 |
| POWROT |
|
|
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
e-mail: redakcja@goniec.net
www.goniec.net
Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6
Prenumerata na terenie Kanady:
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class
Mail.
***
Wydawca:
Goniec Inc. |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
.. |
|
|
Zamieszczamy
tu listy od naszych Czytelników, które mają charakter artykułów lub stanowią
obszerniejszą polemiczną wypowiedź. Redakcja nie odpowiada za ich treść.
Prezentowane opinie w publikowanej
korespondencji nie zawsze odzwierciedlają stanowisko redakcji "Gońca". |
GONIEC NR 34/2008
Sabotaż, dywersja czy bałagan?
Interpelacja w sprawie próby kradzieży technologii Tafios oraz
jej wykorzystania w polskim przemyśle zbrojeniowym.
Szanowny Pan Bogdan Klich
Minister Obrony Narodowej
Działając na podstawie ustawy o wykonywaniu mandatu posła, zwracam
się do Pana Ministra w sprawie próby kradzieży technologii Tafios oraz
jej wykorzystania w polskim przemyśle zbrojeniowym.
Ministerstwo Obrony Narodowej w połowie lat 90. zleciło grupie
polskich naukowców opracowanie systemu sygnalizatora skażeń chemicznych
i promieniotwórczych wraz z urządzeniem ochrony wzroku przed tego rodzaju
skażeniami. Projekt otrzymał kryptonim Tafios i Pandora (taką też nazwę
otrzymały oba systemy) i zakończył się sukcesem. Powstała seria 10 egzemplarzy
nowoczesnego urządzenia tego typu wraz z dokumentacją konstrukcyjną, niezbędną
do rozpoczęcia produkcji seryjnej, która trafiła do zleceniodawcy, czyli
do MON, i została opatrzona klauzulą tajności. Ponieważ obecne standardy
wojskowe wymagają, aby każdy pojazd wojskowy był wyposażony w tego typu
system, osiągnięcie polskich naukowców jest dużym sukcesem wzmacniającym
nasz potencjał obronny. Dodatkowym atutem systemów Tafios i Pandora jest
to, że mogą one być wykorzystywane do ochrony ludności cywilnej poprzez
zastosowanie np. na dworcach kolejowych, autobusowych, w metrze i przejściach
podziemnych w dużych aglomeracjach miejskich. Okoliczności te są szczególnie
istotne przy właściwym zabezpieczeniu takich wielkich wydarzeń, jak choćby
Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2012 roku. Niestety, urządzenia te
ciągle nie mogą wejść do produkcji seryjnej w polskim przemyśle zbrojeniowym,
który nadal dokonuje zakupu amerykańskiego produktu Cherdes, w ocenie wielu
ekspertów dużo gorszego od rozwiązań Tafios i Pandora.
Ostatnio środki masowego przekazu ("Rzeczpospolita", TV Polsat)
przekazały informację, że doszło do próby kradzieży i wywiezienia za granicę
prototypu wraz z technologią. Wobec powyższego zwracam się do Pana Ministra
z następującymi pytaniami:
1. Jaką politykę prowadzi MON w zakresie rozwoju polskiej nowoczesnej
myśli technicznej i jej wdrażania w przemyśle obronnym?
2. Czy rzeczywiście doszło do próby kradzieży systemów Tafios i Pandora?
Dlaczego tą sprawą zajmuje się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a nie
Służba Kontrwywiadu Wojskowego, która ustawowo zobowiązana jest do ochrony
polskiego przemysły zbrojeniowego i myśli technicznej?
3. Dlaczego systemy Tafios i Pandora nie są wprowadzane do produkcji
seryjnej?
Z wyrazami szacunku
Bogusław Kowalski
Poseł na Sejm RP
Contra spem spero Arkadiusza Robaczewskiego
"Przeciw beznadziei"
Coraz jaśniejsze staje się, nawet dla politycznych matołków,
że Polska gaśnie. Istniejemy jeszcze jako pojęcie geograficzno-administracyjne,
ale nasza tożsamość, tradycja, obyczaj, religia katolicka, kultura i -
last but not least - gospodarka giną, a właściwie są niszczone. Systematycznie,
programowo, z całą premedytacją i konsekwencją. Przez prawicę i lewicę,
partie powołujące się na katolicyzm i na ateizm, patriotyzm i kosmopolityzm.
Jakie jest więc wyjście z tej zapaści? - pytają ci, dla których
los Ojczyzny jest jeszcze nieobojętny. I znajdują odpowiedź: powołamy nową
partię, tym razem naprawdę patriotyczną, narodową, niepodległościową, katolicką,
złożoną z samych ludzi mądrych, wykształconych, uczciwych i odważnych,
którzy - tym razem bez wątpienia - nie uszczkną nic z publicznej kasy,
a dla Sprawy będą gotowi oddać życie i krew, a nawet pieniądze. Tym razem
wygramy i miłą Ojczyznę ocalimy. Ideowe to i szczytne, tyle że przerabiane
w ciągu ostatniego 20-lecia wielokrotnie z rezultatem wiadomym.
Walka o umysły
Nie tędy droga, panowie! - woła Arkadiusz Robaczewski, autor
książki "Przeciw beznadziei"*, i przekonuje: "Bo też myśl, że zło, którego
tak namacalnie w naszym życiu doświadczamy, da się zmienić za mocą jednych
czy drugich wyborów jest dowodem naiwności i infantylizmu. (É) Miejscem,
gdzie toczy się główna walka, są ludzkie umysły; umysły, które są pozbawione
swojego naturalnego przedmiotu - prawdy, a karmione trującymi sezonowymi
mądrościami. (É) Musi nastąpić świadomy bunt przeciw dominacji kłamstwa
w życiu społecznym. (É) Przygotujmy się do niego. Zadbajmy o to, by zwłaszcza
ludzie młodzi znali historię, czytali pisma Doktorów Kościoła, znali mistrzów
myśli i pióra polskiego Narodu. Bez tego nie będzie odrodzenia. Tej pracy,
tej służby nie wykona żadna, choćby najwspanialsza partia polityczna".
Zasadnicza teza Autora brzmi: mamy nie tyle do czynienia z kryzysem
politycznym, ile z kryzysem cywilizacji łacińsko-chrześcijańskiej. Reszta
stanowi pochodną. Ów kryzys polega na chorobie umysłu, "który przestał
odróżniać dobro od zła, prawdę od fałszu". Nie zaczęło się to dzisiaj,
ani nawet w XX wieku. Począwszy bowiem od rewolucji francuskiej katolicy
byli pozbawiani instytucji życia społecznego i politycznego. "Jedne za
drugimi oddawaliśmy tak ważne, strategiczne punkty, jak uniwersytety, szkoły,
rządy, ministerstwa, wojsko, policję; a na końcu oddajemy rodzinę. (É)
Ci zaś, którzy nie chcą poddać się złu i łamaniu zasad, utracili możność
oddziaływania na życie polityczno-społeczne " - pisze Robaczewski. Drugim
przejawem upadku cywilizacji łacińskiej jest kryzys antropologiczny - rozumienia
i samorozumienia człowieka. Pytania o istotę człowieka i sens jego życia
"zniknęły ze współczesnej cywilizacji, nie ma ich w dzisiejszej kulturze".
Przyczynę stanowi pycha, "która kazała człowiekowi wyrzucić z życia społecznego
i indywidualnego Boga żywego, a na jego miejsce postawić siebie samego".
Autor wskazuje na jeden z przejawów panującej dziś kontrcywilizacji
- terroryzm kulturowy, będący rezultatem starannie zaprogramowanego przez
Georgy Lukacsa i Antonio Gramsciego uderzenia w cywilizację łacińsko-chrześcijańską.
Nie terror policyjny, obozy koncentracyjne, mordowanie przeciwników politycznych
itp., ale zmiana mentalności ukształtowanej przez 20 stuleci chrześcijaństwa.
Aby taki cel zrealizować, trzeba było sięgnąć po kulturę: edukację, szkolnictwo,
uniwersytety, sztukę we wszystkich swych dziedzinach, media, wspólnoty
religijne. "Program Gramsciego został zrealizowany, dziś wiemy to aż nadto
dobrze, z powodzeniem" - zauważa Robaczewski. O ile marksiści wybrali sobie
jako klasę uciśnioną - robotników, to dzisiejsi rewolucjoniści tę rolę
"uciśnionej" mniejszości wyznaczyli homoseksualistom. "Dzieło" demoralizacji
uzupełnia tzw. rewolucja seksualna.
Omawiany program objął również duchowieństwo. Autor przypomina
opinię jednego z ojców Soboru Watykańskiego II: "Z seminariów samego Wiecznego
Miasta wychodzą alumni z głowami nabitymi ideologią rewolucyjną (É) Księża
zwalczający rewolucję mają niewielkie szanse na święcenia biskupie, gdy
tymczasem jej zwolennicy często zasiadają w Episkopacie". Jedną z metod
opanowywania życia intelektualnego i politycznego społeczeństw jest propagowanie
dialogu, ale É "Nie jest w tym dialogu ważne (jak to było np. w dialogach
sokratejskich) wspólne docieranie do prawdy, a osiągnięcie consensusu i
kompromisu - spotkanie się pośrodku. (É) celem staje się osiągnięcie wspólnego
stanowiska, a nie dotarcie do tego, co słuszne" - konstatuje Robaczewski.
W rezultacie "znikają z naszych dysput i postaw prawda i dobro jako przedmiot
osobowych pragnień, a własne przekonania liczą się tylko o tyle, o ile
są akceptowalne przez innych".
"Raj" medialno-gazetowy
Snując rozważania nad książką Jana Pawła II "Pamięć i tożsamość",
Autor dochodzi do wniosku, że "żyjemy w wielkiej samotności. Jest to samotność
straszna - "samotność od Boga" i przypomina twierdzenie i wywody Papieża
na temat głęboko zakorzenionego zła w dziejach europejskiej myśli filozoficznej.
Robaczewski wyciąga z tych rozważań wniosek, iż "każdy ustrój, każde urządzenie
życia społecznego jest oparte o jakąś koncepcję człowieka. Politycy tworzący
ustrój, zawsze - czy zdają sobie z tego sprawę, czy też nie - zakładają
jakąś odpowiedź na pytanie: kim jest człowiek, jaki jest cel jego życia,
jakie środki trzeba zastosować, by ten cel osiągnąć". Od dawna prawo obywatelstwa
zdobył porządek społeczny, odrzucający istnienie Boga, Dzieło Stworzenia,
a człowiek postawił się w miejsce Boga. W rezultacie doświadczyliśmy czterech
prób zbudowania "raju na ziemi": zrodzonej przez rewolucję francuską, rewolucję
bolszewicką, hitlerowską Trzecią Rzeszę, a wreszcie współczesną - telewizyjno-gazetową.
Pierwsze dwie eksterminowały "wrogów klasowych", niemieccy naziści - "niższe"
rasy i narody, natomiast we współczesnym "raju" dokonuje się na równie
masową skalę mordowania nienarodzonych, a ostatnio rozważa się eksterminację
starych, niedołężnych czy beznadziejnie cierpiących (eutanazja). I znowu,
choć w innych słowach, Robaczewski domaga się sięgnięcia w głąb podstaw
życia społecznego, a tzw. politykom prawicowym zarzuca "niechęć do głębszej
formacji intelektualnej, a skłonność do szukania rozwiązań i recept na
wspomniane wyżej bolączki w posunięciach doraźnych".
Wołanie o narodową elitę
"Naród żyje dzięki kulturze" - przypomina Robaczewski i dowodzi,
że tożsamość narodową zachowaliśmy po utracie niepodległości w końcu XVIII
wieku, dzięki temu, że zaborca nie miał dostępu do polskiego domu, który
przekazywał tradycję narodową z pokolenia na pokolenie. Nie mieliśmy państwa,
własnych instytucji, partii politycznych, lecz dzięki kulturze przeżyliśmy
jako naród. Dziś mamy sytuację zgoła odwrotną: mamy (formalnie) państwo,
możemy mieć "polskie" (z nazwy) fabryki, banki, ziemię itd., ale "nie będzie
ludzi, którzy mają poczucie więzi z polskością, z całym dziedzictwem" -
ostrzega, jakże słusznie, Autor. Polska - kontynuuje - została pozbawiona
przez Gestapo, NKWD i UB rodzimych elit, zakorzenionych w polskiej, a zarazem
łacińskiej i chrześcijańskiej kulturze. Obecna zaś "elita" została wychowana
bez moralnego kręgosłupa i bez związku z cywilizacją, w jakiej wyrastał
nasz kraj przez tysiąc lat. Z czego wynika wniosek: "I nie zmieni się dopóty,
dopóki nie pojmiemy, że Polsce potrzeba nie tyle politycznych przetasowań,
co powiązania zerwanych przez naszych wrogów nici. Nie obędzie się to bez
żmudnego a cichego wysiłku pracy intelektualnej, budowania i organizowania
środowisk, których nie jednoczy tylko doraźny cel polityczny, np. zwycięstwo
w wyborach, a chęć wspólnotowego odkrywania i przyswajania treści, które
przesądziły o naszym bycie narodowym, a które z premedytacją zostały usunięte
ze świadomości społecznej.
To kluczowa i najobszerniejsza część książki, w której Arkadiusz
Robaczewski proponuje, a właściwe domaga się od sił narodowo-patriotycznych
zejścia z pola walki wyznaczonej przez wroga - bieżącej gry politycznej,
miast tego podjęcia pracy gigantycznej, acz nieefektownej - odbudowania
naszej tożsamości narodowej opartej na cywilizacji łacińsko-chrześcijańskiej,
a tym samym przywrócenia naszemu krajowi elit rzeczywiście polskich. To
wyzwanie rzucone wszystkim graczom "prawicowym", obiecującym co cztery
lata rodakom, że "jeśli wygramy, toÉ". No właśnie, to nic się nie zmieni.
To wyzwanie rzucone lenistwu intelektualnemu i chciejstwu wielu polityków
i politykierów. To wyzwanie rzucone tym, którzy za patriotyzm uważają obchodzenie
świąt i rocznic narodowych, z reguły klęsk narodowych. To wezwanie do pracy
na co najmniej pokolenie. To sięgnięcie przez Autora do najistotniejszej
przyczyny klęsk, jakich doświadczamy po rzekomym odzyskaniu niepodległości
w 1989 r. To przypomnienie o naszych najgłębszych korzeniach. To wreszcie
przywrócenie do naszej świadomości triady - prawda, dobro, piękno, bez
przyswojenia czego nie ma ani pełni człowieczeństwa, ani pełni polskości.
I za to winniśmy mu wdzięczność.
Zacznijmy od szkół
Nie tylko za to, bo inne wątki i części książki są równie istotne.
Więc, z braku miejsca, tylko słów kilka o kwestiach wychowania i edukacji,
współczesnym Kościele katolickim oraz - jedynym temacie bieżącym, acz bardzo
ważnym - Radiu Maryja i ojcu Rydzyku.
"Reformując szkołę, można zreformować wszystkie inne dziedziny
życia" - uważa Robaczewski. Sprzeciwia się sprowadzeniu funkcji szkoły
do przygotowania rzesz specjalistów, bez trudu odnajdujących się na międzynarodowych
rynkach pracy, lecz pozbawionych zupełnie wrażliwości na rzeczy piękne
(apeirokalii). Nie ma bowiem prawdziwej inteligencji, jeśli nie zna ona
najlepszych dzieł polskiej i światowej kultury. Bez tego bowiem nie będzie
świadoma swojej godności oraz celów, ku którym ma dążyć. Inaczej będzie
podatna na moralne manipulacje oraz rozpowszechnioną wulgarność. Zwraca
też uwagę na rolę wychowawczą nauczania języka i gramatyki, podczas gdy
dziś panuje przyzwolenie na bylejakość językową. Przypomina w największym
skrócie kryzys szkoły, gdy została ona zawłaszczona przez państwo. Warto
nadto skupić się na jego uwagach o uniwersytetach, które - o czym zapomniano
kompletnie - powinny "oddawać się sprawom ważnym, choć odległym od zwyczajnych
trosk" oraz służyć powinny "umiłowaniu prawdy dla niej samej". Proste?
Proste! Słuszne? Słuszne! Tylko jakże odległe od uniwersytetów współczesnych.
Przypomina Robaczewski słowa Wielkiego Prymasa Wyszyńskiego: "Współczesnemu
światu potrzeba mądrości kontemplacji, jeśli ma się uratować, a nie zginąć
w szumie liści sezonowych mądrości". A z kolei - tu za Allanem Boomem -
"istnienie tego typu człowieka, teoretyka, jest w demokracji najbardziej
zagrożone i należy go mężnie bronić, aby ludzkość nie uległa straszliwemu
wyjałowieniu". Tymczasem klasa intelektualistów "wciąż praktykuje odcinanie
się od gleby É filozoficznej Grecji, prawniczego Rzymu, przesycona deszczem
Chrześcijaństwa", a jest ona zastępowana - dodaje Robaczewski - "twardym
betonem współczesnych przesądów o tolerancji, otwartości, społecznej czy
politycznej poprawności". Przestudiujmy uważnie
rozdział "Człowiek i wychowanie", gdzie Autor przypomina główne myśli o.
Jacka Woronieckiego, w tym cel naczelny - wychowanie do doskonałości. Chce
przywrócić pedagogice antropologię filozoficzną. Wszystkie trzy główne
nurty pedagogiczne (relatywistyczny, marksistowski i progresywistyczny)
są bowiem oparte raczej na psychologii niż antropologii i nie mówią nic
expressis verbis o istocie człowieka. Niestety, stanowisko pedagogiki katolickiej
jest przesiąknięte tymi nurtami.
Znaczenie mszy trydenckiej Autor to głęboko
wierzący katolik, a jego wiara jest równie głęboko podbudowana intelektualnie.
