
 Natomiast w trzecim pomieszczeniu wygląda to inaczej, jest to mała sala kinowa, gdzie odtwarzane są opowieści ocalałych z holokaustu Żydów, obywateli Teksasu, ale bez podawania nazwisk i wieku.  Sądząc po fryzurach i ubiorze, materiał był kręcony w latach 90., wielu tych ludzi płakało w czasie wspomnień. Ale  wielu innych, tak na oko, było około czterdziestu paru lat. Ale nie to jest najważniejsze. Jeden z takich panów, względnie młody obywatel Teksasu, opowiadający w sposób dość wesoły, że został  cudem ocalony w Polsce od holokaustu (nie mówi przez kogo uratowany), no więc ten pan oświadcza, że w czasie wojny w Polsce, za wydanie jednego Żyda Niemcom, Polacy otrzymywali  butelkę wódki i  funt  cukru i on, ten pan, to widział,  i że wielu, wielu Polaków otrzymało od Niemców wiele butelek wódki i wiele funtów cukru ("many, many Poles have received from Germans  many bottles of vodka and many pounds of sugar"). Byłem świadkiem tej filmowej relacji dokładnie w dniu 15 lutego 2008. 
 Dallas nie jest  popularnym miejscem odwiedzanym przez Polaków, wolą oni inne atrakcyjne miejsca południa USA, tak że nie wiem, czy ktoś jeszcze z rodaków tę, co najmniej dziwną, relację  wyłapał.  Relacja dziwna choćby z tego tylko powodu, że Niemcy  nigdy  nie posługiwali  się brytyjskim  systemem wag, czyli funtami, a europejskim, czyli kilogramami. Normalna procedura jest taka, że Muzeum  Holokaustu  w Dallas, Teksas, powinno się zwrócić do uprawnionych polskich  instytucji, takich jak prokuratura czy IPN, o przesłuchanie tego świadka, będącego zresztą w świetnej kondycji fizycznej. Chyba że chodzi o serwowanie pewnych opowieści Teksańczykom, a zwłaszcza teksańskiej młodzieży , które to opowieści nie mają z prawdą historyczną nic wspólnego. Żaden z teksańskich Żydów, przedstawianych jako ocaleni z holokaustu, ani się nie zająknął o pomocy Polaków w ich ratowaniu ani także o karze śmierci, obowiązującej w okupowanej Polsce za ratowanie Żydów, jak i o egzekucjach Polaków takiej pomocy udzielających, a to bardzo podważa wiarygodność tych świadków, jak i całej prezentacji. 
 Z  poważaniem
 mgr inż. Andrzej  T.  Chronowski, Mississauga, Ontario
 

 Czy warto opublikować  o pytanie?
 Czy przyszedł czas sprawiedliwości i kary dla zdrajców, którzy służyli Moskwie, gdy NKWD wywoziło na Syberię i mordowało kwiat polskiego narodu?
 Myśl ta wraca do mnie od czasu do czasu, a kilka tygodni temu rozmawiałem z grupą ludzi o byłym prezydencie Kwaśniewskim i generale Jaruzelskim. Powiedziałem, że w moich oczach i oczach milionów Polaków ci ludzie są zdrajcami polskiego narodu, dlatego że kiedy byli głowami PRL-u (Polskiej Republiki Ludowej), służyli Moskwie i byli "moskiewskimi nadzorcami niewoli narodu polskiego". Na tym spotkaniu nazwałem byłego prezydenta Kwaśniewskiego i generała Jaruzelskiego zbrodniarzami. Ale, gdy tylko wymówiłem te słowa, byłem zaskoczony "wybuchową" reakcją paru osób oburzonych moim  powiedzeniem, które pytały mnie: "Jakie oni popełnili zbrodnie?". 
 Próbowałem im wytłumaczyć, że służba tych ludzi dla rosyjskiego komunizmu po katyńskim mordzie kwiatu polskiego narodu i po strasznej śmierci polskich kobiet, dzieci i starców na Syberii, gdzie przez mróz i głód zginęło setki tysięcy Polaków wywiezionych tam z Kresów Wschodnich, że to było straszną zbrodnią. 
 Do dnia dzisiejszego jestem absolutnie przekonany, że każdy normalny Polak uważa te gigantyczne masakry za niewybaczalną zbrodnię i nie wyobrażam sobie, jak to można  wytłumaczyć inaczej. Ale, na tym spotkaniu ze znajomymi, normalna dalsza dyskusja na ten temat nie byłaby możliwa, dlatego też postanowiłem wytłumaczyć to pisemnie. Piszę to z nadzieją, że może inni czytelnicy "Gońca" zareaguję i napiszą coś na ten temat. 
 Jestem pewny, że Kwaśniewski i Jaruzelski dobrze i od dawna wiedzieli o tych komunistycznych zbrodniach, i to im nie przeszkadzało służyć Moskwie. Dzisiaj po wielu latach zdradzania polskiego narodu, ci zdrajcy mieszkają w demokratycznym państwie,  Polska ich karmi i nikt ich do niczego nie zmusza. Ale oni dalej służą wrogom polskiego narodu, czego przykładem jest to, że Kwaśniewski ubliża narodowi polskiemu w niemieckiej prasie. A kiedykolwiek Putin, były pułkownik NKWD, kiwnie palcem, ci "Polacy" z czapkami w ręku pędzą do Moskwy, by się spowiadać i by dostać instrukcje. 
 Mam ciekawe pytanie, czy ci zdrajcy pędzą tam dlatego, że Putin, były wysoki oficer NKWD i ich woła? Czy też dlatego, że muszą tam gonić, bo Putin za dużo wie o nich i tym ich kontroluje? My przecież wiemy, że w Rosji i komunistycznej Polsce, NKWD i UB strachem kontrolowało masy ludzkie. Tam nie było żadnego grożenia, bo przecież wszyscy wiedzieli, że nagła śmierć nosi mundur NKWD albo UB. 
 Wszyscy dzisiaj wiemy, że do dzisiejszego dnia Putin nie przyznaje się do katyńskiej zbrodni i nie chce mówić o śmierci Polaków na Syberii. Nasza prawdziwa polska historia, nie ta pisana w Moskwie peerelowska, pokazuje nam, że od setek lat Rosja była śmiertelnym wrogiem polskiego narodu. 
 Nie jest rzeczą możliwą nie wiedzieć dzisiaj nic o ruskich i polskich komunistycznych zbrodniach, dlatego osoba polskiego pochodzenia, która dalej sympatyzuje ze zdrajcami narodu polskiego, musi też być za zdrajcę uważana. 
 Być może są jeszcze Polacy, którzy naprawdę nic nie wiedzą o tych zdrajcach. W ich obronie można powiedzieć to, że w czasie PRL-u wiadomości ze świata przed opublikowaniem w Polsce były "filtrowane" przez komunistów. Może większość obywateli i nawet członków PZPR ("partyjnych" było około 11 proc. albo 1,1 na 10 prawdziwych obywateli Polski) nie wiedziało o tych zbrodniach i nawet jest bardzo prawdopodobne, że do dzisiaj niektórzy myślą, że to jest "zachodnia propaganda". Dla tych biedaków już nie ma lekarstwa, bo ich umysły były poważnie uszkodzone w komunistycznej pralni mózgów. 
 Wracając do moich znajomych, mówili: "Ciebie tam nie było, a więc ty nie wiesz, co mówisz", co jest też możliwe... Dlatego po tym spotkaniu postanowiłem sprawdzić, co myśleli inni ludzie, i zadałem to pytanie dziesiątkom znajomych weteranów i cywilom w Kanadzie i w Polsce. Większość z nich zgadzała się z moim zdaniem, parę osób było niepewnych, ale nikt nie powiedział, że to nie jest prawdą. Uzbrojony w te informacje, postanowiłem pisemnie wytłumaczyć, dlaczego tak myślę i dlaczego ten temat wart jest dalszej dyskusji i głębszego zrozumienia. 
 Pragnę przypomnieć naszym rodakom, że ta nasza, strasznie wymęczona i bardzo kochana Polska tylko w XX stuleciu była parę razy rozdarta na kawałki i okupowana przez naszych wrogów. W XX stuleciu Rosja carska już zajmowała wschodnią część Polski, Niemcy zajmowali zachodnią, a Austriacy i Węgrzy zajmowali południowo-zachodnią część. 
 Dopiero w 1918 roku, po 150 latach niewoli, Polska uzyskała wolność dzięki temu, że nawet po tak długiej niewoli duch polski był silny, bo nie było zdrajców, i dzięki marszałkowi Piłsudskiemu i jego Legionom.  Ale ta wolność trwała tylko 20 lat, do września 1939 r., do napaści Niemców z zachodu, a ruskich komunistów ze wschodu; i ponownie Polska została podzielona pomiędzy naszych starych wrogów. Warto wspomnieć, że Polska przetrwała pod niemiecką okupacją ten okres, bo Niemcy nie znaleźli "zdrajców" między nami. 
 Dopiero w 1944 r., gdy Ruscy wyparli Niemców i stworzyli nowy "protektorat" w Polsce, który był podobny do francuskiej Vichy. Tylko Ruscy byli mądrzejsi od Niemców i przywieźli ze sobą kompletny "polski" rząd. Ta nowa władza była trenowana w Moskwie i była Moskwie służącą bandą zdrajców. Z czasem nadzór nad Polakami zmieniał się, aż tę służbę wypełniali ludzie pokroju Kwaśniewskiego czy też Jaruzelskiego. 
 Ci dwaj mieli jeden główny obowiązek, a było to pilnowanie narodu polskiego, by nie pozbył się ruskich kajdan. Ci dwaj zdrajcy nie dopilnowali za dobrze, bo te krwawe i potem osłabione ruskie kajdany spadły w 1990 r. 
 Anglicy mówią, że: "Things are seldom what they seem", co znaczy: To, co widzimy, rzadko jest tym, co nam się wydaje. A w tej chwili, moi koledzy, byli żołnierze AK i cywile w Polsce i Kanadzie mówią mi, że coś dziwnego się dzieje w Polsce.... 
 Wszyscy martwią się walką pomiędzy PiS i  PO, dwoma głównymi polskimi partiami politycznymi, dlatego że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. 
 Mówią mi też, że nowa polska "arystokracja", ci co ukradli polski skarb narodowy, z ruskim poparciem, wzmacnia Putina "strefę wpływów" zachodnich, która w tej chwili zajmuje całą Polskę. A jeden z tych kolegów powiedział: "wygląda, że ten polski kocioł polityczny znowu zaczyna się gotować".
 By osiągnąć ten cel, odepchnięci od żłobu przyjaciele Moskwy zmieniali scenę w polskim politycznym "teatrze". To jest nowy kamuflaż, poza którym scena jest  zmieniana przez dzieci byłych sług Moskwy. 
 Według słownika polsko-angielskiego, słowo "zdrajca" znaczy: "ten, kto przechodzi na stronę nieprzyjaciela".  Innymi słowy, to jest ten, kto zdradził swój naród i służy wrogowi. Prawie bez wyjątku, wszędzie na świecie karą za zdradę narodu jest śmierć. 
 By było to absolutnie zrozumiałe, podaję dwa krótkie opisy klasycznych przykładów zdrady narodowej popełnionej w czasie II wojny światowej. 
 Pierwszym z tych przykładów jest zdrada Francji przez marszałka Philippe Petaina, bohatera pierwszej wojny światowej. Petain stworzył państwo Vichy w południowo-wschodniej części Francji, która nie była pod niemiecką okupacją. Petain był przedstawicielem państwa od 20 sierpnia 1942 roku aż do alianckiej inwazji w 1944 r. Po inwazji, Niemcy zabrali Petaina do Niemiec, gdzie Alianci go znaleźli po kapitulacji Wermachtu. W lipcu 1945 został skazany na śmierć przez rozstrzelanie za zdradę narodu francuskiego, ale gen. de Gaulle zmienił to na dożywotnie więzienie. 
 Drugim klasycznym przykładem zdrajcy narodu był Vidkun Quisling, oficer norweskiej armii, który po najeździe Niemców na Norwegię, w tym samym okresie co Petain, "...przeszedł na stronę nieprzyjaciela". Quisling nazwał się ministrem prezydentem  Norwegii w czasie niemieckiej okupacji. Ale po lądowaniu Aliantów we Francji, Niemcy uciekli z powrotem do Niemiec, a Quisling został szybko skazany na śmierć za "high treason", co znaczy "wysoką zdradę", i rozstrzelany. Do dzisiejszego dnia słowo "Quisling" jest używane jako synonim zdrajcy. 
 Z bolącym sercem musimy przyznać, że PRL miała tysiące Quislingów, którzy w pierwszym rzędzie są materialistami, a dopiero potem są komunistami. Dzisiaj, na podstawie tego co wiemy o tych 50 latach ruskiej niewoli, widzimy, że PRL była bardzo podobna do tych dwóch przykładów, francuskiego i norweskiego, gdzie zdrajcy pomagali Niemcom stworzyć służące im "protektoraty". 
 To jest tylko spekulacja, ale niektórzy ludzie myślą, że jest możliwe, że w tej chwili widzimy, jak pod naszym nosem zaczyna się budowa "fundamentów" dla nowego PRL. Tym razem ten plan jest bardziej skomplikowany i makiaweliczny, dlatego że teraz Polska może być użyta jako trojański koń. 
 To stało się możliwe tylko po wejściu  Polski do Unii Europejskiej, bo wtedy Polska znalazła się strategicznie ulokowana wewnątrz Unii Europejskiej, i do NATO. 
 Jeśli ta spekulacja jest nawet trochę bliska rzeczywistości, to bez wątpienia ten plan został zrobiony za wiedzą naszych wschodnich sąsiadów. 
 Jak powiedziałem wcześniej, to jest tylko spekulacja, ale zimno mi się robi, tylko myśląc o potencjalnym niebezpieczeństwie dla Narodu Polskiego i nawet dla całego cywilizowanego świata. Bo gdyby taki albo podobny plan, co nie daj Boże, stał się rzeczywistością, to wtedy w  końcu naszym zdrajcom udałoby się zamordować Polskę i ducha polskiego narodu... 
 Niektórzy czytelnicy mogą powiedzieć: obraz, który malujesz, jest tak straszny, że po prostu nie mamy wyjścia i natychmiast musimy robić co tylko możliwe, żeby ten plan, o którym mówisz, jeśli on istnieje, nigdy nie został zrealizowany. Ale mamy pytanie, czy masz albo widzisz jakieś możliwe rozwiązanie?
 Moja odpowiedź jest bardzo prosta: NKWD dało nam doskonały przykład, i nie mówię o Katyniu. W 1940 r., mając 14 lat, na własne oczy widziałem, jak NKWD bardzo szybko, prosto i efektywnie wypróżniło połowę Brześcia nad Bugiem. Kolumny ruskich zisów, ciężarówek, setki mongolskich żołnierzy i może z tuzin NKWD-owskich oprychów o świcie otaczało jeden albo dwa kwartały. Mongołowie walili kolbami w drzwi i jacyś polscy komuniści, którzy byli z nimi, krzyczeli, że ludzie mają tylko pół godziny, by zapakować jedzenie i ubranie, ale tylko tyle, ile mogą unieść. Mongołowie popędzali naszych ludzi kolbami karabinów i ładowali ich na ciężarówki. Potem wieźli ich do pociągów towarowych, gdzie ich wpychali, aż wagony były pełne, i zamykali drzwi. 
 Parę tygodni po wywiezieniu tysięcy Polaków przybyły pociągi pełne białoruskich rodzin, z małymi torbami w rękach, które wprowadziły się do pustych, kompletnie wyposażonych domów. Dzisiaj Brześć jest białoruskim miastem, gdzie polska własność bezpowrotnie przepadła. 
 Ja proponuję zrobić to samo ze zdrajcami polskiego narodu i wysłać ich pociągami towarowymi na Wschód, niech wezmą ze sobą tylko ubranie i jedzenie i tylko to, co mogą sami unieść. 
Bohdan Prażmowski 
Toronto, 1 sierpnia 2008 
 