Ma jednak dwie niemodne cechy: odwagę i przywiązanie do Tradycji. Toteż
naraziwszy się politycznym "poprawniakom" w rozważaniach poprzednich, rozdziałem
"Kościół i Tradycja" z pewnością narazi się dominującemu (miejmy nadzieję
już niedługo) nurtowi w Kościele. Stanowisko Robaczewskiego jest w tych
sprawach nieugięte. Nade wszystko broni on Mszy Wszech Czasów. Zwraca uwagę,
że zwolenników liturgii trydenckiej traktuje się jako zagrożenie dla Kościoła,
w efekcie czego "mamy pełne zrozumienie i stałe zielone światło dla rozmaitych
liturgicznych udziwnień i ekstrawagancjiÉ". Autor przytacza opinie na ten
temat wyrażone w autobiografii ks. kard. Józefa Ratzingera, dziś papieża
Benedykta XVI, a m.in.: "Wspólnota, która ogłasza nagle jako ściśle zabronione
to, co dotąd było dla niej czymś najświętszymi, najwznioślejszym É sama
stawia się pod znakiem zapytania. Jak można jej jeszcze wierzyć? Czy jutro
nie zakaże ona tego, co dzisiaj nakazuje? (É) Z pewnością znaleźliśmy się
na złej drodze". Cierpka też jest minianaliza Soboru Watykańskiego II oraz
jego opłakanych skutków. Tu jednak Robaczewski ma do dyspozycji cały szereg
niekwestionowanych autorytetów kościelnych, z Benedyktem XVI włącznie.
Z pasją (ach, ten brak nowoczesności Autora!) udowadnia konieczność przyjmowania
Komunii św. na klęczkach.
A teraz Robaczewski jako obrazoburca: "Dziś, zwłaszcza w Polsce,
w czasie rozmów z księżmi i świeckimi aktywnymi uczestnikami życia Kościoła
można odnieść wrażenie, jakby jedynymi następcami św. Piotra byli Jan XXIII,
Paweł VI, a swój szczyt papiestwo osiągnęło w Osobie Jana Pawła II". Podobnie,
pisze Autor, sprawa wygląda z nauczaniem społecznym Kościoła. Choć nie
podważa on znaczenia pontyfikatu Jana Pawła II, to jednak "czynienie z
Jego nauczania jedynego punktu odniesienia (a tak wielu czyni) jest z pewnością
błędem". Przypomina, iż mimo ogłaszanych przez czołowe media światowe i
polskie terminów beatyfikacji, proces beatyfikacyjny będzie się odbywał
według zwykłych procedur, co już zadecydowała Kongregacja ds. Kultu Świętych.
Autor dzieli się następującym spostrzeżeniem: "Wiem, że przed ?naszym wielkim
Rodakiem= Kościół istniał 2000 lat, że było dwustu sześćdziesięciu trzech,
lepszych i gorszych, powołanych jednak do władania Kościołem przez Ducha
Świętego, papieży. Niektórzy z nich są świętymi, niektórzy odcisnęli silne,
dobre piętno przez swoje nauczanie i postawy. I chciałbym też wiedzieć,
czy ekumenizmu uczyć się z ?Mortalium animos= Piusa XI czy ze spotkania
z Asyżu, które inspirował ?nasz wielki Rodak=. Któryś z nich był w błędzie".
Robaczewski entuzjastycznie i z nadzieją wita "Motu Proprio Summorum
Pontificum" Benedykta XVI, zezwalającej na sprawowanie Mszy św. w rycie
trydenckim bez wymaganej dotąd specjalnej zgody biskupa. To nie dar dla
grupki hobbystów, ale dar dla całego Kościoła - stwierdza stanowczo Autor.
Toteż, zgodnie ze swoimi poglądami, wiele pisze o swej nadziei związanej
z ruchem tworzonym przez ludzi inteligentnych i młodych wokół miejsc, gdzie
odprawiana jest Msza Wszech Czasów. "Idzie nowych ludzi plemię" - woła
Robaczewski. Z obawą jednak odnotowuje rebelię biskupów przeciwko Ojcu
Świętemu, którzy bądź to próbują umniejszyć wagę "Summorum Pontificum",
bądź dokonują jej wykładni, tak jakby nic się nie zmieniło, ergo wbrew
duchowi tego dokumentu, co uczynił Episkopat Polski.
Te partie książki uwidaczniają inne cechy Autora. Jest pobożny
bez dewocji, cytuje często dokumenty i osobistości Kościoła, ale nie zasłania
się nimi, wyrażając z otwartą przyłbicą swoje oceny i poglądy. Ceni wysoko
Jana Pawła II, lecz wyraźnie dystansuje się od często bałwochwalczego kultu
Jego Osoby. Ma wreszcie odwagę przeciwstawić się obiegowym i płytkim opiniom.
Dla wielu Czytelników również i te rozdziały dostarczą ugruntowanej, a
jakże zapoznanej obecnie wiedzy.
O Radiu sine ira et studio
Był Robaczewski ongiś współpracownikiem Radia Maryja, dziś nim
nie jest. Co nie oznacza, by zatracił miarę w ocenie tej rozgłośni. Sprzeciwia
się bieżącemu zaangażowania Radia w bieżącą politykę, bynajmniej jednak
nie z pięknoduchostwa. Jego krytyka wiąże się z wykorzystywaniem Radia
przez polityków, którzy nie chcą wprowadzać ładu chrześcijańskiego w życie
społeczne lub elementy tego ładu traktują wybiórczo. Z drugiej strony oświadcza:
"W wojnie cywilizacyjnej, która toczy się, staję po stronie Radia Maryja",
bo "Radio Maryja w tym świecie rozmycia mówi głosem wyraźnym". Z oburzeniem
pisze o sojuszu niektórych hierarchów czy instytucji kościelnych "z mediami
i innymi ośrodkami, które ewidentnie szydzą z tego, co święte, wypaczają
naukę Kościoła, niszczą w umysłach i duszach pragnienie dobra, lekceważą
tradycję i wiarę. Sojusz we wrogości, całkiem już irracjonalnej, wobec
osoby o. Tadeusza Rydzyka doprawdy budzi niepokój. Tym bardziej że te same
osoby milczą wobec propagandy homoseksualizmu, wypowiadają się niejasno
wobec podnoszącego głowy lobby aborcyjnemu, nigdy nie piętnują wszechobecnej
pornografii. Tak, jakby zatracili ewangeliczny entuzjazm. Nie głoszenie
Chrystusa, tylko usunięcie Ojca Dyrektora zdaje się być ich głównym celem".
Pokrótce rozprawia się z zarzutami, jakie spotykają same Radio,
jak i jego twórcę. Wystawia też o. Rydzykowi elegancką laurkę: "Czy Radio
Maryja może pełnić swą dobroczynną funkcję bez Ojca Tadeusza? Pewne epokowe
wydarzenia, owoce czyjejś pracy nazywa się od imienia ich twórców. (É)
Tak samo jest z Radiem Maryja - gdyby nie nosiło ono Imienia Bożej Rodzicielki
- trzeba by je nazwać imieniem jego twórcy".
O większy dowód uznania doprawdy trudno.
"Tak - tak, nie - nie"
Arkadiusz Robaczewski w całej książce stosuje ewangeliczne "tak
- tak, nie - nie". Nie znajdziesz tam, Czytelniku, "z drugiej strony",
"ale jednak", wezwań do "kompromisu", "wyjścia naprzeciw", "pojednania".
Znajdziesz natomiast głos patrioty bez narodowej tromtadracji i katolika
bez bigoterii, który ośmiela się nazywać rzeczy po imieniu. Znajdziesz
trudną, ale jednak nadzieję - "contra spem spero". Oby ta książka trafiła
pod strzechy willi polityków "prawicowych". Czego Autorowi i Sprawie o
którą walczy, życzę.
Zbigniew Lipiński
--------------------------------------------------
*Arkadiusz Robaczewski: "Przeciw beznadziei", Wydawnictwo POLWEN,
Radom 2008, s. 184.
Książkę można zamawiać u autora, wpłacając 24 zł + 3 zł koszty
wysyłki: Arkadiusz Robaczewski, nr konta: 50 1020 5558 1111 1105 4640 0036,
Nr 33-34 (17-24.08.2008)
GONIEC NR 33/2008
JAK MOŻEMY POMÓC GRUZJI?
Niezależnie od oceny konfliktu gruzińsko-osetyńskiego oraz roli
i charakteru prezydenta Gruzji Saakaszwilego, któremu do demokratycznych
przywódców jest równie daleko jak Łukaszence, trzeba jasno powiedzieć,
iż w interesie Polski jest bezwarunkowe poparcie Gruzji.
Jeśli Rosja wygra w tym konflikcie i usunie Saakaszwilego, to
potwierdzi swoje prawo do strefy wpływów na Kaukazie Południowym i zamknie
korytarz energetyczny z prowadzący z Azerbejdżanu i Azji środkowej przez
Gruzję do Europy oraz uniemożliwi rozszerzenie NATO na Kaukaz.
Największym zagrożeniem dla naszej niepodległości jest polityka
rosyjska dążąca do przekształcenia Polski za pomocą tutejszej potężnej
agentury i prorosyjskiego lobby w swoją strefą wpływów w granicach Unii
Europejskiej. Dlatego, Rosja wzmocniona połknięciem Gruzji, przystąpi do
działań ofensywnych na Zachodzie, czyli przeciwko państwom bałtyckim, Ukrainie
i Polsce. Kto zatem nie chce solidaryzować się z Gruzją, jedynie przyspiesza
przywrócenie pełnej zależności Polski od Rosji.
Jak możemy pomóc Gruzji?
1. Przede wszystkim nie uprawiać prorosyjskiej propagandy. Wybuch
wojny rosyjsko-gruzińskiej zmobilizował rosyjską agenturę wpływu w Polsce.
W mediach zaroiło się od ekspertów i artykułów wzywających do niepopierania
Gruzinów. Dowiadujemy się, że sytuacja jest skomplikowana, jakby jakaś
inna taką nie była, i słyszymy inne pokrętne tłumaczenia, które mają na
celu izolowanie Gruzji walczącej z Rosją. Każdego, kto głosi, iż trzeba
Gruzję zostawić samą, bez znaczenia z jakim tłumaczeniem, należy traktować
jak rosyjskiego agenta wpływu. Uprawianie rosyjskiej propagandy polskimi
rękami czy raczej ustami, to już zbyt duży szczyt głupoty i tchórzostwa
nawet jak na dobrowolnie zwasalizowany Priwislanskij kraj.
2. Prezydent powinien podjąć sprawę Gruzji na forum międzynarodowym
oraz spróbować zmontować dyplomatyczny sojusz regionalny państw zagrożonych
przez Rosję, w obronie Gruzji. Na premiera nie ma co liczyć, ponieważ będzie
zajęty grą w piłkę, a poza tym Putin mógłby się pogniewać, a wszyscy wiemy,
iż zadowolenie Rosji jest najważniejszą troską PO.
3. Wojna zawsze wymaga pomocy medycznej, zarówno sprzętu jak
i lekarstw i środków opatrunkowych. Poza tym nasze szpitale mogłyby przyjąć
ciężej rannych, którym potrzebna będzie skomplikowana pomoc medyczna. Można
też na miejsce wysłać personel medyczny na ochotnika, jeśli oczywiście
Polacy nie zapomnieli, kim są, i nie zamienili się w zsowietyzowaną masę
drżącą ze strachu, że Putin się skrzywi i co to będzie.
Józef Darski
Wielka prowokacja w Osetii
W nocy z 7 na 8 sierpnia doszło do ataku armii gruzińskiej na
republikę separatystyczną Osetii Płd. Oficjalnym powodem podjęcia ataku
jest chęć przywrócenia kontroli państwowej Gruzji nad terytorium tej republikiÉ.
Przyjrzyjmy się na gorąco temu konfliktowi. O co toczy się gra?
Osetia Płd. ma powierzchnię 3900 km2 (tyle co powierzchnia małych województw
skierniewickiego lub chełmskiego w latach 75-99) i liczy sobie 70 tys.
mieszkańców (tyle co Pabianice). 25 czerwca 1992 r. przywódcy Gruzji i
Federacji Rosyjskiej, Eduard Szewardnadze i Borys Jelcyn podpisali w Dagomysie
porozumienie o zawieszeniu broni. W grudniu 2000 r. Rosja i Gruzja podpisują
porozumienie o odbudowie gospodarczej w strefie konfliktu. Od czasu objęcia
władzy przez sterowanego przez USA Michaiła Saakaszwilego Gruzja próbuje
odzyskać kontrolę nad republiką. Tyle w telegraficznym skrócie.
Bezpośrednia odpowiedzialność Gruzji i prezydenta Saakaszwilego
za eskalację konfliktu jest oczywista. Scenariusz został doskonale przygotowany,
okoliczności zewnętrzne (rozpoczęcie olimpiady w Pekinie) wymarzone. Oto,
7 sierpnia w czwartek agencje podały informację o zaproponowaniu przez
Saakaszwilego władzom Osetii Płd. natychmiastowego przerwania walk i rozpoczęcia
negocjacji. "Gruzja i jej separatystyczna republika - Osetia Południowa
porozumiały się w sprawie zawieszenia broni obowiązującego do czasu rozmów,
w których mediatorem będzie Rosja" - poinformowała w czwartek agencja Reutera,
powołując się na Interfax. Do spotkania negocjatorów miało dojść w piątek,
8 sierpnia. TymczasemÉ Gruzja w nocy z czwartku na piątek podejmuje ofensywę
na Osetię. Po początkowych sukcesach (mówi się o zdobyciu stolicy regionu
Cchinwali) następuje kontrakcja Osetyńców wspieranych przez obecne w republice
rosyjskie siły pokojowe. Wojska gruzińskie odstępują od miasta, niszcząc
je wcześniej w znacznym stopniu - władze republiki twierdzą, że jest 1400
ofiar. W międzyczasie, kiedy niepowodzenie akcji gruzińskiej zaczyna stawać
się oczywiste, Saakaszwili ogłasza światu, że "Rosja zaatakowała Gruzję"!!!
Oświadczeniu temu towarzyszą działania, czy też zapowiedzi działań mających
sprawić wrażenie zagrożenia suwerenności Gruzji ze strony Rosji, a mianowicie
zapowiedź powszechnej mobilizacji oraz wprowadzenia stanu wyjątkowego na
terenie Gruzji. Niezawodne media zachodnie podejmują temat w jednoznacznym
tonie. "Rosyjskie siły walczą z Gruzinami" obwieszcza BBC. Odzywają się
obrońcy integralności Gruzji - Condoleezza Rice i John McCain. W Polsce
na razie dość cicho, poza całkiem sensownymi wypowiedziami ekspertów w
TV Info (znajdowali się pod silną presją dziennikarki prowadzącej, której
wiedza o świecie sprowadza się do powtarzania mantry o zagrożeniu rosyjskim).
Premier Tusk wypowiedział się dyplomatycznie (czeka prawdopodobnie na reakcję
UE), minister Sikorski trochę mniej (można powiedzieć - w duchu "Washington
Post", gdzie w radzie wydawniczej zasiada jego żona Anne Applebaum), zaś
ośrodek prezydencki, znany z wyrażania ostatnio wielkiej, gwałtownej miłości
do Gruzji (w duchu zdecydowanie neokonserwatywnym) na razie milczy. Na
tym kierunku możemy się jednak spodziewać oświadczeń tyle górnolotnych,
co grożących niebezpieczeństwem uwikłania Polski w niepolską awanturę.
Miało też miejsce prywatne wystąpienie Ryszarda Czarneckiego, rusofobiczne
i naznaczone najgorszymi polskimi tradycjami prowadzenia polityki irracjonalnej
w interesie obcych ("Nie zostawiajmy Gruzji samej" - rzec można, nie zostawiaj,
panie Czarnecki, droga wolna, ale Polskę zostaw w spokoju).
Czemu to wszystko służy? Okoliczności konfliktu wskazują, bez
najmniejszych wątpliwości, na zewnętrzną inspirację działań Saakaszwilego.
Tym zewnętrznym inspiratorem jest, rzecz prosta, neokonserwatywny rząd
USA. Intryga obliczona jest na sprowokowanie Rosji do wkroczenia do Gruzji
właściwej (tzn. poza Osetię Płd.). Wtedy świat otrzyma nie tylko obraz
Rosji-agresora (czym utwierdzi się po raz kolejny tzw. opinię publiczną
w dawno narzuconym stereotypie), ale konkretnie USA otrzymają pretekst,
swego rodzaju antycypowane usprawiedliwienie, do ewentualnego ataku na
Iran czy Syrię, a może nawet Wenezuelę. Niektórzy rosyjscy dyskutanci obecnego
konfliktu sugerują jeszcze dodatkowy aspekt sprawy, a mianowicie, że USA
wykorzystają sytuację do wymuszenia na Rosji zgody na członkostwo Ukrainy
w NATO w zamian za pokój na Zakaukaziu. Wydaje się, że to bardzo prawdopodobne
wyjaśnienie. Zwłaszcza wobec wystąpień neokonserwatywnego, agresywnego
jastrzębia McCaina (Bush jest ostatnio wyraźnie "wygaszany"), który zdążył
już grozić Rosji w związku z tarczą antyrakietową, zapowiada jej wyrzucenie
z G-8, a także, w marcu br., otwarcie poparł przywrócenie władzy Gruzji
nad Osetią. Nie na darmo jest bliskim przyjacielem Billa Kristola. To wszystko
zapowiada kontynuację polityki neokonserwatywnej w wersji "hard" w razie
zwycięstwa ich kandydata w wyborach w USA . Celem dalekosiężnym tej polityki,
powtórzmy to po raz kolejny, jest rozczłonkowanie Rosji.