 

GONIEC NR 31/2008

 Wybraliśmy ich, by nam służyli, a oni...
 Dawno minęły te czasy, gdy zadaniem państwa i urzędników państwowych była służba społeczeństwu i narodowi. Co prawda, teoretycznie nadal te zasady obowiązują, ale - no właśnie to, "ale"...
 Dzisiaj obserwujemy tylko jedną i to podstawową zasadę, jaka obowiązuje wśród "polityków", którzy dorwali się do koryta - przejąć jak najwięcej i jak najwięcej garnąć ku sobie. Ich nie interesuje naród, społeczeństwo, Ojczyzna. My, wyborcy, jesteśmy szarą obojętną dla nich masą, którą tak naprawdę nie warto się przejmować, a jak już, to bałamucić, ogłupiać i robić wszystko, byśmy nie zauważali ichnich, prawdziwych działań, jedynie parawany, które ustawiają, by ukryć i zakamuflować prawdę o sobie i swoim kombinatorstwie.
 Czy tak musi już być i czy tak będzie już zawsze?
 Ano, sprawa jest lekko skomplikowana, ale zarazem bardzo prosta, przecież to my wybieramy - prawda? To my decydujemy, kto ma nas reprezentować w Sejmie, rządzie i instytucjach mających właśnie nam służyć. I to czy tak będzie, zawsze zależy tylko i wyłącznie od nas samych i oczywiście od naszego zaangażowania przynajmniej w czasie wyborów. Ale to zaangażowanie nie ma polegać tylko na pójściu do urn i oddaniu głosu. Głównie zaangażowanie to powinno polegać na robieniu wszystkiego, by wam żyło się godnie, a waszym rodzinom dostatnio. Aby to osiągnąć w czasach, gdy mamy takich, a nie innych polityków musimy zabrać się do działań czysto społecznych polegających na zmianie tego, co jest, a czego na pewno nie zmienią obecnie wybrani politycy, bo to dla nich niewygodne.
 Co należy zmienić na samym początku?
 No jak co - jeżeli prywatyzacja, to najlepsze rozwiązanie dla nas, dla Ojczyzny, musimy podejść do partii politycznych tak samo. Pomyślcie, każda prywatna firma, by zarobić, musi być solidna i z największą dokładnością zrealizować to, co ustaliła ze zleceniodawcą. 
 Przecież nie finansujemy z budżetu państwa wszystkich lub prawie wszystkich firm prywatnych na naszym rynku, to one muszą dbać o to, by utrzymać się na rynku, zarabiać się i rozwijać. Często ten rozwój następuje kosztem konkurencji danej firmy. Ale to dobre, bo aby wyprzeć konkurenta z rynku, firma musi być naprawdę dobra, solidna i kompetentna, a przy okazji konkurencyjna cenowo.
 Tak samo powinno być z partiami politycznymi. Powinniśmy zaprzestać finansowania partii z budżetu i zacząć traktować je tak jak firmy prywatne na naszym rynku. Pisałem już o tym w "Wystarczy chcieć i wierzyć", zamieściłem tam także zarys ewentualnego rozwiązania tego tematu, napisałem tam tak:
 "...Partie polityczne powinny być finansowane jedynie z własnych składek. I to jest możliwe do przeprowadzenia, a gdyby się udało to przeprowadzić, jakość polskiej polityki zmieniłaby się niesamowicie i poprawiła na lepsze. Partie, by zdobyć poparcie, musiałyby działać wśród ludzi i dla ludzi, robiąc dla społeczeństwa i Narodu to, co dzisiaj robią dla swoich ?sponsorów=.
 Odważmy się więc, zróbmy ten malutki, a jakże wielki krok dla swojego lepszego jutra. Przygotujmy wniosek restrukturyzacji ustawy o partiach politycznych, o ich finansowaniu li tylko ze składek członkowskich, mało tego, zasugerujmy w tym wniosku, żeby ustalić górną granicę składki, ot chociażby na poziomie 100 złotych miesięcznie. Zbierzmy podpisy, a przypuszczam, że z tym nie będzie żadnego problemu, z łatwością zbierzemy ich z milion, i złóżmy go w Sejmie i czekajmy...".
 I nie żartowałem, zamierzam to zrobić. Nie zrobię tego jednak sam, nie jestem prawnikiem, legislatorem, by przygotować odpowiednio projekt ustawy. Mogę jednak zorganizować środowisko do zebrania podpisów.
 Potrzeba mi jednak waszej, społeczeństwa polskiego pomocy. Przecież zarówno tak jak i mnie, wam wszystkim także zależy na godnym życiu i zasobności swoich rodzin. Zacznijmy więc działać, przestańmy liczyć na tych, na których liczyć przecież nie możemy.
 Do samych siebie mamy przecież najwięcej zaufania, sobie możemy wierzyć, więc...
 To na początek, a co dalej? Sam osobiście mam wiele pomysłów na realizację różnych spraw, z którymi nie mogą sobie poradzić ci, którym zaufaliśmy, wybierając ich na swoich przedstawicieli po to, by służyli nam, społeczeństwu, w celu poprawy naszego życia i rozwoju Ojczyzny.
 Na początek to, później może reforma służby zdrowia, szkolnictwa, samorządów...
 Spróbujmy, zjednoczmy się dla naszego i naszych następców dobra i dla rozwoju Polski, naszej Ojczyzny. 
 Przemysław T. Kudliński
Poznań
admin@wsio.pl
 

 Korespondencja między Janem Czekajewskim i kanadyjskim muzeum emigracji "Pier 21". Dotyczy: ubliżającącej Polsce i Polakom prezentacji w filmie "Ocean of Hope" (Ocean Nadziei).