Truizmem będzie to, co należy powiedzieć o stanowisku, jakie
powinna zająć Polska w tym konflikcie - to nie nasza sprawa, nie naszą
sprawą są bliższe i dalsze plany neokonserwatystów wobec Rosji. Naszą sprawą
i naszą racją jest pokojowe współistnienie ze wschodnimi sąsiadami i posiadanie
jak najlepszych stosunków z najsilniejszym z nich, czyli Rosją, czy to
się komuś podoba, czy nie. Na ile polskie ośrodki władzy (ośrodki, gdyż
dualizm polityki zagranicznej jest dzisiaj oczywisty) to rozumieją, przekonamy
się w najbliższych dniach. Dotychczasowe doświadczenia nie nastrajają jednak
optymistycznie.
Adam Śmiech
www.jednodniowka.pl
Tłumaczenie listu wysłanego przez Klub Dyskusyjny do Kongresu
USA ws. roszczeń żydowskich
Zachęcamy polonusów do wysyłania podobnych listów do amerykańskich
oficjeli lub do ambasad i konsulatów USA na całym świecie.
Szanowni Kongresmani
11 czerwca 2008 r. w czasie 2. Sesji 110. Kongresu Stanów Zjednoczonych,
Komisja ds. Stosunków Zagranicznych Izby Reprezentantów przegłosowała projekt
Rezolucji nr 371, która z całej mocy popiera natychmiastową restytucję
lub rekompensatę własności nielegalnie skonfiskowanej w ubiegłym wieku
przez reżimy nazistowski i komunistyczny. Rezolucja potwierdza, że nielegalna
konfiskata własności była integralną częścią prześladowania niewinnych
ludzi przez reżim nazistowski i komunistyczny i wzywa do natychmiastowego
i sprawiedliwego zwrotu lub rekompensaty ofiarom lub ich potomstwu. Według
rezolucji, niektóre kraje europejskie już się zgodziły na zwrot lub sprawiedliwą
rekompensatę za własność przejętą na cele publiczne. Rezolucja wzywa obecne
rządy Polski i Litwy, aby zwróciły lub zrekompensowały własność ofiar bezprawnie
skonfiskowaną przez poprzednie reżimy nazistowski i komunistyczny.
Jakkolwiek, generalnie zgadzamy się z tym, że bezprawnie skonfiskowana
własność powinna być zrekompensowana lub nawet zwrócona ofiarom, to nie
możemy zaakceptować faktu interwencji obcego państwa w wewnętrzne sprawy
innego państwa i jego władz. Nie sądzę, aby Kongres oraz rząd Stanów Zjednoczonych
były zadowolone, gdyby np. Polska i Litwa uchwaliły rezolucję lub prawo,
wzywające USA do wypłacenia natychmiastowej rekompensaty społeczności indiańskiej
lub afro-amerykańskiej lub żądające zwrotu skonfiskowanej im własności.
To nie jest sprawa Polski lub Litwy i to samo odnosi się do Stanów Zjednoczonych
w sprawie interwencji w wewnętrzne sprawy innych państw. Uważamy, że rezolucja
ta jest nie tylko niewłaściwa, ale została również sformułowana według
podwójnych standardów moralnych i wzywamy kongresmanów, którzy ją sponsorowali,
aby jak najszybciej ją wycofali z Kongresu oraz przeprosili Polskę i Litwę
za niewłaściwą interwencję w wewnętrzne sprawy tych państw.
Poza tym, chcielibyśmy zwrócić uwagę na przekręcanie historycznych
faktów w rezolucji. Należy przypomnieć, że Polska (a później również Litwa
i wiele innych państw wschodnioeuropejskich) została najechana przez nazistowskie
Niemcy oraz komunistyczną Rosję w 1939 r. Polska i inne kraje wschodnioeuropejskie
były okupowane przez nazistowskie Niemcy oraz Związek Sowiecki w latach
1939-1990.
Dopiero niedawno państwa te odzyskały "wolność i niepodległość".
W rzeczywistości, rządy państw wschodnioeuropejskich nie mogły prowadzić
niezależnej polityki wewnętrznej lub zagranicznej. Wszystkie decyzje oraz
uchwały (również te dotyczące praw własności, konfiskaty lub przejęcia
na cele publiczne, sprawiedliwe lub niesprawiedliwe) były podejmowane przez
władze komunistyczne w Związku Sowieckim lub nazistowskie w Niemczech.
Polska i inne kraje wschodnioeuropejskie nie miały właściwie swoich "rządów",
które podejmowałyby niezależne decyzje (poza rządami na emigracji).
Innym faktem historycznym, pominiętym w rezolucji, jest udzielanie
przez Stany Zjednoczone moralnego i finansowego wsparcia, zarówno reżimowi
nazistowskiemu, jak i władzom komunistycznym w ZSRS i innych państwach
wschodniej Europy w postaci kredytów i darowizn. To Stany Zjednoczone,
Wielka Brytania, Francja i ZSRS zdradziły państwa wschodnioeuropejskie,
oddając je we władanie Związku Sowieckiego na konferencji w Jałcie i Poczdamie
w 1945 r. Tak więc, to ktoś inny jest odpowiedzialny za przestępstwa dokonane
w tym okresie oraz za zwrot mienia lub rekompensaty.
Interwencja w wewnętrzne sprawy Polski (i Litwy) jest niewłaściwym,
nieodpowiedzialnym krokiem ze strony Kongresu Stanów Zjednoczonych. Uważamy,
że rezolucję należy wycofać, oraz domagamy się przeproszenia Polski (i
Litwy) za niepożądaną interwencję.
POLSKI PATRIOTYCZNY KLUB DYSKUSYJNY W Nowym Jorku
GONIEC NR 32/2008
Dot.: MUZEUM HOLOKAUSTU W DALLAS, TEKSAS.
1. Konsulat Generalny w Los Angeles, Kalifornia, mgr Paulina
Kapuścińska, Konsul Generalny,
2. Instytut Pamięci Narodowej, p. Janusz Kurtyka, prezes,
3. Kongres Polonii Amerykańskiej, p. Ludwik Wnękowicz, wiceprezes
ds. polskich,
4. Kongres Polonii Amerykańskiej, p. Wallace Zieliński, sekretarz.
W dniu 15 lutego 2008 w czasie turystycznej i biznesowej wizyty
w Teksasie, a konkretnie w Dallas, odwiedziłem John F. Kennedy , The Six
Floor Museum at Dealey Plaza. Naprzeciw lub obok muzeum JFK, budynku
znanego w 1963 r. jako Texas School Book Depository, mieści się kilka innych
muzeów, między innymi DALLAS HOLOCAUST MUSEUM, przy 211 N.
Record Street, Suite 100, Dallas, TX 75202-3361. Nazwisko Executive
Director: ELLIOTT DLIN, toll free tel. no: 888-620-9933, fax (214) 741-7510
, e-mail: edlin@dallasholocaustmuseum.org. To tyle informacji, wstąpiłem
tam po prostu z ciekawości. Nie jest to duże muzeum, lokalizacja w piwnicznej
(basement) części większego budynku . W pierwszych dwóch pomieszczeniach
dość profesjonalnie przedstawiono dokumenty, zdjęcia, obiektywne komentarze
odnośnie do zagłady. Względnie dobrze ukazano źródła historyczne
z konferencji uchodźców żydowskich z okupowanej Europy, która odbyła
się 14 kwietnia 1943 na Bermudach i na której to konferencji organizacje
żydowskie usłyszały od rządów alianckich: główny cel to wygranie
wojny z Niemcami hitlerowskimi, proszę się nie wtrącać do metod prowadzenia
wojny. Nawet potajemne z tego okresu inicjatywy Węgier, Rumunii i
Bułgarii, by wywieźć Żydów z tamtych krajów autobusami, przez Turcję, na
Bliski Wschód, zostały przez rząd brytyjski zablokowaneÉ Dość dobrze,
w formie wycinków prasowych, jest pokazana odmowa rządów Kuby, USA i Kanady
na emigrację Żydów z Niemiec przed wybuchem wojnyÉ Czyli informacje w dwóch
pierwszych pomieszczeniach serwowane teksańskiemu odbiorcy są w miarę obiektywne
i rzetelne.
Natomiast w trzecim pomieszczeniu wygląda to inaczej, jest to
mała sala kinowa, gdzie odtwarzane są opowieści ocalałych z holokaustu
Żydów, obywateli Teksasu, ale bez podawania nazwisk i wieku. Sądząc
po fryzurach i ubiorze, materiał był kręcony w latach 90., wielu tych ludzi
płakało w czasie wspomnień. Ale wielu innych, tak na oko, było około
czterdziestu paru lat. Ale nie to jest najważniejsze. Jeden z takich panów,
względnie młody obywatel Teksasu, opowiadający w sposób dość wesoły, że
został cudem ocalony w Polsce od holokaustu (nie mówi przez kogo
uratowany), no więc ten pan oświadcza, że w czasie wojny w Polsce, za wydanie
jednego Żyda Niemcom, Polacy otrzymywali butelkę wódki i funt
cukru i on, ten pan, to widział, i że wielu, wielu Polaków otrzymało
od Niemców wiele butelek wódki i wiele funtów cukru ("many, many Poles
have received from Germans many bottles of vodka and many pounds
of sugar"). Byłem świadkiem tej filmowej relacji dokładnie w dniu 15 lutego
2008.
Dallas nie jest popularnym miejscem odwiedzanym przez Polaków,
wolą oni inne atrakcyjne miejsca południa USA, tak że nie wiem, czy ktoś
jeszcze z rodaków tę, co najmniej dziwną, relację wyłapał.
Relacja dziwna choćby z tego tylko powodu, że Niemcy nigdy
nie posługiwali się brytyjskim systemem wag, czyli funtami,
a europejskim, czyli kilogramami. Normalna procedura jest taka, że Muzeum
Holokaustu w Dallas, Teksas, powinno się zwrócić do uprawnionych
polskich instytucji, takich jak prokuratura czy IPN, o przesłuchanie
tego świadka, będącego zresztą w świetnej kondycji fizycznej. Chyba że
chodzi o serwowanie pewnych opowieści Teksańczykom, a zwłaszcza teksańskiej
młodzieży , które to opowieści nie mają z prawdą historyczną nic wspólnego.
Żaden z teksańskich Żydów, przedstawianych jako ocaleni z holokaustu, ani
się nie zająknął o pomocy Polaków w ich ratowaniu ani także o karze śmierci,
obowiązującej w okupowanej Polsce za ratowanie Żydów, jak i o egzekucjach
Polaków takiej pomocy udzielających, a to bardzo podważa wiarygodność tych
świadków, jak i całej prezentacji.
Z poważaniem
mgr inż. Andrzej T. Chronowski, Mississauga, Ontario
Czy warto opublikować o pytanie?
Czy przyszedł czas sprawiedliwości i kary dla zdrajców, którzy
służyli Moskwie, gdy NKWD wywoziło na Syberię i mordowało kwiat polskiego
narodu?
Myśl ta wraca do mnie od czasu do czasu, a kilka tygodni temu
rozmawiałem z grupą ludzi o byłym prezydencie Kwaśniewskim i generale Jaruzelskim.
Powiedziałem, że w moich oczach i oczach milionów Polaków ci ludzie są
zdrajcami polskiego narodu, dlatego że kiedy byli głowami PRL-u (Polskiej
Republiki Ludowej), służyli Moskwie i byli "moskiewskimi nadzorcami niewoli
narodu polskiego". Na tym spotkaniu nazwałem byłego prezydenta Kwaśniewskiego
i generała Jaruzelskiego zbrodniarzami. Ale, gdy tylko wymówiłem te słowa,
byłem zaskoczony "wybuchową" reakcją paru osób oburzonych moim powiedzeniem,
które pytały mnie: "Jakie oni popełnili zbrodnie?".
Próbowałem im wytłumaczyć, że służba tych ludzi dla rosyjskiego
komunizmu po katyńskim mordzie kwiatu polskiego narodu i po strasznej śmierci
polskich kobiet, dzieci i starców na Syberii, gdzie przez mróz i głód zginęło
setki tysięcy Polaków wywiezionych tam z Kresów Wschodnich, że to było
straszną zbrodnią.
Do dnia dzisiejszego jestem absolutnie przekonany, że każdy normalny
Polak uważa te gigantyczne masakry za niewybaczalną zbrodnię i nie wyobrażam
sobie, jak to można wytłumaczyć inaczej. Ale, na tym spotkaniu ze
znajomymi, normalna dalsza dyskusja na ten temat nie byłaby możliwa, dlatego
też postanowiłem wytłumaczyć to pisemnie. Piszę to z nadzieją, że może
inni czytelnicy "Gońca" zareaguję i napiszą coś na ten temat.
Jestem pewny, że Kwaśniewski i Jaruzelski dobrze i od dawna wiedzieli
o tych komunistycznych zbrodniach, i to im nie przeszkadzało służyć Moskwie.
Dzisiaj po wielu latach zdradzania polskiego narodu, ci zdrajcy mieszkają
w demokratycznym państwie, Polska ich karmi i nikt ich do niczego
nie zmusza. Ale oni dalej służą wrogom polskiego narodu, czego przykładem
jest to, że Kwaśniewski ubliża narodowi polskiemu w niemieckiej prasie.
A kiedykolwiek Putin, były pułkownik NKWD, kiwnie palcem, ci "Polacy" z
czapkami w ręku pędzą do Moskwy, by się spowiadać i by dostać instrukcje.
Mam ciekawe pytanie, czy ci zdrajcy pędzą tam dlatego, że Putin,
były wysoki oficer NKWD i ich woła? Czy też dlatego, że muszą tam gonić,
bo Putin za dużo wie o nich i tym ich kontroluje? My przecież wiemy, że
w Rosji i komunistycznej Polsce, NKWD i UB strachem kontrolowało masy ludzkie.
Tam nie było żadnego grożenia, bo przecież wszyscy wiedzieli, że nagła
śmierć nosi mundur NKWD albo UB.
Wszyscy dzisiaj wiemy, że do dzisiejszego dnia Putin nie przyznaje
się do katyńskiej zbrodni i nie chce mówić o śmierci Polaków na Syberii.
Nasza prawdziwa polska historia, nie ta pisana w Moskwie peerelowska, pokazuje
nam, że od setek lat Rosja była śmiertelnym wrogiem polskiego narodu.
Nie jest rzeczą możliwą nie wiedzieć dzisiaj nic o ruskich i
polskich komunistycznych zbrodniach, dlatego osoba polskiego pochodzenia,
która dalej sympatyzuje ze zdrajcami narodu polskiego, musi też być za
zdrajcę uważana.
Być może są jeszcze Polacy, którzy naprawdę nic nie wiedzą o
tych zdrajcach. W ich obronie można powiedzieć to, że w czasie PRL-u wiadomości
ze świata przed opublikowaniem w Polsce były "filtrowane" przez komunistów.
Może większość obywateli i nawet członków PZPR ("partyjnych" było około
11 proc. albo 1,1 na 10 prawdziwych obywateli Polski) nie wiedziało o tych
zbrodniach i nawet jest bardzo prawdopodobne, że do dzisiaj niektórzy myślą,
że to jest "zachodnia propaganda". Dla tych biedaków już nie ma lekarstwa,
bo ich umysły były poważnie uszkodzone w komunistycznej pralni mózgów.
Wracając do moich znajomych, mówili: "Ciebie tam nie było, a
więc ty nie wiesz, co mówisz", co jest też możliwe... Dlatego po tym spotkaniu
postanowiłem sprawdzić, co myśleli inni ludzie, i zadałem to pytanie dziesiątkom
znajomych weteranów i cywilom w Kanadzie i w Polsce. Większość z nich zgadzała
się z moim zdaniem, parę osób było niepewnych, ale nikt nie powiedział,
że to nie jest prawdą. Uzbrojony w te informacje, postanowiłem pisemnie
wytłumaczyć, dlaczego tak myślę i dlaczego ten temat wart jest dalszej
dyskusji i głębszego zrozumienia.
Pragnę przypomnieć naszym rodakom, że ta nasza, strasznie wymęczona
i bardzo kochana Polska tylko w XX stuleciu była parę razy rozdarta na
kawałki i okupowana przez naszych wrogów. W XX stuleciu Rosja carska już
zajmowała wschodnią część Polski, Niemcy zajmowali zachodnią, a Austriacy
i Węgrzy zajmowali południowo-zachodnią część.
Dopiero w 1918 roku, po 150 latach niewoli, Polska uzyskała wolność
dzięki temu, że nawet po tak długiej niewoli duch polski był silny, bo
nie było zdrajców, i dzięki marszałkowi Piłsudskiemu i jego Legionom.
Ale ta wolność trwała tylko 20 lat, do września 1939 r., do napaści Niemców
z zachodu, a ruskich komunistów ze wschodu; i ponownie Polska została podzielona
pomiędzy naszych starych wrogów. Warto wspomnieć, że Polska przetrwała
pod niemiecką okupacją ten okres, bo Niemcy nie znaleźli "zdrajców" między
nami.
Dopiero w 1944 r., gdy Ruscy wyparli Niemców i stworzyli nowy
"protektorat" w Polsce, który był podobny do francuskiej Vichy. Tylko Ruscy
byli mądrzejsi od Niemców i przywieźli ze sobą kompletny "polski" rząd.
Ta nowa władza była trenowana w Moskwie i była Moskwie służącą bandą zdrajców.
Z czasem nadzór nad Polakami zmieniał się, aż tę służbę wypełniali ludzie
pokroju Kwaśniewskiego czy też Jaruzelskiego.
Ci dwaj mieli jeden główny obowiązek, a było to pilnowanie narodu
polskiego, by nie pozbył się ruskich kajdan. Ci dwaj zdrajcy nie dopilnowali
za dobrze, bo te krwawe i potem osłabione ruskie kajdany spadły w 1990
r.
Anglicy mówią, że: "Things are seldom what they seem", co znaczy:
To, co widzimy, rzadko jest tym, co nam się wydaje. A w tej chwili, moi
koledzy, byli żołnierze AK i cywile w Polsce i Kanadzie mówią mi, że coś
dziwnego się dzieje w Polsce....
Wszyscy martwią się walką pomiędzy PiS i PO, dwoma głównymi
polskimi partiami politycznymi, dlatego że gdzie dwóch się bije, tam trzeci
korzysta.