 July 27, 2008 
 Mr. Steven Schwinghamer Research Co-ordinator Pier 21 Museum Halifax, Canada.
 Dear Mr Steven Schwinghamer    Thank you for responding to my letter with promising news, that Museum Pier 21 will revise insulting to Christian Poles and Poland segment in Multimedia Presentation "Ocean of Hope" depicting "composite  history" of an immigrant Jewish girl, who was  tormented by her Christian saviors and apparently developed hate and fear of Poland. If Museum Pier 21 fails to do that you will damage its reputation as  historical authority for convenience of some biased  anti-Polish agenda. I have to repeat that my personal impressions from viewing this presentation could be biased  by my own war experiences, but my much younger wife,  born in America, who has never seen Poland before she met me,  had similar to mine impression. We both left Museum with an impression, that this sly and insulting portraying  of Christian Poles was not just accidental, but intentional. It is troubling that  your Museum allowed  this to happen in spite of  Museum's vast  knowledge of real history,  to which you refer in your letter. Your explanation that Museum assumes that the visitors have prior  knowledge of history of the World War II  is not convincing. Young people who should learn about history of their emigrant grand parents are already from the third generation after the war. They know nothing or very little about War, Germans, Holocaust and especially Poland's role in this terrible war. To this generation you have obligation to be truthful and not biased. You should do it for your own good and conscience. In your letter to me  you refer to authority of British historian and testimonies of immigrants from Poland available in your archives. This effort was completely unnecessary, as I have seen Holocaust with my own eyes ( I am 74 years old)  and I have  a close friend, now a Professor at Michigan  Technological University,  who lived through this period with "adopted" Jewish "cousin girl" saved by his mother. His story you can find on Internet at the address: http://www.admin.mtu.edu/urel/breaking/2001/pelc.html I may also suggest that when redoing this segment on emigrant child from Poland you could give credit to brave Catholic priests who provided false birth and  baptism certificates to Jewish children to save their lives. In addition you could also offer a story of blond Polish, Catholic boy with blue eyes, who was torn from the arms of Polish peasants and send to Germany to supplement the Arian  Master Race. More than 200,000 Polish children were captured in only one region of Zamosc and sent to Germany.  After the war thousands of these  Polish Catholic "arian" children could not find  their own parents who were either lost or killed. Some may have come to Canada as orphans. After all, numerically, 50% of Poland WW II causalities were Catholics. They deserve some respect and attention too.
 Sincerely yours,
 Jan Czekajewski, Ph.D.
 janczek@aol.com 
 PS Because my original letter to the Pier 21 Museum on this subject found wide interest in Polish, Canadian and US media, I take liberty of sending  your letter and my reply to all interested parties.
***
 Dr Jan Czekajewski 
 July 26, 2008 
 Dear Dr Czekajewski, I have reviewed your message regarding our multimedia presentation, "Oceans of Hope", and hope my response will address your concerns. "Oceans of Hope" is a presentation that uses sample narratives to sketch an impression of the scope of heritage related to Pier 21 as a National Historic Site of Canada. The episodes are interpretive, composite accounts, drawn from many sources, including personal memoirs and recollections. The resulting narratives in the film are evocative, even emotional. The story of a young Jewish girl from Poland, orphaned by the violence of the Nazis, is difficult to hear. It is a reminder of a time of organized and massive brutality, of the de-humanization of entire groups of people. Dealing with that era is hard for any of us who have empathy for the past - and many of us have personal connections with those who suffered through this period, and so can feel the deep hurt as it still extends into the present. The story that has provoked your concern is based on a large body of evidence which clearly indicates that both rescued children and their rescuers lived in a climate of fear and oppression. You correctly cite the threat of death against the many heroic people who chose to attempt to shelter Jews and others from persecution by the Nazis in your letter. Sir Martin Gilbert, in his recent popular history of the Holocaust, Never Again, wrote of the Jewish Hidden Children, "All of those in hiding had to make daily efforts to hide the fact that they were Jewish. One slip could mean betrayal, arrest and deportation." This was an abiding reality, and so the rescued person, especially if a hidden child, was often sternly instructed to do nothing to endanger themselves or their rescuers. This was not unkind or overly harsh. This was a reasonable precaution taken by the rescuers, people who extended the vital gift of life instead of death, while endangering themselves. The exhibit, "Life in the Shadows", of the United States Holocaust Memorial Museum, describes the environment as follows: "Theirs was a life in shadows, where a careless remark, a denunciation, or the murmurings of inquisitive neighbours could lead to discovery and death." Many personal memoirs from the war years reveal the conflicted nature of the act of rescuing a victim from the Nazis - of hiding a Jewish child, for example. Sofia Dochmacka Bain was a young Polish girl during the Second World War. Her account, a unique part of Pier 21's own story collection, includes a description of how her family risked their lives to help save a Jewish man in wartime Poland: "The Gestapo arrived to search for Jews. My sister was at home at this time and managed to place the rug over the cellar entrance, with the dog and her puppies. Here is a 12 year old girl, telling them, 'she hated the Jews, and if they were here, she would give them to the Gestapo.' They searched the house, but somehow avoided the dog area, and finally gave up and left. When my mother returned, my sister told her to leave with me. She was worried the Gestapo would come back for her. My mother left and hid out with me the night, watching for a van to arrive at the house. None did, and we finally went home." Pier 21 is a museum of living history. We operate by gathering and sharing the stories of our immigrants. We feel a responsibility to gather all kinds of stories - not just those that celebrate success in Canada, but also those that look honestly at every manner of difficulty faced by immigrants, from discrimination in Canada to the horrors of the Holocaust in Europe, from famine and poverty abroad to the barriers of language and culture when they finally arrive. To do anything less would be a profound disservice to the immigrants whose heritage we are privileged to share. It would be dishonest to our histories. As a museum, we offer our visitors a tour and an introduction to the film, "Oceans of Hope", both of which give specific context for the content of the film. We know our audience will have access to that information, and in particular that they will understand the effect of the German and Russian occupations during and after the Second World War. We also discuss the history of Jewish war orphans directly in the museum, where a large photo of some of the orphans is featured at the very entrance of the display. It is a panel that provokes discussion of the broad topic, including Canada's own anti-Semitic practices in the years before the war. Our guides deal with this challenging subject, the content of the segment of the film which has provoked your concern, as a regular and detailed part of their tour. If one proceeds from the museum to the Research Centre, our archival holdings include stories and interviews, such as that of Bains quoted above, that expand on the lived experience of those in occupied countries, including rescuing families, Holocaust survivors, and more. All of these resources foster in our visitors an accurate historical understanding of that segment of the film in the context of Nazi German occupation, and not as crimes perpetrated by an independent Poland. Beyond these specific educational aspects of the museum, which prepare our audience to view the experience of a Jewish war orphan from Poland in context, we do feel confident that the background knowledge of our visitors on the war is sufficient that they will understand the episode to be derived from the immense suffering of Jewish victims under the Nazi-perpetrated Holocaust, and that they would not associate it first with Polish agency or responsibility. This distinction is underscored by one historical item shown in "Oceans of Hope" during the segments on the Second World War: a newspaper headline that clearly indicates that Poland had been invaded and occupied - and therefore had fallen under Nazi authority. We are always grateful for feedback and will take suggestions into consideration. I am pleased to say that as a result of consultation with members of the Research and Education Advisory Committee of our Board of Directors pursuant to your comments, we are looking into adding a more detailed introduction to the presentation that would provide even more supporting information. We do hope that you and your wife will be able to visit us again so that you can experience this addition to the film together with the museum tour and the related archival holdings. 
 My thanks for your letter, 
 Steven Schwinghamer 
 Research Co-ordinator, Pier 21
 
 
 
 
 

GONIEC NR 30/2008

 ***
 16 lipca 2008 roku odbyło się cykliczne zebranie Kongresu Polonii Amerykańskiej oddziału waszyngtońskiego. Pomimo moich usilnych prób nie udało mi się przeforsować projektu uchwały na temat umieszczenia amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce oraz doprowadzić do przeciwdziałania uchwale Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów Kongresu USA w sprawie odszkodowań za mienie zagrabione przez władze komunistyczne i III Rzeszy.
 Ze względu na wagę sprawy pragnę opisać w skrócie przebieg zebrania. Prowadziła je pani Susan Lotarska, która jest prezydentem waszyngtońskiego oddziału KPA. Na początku zebrania wspomniała wstępnie o problemie tarczy antyrakietowej oraz odszkodowań za mienie. Przez następne 90 minut rozpatrywano mało istotne sprawy, takie jak np. organizacja obiadu na Dzień Dziękczynienia, ogólne cele działalności Kongresu sformułowane na piśmie, ale bez konkretów, organizacja koncertu muzycznego itp. Dopiero pod sam koniec zebrania, gdy większość osób była już zmęczona, miałem możliwość zabrania głosu na temat tarczy oraz problemu odszkodowań.
 Pan Tadeusz Mirecki - wiceprezydent oddziału, zrelacjonował działalność biura chicagowskiego w sprawie rezolucji na temat tarczy. Sprowadzała się ona do tego, że zarząd główny KPA nie potrafił przez 3 tygodnie podjąć żadnej konkretnej decyzji w tej sprawie. W związku z tym zasugerowałem, by nasz oddział zaproponował jakiś tekst rezolucji, ale pani Susan Lotarska stwierdziła, że nie ma spisanego tekstu rezolucji, gdyż nie wiadomo, co należy uchwalić. Zgłosiłem więc ustnie projekt takiej rezolucji, ale pani Lotarska nie chciała jej spisać i zarządziła przerwanie dyskusji na ten temat. Dodatkowo zwróciłem też uwagę, że warszawskie MSZ ma zamiar zorganizować polskie lobby w Waszyngtonie i kontaktuje się z organizacją młodej Polonii waszyngtońskiej, niedawno powołanej, równocześnie omijając Kongres Polonii Amerykańskiej w metropolii waszyngtońskiej. Moja uwaga została całkowicie zignorowana przez panią Lotarską.
 Jest to pożałowania godne zachowanie, że pani prezydent Lotarska lekceważy sobie tak istotne kwestie stosunków polsko-amerykańskich, szczególnie że szefuje ona oddziałowi waszyngtońskiemu, a nie prowincjonalnemu miasteczku.
  Ze względu na ignorancję problemu umieszczenia amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce przez Kongres Polonii Amerykańskiej, zmuszony jestem do działania na własną rękę. Apeluję więc do indywidualnych członków KPA oraz osób niezrzeszonych o poparcie mojej inicjatywy w tej sprawie.
 Umieszczenie amerykańskiej tarczy antyrakietowej leży w żywotnym interesie Polski.
 Poniżej wymienię niektóre korzyści z budowy amerykańskiej bazy wojskowej w Polsce:
 - podnosi ona rangę Polski w oczach administracji amerykańskiej. Jest to szczególnie istotne ze względu na nagonkę propagandową w amerykańskich monopolitycznych mediach  w Waszyngtonie. Wymusza ona pozytywne artykuły na temat Polski ze względu na obecność tam amerykańskich żołnierzy;
 - znacząco podnosi ona rangę Polski wśród innych państw członków Unii Europejskiej;
 - perspektywicznie pozwala ona na dostęp do najnowocześniejszej technologii informatycznej;
 - przeciwdziała ona niemieckim roszczeniom terytorialnym wobec Polski, gdyż ma ona być umieszczona w okolicach Słupska, który należał do Niemiec przed II wojną światową;
 - stanowi wspaniały straszak dla rosyjskiego potencjału militarnego;
 - likwiduje militarno-polityczną dominację Rosji w Polsce.
 Ze względu na to, że rząd premiera Donalda Tuska prowadzi wybitnie proniemiecką i prorosyjską politykę poprzez stawianie wygórowanych żądań militarnych od strony amerykańskiej, uważam, że Polonia amerykańska również powinna publicznie poprzeć inicjatywę umieszczenia tarczy w Polsce.  Polska posiada bardzo słabą pozycję lobbystyczną w Waszyngtonie ze względu na słabe wpływy KPA w Waszyngtonie. Nie sądzę, by premier Tusk o tym nie wiedział i dlatego wszelkie żądania modernizacji polskiej armii albo przekazanie uzbrojenia dla Polski w celu obrony bazy amerykańskiej przez polską armię są nierealistyczne w obecnych warunkach polityczno-lobbystycznych w Waszyngtonie. Propozycja czasowego stacjonowania baterii rakiet "Patriot", które w przyszłości mogą być przekazane Polsce, jest jedyną realną ofertą ze strony amerykańskiej. Wszelkie inne propozycje zostałyby odrzucone przez Kongres Stanów Zjednoczonych.
 Kongres ten jest w większości opanowany przez antypolskie grupy lobbystyczne. Dlatego też konsekwencją odrzucenia oferty umieszczenia tarczy rakietowej w Polsce przez rząd premiera Tuska jest uchwała Komisji Spraw Zagranicznych Kongresu USA wzywająca Polskę do wypłaty odszkodowań w wysokości co najmniej 100 mld dolarów, co jest ogromną kwotą dla polskiego budżetu. Umieszczenie tarczy w Polsce byłoby kartą przetargową w negocjacjach pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi w sprawie odszkodowań, ponieważ notowania Polski wzrosłyby znacząco w Waszyngtonie.
 Pan premier Donald Tusk wyraźnie chce się podlizać pani kanclerz Niemiec Angeli Merkel, stawiając nierealistyczne militarne żądania wobec strony amerykańskiej. Pani kanclerz nie życzy sobie żadnych amerykańskich instalacji wojskowych w Polsce, a w szczególności na byłych niemieckich terenach sprzed drugiej wojny światowej. W długofalowych planach kanclerz Niemiec jest gospodarcze, a następnie polityczne uzależnienie Polski od Niemiec. Tarcza rakietowa w sposób znaczący utrudnia te długofalowe plany.
 Szkoda, że pani Susan Lotarska - prezydent waszyngtońskiego oddziału Kongresu Polonii Amerykańskiej, działa na szkodę Polski i Stanów Zjednoczonych, a równocześnie popiera proniemieckiego premiera Polski Donalda Tuska.
 W związku z wyżej wymienionymi powodami zwracam się do władz Polski o osiągnięcie szybkiego porozumienia się w sprawie instalacji tarczy w Polsce, gdyż w przeciwnym przypadku zostanie ona umieszczona na Litwie, co nie jest, jak sugerował minister obrony narodowej Bogdan Klich - myślący w rosyjskim stylu, blefem amerykańskiej dyplomacji.
 Uprzejmie proszę Polonię amerykańską o poparcie mojej inicjatywy.
 Jacek Marczyński
  Vienna, Wirginia, USA
 

 "M" - JAK MORDERCA, czyli  Bestie z żądzy zysku
 Motto:
 "Naród, który morduje własne dzieci, jest narodem bez przyszłości." 
  "Prawo państwowe nie obowiązuje nas w sumieniu."
                                        Jan Paweł II
 "Jeżeli nie ma Boga, to wszystko jest dozwolone."
Fiodor Dostojewski

 W dniu 1 lipca br. dr Henry Morgentaler został nominowany do najwyższego cywilnego odznaczenia - ORDER OF CANADA - przyznawanego w Kanadzie za wybitne osiągnięcia dla narodu.
    Myślę, że uhonorowanie tego człowieka, właśnie tym odznaczeniem, jest nie tyle nieporozumieniem, co właśnie swoistym signum temporis. Znakiem dewaluacji wartości cywilizacyjnych, jakie wypracowała dominująca jeszcze do niedawna cywilizacja łacińska (czyt. chrześcijańska). Podobnie, zresztą, rzecz się ma z przyznawaniem Literackiej Nagrody Nobla, gdzie od pewnego czasu nominowani do tej nagrody są pisarze często mniej niż przeciętni, o których prawie nikt nigdy nie słyszał, że nie wspomnę już o braku nawet pobieżnej znajomości któregokolwiek z ich "dzieł".
 Sądzę, że komuś, widocznie, musi bardzo zależeć na niszczeniu wartości wypracowywanych od ponad dwóch tysięcy lat. 
     Tzw. aborcja, czyli zabijanie nienarodzonych, to skutek postanowień Klubu Rzymskiego w sprawie regulacji narodzin; np. Polska ma mieć nie więcej niż 15-17 mln ludzi. Choć przy odpowiednim wykorzystaniu zasobów naturalnych mogłaby już dziś posiadać populację  co najmniej trzykrotnie większą.
     A na jaką, w takim razie, populację stać by było Kanadę, kraj posiadający dziś zaledwie ok. 30 mln? Wbrew pozorom wraz ze zwiększaniem się populacji danego kraju (państwa) wzrasta jakość życia, bo zwiększa się liczba miejsc pracy, oczywiście, przy racjonalnym zarządzaniu gospodarką. Niestety, wielu z nas dało sobie wmówić, że powinno być wręcz odwrotnie.
    Żyjemy w świecie, gdzie wzorem ustroju politycznego (oczywiście dla wszystkich bez wyjątku) jest demokracja, pojęcie-wytrych, którym szermuje się na lewo i prawo, a to po prostu znaczy "władza ludu". Dzisiejsza "demokracja" ma tyle wspólnego z ludem, co "Patriot Act" z patriotyzmem, a koń z koniakiem itp. To jest najczystszej wody faszyzm korporacyjny. 
 W szybkim tempie niszczone są stare struktury społeczne - państwa, do niedawna jeszcze "zbiorowiska ojczyzn", mają być najpierw zintegrowane, zamienione na regiony, by w ostateczności zniknąć na rzecz jakiejś jednej Wielkiej Wspólnoty (nie) Ludzkiej. Patriotyzm, jak się nam wbija do głów - to nacjonalizm, przeżytek rodem z ciemnogrodu, objaw oszołomstwa, czyli coś bardzo, bardzo be!
***
 Dr Morgentaler urodził się w Polsce w 1923 r. Studiował medycynę w Niemczech. Do Kanady przybył w 1950 r. (Montreal), gdzie też rozpoczął praktykę lekarską jako lekarz rodzinny. Od 1969 r. zajmuje się nielegalnym dokonywaniem zabiegów przerywania ciąży, przestając jednocześnie być lekarzem rodzinnym.
 W tym czasie aborcja była dozwolona jedynie  po wyrażeniu zgody przez Komisję ds. Aborcji, a zabiegi były praktykowane tylko w szpitalu i tylko w przypadku jeśli ciąża mogłaby stać się bezpośrednim zagrożeniem życia kobiety.
 Od roku 1970, kiedy zostaje aresztowany w Montrealu za przeprowadzanie nielegalnych aborcji, od tego czasu datuje się nieprzerwane pasmo jego "walki" o zalegalizowanie tego procederu. W 1973 r. ten nieustraszony "bojownik" o prawo do zabijania nienarodzonych przyznaje się (bez bicia) do dokonania 5 tys. nielegalnych aborcji.
 W sumie odsiedział "aż" 10 miesięcy. W 1983 r. ponownie wniesiono przeciw niemu oskarżenie o nielegalne dokonywanie aborcji. I znowu mu się "upiekło". I tak aż do roku 1988, kiedy to aborcja, czyli zabijanie nienarodzonych, została oficjalnie zalegalizowana w Kanadzie.
 W latach 1968-1999, na długo przed otrzymaniem Order of Canada, dr M. pełni funkcję prezesa Humanist Association of Canada. Bierze m.in. udział w dyskusjach z chrześcijańskimi teologami na temat istnienia Boga.
 W czerwcu 2005 r. zostaje uhonorowany tytułem Doctor of Laws na University of Western Ontario. Oponowały przeciw temu organizacje antyaborcyjne. A w dwa miesiące później, 5 sierpnia, otrzymuje Couchiching Award for Public Policy Leadership za działalność na rzecz "praw kobiet" i "zdrowej reprodukcji" (!).
 Wreszcie, jak na ironię, uhonorowany zostaje najwyższym odznaczeniem cywilnym Kanady - Order of Canada...  Jak na ironię? Tak! Bo to jest po prostu kpina z nas wszystkich hołdujących wartościom chrześcijańskim (i nie tylko z nas).
 ***
 Dr Morgentaler jest nadal "lekarzem" posiadającym sześć klinik w pięciu prowincjach Kanady. "Służy pomocą" kobietom mającym przecież swoje prawa.
 A teraz kilka haseł reklamowych tychże klinik, które nazwane są "bezpiecznymi i przychodzącymi z pomocą (z litości) klinikami opieki aborcyjnej dla kanadyjskich kobiet". Obok zdjęcia uradowanego, starszego pana, dr. Morgentalera, czytamy: "Każda Matka świadomą Matką, każde dziecko chcianym dzieckiem". Hm! I dalej: "Klinika dr. Morgentalera  jest wiodącym ośrodkiem wykonującym aborcję z należytą opieką z ponad 35-letnim doświadczeniem". A oto kolejne hasło: "W klinice dr. Morgentalera, twoje zdrowie, dobre samopoczucie oraz bezpieczeństwo są przede wszystkim naszym najwyższym celem". Czy takie "coś", że "opieka (sic!) aborcyjna sprawowana jest w miłym, przyjaznym otoczeniu. Oraz wszystko inne pod względem medycznym jest na najwyższym poziomie".
 Wspaniale! Wręcz cudownie! Niedoszła Matko, jesteś w dobrych rękach! Powie ktoś, że to tylko przesłodzone reklamowe eufemizmy, albo sofizmaty - tylko że przesłodzone...  krwią niewinnych.
 Na stronie internetowej dr. Morgentalera widnieją też, jakże budujące, sentencje. Oto jedna z nich: "Mam wizję, marzenie, by wszyscy ludzie byli traktowani humanitarnie, z troską", podpisano: "Henry Morgentaler - 31 stycznia 1988 r.".  By "wszyscy ludzie byli traktowani humanitarnie"... Oprócz tych poczętych już dzieci, uważanych przez "lekarzy" aborcjonistów za "tissue" - tkankę, za "coś", co dopiero w dalszym stadium rozwoju może przekształcić się w człowieka... Tak ogólnie uważano do lat siedemdziesiątych, kiedy nie nastąpił rozwój cytologii oraz technik medycznych, takich jak: tomografia, ultrasonoskopia, ultradźwiękowy obraz w ruchu. "To uświadomiło nam, że człowiek to nie tylko =coś? bliżej nieokreślonego w łonie matki" - mówi dr Bernard N. Nathanson w filmie "NIEMY KRZYK".
 Dr Nathanson był aborcjonistą, który uświadomił sobie dużo wcześniej, że jest "tylko" mordercą  nienarodzonych, w przeciwieństwie do dr. Morgentalera i jemu podobnych wciąż uprawiających swój proceder. Jest wielu lekarzy, którzy zaprzestali uśmiercania nienarodzonych. Takim m.in. jest serbski ginekolog dr Stojan Adasevic, przyznający się do zabicia 62 tysięcy dzieci poczętych. Dziś jest obrońcą życia nienarodzonych. Zarówno on, jak i dr Nathanson twierdzą, że trwa zmowa milczenia nt. "największej wojny w dziejach ludzkości" - wojny z dziećmi poczętymi.
 "Od 1945 r. zamordowano na świecie miliard (!) dzieci nienarodzonych. W latach 90. XX w. liczba ofiar dochodziła do 60 milionów rocznie - tyle co cała II wojna światowa" - czytamy w "Myśli Polskiej" z 7 lipca 2002 r. w artykule Andrzeja Solaka "Czy strzelać do bestii?".
***
 W USA i Kanadzie aborcja dopuszczalna jest praktycznie przez cały okres trwania ciąży (!).
 Od roku 1991 w Stanach Zjednoczonych działa Stowarzyszenie "Księża za Życiem" (Priests for Life), które to stowarzyszenie wysunęło projekt ustawy pod nazwą "Świadomość bólu nienarodzonego dziecka" ("Unborn Child Pain Awarness Act"). Po zatwierdzeniu tej ustawy przez Kongres Stanów Zjednoczonych, "kobieta decydująca się na przerwanie ciąży po 20. tygodniu jej trwania, będzie informowana o zdolności jej nienarodzonego jeszcze dziecka do odczuwania bólu". Niewiele to w sumie zmienia, ale jednak...
 W tych samych Stanach Zjednoczonych istnieje ustawa nakazująca stosowanie "Humanitarnych zasad uboju zwierząt" ("Humane Methods of Slaughter Act"), a w Australii Krajowa Rada ds. Zdrowia i Badań wymaga z kolei stosowania środków przeciwbólowych w przypadku płodów zwierzęcych (!).
 Natomiast Brytyjska Rada ds. Badań Medycznych stwierdziła w sierpniu 2001 r., że percepcja bólu płodu może się zacząć już w 20. tygodniu ciąży, a inne studia umieszczały tę granicę już w 10. tygodniu żywotności płodu w łonie matki.
 "18 tysięcy tyw. aborcji w 21. tygodniu ciąży i później dokonuje się  rocznie w Stanach Zjednoczonych. ...Wielu zwolenników aborcji będzie oczywiście w dalszym ciągu zaprzeczać faktom" - konkluduje ksiądz Frank Pavone, dyrektor amerykańskiej sekcji "Priest for Life" (za "Naszym Dziennikiem" z dn. 24-26 grudnia 2005 r.).
 Z powodu ogólnego braku skutecznych ustaw antyaborcyjnych, nie tylko tu, na kontynencie północnoamerykańskim, ale i na świecie, poza chlubnymi wyjątkami, powstał w USA i Kanadzie zbrojny ruch antyaborcyjny pod nazwą "ARMIA BOGA". Członkowie tego ruchu dokonują zamachów na aborcjonistów  ("babykillers") i na ich kliniki. Nb. na dr. Morgentalera też były ataki. Nieskuteczne, jak ten, kiedy to w 1983 r. pewien człowiek zaatakował go czynnie koło jego własnej kliniki, używając do tego celu ogrodniczego sekatora (!). I tylko dzięki Judy Rebick (kanadyjskiej dziennikarce i politycznej, lewicowej aktywistce, NDP-ówie z trockistowskim rodowodem) doktor M. nie został co najmniej pokiereszowany. Z kolei w 1992 r. w jego torontońskiej klinice przy Harbord St. podłożono bombę, także i tym razem nie odniósł on żadnych obrażeń fizycznych.