Mówią mi też, że nowa polska "arystokracja", ci co ukradli polski
skarb narodowy, z ruskim poparciem, wzmacnia Putina "strefę wpływów" zachodnich,
która w tej chwili zajmuje całą Polskę. A jeden z tych kolegów powiedział:
"wygląda, że ten polski kocioł polityczny znowu zaczyna się gotować".
By osiągnąć ten cel, odepchnięci od żłobu przyjaciele Moskwy
zmieniali scenę w polskim politycznym "teatrze". To jest nowy kamuflaż,
poza którym scena jest zmieniana przez dzieci byłych sług Moskwy.
Według słownika polsko-angielskiego, słowo "zdrajca" znaczy:
"ten, kto przechodzi na stronę nieprzyjaciela". Innymi słowy, to
jest ten, kto zdradził swój naród i służy wrogowi. Prawie bez wyjątku,
wszędzie na świecie karą za zdradę narodu jest śmierć.
By było to absolutnie zrozumiałe, podaję dwa krótkie opisy klasycznych
przykładów zdrady narodowej popełnionej w czasie II wojny światowej.
Pierwszym z tych przykładów jest zdrada Francji przez marszałka
Philippe Petaina, bohatera pierwszej wojny światowej. Petain stworzył państwo
Vichy w południowo-wschodniej części Francji, która nie była pod niemiecką
okupacją. Petain był przedstawicielem państwa od 20 sierpnia 1942 roku
aż do alianckiej inwazji w 1944 r. Po inwazji, Niemcy zabrali Petaina do
Niemiec, gdzie Alianci go znaleźli po kapitulacji Wermachtu. W lipcu 1945
został skazany na śmierć przez rozstrzelanie za zdradę narodu francuskiego,
ale gen. de Gaulle zmienił to na dożywotnie więzienie.
Drugim klasycznym przykładem zdrajcy narodu był Vidkun Quisling,
oficer norweskiej armii, który po najeździe Niemców na Norwegię, w tym
samym okresie co Petain, "...przeszedł na stronę nieprzyjaciela". Quisling
nazwał się ministrem prezydentem Norwegii w czasie niemieckiej okupacji.
Ale po lądowaniu Aliantów we Francji, Niemcy uciekli z powrotem do Niemiec,
a Quisling został szybko skazany na śmierć za "high treason", co znaczy
"wysoką zdradę", i rozstrzelany. Do dzisiejszego dnia słowo "Quisling"
jest używane jako synonim zdrajcy.
Z bolącym sercem musimy przyznać, że PRL miała tysiące Quislingów,
którzy w pierwszym rzędzie są materialistami, a dopiero potem są komunistami.
Dzisiaj, na podstawie tego co wiemy o tych 50 latach ruskiej niewoli, widzimy,
że PRL była bardzo podobna do tych dwóch przykładów, francuskiego i norweskiego,
gdzie zdrajcy pomagali Niemcom stworzyć służące im "protektoraty".
To jest tylko spekulacja, ale niektórzy ludzie myślą, że jest
możliwe, że w tej chwili widzimy, jak pod naszym nosem zaczyna się budowa
"fundamentów" dla nowego PRL. Tym razem ten plan jest bardziej skomplikowany
i makiaweliczny, dlatego że teraz Polska może być użyta jako trojański
koń.
To stało się możliwe tylko po wejściu Polski do Unii Europejskiej,
bo wtedy Polska znalazła się strategicznie ulokowana wewnątrz Unii Europejskiej,
i do NATO.
Jeśli ta spekulacja jest nawet trochę bliska rzeczywistości,
to bez wątpienia ten plan został zrobiony za wiedzą naszych wschodnich
sąsiadów.
Jak powiedziałem wcześniej, to jest tylko spekulacja, ale zimno
mi się robi, tylko myśląc o potencjalnym niebezpieczeństwie dla Narodu
Polskiego i nawet dla całego cywilizowanego świata. Bo gdyby taki albo
podobny plan, co nie daj Boże, stał się rzeczywistością, to wtedy w
końcu naszym zdrajcom udałoby się zamordować Polskę i ducha polskiego narodu...
Niektórzy czytelnicy mogą powiedzieć: obraz, który malujesz,
jest tak straszny, że po prostu nie mamy wyjścia i natychmiast musimy robić
co tylko możliwe, żeby ten plan, o którym mówisz, jeśli on istnieje, nigdy
nie został zrealizowany. Ale mamy pytanie, czy masz albo widzisz jakieś
możliwe rozwiązanie?
Moja odpowiedź jest bardzo prosta: NKWD dało nam doskonały przykład,
i nie mówię o Katyniu. W 1940 r., mając 14 lat, na własne oczy widziałem,
jak NKWD bardzo szybko, prosto i efektywnie wypróżniło połowę Brześcia
nad Bugiem. Kolumny ruskich zisów, ciężarówek, setki mongolskich żołnierzy
i może z tuzin NKWD-owskich oprychów o świcie otaczało jeden albo dwa kwartały.
Mongołowie walili kolbami w drzwi i jacyś polscy komuniści, którzy byli
z nimi, krzyczeli, że ludzie mają tylko pół godziny, by zapakować jedzenie
i ubranie, ale tylko tyle, ile mogą unieść. Mongołowie popędzali naszych
ludzi kolbami karabinów i ładowali ich na ciężarówki. Potem wieźli ich
do pociągów towarowych, gdzie ich wpychali, aż wagony były pełne, i zamykali
drzwi.
Parę tygodni po wywiezieniu tysięcy Polaków przybyły pociągi
pełne białoruskich rodzin, z małymi torbami w rękach, które wprowadziły
się do pustych, kompletnie wyposażonych domów. Dzisiaj Brześć jest białoruskim
miastem, gdzie polska własność bezpowrotnie przepadła.
Ja proponuję zrobić to samo ze zdrajcami polskiego narodu i wysłać
ich pociągami towarowymi na Wschód, niech wezmą ze sobą tylko ubranie i
jedzenie i tylko to, co mogą sami unieść.
Bohdan Prażmowski
Toronto, 1 sierpnia 2008
GONIEC NR 31/2008
Wybraliśmy ich, by nam służyli, a oni...
Dawno minęły te czasy, gdy zadaniem państwa i urzędników państwowych
była służba społeczeństwu i narodowi. Co prawda, teoretycznie nadal te
zasady obowiązują, ale - no właśnie to, "ale"...
Dzisiaj obserwujemy tylko jedną i to podstawową zasadę, jaka
obowiązuje wśród "polityków", którzy dorwali się do koryta - przejąć jak
najwięcej i jak najwięcej garnąć ku sobie. Ich nie interesuje naród, społeczeństwo,
Ojczyzna. My, wyborcy, jesteśmy szarą obojętną dla nich masą, którą tak
naprawdę nie warto się przejmować, a jak już, to bałamucić, ogłupiać i
robić wszystko, byśmy nie zauważali ichnich, prawdziwych działań, jedynie
parawany, które ustawiają, by ukryć i zakamuflować prawdę o sobie i swoim
kombinatorstwie.
Czy tak musi już być i czy tak będzie już zawsze?
Ano, sprawa jest lekko skomplikowana, ale zarazem bardzo prosta,
przecież to my wybieramy - prawda? To my decydujemy, kto ma nas reprezentować
w Sejmie, rządzie i instytucjach mających właśnie nam służyć. I to czy
tak będzie, zawsze zależy tylko i wyłącznie od nas samych i oczywiście
od naszego zaangażowania przynajmniej w czasie wyborów. Ale to zaangażowanie
nie ma polegać tylko na pójściu do urn i oddaniu głosu. Głównie zaangażowanie
to powinno polegać na robieniu wszystkiego, by wam żyło się godnie, a waszym
rodzinom dostatnio. Aby to osiągnąć w czasach, gdy mamy takich, a nie innych
polityków musimy zabrać się do działań czysto społecznych polegających
na zmianie tego, co jest, a czego na pewno nie zmienią obecnie wybrani
politycy, bo to dla nich niewygodne.
Co należy zmienić na samym początku?
No jak co - jeżeli prywatyzacja, to najlepsze rozwiązanie dla
nas, dla Ojczyzny, musimy podejść do partii politycznych tak samo. Pomyślcie,
każda prywatna firma, by zarobić, musi być solidna i z największą dokładnością
zrealizować to, co ustaliła ze zleceniodawcą.
Przecież nie finansujemy z budżetu państwa wszystkich lub prawie
wszystkich firm prywatnych na naszym rynku, to one muszą dbać o to, by
utrzymać się na rynku, zarabiać się i rozwijać. Często ten rozwój następuje
kosztem konkurencji danej firmy. Ale to dobre, bo aby wyprzeć konkurenta
z rynku, firma musi być naprawdę dobra, solidna i kompetentna, a przy okazji
konkurencyjna cenowo.
Tak samo powinno być z partiami politycznymi. Powinniśmy zaprzestać
finansowania partii z budżetu i zacząć traktować je tak jak firmy prywatne
na naszym rynku. Pisałem już o tym w "Wystarczy chcieć i wierzyć", zamieściłem
tam także zarys ewentualnego rozwiązania tego tematu, napisałem tam tak:
"...Partie polityczne powinny być finansowane jedynie z własnych
składek. I to jest możliwe do przeprowadzenia, a gdyby się udało to przeprowadzić,
jakość polskiej polityki zmieniłaby się niesamowicie i poprawiła na lepsze.
Partie, by zdobyć poparcie, musiałyby działać wśród ludzi i dla ludzi,
robiąc dla społeczeństwa i Narodu to, co dzisiaj robią dla swoich ?sponsorów=.
Odważmy się więc, zróbmy ten malutki, a jakże wielki krok dla
swojego lepszego jutra. Przygotujmy wniosek restrukturyzacji ustawy o partiach
politycznych, o ich finansowaniu li tylko ze składek członkowskich, mało
tego, zasugerujmy w tym wniosku, żeby ustalić górną granicę składki, ot
chociażby na poziomie 100 złotych miesięcznie. Zbierzmy podpisy, a przypuszczam,
że z tym nie będzie żadnego problemu, z łatwością zbierzemy ich z milion,
i złóżmy go w Sejmie i czekajmy...".
I nie żartowałem, zamierzam to zrobić. Nie zrobię tego jednak
sam, nie jestem prawnikiem, legislatorem, by przygotować odpowiednio projekt
ustawy. Mogę jednak zorganizować środowisko do zebrania podpisów.
Potrzeba mi jednak waszej, społeczeństwa polskiego pomocy. Przecież
zarówno tak jak i mnie, wam wszystkim także zależy na godnym życiu i zasobności
swoich rodzin. Zacznijmy więc działać, przestańmy liczyć na tych, na których
liczyć przecież nie możemy.
Do samych siebie mamy przecież najwięcej zaufania, sobie możemy
wierzyć, więc...
To na początek, a co dalej? Sam osobiście mam wiele pomysłów
na realizację różnych spraw, z którymi nie mogą sobie poradzić ci, którym
zaufaliśmy, wybierając ich na swoich przedstawicieli po to, by służyli
nam, społeczeństwu, w celu poprawy naszego życia i rozwoju Ojczyzny.
Na początek to, później może reforma służby zdrowia, szkolnictwa,
samorządów...
Spróbujmy, zjednoczmy się dla naszego i naszych następców dobra
i dla rozwoju Polski, naszej Ojczyzny.
Przemysław T. Kudliński
Poznań
admin@wsio.pl
Korespondencja między Janem Czekajewskim i kanadyjskim muzeum
emigracji "Pier 21". Dotyczy: ubliżającącej Polsce i Polakom prezentacji
w filmie "Ocean of Hope" (Ocean Nadziei).
July 27, 2008
Mr. Steven Schwinghamer Research Co-ordinator Pier 21 Museum
Halifax, Canada.
Dear Mr Steven Schwinghamer Thank you for responding
to my letter with promising news, that Museum Pier 21 will revise insulting
to Christian Poles and Poland segment in Multimedia Presentation "Ocean
of Hope" depicting "composite history" of an immigrant Jewish girl,
who was tormented by her Christian saviors and apparently developed
hate and fear of Poland. If Museum Pier 21 fails to do that you will damage
its reputation as historical authority for convenience of some biased
anti-Polish agenda. I have to repeat that my personal impressions from
viewing this presentation could be biased by my own war experiences,
but my much younger wife, born in America, who has never seen Poland
before she met me, had similar to mine impression. We both left Museum
with an impression, that this sly and insulting portraying of Christian
Poles was not just accidental, but intentional. It is troubling that
your Museum allowed this to happen in spite of Museum's vast
knowledge of real history, to which you refer in your letter. Your
explanation that Museum assumes that the visitors have prior knowledge
of history of the World War II is not convincing. Young people who
should learn about history of their emigrant grand parents are already
from the third generation after the war. They know nothing or very little
about War, Germans, Holocaust and especially Poland's role in this terrible
war. To this generation you have obligation to be truthful and not biased.
You should do it for your own good and conscience. In your letter to me
you refer to authority of British historian and testimonies of immigrants
from Poland available in your archives. This effort was completely unnecessary,
as I have seen Holocaust with my own eyes ( I am 74 years old) and
I have a close friend, now a Professor at Michigan Technological
University, who lived through this period with "adopted" Jewish "cousin
girl" saved by his mother. His story you can find on Internet at the address:
http://www.admin.mtu.edu/urel/breaking/2001/pelc.html I may also suggest
that when redoing this segment on emigrant child from Poland you could
give credit to brave Catholic priests who provided false birth and
baptism certificates to Jewish children to save their lives. In addition
you could also offer a story of blond Polish, Catholic boy with blue eyes,
who was torn from the arms of Polish peasants and send to Germany to supplement
the Arian Master Race. More than 200,000 Polish children were captured
in only one region of Zamosc and sent to Germany. After the war thousands
of these Polish Catholic "arian" children could not find their
own parents who were either lost or killed. Some may have come to Canada
as orphans. After all, numerically, 50% of Poland WW II causalities were
Catholics. They deserve some respect and attention too.
Sincerely yours,
Jan Czekajewski, Ph.D.
janczek@aol.com
PS Because my original letter to the Pier 21 Museum on this subject
found wide interest in Polish, Canadian and US media, I take liberty of
sending your letter and my reply to all interested parties.
***
Dr Jan Czekajewski
July 26, 2008
Dear Dr Czekajewski, I have reviewed your message regarding our
multimedia presentation, "Oceans of Hope", and hope my response will address
your concerns. "Oceans of Hope" is a presentation that uses sample narratives
to sketch an impression of the scope of heritage related to Pier 21 as
a National Historic Site of Canada. The episodes are interpretive, composite
accounts, drawn from many sources, including personal memoirs and recollections.
The resulting narratives in the film are evocative, even emotional. The
story of a young Jewish girl from Poland, orphaned by the violence of the
Nazis, is difficult to hear. It is a reminder of a time of organized and
massive brutality, of the de-humanization of entire groups of people. Dealing
with that era is hard for any of us who have empathy for the past - and
many of us have personal connections with those who suffered through this
period, and so can feel the deep hurt as it still extends into the present.
The story that has provoked your concern is based on a large body of evidence
which clearly indicates that both rescued children and their rescuers lived
in a climate of fear and oppression. You correctly cite the threat of death
against the many heroic people who chose to attempt to shelter Jews and
others from persecution by the Nazis in your letter. Sir Martin Gilbert,
in his recent popular history of the Holocaust, Never Again, wrote of the
Jewish Hidden Children, "All of those in hiding had to make daily efforts
to hide the fact that they were Jewish. One slip could mean betrayal, arrest
and deportation." This was an abiding reality, and so the rescued person,
especially if a hidden child, was often sternly instructed to do nothing
to endanger themselves or their rescuers. This was not unkind or overly
harsh. This was a reasonable precaution taken by the rescuers, people who
extended the vital gift of life instead of death, while endangering themselves.
The exhibit, "Life in the Shadows", of the United States Holocaust Memorial
Museum, describes the environment as follows: "Theirs was a life in shadows,
where a careless remark, a denunciation, or the murmurings of inquisitive
neighbours could lead to discovery and death." Many personal memoirs from
the war years reveal the conflicted nature of the act of rescuing a victim
from the Nazis - of hiding a Jewish child, for example. Sofia Dochmacka
Bain was a young Polish girl during the Second World War. Her account,
a unique part of Pier 21's own story collection, includes a description
of how her family risked their lives to help save a Jewish man in wartime
Poland: "The Gestapo arrived to search for Jews. My sister was at home
at this time and managed to place the rug over the cellar entrance, with
the dog and her puppies. Here is a 12 year old girl, telling them, 'she
hated the Jews, and if they were here, she would give them to the Gestapo.'
They searched the house, but somehow avoided the dog area, and finally
gave up and left. When my mother returned, my sister told her to leave
with me. She was worried the Gestapo would come back for her. My mother
left and hid out with me the night, watching for a van to arrive at the
house. None did, and we finally went home." Pier 21 is a museum of living
history. We operate by gathering and sharing the stories of our immigrants.
We feel a responsibility to gather all kinds of stories - not just those
that celebrate success in Canada, but also those that look honestly at
every manner of difficulty faced by immigrants, from discrimination in
Canada to the horrors of the Holocaust in Europe, from famine and poverty
abroad to the barriers of language and culture when they finally arrive.
To do anything less would be a profound disservice to the immigrants whose
heritage we are privileged to share. It would be dishonest to our histories.
As a museum, we offer our visitors a tour and an introduction to the film,
"Oceans of Hope", both of which give specific context for the content of
the film. We know our audience will have access to that information, and
in particular that they will understand the effect of the German and Russian
occupations during and after the Second World War. We also discuss the
history of Jewish war orphans directly in the museum, where a large photo
of some of the orphans is featured at the very entrance of the display.
It is a panel that provokes discussion of the broad topic, including Canada's
own anti-Semitic practices in the years before the war. Our guides deal
with this challenging subject, the content of the segment of the film which
has provoked your concern, as a regular and detailed part of their tour.
If one proceeds from the museum to the Research Centre, our archival holdings
include stories and interviews, such as that of Bains quoted above, that
expand on the lived experience of those in occupied countries, including
rescuing families, Holocaust survivors, and more. All of these resources
foster in our visitors an accurate historical understanding of that segment
of the film in the context of Nazi German occupation, and not as crimes
perpetrated by an independent Poland. Beyond these specific educational
aspects of the museum, which prepare our audience to view the experience
of a Jewish war orphan from Poland in context, we do feel confident that
the background knowledge of our visitors on the war is sufficient that
they will understand the episode to be derived from the immense suffering
of Jewish victims under the Nazi-perpetrated Holocaust, and that they would
not associate it first with Polish agency or responsibility. This distinction
is underscored by one historical item shown in "Oceans of Hope" during
the segments on the Second World War: a newspaper headline that clearly
indicates that Poland had been invaded and occupied - and therefore had
fallen under Nazi authority. We are always grateful for feedback and will
take suggestions into consideration. I am pleased to say that as a result
of consultation with members of the Research and Education Advisory Committee
of our Board of Directors pursuant to your comments, we are looking into
adding a more detailed introduction to the presentation that would provide
even more supporting information. We do hope that you and your wife will
be able to visit us again so that you can experience this addition to the
film together with the museum tour and the related archival holdings.
My thanks for your letter,
Steven Schwinghamer
Research Co-ordinator, Pier 21
GONIEC NR 30/2008
***
16 lipca 2008 roku odbyło się cykliczne zebranie Kongresu Polonii
Amerykańskiej oddziału waszyngtońskiego. Pomimo moich usilnych prób nie
udało mi się przeforsować projektu uchwały na temat umieszczenia amerykańskiej
tarczy antyrakietowej w Polsce oraz doprowadzić do przeciwdziałania uchwale
Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów Kongresu USA w sprawie
odszkodowań za mienie zagrabione przez władze komunistyczne i III Rzeszy.
Ze względu na wagę sprawy pragnę opisać w skrócie przebieg zebrania.
Prowadziła je pani Susan Lotarska, która jest prezydentem waszyngtońskiego
oddziału KPA. Na początku zebrania wspomniała wstępnie o problemie tarczy
antyrakietowej oraz odszkodowań za mienie. Przez następne 90 minut rozpatrywano
mało istotne sprawy, takie jak np. organizacja obiadu na Dzień Dziękczynienia,
ogólne cele działalności Kongresu sformułowane na piśmie, ale bez konkretów,
organizacja koncertu muzycznego itp. Dopiero pod sam koniec zebrania, gdy
większość osób była już zmęczona, miałem możliwość zabrania głosu na temat
tarczy oraz problemu odszkodowań.
Pan Tadeusz Mirecki - wiceprezydent oddziału, zrelacjonował działalność
biura chicagowskiego w sprawie rezolucji na temat tarczy. Sprowadzała się
ona do tego, że zarząd główny KPA nie potrafił przez 3 tygodnie podjąć
żadnej konkretnej decyzji w tej sprawie. W związku z tym zasugerowałem,
by nasz oddział zaproponował jakiś tekst rezolucji, ale pani Susan Lotarska
stwierdziła, że nie ma spisanego tekstu rezolucji, gdyż nie wiadomo, co
należy uchwalić. Zgłosiłem więc ustnie projekt takiej rezolucji, ale pani
Lotarska nie chciała jej spisać i zarządziła przerwanie dyskusji na ten
temat. Dodatkowo zwróciłem też uwagę, że warszawskie MSZ ma zamiar zorganizować
polskie lobby w Waszyngtonie i kontaktuje się z organizacją młodej Polonii
waszyngtońskiej, niedawno powołanej, równocześnie omijając Kongres Polonii
Amerykańskiej w metropolii waszyngtońskiej. Moja uwaga została całkowicie
zignorowana przez panią Lotarską.
Jest to pożałowania godne zachowanie, że pani prezydent Lotarska
lekceważy sobie tak istotne kwestie stosunków polsko-amerykańskich, szczególnie
że szefuje ona oddziałowi waszyngtońskiemu, a nie prowincjonalnemu miasteczku.
Ze względu na ignorancję problemu umieszczenia amerykańskiej
tarczy antyrakietowej w Polsce przez Kongres Polonii Amerykańskiej, zmuszony
jestem do działania na własną rękę. Apeluję więc do indywidualnych członków
KPA oraz osób niezrzeszonych o poparcie mojej inicjatywy w tej sprawie.
Umieszczenie amerykańskiej tarczy antyrakietowej leży w żywotnym
interesie Polski.
Poniżej wymienię niektóre korzyści z budowy amerykańskiej bazy
wojskowej w Polsce:
- podnosi ona rangę Polski w oczach administracji amerykańskiej.
Jest to szczególnie istotne ze względu na nagonkę propagandową w amerykańskich
monopolitycznych mediach w Waszyngtonie. Wymusza ona pozytywne artykuły
na temat Polski ze względu na obecność tam amerykańskich żołnierzy;
- znacząco podnosi ona rangę Polski wśród innych państw członków
Unii Europejskiej;
- perspektywicznie pozwala ona na dostęp do najnowocześniejszej
technologii informatycznej;
- przeciwdziała ona niemieckim roszczeniom terytorialnym wobec
Polski, gdyż ma ona być umieszczona w okolicach Słupska, który należał
do Niemiec przed II wojną światową;
- stanowi wspaniały straszak dla rosyjskiego potencjału militarnego;
- likwiduje militarno-polityczną dominację Rosji w Polsce.
Ze względu na to, że rząd premiera Donalda Tuska prowadzi wybitnie
proniemiecką i prorosyjską politykę poprzez stawianie wygórowanych żądań
militarnych od strony amerykańskiej, uważam, że Polonia amerykańska również
powinna publicznie poprzeć inicjatywę umieszczenia tarczy w Polsce.
Polska posiada bardzo słabą pozycję lobbystyczną w Waszyngtonie ze względu
na słabe wpływy KPA w Waszyngtonie. Nie sądzę, by premier Tusk o tym nie
wiedział i dlatego wszelkie żądania modernizacji polskiej armii albo przekazanie
uzbrojenia dla Polski w celu obrony bazy amerykańskiej przez polską armię
są nierealistyczne w obecnych warunkach polityczno-lobbystycznych w Waszyngtonie.
Propozycja czasowego stacjonowania baterii rakiet "Patriot", które w przyszłości
mogą być przekazane Polsce, jest jedyną realną ofertą ze strony amerykańskiej.
Wszelkie inne propozycje zostałyby odrzucone przez Kongres Stanów Zjednoczonych.
Kongres ten jest w większości opanowany przez antypolskie grupy
lobbystyczne. Dlatego też konsekwencją odrzucenia oferty umieszczenia tarczy
rakietowej w Polsce przez rząd premiera Tuska jest uchwała Komisji Spraw
Zagranicznych Kongresu USA wzywająca Polskę do wypłaty odszkodowań w wysokości
co najmniej 100 mld dolarów, co jest ogromną kwotą dla polskiego budżetu.
Umieszczenie tarczy w Polsce byłoby kartą przetargową w negocjacjach pomiędzy
Polską a Stanami Zjednoczonymi w sprawie odszkodowań, ponieważ notowania
Polski wzrosłyby znacząco w Waszyngtonie.
Pan premier Donald Tusk wyraźnie chce się podlizać pani kanclerz
Niemiec Angeli Merkel, stawiając nierealistyczne militarne żądania wobec
strony amerykańskiej. Pani kanclerz nie życzy sobie żadnych amerykańskich
instalacji wojskowych w Polsce, a w szczególności na byłych niemieckich
terenach sprzed drugiej wojny światowej. W długofalowych planach kanclerz
Niemiec jest gospodarcze, a następnie polityczne uzależnienie Polski od
Niemiec. Tarcza rakietowa w sposób znaczący utrudnia te długofalowe plany.
Szkoda, że pani Susan Lotarska - prezydent waszyngtońskiego oddziału
Kongresu Polonii Amerykańskiej, działa na szkodę Polski i Stanów Zjednoczonych,
a równocześnie popiera proniemieckiego premiera Polski Donalda Tuska.
W związku z wyżej wymienionymi powodami zwracam się do władz
Polski o osiągnięcie szybkiego porozumienia się w sprawie instalacji tarczy
w Polsce, gdyż w przeciwnym przypadku zostanie ona umieszczona na Litwie,
co nie jest, jak sugerował minister obrony narodowej Bogdan Klich - myślący
w rosyjskim stylu, blefem amerykańskiej dyplomacji.
Uprzejmie proszę Polonię amerykańską o poparcie mojej inicjatywy.
Jacek Marczyński
Vienna, Wirginia, USA
"M" - JAK MORDERCA, czyli Bestie z żądzy zysku
Motto:
"Naród, który morduje własne dzieci, jest narodem bez przyszłości."
"Prawo państwowe nie obowiązuje nas w sumieniu."
Jan Paweł II
"Jeżeli nie ma Boga, to wszystko jest dozwolone."
Fiodor Dostojewski
W dniu 1 lipca br. dr Henry Morgentaler został nominowany do najwyższego
cywilnego odznaczenia - ORDER OF CANADA - przyznawanego w Kanadzie za wybitne
osiągnięcia dla narodu.
Myślę, że uhonorowanie tego człowieka, właśnie tym
odznaczeniem, jest nie tyle nieporozumieniem, co właśnie swoistym signum
temporis. Znakiem dewaluacji wartości cywilizacyjnych, jakie wypracowała
dominująca jeszcze do niedawna cywilizacja łacińska (czyt. chrześcijańska).
Podobnie, zresztą, rzecz się ma z przyznawaniem Literackiej Nagrody Nobla,
gdzie od pewnego czasu nominowani do tej nagrody są pisarze często mniej
niż przeciętni, o których prawie nikt nigdy nie słyszał, że nie wspomnę
już o braku nawet pobieżnej znajomości któregokolwiek z ich "dzieł".
Sądzę, że komuś, widocznie, musi bardzo zależeć na niszczeniu
wartości wypracowywanych od ponad dwóch tysięcy lat.
Tzw. aborcja, czyli zabijanie nienarodzonych,
to skutek postanowień Klubu Rzymskiego w sprawie regulacji narodzin; np.
Polska ma mieć nie więcej niż 15-17 mln ludzi. Choć przy odpowiednim wykorzystaniu
zasobów naturalnych mogłaby już dziś posiadać populację co najmniej
trzykrotnie większą.
A na jaką, w takim razie, populację stać by
było Kanadę, kraj posiadający dziś zaledwie ok. 30 mln? Wbrew pozorom wraz
ze zwiększaniem się populacji danego kraju (państwa) wzrasta jakość życia,
bo zwiększa się liczba miejsc pracy, oczywiście, przy racjonalnym zarządzaniu
gospodarką. Niestety, wielu z nas dało sobie wmówić, że powinno być wręcz
odwrotnie.
Żyjemy w świecie, gdzie wzorem ustroju politycznego
(oczywiście dla wszystkich bez wyjątku) jest demokracja, pojęcie-wytrych,
którym szermuje się na lewo i prawo, a to po prostu znaczy "władza ludu".
Dzisiejsza "demokracja" ma tyle wspólnego z ludem, co "Patriot Act" z patriotyzmem,
a koń z koniakiem itp. To jest najczystszej wody faszyzm korporacyjny.
W szybkim tempie niszczone są stare struktury społeczne - państwa,
do niedawna jeszcze "zbiorowiska ojczyzn", mają być najpierw zintegrowane,
zamienione na regiony, by w ostateczności zniknąć na rzecz jakiejś jednej
Wielkiej Wspólnoty (nie) Ludzkiej. Patriotyzm, jak się nam wbija do głów
- to nacjonalizm, przeżytek rodem z ciemnogrodu, objaw oszołomstwa, czyli
coś bardzo, bardzo be!
***
Dr Morgentaler urodził się w Polsce w 1923 r. Studiował medycynę
w Niemczech. Do Kanady przybył w 1950 r. (Montreal), gdzie też rozpoczął
praktykę lekarską jako lekarz rodzinny. Od 1969 r. zajmuje się nielegalnym
dokonywaniem zabiegów przerywania ciąży, przestając jednocześnie być lekarzem
rodzinnym.
W tym czasie aborcja była dozwolona jedynie po wyrażeniu
zgody przez Komisję ds. Aborcji, a zabiegi były praktykowane tylko w szpitalu
i tylko w przypadku jeśli ciąża mogłaby stać się bezpośrednim zagrożeniem
życia kobiety.
Od roku 1970, kiedy zostaje aresztowany w Montrealu za przeprowadzanie
nielegalnych aborcji, od tego czasu datuje się nieprzerwane pasmo jego
"walki" o zalegalizowanie tego procederu. W 1973 r. ten nieustraszony "bojownik"
o prawo do zabijania nienarodzonych przyznaje się (bez bicia) do dokonania
5 tys. nielegalnych aborcji.
W sumie odsiedział "aż" 10 miesięcy. W 1983 r. ponownie wniesiono
przeciw niemu oskarżenie o nielegalne dokonywanie aborcji. I znowu mu się
"upiekło". I tak aż do roku 1988, kiedy to aborcja, czyli zabijanie nienarodzonych,
została oficjalnie zalegalizowana w Kanadzie.
W latach 1968-1999, na długo przed otrzymaniem Order of Canada,
dr M. pełni funkcję prezesa Humanist Association of Canada. Bierze m.in.
udział w dyskusjach z chrześcijańskimi teologami na temat istnienia Boga.
W czerwcu 2005 r. zostaje uhonorowany tytułem Doctor of Laws
na University of Western Ontario. Oponowały przeciw temu organizacje antyaborcyjne.
A w dwa miesiące później, 5 sierpnia, otrzymuje Couchiching Award for Public
Policy Leadership za działalność na rzecz "praw kobiet" i "zdrowej reprodukcji"
(!).
Wreszcie, jak na ironię, uhonorowany zostaje najwyższym odznaczeniem
cywilnym Kanady - Order of Canada... Jak na ironię? Tak! Bo to jest
po prostu kpina z nas wszystkich hołdujących wartościom chrześcijańskim
(i nie tylko z nas).
***
Dr Morgentaler jest nadal "lekarzem" posiadającym sześć klinik
w pięciu prowincjach Kanady. "Służy pomocą" kobietom mającym przecież swoje
prawa.
A teraz kilka haseł reklamowych tychże klinik, które nazwane
są "bezpiecznymi i przychodzącymi z pomocą (z litości) klinikami opieki
aborcyjnej dla kanadyjskich kobiet". Obok zdjęcia uradowanego, starszego
pana, dr. Morgentalera, czytamy: "Każda Matka świadomą Matką, każde dziecko
chcianym dzieckiem". Hm! I dalej: "Klinika dr. Morgentalera jest
wiodącym ośrodkiem wykonującym aborcję z należytą opieką z ponad 35-letnim
doświadczeniem". A oto kolejne hasło: "W klinice dr. Morgentalera, twoje
zdrowie, dobre samopoczucie oraz bezpieczeństwo są przede wszystkim naszym
najwyższym celem". Czy takie "coś", że "opieka (sic!) aborcyjna sprawowana
jest w miłym, przyjaznym otoczeniu. Oraz wszystko inne pod względem medycznym
jest na najwyższym poziomie".
Wspaniale! Wręcz cudownie! Niedoszła Matko, jesteś w dobrych
rękach! Powie ktoś, że to tylko przesłodzone reklamowe eufemizmy, albo
sofizmaty - tylko że przesłodzone... krwią niewinnych.
Na stronie internetowej dr. Morgentalera widnieją też, jakże
budujące, sentencje. Oto jedna z nich: "Mam wizję, marzenie, by wszyscy
ludzie byli traktowani humanitarnie, z troską", podpisano: "Henry Morgentaler
- 31 stycznia 1988 r.". By "wszyscy ludzie byli traktowani humanitarnie"...
Oprócz tych poczętych już dzieci, uważanych przez "lekarzy" aborcjonistów
za "tissue" - tkankę, za "coś", co dopiero w dalszym stadium rozwoju może
przekształcić się w człowieka... Tak ogólnie uważano do lat siedemdziesiątych,
kiedy nie nastąpił rozwój cytologii oraz technik medycznych, takich jak:
tomografia, ultrasonoskopia, ultradźwiękowy obraz w ruchu. "To uświadomiło
nam, że człowiek to nie tylko =coś? bliżej nieokreślonego w łonie matki"
- mówi dr Bernard N. Nathanson w filmie "NIEMY KRZYK".
Dr Nathanson był aborcjonistą, który uświadomił sobie dużo wcześniej,
że jest "tylko" mordercą nienarodzonych, w przeciwieństwie do dr.
Morgentalera i jemu podobnych wciąż uprawiających swój proceder. Jest wielu
lekarzy, którzy zaprzestali uśmiercania nienarodzonych. Takim m.in. jest
serbski ginekolog dr Stojan Adasevic, przyznający się do zabicia 62 tysięcy
dzieci poczętych. Dziś jest obrońcą życia nienarodzonych. Zarówno on, jak
i dr Nathanson twierdzą, że trwa zmowa milczenia nt. "największej wojny
w dziejach ludzkości" - wojny z dziećmi poczętymi.
"Od 1945 r. zamordowano na świecie miliard (!) dzieci nienarodzonych.
W latach 90. XX w. liczba ofiar dochodziła do 60 milionów rocznie - tyle
co cała II wojna światowa" - czytamy w "Myśli Polskiej" z 7 lipca 2002
r. w artykule Andrzeja Solaka "Czy strzelać do bestii?".
***
W USA i Kanadzie aborcja dopuszczalna jest praktycznie przez
cały okres trwania ciąży (!).