 W roku 2000, po ataku na innego aborcjonistę, dr. Garsona Romalisa, zauważono, że niektórzy "lekarze" parający się tym samym procederem co i dr M. zaprzestali swojej rzeźniczej działalności na nienarodzonych, nie tylko w Ontario, ale także w Nowym Brunszwiku i w Nowej Fundlandii. "Przez lata żyjemy w cieniu tych lekarzy, którzy zostali zabici" - powiedział dr Morgentaler po tym ataku na dr. Romalisa. A co w takim razie z nami, którzy musimy żyć w cieniu zbrodni dokonywanych wciąż na nienarodzonych? Pytam więc pana, panie doktorze Morgentaler, skoro twierdzi pan, że ataki na was, aborcjonistów, "są wynikiem frustracji, wściekłości i moralnego bankructwa ruchów antyaborcyjnych", dlaczego więc jednocześnie zapomina pan wspomnieć, że ruch ten jest wynikiem braku mechanizmów prawnych, skutecznie broniących prawa do życia dzieci poczętych?! Vide pański przypadek, kiedy za nielegalne (wcześniej) "usuwanie ciąży" ukarano pana tak śmiesznie niskim wyrokiem, jakby tu wcale nie chodziło o ludzkie życie (!). A wyrok  ten w żaden sposób nie wpłynął na zaprzestanie przez pana zabijania nienarodzonych.
 Powróćmy jeszcze do tego najbardziej radykalnego i zarazem kontrowersyjnego odłamu ruchu antyaborcyjnego. Jego członkowie mówią wręcz: "Jesteśmy żołnierzami Armii Boga! ...Ruchu Oporu bez Przywódcy"."Działają nawet w pełnej izolacji od siebie. Nie otrzymują rozkazów z żadnego ośrodka decyzyjnego, operacje uderzeniowe przeprowadzają na własną rękę. Łączy ich ideologia i walka.  ...w akcjach uczestniczą zarówno katolicy, jak i protestanci. ...swoisty zbrojny ekumenizm."
 Takich "lekarzy" i ich pomagierów po prostu się odstrzeliwuje jak wroga na wojnie. Bo i jest to wojna w obronie tych, którzy w żaden sposób nie mogą się bronić. "Zabijanie morderców to =moralny imperatyw? żołnierzy Armii Boga, którzy na swoich stronach internetowych publikują szokujące obrazy."
 "Jeżeli moralnie dopuszczalna jest obrona dziecka, choćby noworodka, przed napadem, stosownymi do okoliczności metodami, to czemu prawa tego odmawiać dziecku nienarodzonemu?" - pyta publicysta "Myśli Polskiej" Andrzej Solak.
 W 1980 r. w USA zarejestrowanych było 2578 "lekarzy"- dzieciobójców, to w 1992 roku liczba ta zmniejszyła się do 2380 (spadek o ok. 15 proc. w skali całego kraju; na terenach wiejskich nawet 55 proc.).  ..."Jedno tylko zabójstwo mordercy nienarodzonych (=babykillera?) spowodowało odpływ =kadr? z co czwartej kliniki aborcyjnej w USA." ..."W 1988 r. ponad 84 proc. amerykańskich hrabstw było już wolne od działalności dzieciobójców."
 Dla (chyba) każdego katolika i chrześcijanina zabijanie nienarodzonych to sprawa bardzo bolesna. "Natomiast egzekucje wykonywane na zabójcach nienarodzonych, z pewnością są także czymś bolesnym." Ale, czy pozostaje nam tylko i wyłącznie modlitwa za zabójców dzieci poczętych? Co prawda wiara czyni cuda, ale...  wiara bez dobrych uczynków staje się wiarą martwą! Zawsze jednak pozostaje jakieś "ale". I tym "ale" jest zjawisko, jakim jest "Armia Boga". Bezsprzecznie bardzo kontrowersyjne i dlatego nie może być na nie jednoznacznej odpowiedzi - jak sądzę.
 Powinno się zaprzestać tzw. wychowania seksualnego dzieci w zbyt wczesnym wieku i w takiej formie, jak to ma miejsce dziś, najczęściej w formie bezdusznego wykładu, jakby chodziło o instrukcję działania pompy ssąco-tłoczącej, a nie o bardzo intymne relacje zachodzące między mężczyzną a niewiastą.
 Wszelkimi siłami powinniśmy dążyć, przede wszystkim, do ogólnej poprawy stanu moralności, bo dziś mało już kogo tak naprawdę dziwią 13-14-letnie dzieci zabawiające się seksem, a potem te dzieci mają dzieci... niechciane. Seks bez miłości zionie pustką, nudą i owocuje nieoczekiwanymi dziećmi, które się przed ich urodzeniem najczęściej szlachtuje! Och, pardon - aborcjonuje.
 Zabójstwo drugiego człowieka nie z chęci zysku jest zawsze aktem rozpaczy. Czym w takim razie podyktowana jest zgoda matki i jej seksualnego partnera na zabicie płodu? Czy tylko brakiem świadomości popełnianego czynu? A może zwykłym wygodnictwem (bo mieszkanie za ciasne), egoizmem (bo kariera, bo nowy samochód). Z "tkanki płodowej" produkuje się też szczepionki: POLIOVAX - przeciw chorobie Heinego-Medina, MMR II - przeciw odrze, śwince i różyczce, MERUVAX II - przeciw różyczce i... wściekliźnie.
 Są takie kobiety, które zabijają swe poczęte dzieci dla tych właśnie celów. Zabijają za pieniądze! Zarówno "lekarze", jak i matki parające się tym procederem to bestie z żądzy zysku! Dlatego żołnierze Armii Boga nie mają skrupułów, tłumacząc swoje zamachy na "babykillers" i kliniki aborcyjne uznaniem Kościoła prawa do samoobrony, uznaniem przez tenże Kościół pojęcia wojny sprawiedliwej. Niemniej, nadal otwarte pozostaje pytanie: czy moralne jest zabijanie takich bestii?
 Mieć! A nie być! Posiadać i tylko posiadać, jak najwięcej, za wszelką cenę! Ale nie dzieci, a jeśli, to już najwyżej jedno! Tacy jesteśmy! Niby to zapominamy (chyba tylko z braku wyobraźni), że dzieci to najlepsza "inwestycja" na starość, ale kochające dzieci, które najpierw muszą być bezwarunkowo kochane, a wtedy i myśl o starości niestraszna, i... o śmierci.
 Modlić się! Trzeba się gorąco modlić o rozum, o łaskę światła, dla nas współczesnych... I działać dla naszego wspólnego DOBRA, każdy we własnym zakresie... jak umie! Choćby tylko wysyłając listy do swoich przedstawicieli w parlamencie, do  Biura Premiera, Gubernatora Kanady - listy protestacyjne przeciw przyznaniu temu człowiekowi najwyższego kanadyjskiego odznaczenia. 
***
 Aborcja to przede wszystkim rozrywanie na strzępy ludzkiego płodu. Rozkawalanie go i miażdżenie, szczególnie jego małej główki, sprawiającej zawsze najwięcej kłopotu z wyciągnięciem jej z łona. Więc się ją miażdży, jakby to było tylko rozłupywanie skorupy orzecha, po wcześniejszym wyssaniu z niej mózgu. Aborcja albo tzw. skrobanka to wyrywanie zalążka człowieka z łona matki, niczym jakiegoś obcego ciała... Na żywo! Bez znieczulenia!
 Szokujące są te obrazy oraz opisy zabiegu aborcyjnego, o którym opowiada nam dr Bernard N. Nathanson w filmie "Niemy krzyk". To wprost porażające, jak może być traktowana maleńka, bezbronna istota ludzka!
 Wspomniany już wcześniej serbski ginekolog - dr Stojan Adasevic, opowiada o swoim śnie, w wywiadzie udzielonym "NASZEMU DZIENNIKOWI" z dn. 22-23 maja 2004 r. "Dzieci bawiące się na łące pełnej kwiatów nagle zaczęły na mój widok uciekać. Któreś z nich krzyknęło: =Ratunku! Morderca!?. Pewien człowiek który się temu przyglądał, powiedział, że są to dzieci, które zabiłem podczas tzw. aborcji". Po tym, co śnił, postanowił zaprzestać dokonywania tych zabiegów. Ale... zgodził się "dokonać zabiegu" jeszcze raz, ostatni już raz... I wtedy po wyciągnięciu z łona fragmentu tego co nazywano "tkanką płodową" i kiedy to "coś" spadło przez przypadek na gazę z rozlaną kroplą jodyny, dr Stojan Adasevic zauważył, że tym "czymś" była mała, ruszająca się rączka, a później nóżka, a kolejna część (tej "tkanki płodowej") okazała się bijącym ludzkim serduszkiem...  I wtedy przyszło przebudzenie, "O Boże, co ja zrobiłem?! Przecież ja jestem mordercą" - powiedział dr. Adasevic  i pomyślał, że tylko "ratując bezbronne życie, przynajmniej w części odpokutuje swoją winę...".
 A do Polaków zwrócił się z takim przesłaniem: "Parlamentarzystom i odpowiedzialnym za stanowienie prawa w Polsce powiem jedno: wasz kraj jest krajem katolickim, a Jezus Chrystus żyje. A zatem nie próbujcie legalizować tzw. aborcji, bo w ten sposób pchacie wasz kraj w otchłań zła i śmierci. Pamiętajcie: =Jeszcze Polska nie zginęła...?, ale jeśli zalegalizujecie tzw. aborcję, Polska zginie".
I nie tylko Polska, ale każdy naród, który zabija swoich nie tylko nienarodzonych, ale kalekich i starców, legalizując eutanazję - musi zginąć wcześniej czy później. 
 Nadal uprawia się na świecie cichaczem eksperymenty medyczne wg dokumentacji pozostawionej przez doktora Mengele. Jedną z metod uśmiercania ludzkiego płodu jest precyzyjne wprowadzenie igły w jego serce i wstrzyknięcie śmiercionośnej substancji. Tak samo "humanitarnie" zabito 14 sierpnia 1941 r. zastrzykiem z fenolu (dziś już świętego) ojca Maksymiliana Marię Kolbe, który poszedł na dobrowolną śmierć głodową w zamian za drugiego więźnia, Franciszka Gajowniczka...
 Wspominając o męczeńskiej śmierci tego świętego, cytuje się zazwyczaj fragment Ewangelii wg św. Jana (15,13) "Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich". Święty o. Maksymilian oddał życie z miłości do drugiego człowieka, nieznanego Mu człowieka...
 Jeszcze raz chciałbym zwrócić się bezpośrednio do doktora Morgentalera - Pan też tam był. Wywieziony przez nazistów (Niemców-hitlerowców) z łódzkiego getta w 1944 r. do obozu zagłady w Auschwitz-Birkenau, dokładnie tam, gdzie zginął trzy lata wcześniej przed pańskim tam przybyciem św. ojciec Maksymilian Kolbe i gdzie eksperymentował na więźniach doktor Josef Mengele, zwany "Aniołem Śmierci", też "lekarz", jak pan, panie doktorze Morgentaler. On tam był tylko przez 5 miesięcy, a cały świat zna go jako "lekarza"-zabójcę. Paradoksalnie, ale kwalifikuje się pan do tej samej kategorii "lekarzy". Przeżywszy Holokaust, jest pan jednym ze sprawców kolejnej Zagłady!