Od roku 1991 w Stanach Zjednoczonych działa Stowarzyszenie "Księża
za Życiem" (Priests for Life), które to stowarzyszenie wysunęło projekt
ustawy pod nazwą "Świadomość bólu nienarodzonego dziecka" ("Unborn Child
Pain Awarness Act"). Po zatwierdzeniu tej ustawy przez Kongres Stanów Zjednoczonych,
"kobieta decydująca się na przerwanie ciąży po 20. tygodniu jej trwania,
będzie informowana o zdolności jej nienarodzonego jeszcze dziecka do odczuwania
bólu". Niewiele to w sumie zmienia, ale jednak...
W tych samych Stanach Zjednoczonych istnieje ustawa nakazująca
stosowanie "Humanitarnych zasad uboju zwierząt" ("Humane Methods of Slaughter
Act"), a w Australii Krajowa Rada ds. Zdrowia i Badań wymaga z kolei stosowania
środków przeciwbólowych w przypadku płodów zwierzęcych (!).
Natomiast Brytyjska Rada ds. Badań Medycznych stwierdziła w sierpniu
2001 r., że percepcja bólu płodu może się zacząć już w 20. tygodniu ciąży,
a inne studia umieszczały tę granicę już w 10. tygodniu żywotności płodu
w łonie matki.
"18 tysięcy tyw. aborcji w 21. tygodniu ciąży i później dokonuje
się rocznie w Stanach Zjednoczonych. ...Wielu zwolenników aborcji
będzie oczywiście w dalszym ciągu zaprzeczać faktom" - konkluduje ksiądz
Frank Pavone, dyrektor amerykańskiej sekcji "Priest for Life" (za "Naszym
Dziennikiem" z dn. 24-26 grudnia 2005 r.).
Z powodu ogólnego braku skutecznych ustaw antyaborcyjnych, nie
tylko tu, na kontynencie północnoamerykańskim, ale i na świecie, poza chlubnymi
wyjątkami, powstał w USA i Kanadzie zbrojny ruch antyaborcyjny pod nazwą
"ARMIA BOGA". Członkowie tego ruchu dokonują zamachów na aborcjonistów
("babykillers") i na ich kliniki. Nb. na dr. Morgentalera też były ataki.
Nieskuteczne, jak ten, kiedy to w 1983 r. pewien człowiek zaatakował go
czynnie koło jego własnej kliniki, używając do tego celu ogrodniczego sekatora
(!). I tylko dzięki Judy Rebick (kanadyjskiej dziennikarce i politycznej,
lewicowej aktywistce, NDP-ówie z trockistowskim rodowodem) doktor M. nie
został co najmniej pokiereszowany. Z kolei w 1992 r. w jego torontońskiej
klinice przy Harbord St. podłożono bombę, także i tym razem nie odniósł
on żadnych obrażeń fizycznych.
W roku 2000, po ataku na innego aborcjonistę, dr. Garsona Romalisa,
zauważono, że niektórzy "lekarze" parający się tym samym procederem co
i dr M. zaprzestali swojej rzeźniczej działalności na nienarodzonych, nie
tylko w Ontario, ale także w Nowym Brunszwiku i w Nowej Fundlandii. "Przez
lata żyjemy w cieniu tych lekarzy, którzy zostali zabici" - powiedział
dr Morgentaler po tym ataku na dr. Romalisa. A co w takim razie z nami,
którzy musimy żyć w cieniu zbrodni dokonywanych wciąż na nienarodzonych?
Pytam więc pana, panie doktorze Morgentaler, skoro twierdzi pan, że ataki
na was, aborcjonistów, "są wynikiem frustracji, wściekłości i moralnego
bankructwa ruchów antyaborcyjnych", dlaczego więc jednocześnie zapomina
pan wspomnieć, że ruch ten jest wynikiem braku mechanizmów prawnych, skutecznie
broniących prawa do życia dzieci poczętych?! Vide pański przypadek, kiedy
za nielegalne (wcześniej) "usuwanie ciąży" ukarano pana tak śmiesznie niskim
wyrokiem, jakby tu wcale nie chodziło o ludzkie życie (!). A wyrok
ten w żaden sposób nie wpłynął na zaprzestanie przez pana zabijania nienarodzonych.
Powróćmy jeszcze do tego najbardziej radykalnego i zarazem kontrowersyjnego
odłamu ruchu antyaborcyjnego. Jego członkowie mówią wręcz: "Jesteśmy żołnierzami
Armii Boga! ...Ruchu Oporu bez Przywódcy"."Działają nawet w pełnej izolacji
od siebie. Nie otrzymują rozkazów z żadnego ośrodka decyzyjnego, operacje
uderzeniowe przeprowadzają na własną rękę. Łączy ich ideologia i walka.
...w akcjach uczestniczą zarówno katolicy, jak i protestanci. ...swoisty
zbrojny ekumenizm."
Takich "lekarzy" i ich pomagierów po prostu się odstrzeliwuje
jak wroga na wojnie. Bo i jest to wojna w obronie tych, którzy w żaden
sposób nie mogą się bronić. "Zabijanie morderców to =moralny imperatyw?
żołnierzy Armii Boga, którzy na swoich stronach internetowych publikują
szokujące obrazy."
"Jeżeli moralnie dopuszczalna jest obrona dziecka, choćby noworodka,
przed napadem, stosownymi do okoliczności metodami, to czemu prawa tego
odmawiać dziecku nienarodzonemu?" - pyta publicysta "Myśli Polskiej" Andrzej
Solak.
W 1980 r. w USA zarejestrowanych było 2578 "lekarzy"- dzieciobójców,
to w 1992 roku liczba ta zmniejszyła się do 2380 (spadek o ok. 15 proc.
w skali całego kraju; na terenach wiejskich nawet 55 proc.). ..."Jedno
tylko zabójstwo mordercy nienarodzonych (=babykillera?) spowodowało odpływ
=kadr? z co czwartej kliniki aborcyjnej w USA." ..."W 1988 r. ponad 84
proc. amerykańskich hrabstw było już wolne od działalności dzieciobójców."
Dla (chyba) każdego katolika i chrześcijanina zabijanie nienarodzonych
to sprawa bardzo bolesna. "Natomiast egzekucje wykonywane na zabójcach
nienarodzonych, z pewnością są także czymś bolesnym." Ale, czy pozostaje
nam tylko i wyłącznie modlitwa za zabójców dzieci poczętych? Co prawda
wiara czyni cuda, ale... wiara bez dobrych uczynków staje się wiarą
martwą! Zawsze jednak pozostaje jakieś "ale". I tym "ale" jest zjawisko,
jakim jest "Armia Boga". Bezsprzecznie bardzo kontrowersyjne i dlatego
nie może być na nie jednoznacznej odpowiedzi - jak sądzę.
Powinno się zaprzestać tzw. wychowania seksualnego dzieci w zbyt
wczesnym wieku i w takiej formie, jak to ma miejsce dziś, najczęściej w
formie bezdusznego wykładu, jakby chodziło o instrukcję działania pompy
ssąco-tłoczącej, a nie o bardzo intymne relacje zachodzące między mężczyzną
a niewiastą.
Wszelkimi siłami powinniśmy dążyć, przede wszystkim, do ogólnej
poprawy stanu moralności, bo dziś mało już kogo tak naprawdę dziwią 13-14-letnie
dzieci zabawiające się seksem, a potem te dzieci mają dzieci... niechciane.
Seks bez miłości zionie pustką, nudą i owocuje nieoczekiwanymi dziećmi,
które się przed ich urodzeniem najczęściej szlachtuje! Och, pardon - aborcjonuje.
Zabójstwo drugiego człowieka nie z chęci zysku jest zawsze aktem
rozpaczy. Czym w takim razie podyktowana jest zgoda matki i jej seksualnego
partnera na zabicie płodu? Czy tylko brakiem świadomości popełnianego czynu?
A może zwykłym wygodnictwem (bo mieszkanie za ciasne), egoizmem (bo kariera,
bo nowy samochód). Z "tkanki płodowej" produkuje się też szczepionki: POLIOVAX
- przeciw chorobie Heinego-Medina, MMR II - przeciw odrze, śwince i różyczce,
MERUVAX II - przeciw różyczce i... wściekliźnie.
Są takie kobiety, które zabijają swe poczęte dzieci dla tych
właśnie celów. Zabijają za pieniądze! Zarówno "lekarze", jak i matki parające
się tym procederem to bestie z żądzy zysku! Dlatego żołnierze Armii Boga
nie mają skrupułów, tłumacząc swoje zamachy na "babykillers" i kliniki
aborcyjne uznaniem Kościoła prawa do samoobrony, uznaniem przez tenże Kościół
pojęcia wojny sprawiedliwej. Niemniej, nadal otwarte pozostaje pytanie:
czy moralne jest zabijanie takich bestii?
Mieć! A nie być! Posiadać i tylko posiadać, jak najwięcej, za
wszelką cenę! Ale nie dzieci, a jeśli, to już najwyżej jedno! Tacy jesteśmy!
Niby to zapominamy (chyba tylko z braku wyobraźni), że dzieci to najlepsza
"inwestycja" na starość, ale kochające dzieci, które najpierw muszą być
bezwarunkowo kochane, a wtedy i myśl o starości niestraszna, i... o śmierci.
Modlić się! Trzeba się gorąco modlić o rozum, o łaskę światła,
dla nas współczesnych... I działać dla naszego wspólnego DOBRA, każdy we
własnym zakresie... jak umie! Choćby tylko wysyłając listy do swoich przedstawicieli
w parlamencie, do Biura Premiera, Gubernatora Kanady - listy protestacyjne
przeciw przyznaniu temu człowiekowi najwyższego kanadyjskiego odznaczenia.
***
Aborcja to przede wszystkim rozrywanie na strzępy ludzkiego płodu.
Rozkawalanie go i miażdżenie, szczególnie jego małej główki, sprawiającej
zawsze najwięcej kłopotu z wyciągnięciem jej z łona. Więc się ją miażdży,
jakby to było tylko rozłupywanie skorupy orzecha, po wcześniejszym wyssaniu
z niej mózgu. Aborcja albo tzw. skrobanka to wyrywanie zalążka człowieka
z łona matki, niczym jakiegoś obcego ciała... Na żywo! Bez znieczulenia!
Szokujące są te obrazy oraz opisy zabiegu aborcyjnego, o którym
opowiada nam dr Bernard N. Nathanson w filmie "Niemy krzyk". To wprost
porażające, jak może być traktowana maleńka, bezbronna istota ludzka!
Wspomniany już wcześniej serbski ginekolog - dr Stojan Adasevic,
opowiada o swoim śnie, w wywiadzie udzielonym "NASZEMU DZIENNIKOWI" z dn.
22-23 maja 2004 r. "Dzieci bawiące się na łące pełnej kwiatów nagle zaczęły
na mój widok uciekać. Któreś z nich krzyknęło: =Ratunku! Morderca!?. Pewien
człowiek który się temu przyglądał, powiedział, że są to dzieci, które
zabiłem podczas tzw. aborcji". Po tym, co śnił, postanowił zaprzestać dokonywania
tych zabiegów. Ale... zgodził się "dokonać zabiegu" jeszcze raz, ostatni
już raz... I wtedy po wyciągnięciu z łona fragmentu tego co nazywano "tkanką
płodową" i kiedy to "coś" spadło przez przypadek na gazę z rozlaną kroplą
jodyny, dr Stojan Adasevic zauważył, że tym "czymś" była mała, ruszająca
się rączka, a później nóżka, a kolejna część (tej "tkanki płodowej") okazała
się bijącym ludzkim serduszkiem... I wtedy przyszło przebudzenie,
"O Boże, co ja zrobiłem?! Przecież ja jestem mordercą" - powiedział dr.
Adasevic i pomyślał, że tylko "ratując bezbronne życie, przynajmniej
w części odpokutuje swoją winę...".
A do Polaków zwrócił się z takim przesłaniem: "Parlamentarzystom
i odpowiedzialnym za stanowienie prawa w Polsce powiem jedno: wasz kraj
jest krajem katolickim, a Jezus Chrystus żyje. A zatem nie próbujcie legalizować
tzw. aborcji, bo w ten sposób pchacie wasz kraj w otchłań zła i śmierci.
Pamiętajcie: =Jeszcze Polska nie zginęła...?, ale jeśli zalegalizujecie
tzw. aborcję, Polska zginie".
I nie tylko Polska, ale każdy naród, który zabija swoich nie tylko
nienarodzonych, ale kalekich i starców, legalizując eutanazję - musi zginąć
wcześniej czy później.
Nadal uprawia się na świecie cichaczem eksperymenty medyczne
wg dokumentacji pozostawionej przez doktora Mengele. Jedną z metod uśmiercania
ludzkiego płodu jest precyzyjne wprowadzenie igły w jego serce i wstrzyknięcie
śmiercionośnej substancji. Tak samo "humanitarnie" zabito 14 sierpnia 1941
r. zastrzykiem z fenolu (dziś już świętego) ojca Maksymiliana Marię Kolbe,
który poszedł na dobrowolną śmierć głodową w zamian za drugiego więźnia,
Franciszka Gajowniczka...
Wspominając o męczeńskiej śmierci tego świętego, cytuje się zazwyczaj
fragment Ewangelii wg św. Jana (15,13) "Nikt nie ma większej miłości od
tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich". Święty o. Maksymilian
oddał życie z miłości do drugiego człowieka, nieznanego Mu człowieka...
Jeszcze raz chciałbym zwrócić się bezpośrednio do doktora Morgentalera
- Pan też tam był. Wywieziony przez nazistów (Niemców-hitlerowców) z łódzkiego
getta w 1944 r. do obozu zagłady w Auschwitz-Birkenau, dokładnie tam, gdzie
zginął trzy lata wcześniej przed pańskim tam przybyciem św. ojciec Maksymilian
Kolbe i gdzie eksperymentował na więźniach doktor Josef Mengele, zwany
"Aniołem Śmierci", też "lekarz", jak pan, panie doktorze Morgentaler. On
tam był tylko przez 5 miesięcy, a cały świat zna go jako "lekarza"-zabójcę.
Paradoksalnie, ale kwalifikuje się pan do tej samej kategorii "lekarzy".
Przeżywszy Holokaust, jest pan jednym ze sprawców kolejnej Zagłady!
Z pewnością składał pan przysięgę Hipokratesa - która kieruje
się rzymską zasadą "NON NOCERE" (NIE SZKODZIĆ - przede wszystkim). A oto
jej fragment: ..."Nikomu, nawet na żądanie nie dam śmiercionośnej trucizny,
ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście
środka poronnego. W czystości i niewinności zachowam życie swoje i sztukę
swoją...".
Pan uzasadnia dokonywanie tzw. aborcji chęcią naprawy świata,
bo jakże inaczej nazwać zmniejszanie liczby narodzin dzieci tzw. niechcianych,
które, wg pana, są najczęściej pozbawione rodzicielskiej miłości, co w
konsekwencji może prowadzić do jak najgorszego ich traktowania (bicia,
zaniedbywania itp.). Powołuje się pan na przykład Hitlera i Stalina, którzy
byli bici przez ojców. I wreszcie na zakończenie swojej autoreklamy o posmaku
niemal hagiograficznym, mówi nam pan, że Kanada, jako przodujący kraj pod
względem jakości życia (jego najwyższego standardu) zawdzięcza to m.in.
"szerokiemu dostępowi kobiet do bezpiecznej opieki aborcyjnej" (sic!).
Demagogia z piekła rodem, demagogia w stylu tych, którzy najpierw zamknęli
pana w łódzkim getcie, a później w koncentracyjnym, niemieckim - podkreślam,
obozie zagłady Auschwitz-Birkenau.
Nie jest pan jednak samotny w tego rodzaju usprawiedliwianiu
uprawiania swojego procederu. Oto inny "lekarz"-aborcjonista ze swoim kuriozalnym
tłumaczeniem się. "W USA, dr John Biskind oskarżony o nieudzielenie pomocy
kobiecie, która wykrwawiła mu się na śmierć po zabiegu zabijającym jej
dziecko, bronił się w sądzie, że to nie on zabił, bo nie jego narzędzia
chirurgiczne przebiły macicę, tylko połamane kości płodu. Czyli mamę zabiło
zabite dziecko" ("The Wanderer" z 31 maja 2001 r.).
***
Przed kilku laty miałem okazję rozmawiać z panią pracującą wówczas
z dr. Morgentalerem, nb. dyplomowaną pielęgniarką, asystującą mu przy zabiegach.
Zapytałem ją w pewnym momencie, czy słyszy krzyk zabijanego dziecka (płodu),
zwłaszcza tego, które jest już w stadium bardzo zaawansowanego rozwoju,
czyli powyżej 21. tygodnia. "Krzyk? Jaki znowuż krzyk?! To tylko takie
ciche popiskiwanie, jakby małej myszki" - wyznała szczerze. Zapytałem ją
jeszcze, czy ma dzieci. "No wie pan, a po co mi jeszcze dzieci, to tylko
same kłopoty. Mamy z mężem dwa psy. To nam w zupełności wystarczy" (sic!)
- odpowiedziała z przekąsem i tym jakże charakterystycznym wzruszeniem
ramion. "Czy pani wie, że pani, w końcu dyplomowana pielęgniarka, jest
tylko asystentką mordercy?" - wypaliłem bardzo niedyplomatycznie.
Oniemiała. Jej twarz wykrzywił grymas z trudem hamowanej złości.
Siląc się na spokój, odparowała: "Wie pan, ja myślałam, że pan jest człowiek
bardziej z kulturą! A pan mnie najnormalniej obraża!". I dalej ściszonym
już głosem, niemal sykiem: "Co ja ci, człowieku, zrobiłam złego? No, co
takiego? Powiedz mi!...".
Po chwili opanowała się i po kolejnym głębszym oddechu, patrząc
na mnie wyniośle, powiedziała, cedząc słowa: "Ja nie rozumiem, po co ja
się na pana tak wkurzam, ja jutro, normalnie, powiem panu doktorowi, jak
się pan o nim wyraził, a on już będzie wiedział, jak pana załatwić!" -
powiedziała, prostując się w krześle i pokazując mi profil obrażonej gęsi.
"Załatwić? Mnie?" - spytałem niewzruszony jej groźbą. "Tak! Załatwi pana
=na cacy?! On ma niezłych prawników, nigdy nie przegrali żadnej sprawy
i oni już będą wiedzieli, jak pana obciągnąć z kasy!" - zagroziła
mi najwyraźniej.
Na swoje szczęście, nie miałem i nie mam "kasy"i niewiele można
ze mnie "obciągnąć", ale mam uczulenie na "prawników", zwłaszcza tych,
co to "nigdy nie przegrywają żadnej sprawy", a tylko węszą "kasę", i na
"lekarzy", których ostatnim zajęciem jest leczenie, a ich prawdziwym zajęciem
jest wyłącznie pośrednictwo w handlu lekami lub "lekami", bo też tylko
węszą "kasę", więc już więcej nie "drzaźniłem" tej "damy", co miała nieszczęście
pracować z tak znaną "osobistością" w Kanadzie. I nie tylko...
***
Dr Bernard N. Nathanson zaprzestał tego procederu, kiedy zorientował
się już w latach 70., że płód, nawet w najwcześniejszym stadium rozwoju,
tuż po poczęciu, posiada cechy nieróżniące się od nas, ludzi już urodzonych.
A stało się to m.in. wraz z powstaniem etologii - gałęzi nauki zajmującej
się etyką deskryptywną (opisowo - wyjaśniającą zachowanie się zwierząt
i niektórych aspektów zachowania się ludzi). Nauka ta, równolegle z rozwojem
cytologii, uświadamia nam w pełni, że nawet zalążek płodu to już jest CZŁOWIEK!
Dr Nathanson przeżył szok i od tego czasu, jeżdżąc po świecie,
gorąco namawia do zaprzestania zabijania ludzkiego płodu. A wręcz ostrzega,
nie tylko "lekarzy" parających się zabijaniem, ale i ciężarne niewiasty,
żeby nie wierzyły tym wszystkim bajaniom, że to "coś" w ich łonach to po
prostu "nic", co można "spędzić" farmakologicznie, a w ostateczności "wyskrobać"!
Dr Nathanson był założycielem Narodowej Ligi Akcji na rzecz Sztucznych
Poronień. Do 1969 r. przez dwa lata był jej dyrektorem. Miał on też odwagę
przyznać się do zabójstwa 75 tysięcy nienarodzonych dzieci!
W roku 1983 spowodowano w USA 1,5 miliona sztucznych poronień.
Były to tylko "legalne" aborcje, gdzie średni koszt zabiegu wahał się pomiędzy
300 a 400 USD. "Przemysł" aborcyjny generuje dochód rzędu 500-600 mln USD
rocznie i śmiało można by go zaliczyć do 500 największych gałęzi przemysłu
na świecie! 90 proc. zysku idzie do kieszeni "lekarzy", a resztę tych pieniędzy
pochłaniają koszty przedsiębiorstw zarządzających klinikami. Kliniki aborcyjne
koncesjonowane są z pieniędzy producentów żywności tzw. na wynos.
Także mafia, ten Syndykat Zbrodni, czerpie zyski z działalności klinik
aborcyjnych, głównie na Zachodnim Wybrzeżu Stanów.
W okresie przed zalegalizowaniem zabijania dzieci poczętych,
m.in. w roku 1963 - zanotowano 100 tys. przypadków przerwań ciąży, a w
dziesięć lat później, w r. 1973 - 750 tys. I tak z każdym rokiem liczba
zabójstw nienarodzonych wzrasta aż do monstrualnych rozmiarów liczonych
w milionach!
Dr Morgentaler wabi ciężarne do swoich klinik, nazywając je klinikami
bezpiecznymi, wręcz "przychodzącymi tymże ciężarnym z humanitarną pomocą
podyktowaną li tylko litością"! Toć to szczyt hipokryzji i nieliczenie
się z czymś takim, jak choćby elementarne poczucie estetyki, już nawet
nie przyzwoitości.
Na przeciwległym biegunie działalności dr. M. stoi dr Nathanson,
wołający wręcz z rozpaczą do kobiet w ciąży, żeby nie dały się zwieść tym
wszystkim chwytom propagandy proaborcyjnej, demaskuje je, mówiąc kobietom
wprost, że nie są rzetelnie informowane, czym tak naprawdę jest zabieg
aborcyjny. Wręcz milczy się o występujących przypadkach okaleczeń fizycznych
(podziurawione łona, infekcje, a w rezultacie bezpłodność). A przede wszystkim
nie informuje się kobiet o poaborcyjnych powikłaniach psychicznych (ciągłe
wyrzuty sumienia, ciągłe poczucie winy, sny o nienarodzonym dziecku, pojawiającym
się w tych snach jak żywe i patrzącym na "swoją" mamusię z niewymownym
żalem...).
Niech nam ci wszyscy "lekarze", zwykli aborcyjni rzeźnicy, i
ich pomagierki, panie dyplomowane pielęgniarki, nie bredzą o nieistnieniu
poaborcyjnych powikłań! I wy, "działacze"-deprawatorzy proaborcyjni, feministki
- do cna nieszczęśliwe niewiasty, pozbawione naturalnej kobiecości - nie
krzyczcie, że "każda" kobieta ma prawo do własnego ciała i dlatego może
zabić poczętego. Bo i owszem, ma prawo do własnego ciała, ale nie w kwestii
zabicia płodu noszonego we własnym łonie! Do diabła z tą całą proaborcyjną
demagogią!
STOP!!! Wielkie STOP schlebianiu ludzkim zachciankom! Tej powszechnej
tolerancji dla nieodpowiedzialnego "ciupciania", jak popadnie i gdzie popadnie,
aby tylko zaspokoić chuć, zwykłą żądzę, popęd... Aby, jak minie szał użycia,
udawać, że nic się nie stało, bo nawet jak się stało, to "coś", to się
"toto" po prostu "wyskrobie"...
Dr Bernard N. Nathanson, Żyd (jak i dr M.), przyjął chrzest w
Kościele świętym i stał się praktykującym katolikiem. Na zakończenie filmu
"NIEMY KRZYK" woła błagalnie: "Nie zabijajcie nienarodzonych, proszę Was!".
Nb. filmy takie jak "NIEMY KRZYK" są totalnie zamilczane i nie
do obejrzenia w publicznej telewizji (!).
To już koniec. Wystarczy! Być może będę posądzony o zbyt egzaltowane,
zbyt patetyczne potraktowanie tego problemu, ale przecież tu chodzi o ŻYCIE,
rzecz najdroższą na tym padole! Chodzi też o to, żeby nie ignorować takich
spraw jak ta, kto i za co otrzymuje najwyższe państwowe odznaczenie - ORDER
OF CANADA, bo jutro, nie, już nawet dziś po południu może być za późno!
Ta nominacja to odebranie Kanadyjczykom godności, nie tylko obywatelskiej!
Śpiewając kanadyjski hymn, już nie jesteśmy "strong and free" i nie dla
takiej Kanady "we stand on guard", od kiedy coraz częściej ostentacyjnie
mówimy "nie" Panu Bogu i demonstracyjnie obnosimy się ze swoją obojętnością,
nie tylko wobec Niego, ale i wobec tych najbardziej z bezbronnych Istot
Ludzkich - Dzieci Poczętych!
"God keep our land glorious and free! O Canada!"
Wojciech J. Antczak
21 lipca 2008 r., Mississauga
GONIEC NR 29/2008
Wystarczy chcieć i wierzyć
Gdy mówię czy piszę o tym, że marzy mi się, aby moje przyszłe
wnuki żyły w normalnym państwie, w państwie, w którym politycy służą państwu,
a nie tak jak teraz, większość załamana mówi lub pisze, że to jest nierealne,
rozmawiam z wieloma ludźmi i pisze do mnie w tej właśnie sprawie wielu
takich, którzy już nie wierzą...
Oni już nie wierzą - ale zastanowić się należy, czy ci wszyscy
niewierzący kiedykolwiek zastanawiali się nad tym, czy zauważali ten problem,
który narasta z dnia na dzień od lat. Czy dopiero zwrócili uwagę na to,
gdy usłyszeli czy przeczytali moje słowa?
Myślę, że nigdy tak naprawdę nie zwracali na to uwagi, zagubieni
w codzienności, zalatani za "chlebem" dla swoich rodzin, by jakoś lepiej,
normalniej żyć, by zarabiać, czy w ogóle mieć jakąś pracę. Po prostu w
nawale szarej codzienności nie mieli czasu pomyśleć o tym, wydawać by się
mogło drugorzędnym problemie, gdyż mieli ważniejsze przyziemne i własne
sprawy.
I to jest właśnie największy problem, że tak się cały czas z
większością naszego społeczeństwa działo i dzieje. Problem ten polega w
większości na braku świadomości tego, że to my Naród, społeczeństwo jesteśmy
władzą, a politycy wybrani przez nas, jako nasi przedstawiciele, są naszą
służbą, zobowiązaną do tego, by nam społeczeństwu i Narodowi służyć. To
podstawa każdego państwa, za to służenie są przecież sowicie wynagradzani
z naszych pieniędzy, powinni więc umieć to uszanować.
Dzieje się jednak inaczej, do polityki przez lata dostawali się
cwaniacy, a także pewne siły, którym zależało na realizacji określonych
celów. Siły te podstawiały swoich ludzi, jako polityków. No i następowało
wypaczanie solidnych, rzetelnych podstaw państwa, w których to właśnie
ci wybrani, miast służyć, poprzez zmianę regulacji prawnych stawali się
władzą nad Narodem i społeczeństwem, a nie ludźmi służącymi Narodowi i
społeczeństwu.
Podam tutaj jeden drobny przykład, ale jakże istotny w całym
procesie wypaczania podstaw państwa, to ustawa o partiach politycznych,
a w niej sposób finansowania partii. Cwaniacy uchwalili sobie, że partie
polityczne po przekroczeniu pewnego progu wyborczego finansowane będą z
budżetu, czyli z naszych, społeczeństwa i Narodu pieniędzy. A dlaczego?
Przecież tak naprawdę władza to my, społeczeństwo i Naród, natomiast
partie polityczne należy traktować jak firmy usługowe, które z pewną przygotowaną
dla nas ofertą przystępują do wyborów, aby je ewentualnie wygrać i świadczyć
nam usługi. Jeżeli te usługi świadczone będą zgodnie z naszymi wymaganiami
i oczekiwaniami, to dobrze dla nich, dla tych partii, bo przecież wówczas
zaufamy im na tyle, że będziemy korzystać z ich usług na różnych poziomach
władzy, a to da tym, konkretnym ludziom, fachowcom od wiarygodnego służenia
społeczeństwu i Narodowi, należne i zgodne z umiejętnościami profity, ale
tylko i wyłącznie wtedy.
Teraz jest inaczej, partie miast być finansowane li tylko z własnych
składek członkowskich, tak jak firma, którą zakłada człowiek za własne
pieniądze. Partie, zamiast powinny pokazać, że potrafią i są godne naszego
zaufania, by zająć takie czy inne stanowiska i dopiero wówczas godnie zarabiać,
tak jak to dzieje się w przypadku solidnych, wiarygodnych i dobrze wykonujących
swoje usługi firm, otrzymujących zapłatę za konkretną, dobrze wykonywaną
pracę.
Nie, partie dzięki masie cwaniaczków i kombinatorów uchwaliły sobie,
że finansowane będą z budżetu. I zaczęły działać, ale jak zaczęły działać?
Ano, bardzo ciekawie te działania wyglądają. Aby zdobyć poparcie,
zająć miejsca w rządzie i mieć niesamowite możliwości manipulowania wszystkim,
czym się da, nie musiały długo myśleć, by się "rozwinąć". Wystarczyło kilku
przebiegłych, mających nieco znajomości obrotnych członków i...
Znaleźli się "sponsorzy", którzy przy okazji wyborów pomogli
im zaistnieć w mediach, przygotowali dla nich "odpowiednie" akcje wsparte
marketingiem polityczny i poszło jak po maśle. Ale nie robili tego z miłości
do tych partii, nie, moi drodzy. Robili to z "miłości" do możliwości, jakie
będą mieć ich "protegowani" po wygraniu wyborów i...
Nie będę się rozpisywał o sposobach czy metodach "wspierania"
co niektórych partii przez tych czy innych biznesmenów, czy mniej lub bardziej
znane "korporacje", nie taki jest cel mej bazgraniny, cel jest inny a mianowicie
taki, że chcę udowodnić tym wszystkim, którzy mi mówią czy piszą, że nie
wierzą już w normalne państwo i w to że może dojść do tego, że politycy
będą służyć państwu. Tak, to jest możliwe, nawet bardzo możliwe, tyle że
może okazać się niewykonalne, gdyż na przeszkodzie może stanąć malutki
problem, tym problemem jesteśmy my sami.
Bo rozwiązanie tego problemu zależy tylko i wyłącznie od nas, naszej
wiary w to, że możemy, i co najważniejsze, odrobiny wysiłku, który musimy
z siebie wykrzesać, by to zrobić, a dzięki temu w przyszłości żyć normalnie,
godnie i dostatnio.
Ten "drobiazg", który wyżej opisałem, czyli sposób finansowania
partii politycznych, na początek należałoby zmienić. Partie polityczne
powinny być finansowane jedynie z własnych składek.
I to jest możliwe do przeprowadzenia, a gdyby się udało to przeprowadzić,
jakość polskiej polityki zmieniłaby się niesamowicie i poprawiła na lepsze.
Partie, by zdobyć poparcie, musiałyby działać wśród ludzi i dla ludzi,
robiąc dla społeczeństwa i Narodu to, co dzisiaj robią dla swoich "sponsorów".
Odważmy się więc, zróbmy ten malutki, a jakże wielki krok dla
swojego lepszego jutra. Przygotujmy wniosek restrukturyzacji ustawy o partiach
politycznych, o ich finansowaniu li tylko ze składek członkowskich, mało
tego, zasugerujmy w tym wniosku, żeby ustalić górną granicę składki, ot,
chociażby na poziomie 100 złotych miesięcznie. Zbierzmy podpisy, a przypuszczam,
że z tym nie będzie żadnego problemu, z łatwością zbierzemy ich z milion,
i złóżmy go w Sejmie i czekajmy...
Jeżeli okaże się, że nasz wniosek nie zostaje dopuszczony pod
obrady Sejmu, będziemy mieli jasność, że Marszałek i jego partia są przeciwni
takiemu projektowi, czyli że w najbliższych wyborach nie ma co na nich
głosować, gdyż są przeciwni temu, by służyć społeczeństwu i Narodowi. Jeżeli
natomiast wniosek zostanie wprowadzony pod obrady Sejmu, wówczas będziemy
mieli jasny obraz tego, jakich sobie przedstawicieli wybraliśmy, kto jest
naprawdę godny bycia naszym reprezentantem w Sejmie i w innych władzach
państwa, a kto zwykłym cwaniakiem, który jedynie obiecywał gruszki na wierzbie,
by dorwać się do koryta i żyć wygodnie za nasze...
Osobiście jestem za takim rozwiązaniem na początek. To pokaże
nam jasno, jacy ludzie zarządzają państwem i jakie są ich doraźne cele,
czy Naród i społeczeństwo, Polska nasza Ojczyzna, czy pełne koryto poprzez
zakłamanie i ogłupianie obietnicami. Czy ludzie ci, miast nam służyć, robią
wszystko, by zapełniać jedynie swoje własne kieszenie, służąc "sponsorom"
zamiast tym, którzy ich wybrali jako swoich przedstawicieli.
Pozdrawiam i czekam na wasz odzew.
Przemysław Kudliński
Poznań
GONIEC NR 28/2008
Protest przeciwko prowadzonym negocjacjom w kwestii
restytucji majątków żydowskich
Warszawa, 30.06.2008
Pan Lech Kaczyński Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej
Pan Donald Tusk Prezes Rady Ministrów Rzeczypospolitej Polskiej
Szanowny Panie Prezydencie!
Szanowny Panie Premierze!
W nawiązaniu do Panów wizyty w Waszyngtonie i w Izraelu oraz
ostatnich spotkań na polskiej ziemi z Ronaldem Lauderem pragniemy przekazać
protest przeciwko Waszym obietnicom rozwiązania problemu restytucji mienia
pożydowskiego.
Jesteśmy bardzo zaniepokojeni składanymi przez Panów deklaracjami
przedstawicielom organizacji żydowskich, iż niebawem Polska, kończąc prace
nad ustawą reprywatyzacyjną, dokona wypłaty rekompensaty za pozostawione
i utracone mienie Polskich Żydów, którzy zostali zamordowani przez okupanta
niemieckiego podczas II wojny światowej.
Absolutnie nie możemy zgodzić się z taką postawą prowadzenia
polityki wobec pamięci o pomordowanym Narodzie Żydowskim w Polsce, którego
sprawcami były hitlerowskie Niemcy. To nie Polska i nie Polacy są winni
tragedii Holokaustu 6 milionów żydowskich obywateli w Europie, tu na tej
gościnnej dla Żydów polskiej ziemi.
Niewłaściwym jest udzielanie jakiejkolwiek rekompensaty w ręce
żydowskich organizacji z Ameryki lub ich agend znajdujących się na terenie
Izraela. Jest to akt kolaboracji ze złem. Uleganie żądaniom wysuwanym wobec
Polski przez przedstawicieli Światowych Organizacji Żydowskich, takich
jak: Lauder, Bronfman, Sułtanik, Singer, Goldstein, Schudrich, jest nieuzasadnione
historycznie i budzi w nas wstręt. Ich rodzice (i oni sami) pomimo, iż
byli informowani przez wielkich patriotów polskich, takich jak Jan Karski
i Szmul Zygielbojm, o dokonywanym barbarzyństwie na naszych antenatach,
w okresie hitlerowskiej zbrodniczej machiny wojennej siedzieli sobie cicho
w Ameryce. Jedli, pili i bawili się, a nawet handlowali z Niemcami, dobrze
zdając sobie sprawę z tego, co dzieje się w obozach śmierci w Oświęcimiu
czy Treblince. I nic nie uczynili, by pomóc w ratowaniu zagazowywanych
tam istnień ludzkich, wielu narodowości.