 Z pewnością składał pan przysięgę Hipokratesa - która kieruje się rzymską zasadą "NON NOCERE" (NIE SZKODZIĆ - przede wszystkim). A oto jej fragment: ..."Nikomu, nawet na żądanie nie dam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście środka poronnego. W czystości i niewinności zachowam życie swoje i sztukę swoją...".
 Pan uzasadnia dokonywanie tzw. aborcji chęcią naprawy świata, bo jakże inaczej nazwać zmniejszanie liczby narodzin dzieci tzw. niechcianych, które, wg pana, są najczęściej pozbawione rodzicielskiej miłości, co w konsekwencji może prowadzić do jak najgorszego ich traktowania (bicia, zaniedbywania itp.). Powołuje się pan na przykład Hitlera i Stalina, którzy byli bici przez ojców. I wreszcie na zakończenie swojej autoreklamy o posmaku niemal hagiograficznym, mówi nam pan, że Kanada, jako przodujący kraj pod względem jakości życia (jego najwyższego standardu) zawdzięcza to m.in. "szerokiemu dostępowi kobiet do bezpiecznej opieki aborcyjnej" (sic!). Demagogia z piekła rodem, demagogia w stylu tych, którzy najpierw zamknęli pana w łódzkim getcie, a później w koncentracyjnym, niemieckim - podkreślam, obozie zagłady Auschwitz-Birkenau.
 Nie jest pan jednak samotny w tego rodzaju usprawiedliwianiu uprawiania swojego procederu. Oto inny "lekarz"-aborcjonista ze swoim kuriozalnym tłumaczeniem się. "W USA, dr John Biskind oskarżony o nieudzielenie pomocy kobiecie, która wykrwawiła mu się na śmierć po zabiegu zabijającym jej dziecko, bronił się w sądzie, że to nie on zabił, bo nie jego narzędzia chirurgiczne przebiły macicę, tylko połamane kości płodu. Czyli mamę zabiło zabite dziecko" ("The Wanderer" z 31 maja 2001 r.).
***
 Przed kilku laty miałem okazję rozmawiać z panią pracującą wówczas z dr. Morgentalerem, nb. dyplomowaną pielęgniarką, asystującą mu przy zabiegach. Zapytałem ją w pewnym momencie, czy słyszy krzyk zabijanego dziecka (płodu), zwłaszcza tego, które jest już w stadium bardzo zaawansowanego rozwoju, czyli powyżej 21. tygodnia. "Krzyk? Jaki znowuż krzyk?! To tylko takie ciche popiskiwanie, jakby małej myszki" - wyznała szczerze. Zapytałem ją jeszcze, czy ma dzieci. "No wie pan, a po co mi jeszcze dzieci, to tylko same kłopoty. Mamy z mężem dwa psy. To nam w zupełności wystarczy" (sic!) - odpowiedziała z przekąsem i tym jakże charakterystycznym wzruszeniem ramion. "Czy pani wie, że pani, w końcu dyplomowana pielęgniarka, jest tylko asystentką mordercy?" - wypaliłem bardzo niedyplomatycznie.
 Oniemiała. Jej twarz wykrzywił grymas z trudem hamowanej złości. Siląc się na spokój, odparowała: "Wie pan, ja myślałam, że pan jest człowiek bardziej z kulturą! A  pan mnie najnormalniej obraża!". I dalej ściszonym już głosem, niemal sykiem: "Co ja ci, człowieku, zrobiłam złego? No, co takiego? Powiedz mi!...".
 Po chwili opanowała się i po kolejnym głębszym oddechu, patrząc na mnie wyniośle, powiedziała, cedząc słowa: "Ja nie rozumiem, po co ja się na pana tak wkurzam, ja jutro, normalnie, powiem panu doktorowi, jak się pan o nim wyraził, a on już będzie wiedział, jak pana załatwić!" - powiedziała, prostując się w krześle i pokazując mi profil obrażonej gęsi. "Załatwić? Mnie?" - spytałem niewzruszony jej groźbą. "Tak! Załatwi pana =na cacy?! On ma niezłych prawników, nigdy nie przegrali żadnej sprawy i oni już będą wiedzieli, jak pana obciągnąć z kasy!" -  zagroziła mi najwyraźniej.
 Na swoje szczęście, nie miałem i nie mam "kasy"i niewiele można ze mnie "obciągnąć", ale mam uczulenie na "prawników", zwłaszcza tych, co to "nigdy nie przegrywają żadnej sprawy", a tylko węszą "kasę", i na "lekarzy", których ostatnim zajęciem jest leczenie, a ich prawdziwym zajęciem jest wyłącznie pośrednictwo w handlu lekami lub "lekami", bo też tylko węszą "kasę", więc już więcej nie "drzaźniłem" tej "damy", co miała nieszczęście pracować z tak znaną "osobistością" w Kanadzie. I nie tylko...
***
 Dr Bernard N. Nathanson zaprzestał tego procederu, kiedy zorientował się już w latach 70., że płód, nawet w najwcześniejszym stadium rozwoju, tuż po poczęciu, posiada cechy nieróżniące się od nas, ludzi już urodzonych. A stało się to m.in. wraz z powstaniem etologii - gałęzi nauki zajmującej się etyką deskryptywną (opisowo - wyjaśniającą zachowanie się zwierząt i niektórych aspektów zachowania się ludzi). Nauka ta, równolegle z rozwojem cytologii, uświadamia nam w pełni, że nawet zalążek płodu to już jest CZŁOWIEK!
 Dr Nathanson przeżył szok i od tego czasu,  jeżdżąc po świecie, gorąco namawia do zaprzestania zabijania ludzkiego płodu. A wręcz ostrzega, nie tylko "lekarzy" parających się zabijaniem, ale i ciężarne niewiasty, żeby nie wierzyły tym wszystkim bajaniom, że to "coś" w ich łonach to po prostu "nic", co można "spędzić" farmakologicznie, a w ostateczności "wyskrobać"!
 Dr Nathanson był założycielem Narodowej Ligi Akcji na rzecz Sztucznych Poronień. Do 1969 r. przez dwa lata był jej dyrektorem. Miał on też odwagę przyznać się do zabójstwa 75 tysięcy nienarodzonych dzieci!
 W roku 1983 spowodowano w USA 1,5 miliona sztucznych poronień. Były to tylko "legalne" aborcje, gdzie średni koszt zabiegu wahał się pomiędzy  300 a 400 USD. "Przemysł" aborcyjny generuje dochód rzędu 500-600 mln USD rocznie i śmiało można by go zaliczyć do 500 największych gałęzi przemysłu na świecie! 90 proc. zysku idzie do kieszeni "lekarzy", a resztę tych pieniędzy pochłaniają koszty przedsiębiorstw zarządzających klinikami. Kliniki aborcyjne koncesjonowane są z pieniędzy producentów żywności  tzw. na wynos. Także mafia, ten Syndykat Zbrodni, czerpie zyski z działalności klinik aborcyjnych, głównie na Zachodnim Wybrzeżu Stanów.
 W okresie przed zalegalizowaniem zabijania dzieci poczętych, m.in. w roku 1963 - zanotowano 100 tys. przypadków przerwań ciąży, a w dziesięć lat później, w r. 1973 - 750 tys. I tak z każdym rokiem liczba zabójstw nienarodzonych wzrasta aż do monstrualnych rozmiarów liczonych w milionach!
 Dr Morgentaler wabi ciężarne do swoich klinik, nazywając je klinikami bezpiecznymi, wręcz "przychodzącymi tymże ciężarnym z humanitarną pomocą podyktowaną li tylko litością"! Toć to szczyt hipokryzji i nieliczenie się z czymś takim, jak choćby elementarne poczucie estetyki, już nawet nie przyzwoitości.
 Na przeciwległym biegunie działalności dr. M. stoi dr Nathanson, wołający wręcz z rozpaczą do kobiet w ciąży, żeby nie dały się zwieść tym wszystkim chwytom propagandy proaborcyjnej, demaskuje je, mówiąc kobietom wprost, że nie są rzetelnie informowane, czym tak naprawdę jest zabieg aborcyjny. Wręcz milczy się o występujących przypadkach okaleczeń fizycznych (podziurawione łona, infekcje, a w rezultacie bezpłodność). A przede wszystkim nie informuje się kobiet o poaborcyjnych powikłaniach psychicznych (ciągłe wyrzuty sumienia, ciągłe poczucie winy, sny o nienarodzonym dziecku, pojawiającym się w tych snach jak żywe i patrzącym na "swoją" mamusię z niewymownym żalem...).
 Niech nam ci wszyscy "lekarze", zwykli aborcyjni rzeźnicy, i ich pomagierki, panie dyplomowane pielęgniarki, nie bredzą o nieistnieniu poaborcyjnych powikłań! I wy, "działacze"-deprawatorzy proaborcyjni, feministki - do cna nieszczęśliwe niewiasty, pozbawione naturalnej kobiecości - nie krzyczcie, że "każda" kobieta ma prawo do własnego ciała i dlatego może zabić poczętego. Bo i owszem, ma prawo do własnego ciała, ale nie w kwestii zabicia płodu noszonego we własnym łonie! Do diabła z tą całą proaborcyjną demagogią!
 STOP!!! Wielkie STOP schlebianiu ludzkim zachciankom! Tej powszechnej tolerancji dla nieodpowiedzialnego "ciupciania", jak popadnie i gdzie popadnie, aby tylko zaspokoić chuć, zwykłą żądzę, popęd... Aby, jak minie szał użycia, udawać, że nic się nie stało, bo nawet jak się stało, to "coś", to się "toto" po prostu "wyskrobie"... 
 Dr Bernard N. Nathanson, Żyd (jak i dr M.), przyjął chrzest w Kościele świętym i stał się praktykującym katolikiem. Na zakończenie filmu "NIEMY KRZYK" woła błagalnie: "Nie zabijajcie nienarodzonych, proszę Was!".
 Nb. filmy takie jak "NIEMY KRZYK" są totalnie zamilczane i nie do obejrzenia w publicznej telewizji (!).
 To już koniec. Wystarczy! Być może będę posądzony o zbyt egzaltowane, zbyt patetyczne potraktowanie tego problemu, ale przecież tu chodzi o ŻYCIE, rzecz najdroższą na tym padole! Chodzi też o to, żeby nie ignorować takich spraw jak ta, kto i za co otrzymuje najwyższe państwowe odznaczenie - ORDER OF CANADA, bo jutro, nie, już nawet dziś po południu może być za późno!
 Ta nominacja to odebranie Kanadyjczykom godności, nie tylko obywatelskiej! Śpiewając kanadyjski hymn, już nie jesteśmy "strong and free" i nie dla takiej Kanady "we stand on guard", od kiedy coraz częściej ostentacyjnie mówimy "nie" Panu Bogu i demonstracyjnie obnosimy się ze swoją obojętnością, nie tylko wobec Niego, ale i wobec tych najbardziej z bezbronnych Istot Ludzkich - Dzieci Poczętych!
 "God keep our land glorious and free! O Canada!"
Wojciech J. Antczak
21 lipca 2008 r., Mississauga
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

GONIEC NR 29/2008

 Wystarczy chcieć i wierzyć
 Gdy mówię czy piszę o tym, że marzy mi się, aby moje przyszłe wnuki żyły w normalnym państwie, w państwie, w którym politycy służą państwu, a nie tak jak teraz, większość załamana mówi lub pisze, że to jest nierealne, rozmawiam z wieloma ludźmi i pisze do mnie w tej właśnie sprawie wielu takich, którzy już nie wierzą...
 Oni już nie wierzą - ale zastanowić się należy, czy ci wszyscy niewierzący kiedykolwiek zastanawiali się nad tym, czy zauważali ten problem, który narasta z dnia na dzień od lat. Czy dopiero zwrócili uwagę na to, gdy usłyszeli czy przeczytali moje słowa?
 Myślę, że nigdy tak naprawdę nie zwracali na to uwagi, zagubieni w codzienności, zalatani za "chlebem" dla swoich rodzin, by jakoś lepiej, normalniej żyć, by zarabiać, czy w ogóle mieć jakąś pracę. Po prostu w nawale szarej codzienności nie mieli czasu pomyśleć o tym, wydawać by się mogło drugorzędnym problemie, gdyż mieli ważniejsze przyziemne i własne sprawy.
 I to jest właśnie największy problem, że tak się cały czas z większością naszego społeczeństwa działo i dzieje. Problem ten polega w większości na braku świadomości tego, że to my Naród, społeczeństwo jesteśmy władzą, a politycy wybrani przez nas, jako nasi przedstawiciele, są naszą służbą, zobowiązaną do tego, by nam społeczeństwu i Narodowi służyć. To podstawa każdego państwa, za to służenie są przecież sowicie wynagradzani z naszych pieniędzy, powinni więc umieć to uszanować.
 Dzieje się jednak inaczej, do polityki przez lata dostawali się cwaniacy, a także pewne siły, którym zależało na realizacji określonych celów. Siły te podstawiały swoich ludzi, jako polityków. No i następowało wypaczanie solidnych, rzetelnych podstaw państwa, w których to właśnie ci wybrani, miast służyć, poprzez zmianę regulacji prawnych stawali się władzą nad Narodem i społeczeństwem, a nie ludźmi służącymi Narodowi i społeczeństwu. 
 Podam tutaj jeden drobny przykład, ale jakże istotny w całym procesie wypaczania podstaw państwa, to ustawa o partiach politycznych, a w niej sposób finansowania partii. Cwaniacy uchwalili sobie, że partie polityczne po przekroczeniu pewnego progu wyborczego finansowane będą z budżetu, czyli z naszych, społeczeństwa i Narodu pieniędzy. A dlaczego?
 Przecież tak naprawdę władza to my, społeczeństwo i Naród, natomiast partie polityczne należy traktować jak firmy usługowe, które z pewną przygotowaną dla nas ofertą przystępują do wyborów, aby je ewentualnie wygrać i świadczyć nam usługi. Jeżeli te usługi świadczone będą zgodnie z naszymi wymaganiami i oczekiwaniami, to dobrze dla nich, dla tych partii, bo przecież wówczas zaufamy im na tyle, że będziemy korzystać z ich usług na różnych poziomach władzy, a to da tym, konkretnym ludziom, fachowcom od wiarygodnego służenia społeczeństwu i Narodowi, należne i zgodne z umiejętnościami profity, ale tylko i wyłącznie wtedy.
 Teraz jest inaczej, partie miast być finansowane li tylko z własnych składek członkowskich, tak jak firma, którą zakłada człowiek za własne pieniądze. Partie, zamiast powinny pokazać, że potrafią i są godne naszego zaufania, by zająć takie czy inne stanowiska i dopiero wówczas godnie zarabiać, tak jak to dzieje się w przypadku solidnych, wiarygodnych i dobrze wykonujących swoje usługi firm, otrzymujących zapłatę za konkretną, dobrze wykonywaną pracę. 
Nie, partie dzięki masie cwaniaczków i kombinatorów uchwaliły sobie, że finansowane będą z budżetu. I zaczęły działać, ale jak zaczęły działać? 
 Ano, bardzo ciekawie te działania wyglądają. Aby zdobyć poparcie, zająć miejsca w rządzie i mieć niesamowite możliwości manipulowania wszystkim, czym się da, nie musiały długo myśleć, by się "rozwinąć". Wystarczyło kilku przebiegłych, mających nieco znajomości obrotnych członków i...
 Znaleźli się "sponsorzy", którzy przy okazji wyborów pomogli im zaistnieć w mediach, przygotowali dla nich "odpowiednie" akcje wsparte marketingiem polityczny i poszło jak po maśle. Ale nie robili tego z miłości do tych partii, nie, moi drodzy. Robili to z "miłości" do możliwości, jakie będą mieć ich "protegowani" po wygraniu wyborów i...
 Nie będę się rozpisywał o sposobach czy metodach "wspierania" co niektórych partii przez tych czy innych biznesmenów, czy mniej lub bardziej znane "korporacje", nie taki jest cel mej bazgraniny, cel jest inny a mianowicie taki, że chcę udowodnić tym wszystkim, którzy mi mówią czy piszą, że nie wierzą już w normalne państwo i w to że może dojść do tego, że politycy będą służyć państwu. Tak, to jest możliwe, nawet bardzo możliwe, tyle że może okazać się niewykonalne, gdyż na przeszkodzie może stanąć malutki problem, tym problemem jesteśmy my sami.
Bo rozwiązanie tego problemu zależy tylko i wyłącznie od nas, naszej wiary w to, że możemy, i co najważniejsze, odrobiny wysiłku, który musimy z siebie wykrzesać, by to zrobić, a dzięki temu w przyszłości żyć normalnie, godnie i dostatnio.
 Ten "drobiazg", który wyżej opisałem, czyli sposób finansowania partii politycznych, na początek należałoby zmienić. Partie polityczne powinny być finansowane jedynie z własnych składek.
 I to jest możliwe do przeprowadzenia, a gdyby się udało to przeprowadzić, jakość polskiej polityki zmieniłaby się niesamowicie i poprawiła na lepsze. Partie, by zdobyć poparcie, musiałyby działać wśród ludzi i dla ludzi, robiąc dla społeczeństwa i Narodu to, co dzisiaj robią dla swoich "sponsorów".
 Odważmy się więc, zróbmy ten malutki, a jakże wielki krok dla swojego lepszego jutra. Przygotujmy wniosek restrukturyzacji ustawy o partiach politycznych, o ich finansowaniu li tylko ze składek członkowskich, mało tego, zasugerujmy w tym wniosku, żeby ustalić górną granicę składki, ot, chociażby na poziomie 100 złotych miesięcznie. Zbierzmy podpisy, a przypuszczam, że z tym nie będzie żadnego problemu, z łatwością zbierzemy ich z milion, i złóżmy go w Sejmie i czekajmy...
 Jeżeli okaże się, że nasz wniosek nie zostaje dopuszczony pod obrady Sejmu, będziemy mieli jasność, że Marszałek i jego partia są przeciwni takiemu projektowi, czyli że w najbliższych wyborach nie ma co na nich głosować, gdyż są przeciwni temu, by służyć społeczeństwu i Narodowi. Jeżeli natomiast wniosek zostanie wprowadzony pod obrady Sejmu, wówczas będziemy mieli jasny obraz tego, jakich sobie przedstawicieli wybraliśmy, kto jest naprawdę godny bycia naszym reprezentantem w Sejmie i w innych władzach państwa, a kto zwykłym cwaniakiem, który jedynie obiecywał gruszki na wierzbie, by dorwać się do koryta i żyć wygodnie za nasze...
 Osobiście jestem za takim rozwiązaniem na początek. To pokaże nam jasno, jacy ludzie zarządzają państwem i jakie są ich doraźne cele, czy Naród i społeczeństwo, Polska nasza Ojczyzna, czy pełne koryto poprzez zakłamanie i ogłupianie obietnicami. Czy ludzie ci, miast nam służyć, robią wszystko, by zapełniać jedynie swoje własne kieszenie, służąc "sponsorom" zamiast tym, którzy ich wybrali jako swoich przedstawicieli.
 Pozdrawiam i czekam na wasz odzew.
Przemysław Kudliński 
Poznań
 

GONIEC NR 28/2008

 Protest przeciwko prowadzonym   negocjacjom w kwestii restytucji   majątków żydowskich
 Warszawa, 30.06.2008 
 Pan Lech Kaczyński  Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej
 Pan Donald Tusk Prezes Rady Ministrów Rzeczypospolitej Polskiej
 Szanowny Panie Prezydencie! 
 Szanowny Panie Premierze!
 W nawiązaniu do Panów wizyty w Waszyngtonie i w Izraelu oraz ostatnich spotkań na polskiej ziemi z Ronaldem Lauderem pragniemy przekazać protest przeciwko Waszym obietnicom rozwiązania problemu restytucji mienia pożydowskiego.
 Jesteśmy bardzo zaniepokojeni składanymi przez Panów deklaracjami przedstawicielom organizacji żydowskich, iż niebawem Polska, kończąc prace nad ustawą reprywatyzacyjną, dokona wypłaty rekompensaty za pozostawione i utracone mienie Polskich Żydów, którzy zostali zamordowani przez okupanta niemieckiego podczas II wojny światowej.
 Absolutnie nie możemy zgodzić się z taką postawą prowadzenia polityki wobec pamięci o pomordowanym Narodzie Żydowskim w Polsce, którego sprawcami były hitlerowskie Niemcy. To nie Polska i nie Polacy są winni tragedii Holokaustu 6 milionów żydowskich obywateli w Europie, tu na tej gościnnej dla Żydów polskiej ziemi.
 Niewłaściwym jest udzielanie jakiejkolwiek rekompensaty w ręce żydowskich organizacji z Ameryki lub ich agend znajdujących się na terenie Izraela. Jest to akt kolaboracji ze złem. Uleganie żądaniom wysuwanym wobec Polski przez przedstawicieli Światowych Organizacji Żydowskich, takich jak: Lauder, Bronfman, Sułtanik, Singer, Goldstein, Schudrich, jest nieuzasadnione historycznie i budzi w nas wstręt. Ich rodzice (i oni sami) pomimo, iż byli informowani przez wielkich patriotów polskich, takich jak Jan Karski i Szmul Zygielbojm, o dokonywanym barbarzyństwie na naszych antenatach, w okresie hitlerowskiej zbrodniczej machiny wojennej siedzieli sobie cicho w Ameryce. Jedli, pili i bawili się, a nawet handlowali z Niemcami, dobrze zdając sobie sprawę z tego, co dzieje się w obozach śmierci w Oświęcimiu czy Treblince. I nic nie uczynili, by pomóc w ratowaniu zagazowywanych tam istnień ludzkich, wielu narodowości.
 Olbrzymim błędem Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego było podpisanie ustawy z dnia 20 lutego 1997 roku dotyczącej zwrotu mienia religijnego w ręce przedstawicieli trzech organizacji: World Jewish Restitution Organization, Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP oraz Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydów. Na mocy tej haniebnie złej ustawy, przedstawiciele tych organizacji dokonują bezpowrotnej likwidacji odbieranych z rąk samorządów polskich miast tzw. majątków kościelnych, których nie zdołał zniszczyć Hitler. Na mocy tego prawa niszczą nasze wspólne Dziedzictwo Narodowe, wzbogacając się kosztem tych majątków budowanych przed laty z wielkim trudem przez Polaków i Żydów Polskich.
 Oto kilka przykładów tego barbarzyństwa: nie ma już Szpitala Żydowskiego w Siedlcach (zabytkowa budowla z XIX w.) i drewnianej Synagogi Rzezaków w Siedlcach (jedynego zachowanego tego typu obiektu w centralnej Polsce), jak też Synagogi Reindorfa i Mykwy (rytualna łaźnia) w Otwocku i wielu innych majątków żydowskich całkowicie wymazanych z krajobrazu polskiej ziemi.
 W związku z powyższymi stratami dotyczącymi majątków należących przed wojną do Gmin Żydowskich, protestujemy przeciwko obecnie planowanym rozwiązaniom kwestii prywatnego mienia żydowskiego, którego Panowie podjęli się w imieniu Narodu Polskiego. 
 W żadnym wypadku nie możemy się zgodzić na wypłatę żądanych 65 mld dolarów, ani też ewentualnie 15 czy 20 procent wartości utraconych nieruchomości. Wszelkie rozmowy tego typu są aktem kupczenia Zagładą Żydów Polskich i powinny być natychmiast zaprzestane.
 Tym macherom dążącym do rządzenia światem nic się nie należy!!! Polska nie powinna iść śladem Niemiec czy Szwajcarii i ugiąć się pod szantażem, jaki był zastosowany wobec tych krajów. Pamiętajmy, Polska była ofiarą, a nie agresorem! 
 Po 1989 roku, a w imieniu wszystkich Polaków obecny rząd pod kadencją Pana Premiera Donalda Tuska, popełnia kolejny historyczny błąd, w stosunku do tragicznej Historii Żydów Polskich.
 Wymuszanie na naszym Państwie rozwiązania jeszcze w tym roku ciągnącego się od lat problemu restytucji prywatnego mienia żydowskiego w Polsce, w takim wymiarze, jest nie tylko niesprawiedliwą regulacją prawną wobec Polaków i Żydów, ale i zdradą tych interesów.
 Oddawać prywatne majątki należy wszystkim Polakom, ich dzieciom lub wnukom, którzy posiadali jakiekolwiek majątki, ale pod warunkiem, iż byli lub są spadkobiercami prawnymi, a nie w ręce hipokrytom żydowskim, którzy uzurpowali sobie prawo do reprezentowania Zamordowanych Żydów, czyniąc z  tego procederu Przedsiębiorstwo Holokaust. 
 Prezes Gminy Wyznaniowej Starozakonnych w RP 
Bolesław Szenicer
 

 Długa droga, daleka przed nami
 Dyskusja, jaka toczy się nad przyszłością Ruchu Narodowego oraz tzw. prawicy, budzi uczucia raczej mieszane. W zakresie diagnozy powiedziano już wszystko lub prawie wszystko. Gorzej z prezentacją uwarunkowań, w jakich przyszło w Polsce działać siłom narodowo-patriotycznym, a już najgorzej z odpowiedzią na pytanie: jak z tego wyjść? Autorzy poniższego artykułu - nie mając ambicji wyczerpania tematu - spróbują zająć się nie tyle diagnozą, ile odpowiedzią na pytanie: "jak to zrobić?". Zastrzeżenie drugie dotyczy nazewnictwa. Naszym zdaniem, używanie dziś w: Polsce określeń "lewica" i "prawica" dawno straciło jakikolwiek sens. Dlatego będziemy operować pojęciami takimi, jak "siły narodowo-patriotyczne", "nurt narodowo-patriotyczny" itp. Nasze propozycje bowiem dotyczą wprawdzie głównie Ruchu Narodowego, ale zdajemy sobie sprawę, że polska myśl polityczna oraz polska geografia polityczna nie może - a nawet nie powinna - ograniczać się li tylko do nurtu stricte narodowego.

 Szkodliwy import z Zachodu
 Aby uzmysłowić sobie warunki, w jakich przyszło funkcjonować siłom narodowo-patriotycznym w Polsce, należy sięgnąć poza nasze rodzime opłotki i dokonać zarysu degrengolady tego, co na Zachodzie zwykło się nazywać prawicą. W największym skrócie istniały cztery filary tradycyjnej prawicy: naród, rodzina, wiara, własność. Z tej czwórki pozostała własność. Operowanie słowem "naród" uchodzi dziś za faux pas, tym bardziej że cała prawica zachodnia, z nielicznymi wyjątkami, stanęła za Unią Europejską, a świadome swej tożsamości narody stanowią przeszkodę w budowie superpaństwa europejskiego. To, co dzieje się z rodziną na Zachodzie, wymagałoby odrębnego traktatu, odnotujmy tylko, że partie prawicy zachodniej jakoś niewiele uczyniły dla uzdrowienia rodziny, a niektóre z nich milcząco przyjęły do wiadomości rejestrację "małżeństw" homoseksualnych. Od czasu ciosu, jaki Kościołowi katolickiemu zadał Sobór Watykański II, znaczna część Kościoła instytucjonalnego przestała stanowić oparcie dla tej orientacji. Zresztą niektóre odłamy prawicy mają swój niebagatelny udział w laicyzowaniu społeczeństw zachodnich, czego najdobitniejszym przykładem współczesne dzieje Francji.
 Więc religia przestała być filarem zachodniej prawicy. Pozostała własność, ale najsilniejszym oparciem dla tradycyjnej prawicy jeszcze niedawno pozostawało mieszczaństwo władające drobną własnością. Dziś drobna własność ulega pogromowi ze strony wielkiego ponadnarodowego kapitału, nie do końca ponadnarodowego, bo będącego w lwiej części w rękach żydowskich. Ten właśnie kapitał, kontrolujący zresztą największe media, dyktuje, kiedy i na jakich warunkach wygrywa "prawica", a kiedy "lewica". Prawica establishmentu zieje nienawiścią do ruchu narodowego, czego dowodem losy Front National Jeana-Marie Le Pena czy narodowej partii Joergera Haidera w Austrii. Na Zachodzie przyjęto określenia "skrajna prawica", "radykalna prawica", "fundamentalna prawica", którym to określeniom nadano oczywiście pejoratywne konotacje.
 Prawica, podobnie jak inne partie establishmentu, jest silnie infiltrowana przez loże masońskie. Nic więc dziwnego, że przeciętny wyborca nie widzi specjalnej różnicy po wygranej czy to "lewicy", czy to "prawicy". Tzw. wolne wybory, ongiś sztandarowe osiągnięcie zachodniej demokracji, zmieniły się w medialną farsę, a sposób rządzenia przez wygraną partię jeszcze tę farsę potęguje.
 Zachodnia prawica czynnie uczestniczy w zamordyzmie, charakterystycznym obecnie dla "wolnego świata". Nie przy pomocy policji czy obozów koncentracyjnych, lecz drogą terroru politycznej poprawności, pistoletu "antysemityzmu" oraz - o wiele dyskretniej, lecz bardziej skutecznie niż w klasycznych systemach policyjnych - głębokiej infiltracji życia obywateli dzięki "twórczemu" wykorzystaniu środków elektronicznych. Co interesujące, wzmożonej kontroli jednostki towarzyszy świadome osłabianie państwa, właśnie w tych dziedzinach, w których jego rola powinna być szczególnie mocna. Tzw. prawa ludzkie i obywatelskie stanowią coraz bardziej dziurawe i już śmieszne decorum zachodniej demokracji.
 Podstawami klasycznej prawicy zachodniej wstrząsnęła też realizacja programu Antoniego Gramsciego, sekretarza generalnego kompartii włoskiej, "marszu przez struktury". Kontynuatorem i "twórczym" spadkobiercą tego programu był George Lucas (b. minister w rządzie Beli Kuna podczas krótkotrwałych, niezwykle krwawych rządów komuny na Węgrzech w 1919 r.). Powołał on we Frankfurcie n. Menem Instytut Nauk Społecznych, zwany popularnie "szkołą frankfurcką". (W czasach hitlerowskich następcy Lucasa przenieśli się do USA.) Tam opracowano metody opanowywania i niszczenia struktur stojących na straży tradycyjnej rodziny i tradycyjnych wartości, tam tworzono zasady "ideowe" ruchu hipisowskiego, stamtąd m.in. szła inspiracja rewolty studenckiej w 1968 r. Stamtąd wywodzą się tacy m.in. ideolodzy lewactwa, jak Herbert Marcuse, Erich Fromm czy Adorno. Po wojnie  Juergen Habermas reaktywował szkołę frankfurcką w Niemczech.
 Efektem odejścia zachodniej prawicy od tradycyjnych wartości jest m.in. relatywizm moralny oraz relatywizacja jakże ważnego dla zdrowia moralnego jednostek i społeczeństw pojęcia prawdy. Konsekwencją podważenia prawdy stała się nie tylko euro-nowomowa, ale i dwumowa. Nastąpiła też zmiana modelu gospodarczego z gospodarki równowagi na gospodarkę marketingową opartą na czterech elementach: produkt - dystrybucja - promocja - cena. Chodzi tu o przewagę podaży nad popytem i m.in. budzenie wydumanych potrzeb.
 Te wszystkie "osiągnięcia" Zachodu były i są entuzjastycznie importowane do Polski. Część "importerów" czyniła to z pełną premedytacją, aby dokonać rozkładu polskiej tożsamości narodowej, inni sprowadzali te "nowinki", ulegając pochodzącej jeszcze z XVIII wieku modzie na cudzoziemszczyznę. W niektórych dziedzinach spustoszenia mamy na miarę "osiągnięć" Zachodu, w innych jeszcze import tych antydóbr nie znalazł powszechnego popytu. Np. w upowszechnianiu pornografii bodaj prześcignęliśmy Zachód, natomiast promocja zboczeń seksualnych, w tym homoseksualizmu, idzie opornie. Na razie.

 Budowanie od podstaw
 Jeśliby sięgnąć do praprzyczyny kompromitującej przegranej LPR, to pominąwszy wielokrotnie omawiane na tych łamach błędy kierownictwa, jest nią brak zakorzenienia społecznego. Nie wystarczy bowiem sama partia polityczna, jej losy są zawsze zmienne, należy mieć silne zaplecze społeczne wśród ludzi, który podzielają poglądy narodowe bądź są im bliscy. Ci zwolennicy powinni być jednak zorganizowani, muszą czuć swoją potrzebę na co dzień, a nie w okresie wyborów. Nad zwolennikami trzeba pracować, codziennie przekonywać ich do swoich racji, stawiać im zadania, wreszcie - bardzo uważnie - wsłuchiwać się w ich głos. Nie każdy czuje powołanie do działalności politycznej, co nie oznacza, że jest nieprzydatny dla Ruchu Narodowego czy szerzej - nurtu narodowo-patriotycznego. Zanim więc pokusimy się znowu o zwycięstwo, zacznijmy od budowy zaplecza społecznego: organizacji młodzieżowych, kobiecych, oświatowych, kulturalnych, naukowych, przedsiębiorców, narodowych związków zawodowych, fundacji, kas zapomogowo-pożyczkowych, zrzeszeń przedsiębiorców. W każdej grupie społecznej czy zawodowej, w każdym pokoleniu mamy sympatyków: często ukrytych, często sterroryzowanych przez swoje środowisko, a niekiedy sympatyków, którzy nawet nie wiedzą, że myślą po endecku. Tym ostatnim trzeba to uświadomić.
 Stronnictwo polityczne może (i powinno) pełnić rolę awangardy takiego ruchu. To warunek sine qua non objęcia "rządu dusz". Inaczej siły narodowo-patriotyczne będą skazane bądź na rolę "paputczika" prawicy establishmentu (jeżeli zechcą łaskawie przygarnąć), względnie PSL (obecnie wyraźnie idącego w kierunku partii euro-establishmentu, a więc ku swojej zgubie). Będą wreszcie skazane na łaskę, a właściwie niełaskę mediów opanowanych przez oligarchię władzy i pieniądza.
 Rozwój myśli narodowej bardzo osłabł po śmierci Romana Dmowskiego. Na emigracji nowe elementy do tej doktryny starał się wnieść Jędrzej Giertych, przeważnie zresztą w zakresie historiozofii. W okresie PRL pewne elementy doktryny narodowej chronił Bolesław Piasecki, nigdy zresztą nie odwołując się oficjalnie do Ruchu Narodowego. Dlatego niezbędny staje się narodowy ruch intelektualny, obejmujący wszystkie dziedziny życia publicznego Polaków. Wśród zadań takiego ruchu należy postawić na naczelnym miejscu opracowanie koncepcji gospodarczej dla Polski - realnej, ale ambitnej. Żadna partia polityczna, która nie podejmie się tego ciężkiego, ale niezbędnego zadania, nie będzie mogła liczyć na trwałe poparcie społeczne. Temu zadaniu, realizowanemu na wysokich diapazonach, musi towarzyszyć dotarcie do szarego obywatela. Dotarcie z prawdą o rzeczywistym stanie gospodarczym naszego kraju, realiach Unii Europejskiej, stosunkach międzynarodowych, naszej historii ojczystej, i wielu, wielu innych sprawach, które są totalnie w Polsce (i nie tylko u nas) zakłamywane. Środowisko KOR-owskie swego czasu reaktywowało "latające uniwersytety". Nurt narodowo-patriotyczny jakoś nie wpadł na ten pomysł. A czas ku temu najwyższy, bo zakłamanie w III RP prześcignęło wszystkie "osiągnięcia" PRL w tym zakresie.

 Z Polonią, ale inaczej
 Wszystko, co napisaliśmy powyżej, pozostanie mrzonką, jeśli inicjatywy te nie otrzymają silnego zaplecza finansowego. W III RP poważne środki pieniężne znajdują się bądź w rękach kapitału zagranicznego, bądź polskich kosmopolitycznych przedsiębiorców. Polscy nie tylko z nazwy przedsiębiorcy są zbyt słabi i (powiedzmy szczerze) zastraszeni, by stale wspierać inicjatywy narodowo-patriotyczne. Pozostaje więc Polonia. Jak dotąd środowiska patriotyczne lub mieniące się nimi wyszarpywały od Polonii (głównie północnoamerykańskiej lub południowoamerykańskiej) pewne środki głównie na kampanie wyborcze. Przy okazji kręciło się wokół organizacji polonijnych wielu hochsztaplerów politycznych i po prostu zwykłych naciągaczy, operujących hasłami bogoojczyźnianymi. Skutki polityczne tych zastrzyków finansowych były praktycznie żadne. Tymczasem nie chodzi tu o kilka tysięcy USD na kolejną kampanię kolejnego pana "prawicowca". Propozycja, z jaką należy wyjść do Polonii, musi mieć zupełnie inny charakter. Przede wszystkim należy powołać wspólnie z Polonią wielkie konsorcjum wydawniczo-medialne, aby poszerzyć lukę, którą wydarł establishmentowi o. Tadeusz Rydzyk. To przedsięwzięcie powinno mieć charakter komercyjny i działać na zasadach spółki prawa handlowego. Nie żebranina, ale interes, w którym wpływy mierzone są ilością udziałów, udziałowcy, w tym oczywiście organizacja polonijna, posiadają swoich przedstawicieli we władzach spółki (spółek), a władze spółki rozliczane są z osiągniętych zysków. Przede wszystkim należy uruchomić dziennik - nie wystarczy "Nasz Dziennik" - i kolejna po "Trwam" stacja telewizyjna. Bez mediów nie ma polityki, choć - wbrew pozorom - nie decydują one o wszystkim. Trzeba też wzbogacić paletę stacji radiowych. Wielu twórców i aktorów filmowych jest dziś uzależnionych od pozostających w rękach establishmentu wytwórni. To kolejna szansa.
 Trzeba dbać nie tylko o przekonania polskiej młodzieży. Nie ma nic gorszego niż mający patriotyczne poglądy "nieudacznik". Niech narodowo-patriotyczne organizacje młodzieżowe dbają o ich poglądy, a Polonia mogłaby zapewnić stypendia dla najzdolniejszych, by mogli oni skorzystać z amerykańskich i zachodnich uczelni. Warunek - muszą wrócić do Polski.

 Gra o wszystko
 Wbrew pozorom czas gra na naszą korzyść. Niedługo z Tuskowych cudów zostaną trociny, PiS ulegnie rozbiciu, a LPR nie odrodzi się, gdyż dalej jest manipulowany przez byłego wodza, czego dowodem ostatnie obrady Rady Politycznej Ligi. Otworzy się nowe miejsce na scenie politycznej, które - jak zwykle - nie pozostanie długo puste. Toteż na narodowcach i działaczach nurtu narodowo-patriotycznego spoczywa obowiązek zajęcia tego miejsca. Inaczej wejdą tam inni, posługując się nawet naszymi hasłami, aby raz jeszcze skompromitować orientację narodowo-patriotyczną, czego już niejednokrotnie doświadczaliśmy. Temu trzeba zapobiec za wszelką cenę. Aby jednak znowu kolejna partia narodowa i inne stronnictwa rzeczywiście patriotyczne nie poległy, zacznijmy od budowy ruchu opartego na realnych, a nie urojonych podstawach. "Długa droga, daleka przed nami", ale rozpocząć trzeba już. Bo to gra o wszystko, lub inaczej ostatnia g