Olbrzymim błędem Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego było podpisanie
ustawy z dnia 20 lutego 1997 roku dotyczącej zwrotu mienia religijnego
w ręce przedstawicieli trzech organizacji: World Jewish Restitution Organization,
Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP oraz Fundacji Ochrony Dziedzictwa
Żydów. Na mocy tej haniebnie złej ustawy, przedstawiciele tych organizacji
dokonują bezpowrotnej likwidacji odbieranych z rąk samorządów polskich
miast tzw. majątków kościelnych, których nie zdołał zniszczyć Hitler. Na
mocy tego prawa niszczą nasze wspólne Dziedzictwo Narodowe, wzbogacając
się kosztem tych majątków budowanych przed laty z wielkim trudem przez
Polaków i Żydów Polskich.
Oto kilka przykładów tego barbarzyństwa: nie ma już Szpitala
Żydowskiego w Siedlcach (zabytkowa budowla z XIX w.) i drewnianej Synagogi
Rzezaków w Siedlcach (jedynego zachowanego tego typu obiektu w centralnej
Polsce), jak też Synagogi Reindorfa i Mykwy (rytualna łaźnia) w Otwocku
i wielu innych majątków żydowskich całkowicie wymazanych z krajobrazu polskiej
ziemi.
W związku z powyższymi stratami dotyczącymi majątków należących
przed wojną do Gmin Żydowskich, protestujemy przeciwko obecnie planowanym
rozwiązaniom kwestii prywatnego mienia żydowskiego, którego Panowie podjęli
się w imieniu Narodu Polskiego.
W żadnym wypadku nie możemy się zgodzić na wypłatę żądanych 65
mld dolarów, ani też ewentualnie 15 czy 20 procent wartości utraconych
nieruchomości. Wszelkie rozmowy tego typu są aktem kupczenia Zagładą Żydów
Polskich i powinny być natychmiast zaprzestane.
Tym macherom dążącym do rządzenia światem nic się nie należy!!!
Polska nie powinna iść śladem Niemiec czy Szwajcarii i ugiąć się pod szantażem,
jaki był zastosowany wobec tych krajów. Pamiętajmy, Polska była ofiarą,
a nie agresorem!
Po 1989 roku, a w imieniu wszystkich Polaków obecny rząd pod
kadencją Pana Premiera Donalda Tuska, popełnia kolejny historyczny błąd,
w stosunku do tragicznej Historii Żydów Polskich.
Wymuszanie na naszym Państwie rozwiązania jeszcze w tym roku
ciągnącego się od lat problemu restytucji prywatnego mienia żydowskiego
w Polsce, w takim wymiarze, jest nie tylko niesprawiedliwą regulacją prawną
wobec Polaków i Żydów, ale i zdradą tych interesów.
Oddawać prywatne majątki należy wszystkim Polakom, ich dzieciom
lub wnukom, którzy posiadali jakiekolwiek majątki, ale pod warunkiem, iż
byli lub są spadkobiercami prawnymi, a nie w ręce hipokrytom żydowskim,
którzy uzurpowali sobie prawo do reprezentowania Zamordowanych Żydów, czyniąc
z tego procederu Przedsiębiorstwo Holokaust.
Prezes Gminy Wyznaniowej Starozakonnych w RP
Bolesław Szenicer
Długa droga, daleka przed nami
Dyskusja, jaka toczy się nad przyszłością Ruchu Narodowego oraz
tzw. prawicy, budzi uczucia raczej mieszane. W zakresie diagnozy powiedziano
już wszystko lub prawie wszystko. Gorzej z prezentacją uwarunkowań, w jakich
przyszło w Polsce działać siłom narodowo-patriotycznym, a już najgorzej
z odpowiedzią na pytanie: jak z tego wyjść? Autorzy poniższego artykułu
- nie mając ambicji wyczerpania tematu - spróbują zająć się nie tyle diagnozą,
ile odpowiedzią na pytanie: "jak to zrobić?". Zastrzeżenie drugie dotyczy
nazewnictwa. Naszym zdaniem, używanie dziś w: Polsce określeń "lewica"
i "prawica" dawno straciło jakikolwiek sens. Dlatego będziemy operować
pojęciami takimi, jak "siły narodowo-patriotyczne", "nurt narodowo-patriotyczny"
itp. Nasze propozycje bowiem dotyczą wprawdzie głównie Ruchu Narodowego,
ale zdajemy sobie sprawę, że polska myśl polityczna oraz polska geografia
polityczna nie może - a nawet nie powinna - ograniczać się li tylko do
nurtu stricte narodowego.
Szkodliwy import z Zachodu
Aby uzmysłowić sobie warunki, w jakich przyszło funkcjonować
siłom narodowo-patriotycznym w Polsce, należy sięgnąć poza nasze rodzime
opłotki i dokonać zarysu degrengolady tego, co na Zachodzie zwykło się
nazywać prawicą. W największym skrócie istniały cztery filary tradycyjnej
prawicy: naród, rodzina, wiara, własność. Z tej czwórki pozostała własność.
Operowanie słowem "naród" uchodzi dziś za faux pas, tym bardziej że cała
prawica zachodnia, z nielicznymi wyjątkami, stanęła za Unią Europejską,
a świadome swej tożsamości narody stanowią przeszkodę w budowie superpaństwa
europejskiego. To, co dzieje się z rodziną na Zachodzie, wymagałoby odrębnego
traktatu, odnotujmy tylko, że partie prawicy zachodniej jakoś niewiele
uczyniły dla uzdrowienia rodziny, a niektóre z nich milcząco przyjęły do
wiadomości rejestrację "małżeństw" homoseksualnych. Od czasu ciosu, jaki
Kościołowi katolickiemu zadał Sobór Watykański II, znaczna część Kościoła
instytucjonalnego przestała stanowić oparcie dla tej orientacji. Zresztą
niektóre odłamy prawicy mają swój niebagatelny udział w laicyzowaniu społeczeństw
zachodnich, czego najdobitniejszym przykładem współczesne dzieje Francji.
Więc religia przestała być filarem zachodniej prawicy. Pozostała
własność, ale najsilniejszym oparciem dla tradycyjnej prawicy jeszcze niedawno
pozostawało mieszczaństwo władające drobną własnością. Dziś drobna własność
ulega pogromowi ze strony wielkiego ponadnarodowego kapitału, nie do końca
ponadnarodowego, bo będącego w lwiej części w rękach żydowskich. Ten właśnie
kapitał, kontrolujący zresztą największe media, dyktuje, kiedy i na jakich
warunkach wygrywa "prawica", a kiedy "lewica". Prawica establishmentu zieje
nienawiścią do ruchu narodowego, czego dowodem losy Front National Jeana-Marie
Le Pena czy narodowej partii Joergera Haidera w Austrii. Na Zachodzie przyjęto
określenia "skrajna prawica", "radykalna prawica", "fundamentalna prawica",
którym to określeniom nadano oczywiście pejoratywne konotacje.
Prawica, podobnie jak inne partie establishmentu, jest silnie
infiltrowana przez loże masońskie. Nic więc dziwnego, że przeciętny wyborca
nie widzi specjalnej różnicy po wygranej czy to "lewicy", czy to "prawicy".
Tzw. wolne wybory, ongiś sztandarowe osiągnięcie zachodniej demokracji,
zmieniły się w medialną farsę, a sposób rządzenia przez wygraną partię
jeszcze tę farsę potęguje.
Zachodnia prawica czynnie uczestniczy w zamordyzmie, charakterystycznym
obecnie dla "wolnego świata". Nie przy pomocy policji czy obozów koncentracyjnych,
lecz drogą terroru politycznej poprawności, pistoletu "antysemityzmu" oraz
- o wiele dyskretniej, lecz bardziej skutecznie niż w klasycznych systemach
policyjnych - głębokiej infiltracji życia obywateli dzięki "twórczemu"
wykorzystaniu środków elektronicznych. Co interesujące, wzmożonej kontroli
jednostki towarzyszy świadome osłabianie państwa, właśnie w tych dziedzinach,
w których jego rola powinna być szczególnie mocna. Tzw. prawa ludzkie i
obywatelskie stanowią coraz bardziej dziurawe i już śmieszne decorum zachodniej
demokracji.
Podstawami klasycznej prawicy zachodniej wstrząsnęła też realizacja
programu Antoniego Gramsciego, sekretarza generalnego kompartii włoskiej,
"marszu przez struktury". Kontynuatorem i "twórczym" spadkobiercą tego
programu był George Lucas (b. minister w rządzie Beli Kuna podczas krótkotrwałych,
niezwykle krwawych rządów komuny na Węgrzech w 1919 r.). Powołał on we
Frankfurcie n. Menem Instytut Nauk Społecznych, zwany popularnie "szkołą
frankfurcką". (W czasach hitlerowskich następcy Lucasa przenieśli się do
USA.) Tam opracowano metody opanowywania i niszczenia struktur stojących
na straży tradycyjnej rodziny i tradycyjnych wartości, tam tworzono zasady
"ideowe" ruchu hipisowskiego, stamtąd m.in. szła inspiracja rewolty studenckiej
w 1968 r. Stamtąd wywodzą się tacy m.in. ideolodzy lewactwa, jak Herbert
Marcuse, Erich Fromm czy Adorno. Po wojnie Juergen Habermas reaktywował
szkołę frankfurcką w Niemczech.
Efektem odejścia zachodniej prawicy od tradycyjnych wartości
jest m.in. relatywizm moralny oraz relatywizacja jakże ważnego dla zdrowia
moralnego jednostek i społeczeństw pojęcia prawdy. Konsekwencją podważenia
prawdy stała się nie tylko euro-nowomowa, ale i dwumowa. Nastąpiła też
zmiana modelu gospodarczego z gospodarki równowagi na gospodarkę marketingową
opartą na czterech elementach: produkt - dystrybucja - promocja - cena.
Chodzi tu o przewagę podaży nad popytem i m.in. budzenie wydumanych potrzeb.
Te wszystkie "osiągnięcia" Zachodu były i są entuzjastycznie
importowane do Polski. Część "importerów" czyniła to z pełną premedytacją,
aby dokonać rozkładu polskiej tożsamości narodowej, inni sprowadzali te
"nowinki", ulegając pochodzącej jeszcze z XVIII wieku modzie na cudzoziemszczyznę.
W niektórych dziedzinach spustoszenia mamy na miarę "osiągnięć" Zachodu,
w innych jeszcze import tych antydóbr nie znalazł powszechnego popytu.
Np. w upowszechnianiu pornografii bodaj prześcignęliśmy Zachód, natomiast
promocja zboczeń seksualnych, w tym homoseksualizmu, idzie opornie. Na
razie.
Budowanie od podstaw
Jeśliby sięgnąć do praprzyczyny kompromitującej przegranej LPR,
to pominąwszy wielokrotnie omawiane na tych łamach błędy kierownictwa,
jest nią brak zakorzenienia społecznego. Nie wystarczy bowiem sama partia
polityczna, jej losy są zawsze zmienne, należy mieć silne zaplecze społeczne
wśród ludzi, który podzielają poglądy narodowe bądź są im bliscy. Ci zwolennicy
powinni być jednak zorganizowani, muszą czuć swoją potrzebę na co dzień,
a nie w okresie wyborów. Nad zwolennikami trzeba pracować, codziennie przekonywać
ich do swoich racji, stawiać im zadania, wreszcie - bardzo uważnie - wsłuchiwać
się w ich głos. Nie każdy czuje powołanie do działalności politycznej,
co nie oznacza, że jest nieprzydatny dla Ruchu Narodowego czy szerzej -
nurtu narodowo-patriotycznego. Zanim więc pokusimy się znowu o zwycięstwo,
zacznijmy od budowy zaplecza społecznego: organizacji młodzieżowych, kobiecych,
oświatowych, kulturalnych, naukowych, przedsiębiorców, narodowych związków
zawodowych, fundacji, kas zapomogowo-pożyczkowych, zrzeszeń przedsiębiorców.
W każdej grupie społecznej czy zawodowej, w każdym pokoleniu mamy sympatyków:
często ukrytych, często sterroryzowanych przez swoje środowisko, a niekiedy
sympatyków, którzy nawet nie wiedzą, że myślą po endecku. Tym ostatnim
trzeba to uświadomić.
Stronnictwo polityczne może (i powinno) pełnić rolę awangardy
takiego ruchu. To warunek sine qua non objęcia "rządu dusz". Inaczej siły
narodowo-patriotyczne będą skazane bądź na rolę "paputczika" prawicy establishmentu
(jeżeli zechcą łaskawie przygarnąć), względnie PSL (obecnie wyraźnie idącego
w kierunku partii euro-establishmentu, a więc ku swojej zgubie). Będą wreszcie
skazane na łaskę, a właściwie niełaskę mediów opanowanych przez oligarchię
władzy i pieniądza.
Rozwój myśli narodowej bardzo osłabł po śmierci Romana Dmowskiego.
Na emigracji nowe elementy do tej doktryny starał się wnieść Jędrzej Giertych,
przeważnie zresztą w zakresie historiozofii. W okresie PRL pewne elementy
doktryny narodowej chronił Bolesław Piasecki, nigdy zresztą nie odwołując
się oficjalnie do Ruchu Narodowego. Dlatego niezbędny staje się narodowy
ruch intelektualny, obejmujący wszystkie dziedziny życia publicznego Polaków.
Wśród zadań takiego ruchu należy postawić na naczelnym miejscu opracowanie
koncepcji gospodarczej dla Polski - realnej, ale ambitnej. Żadna partia
polityczna, która nie podejmie się tego ciężkiego, ale niezbędnego zadania,
nie będzie mogła liczyć na trwałe poparcie społeczne. Temu zadaniu, realizowanemu
na wysokich diapazonach, musi towarzyszyć dotarcie do szarego obywatela.
Dotarcie z prawdą o rzeczywistym stanie gospodarczym naszego kraju, realiach
Unii Europejskiej, stosunkach międzynarodowych, naszej historii ojczystej,
i wielu, wielu innych sprawach, które są totalnie w Polsce (i nie tylko
u nas) zakłamywane. Środowisko KOR-owskie swego czasu reaktywowało "latające
uniwersytety". Nurt narodowo-patriotyczny jakoś nie wpadł na ten pomysł.
A czas ku temu najwyższy, bo zakłamanie w III RP prześcignęło wszystkie
"osiągnięcia" PRL w tym zakresie.
Z Polonią, ale inaczej
Wszystko, co napisaliśmy powyżej, pozostanie mrzonką, jeśli inicjatywy
te nie otrzymają silnego zaplecza finansowego. W III RP poważne środki
pieniężne znajdują się bądź w rękach kapitału zagranicznego, bądź polskich
kosmopolitycznych przedsiębiorców. Polscy nie tylko z nazwy przedsiębiorcy
są zbyt słabi i (powiedzmy szczerze) zastraszeni, by stale wspierać inicjatywy
narodowo-patriotyczne. Pozostaje więc Polonia. Jak dotąd środowiska patriotyczne
lub mieniące się nimi wyszarpywały od Polonii (głównie północnoamerykańskiej
lub południowoamerykańskiej) pewne środki głównie na kampanie wyborcze.
Przy okazji kręciło się wokół organizacji polonijnych wielu hochsztaplerów
politycznych i po prostu zwykłych naciągaczy, operujących hasłami bogoojczyźnianymi.
Skutki polityczne tych zastrzyków finansowych były praktycznie żadne. Tymczasem
nie chodzi tu o kilka tysięcy USD na kolejną kampanię kolejnego pana "prawicowca".
Propozycja, z jaką należy wyjść do Polonii, musi mieć zupełnie inny charakter.
Przede wszystkim należy powołać wspólnie z Polonią wielkie konsorcjum wydawniczo-medialne,
aby poszerzyć lukę, którą wydarł establishmentowi o. Tadeusz Rydzyk. To
przedsięwzięcie powinno mieć charakter komercyjny i działać na zasadach
spółki prawa handlowego. Nie żebranina, ale interes, w którym wpływy mierzone
są ilością udziałów, udziałowcy, w tym oczywiście organizacja polonijna,
posiadają swoich przedstawicieli we władzach spółki (spółek), a władze
spółki rozliczane są z osiągniętych zysków. Przede wszystkim należy uruchomić
dziennik - nie wystarczy "Nasz Dziennik" - i kolejna po "Trwam" stacja
telewizyjna. Bez mediów nie ma polityki, choć - wbrew pozorom - nie decydują
one o wszystkim. Trzeba też wzbogacić paletę stacji radiowych. Wielu twórców
i aktorów filmowych jest dziś uzależnionych od pozostających w rękach establishmentu
wytwórni. To kolejna szansa.
Trzeba dbać nie tylko o przekonania polskiej młodzieży. Nie ma
nic gorszego niż mający patriotyczne poglądy "nieudacznik". Niech narodowo-patriotyczne
organizacje młodzieżowe dbają o ich poglądy, a Polonia mogłaby zapewnić
stypendia dla najzdolniejszych, by mogli oni skorzystać z amerykańskich
i zachodnich uczelni. Warunek - muszą wrócić do Polski.
Gra o wszystko
Wbrew pozorom czas gra na naszą korzyść. Niedługo z Tuskowych
cudów zostaną trociny, PiS ulegnie rozbiciu, a LPR nie odrodzi się, gdyż
dalej jest manipulowany przez byłego wodza, czego dowodem ostatnie obrady
Rady Politycznej Ligi. Otworzy się nowe miejsce na scenie politycznej,
które - jak zwykle - nie pozostanie długo puste. Toteż na narodowcach i
działaczach nurtu narodowo-patriotycznego spoczywa obowiązek zajęcia tego
miejsca. Inaczej wejdą tam inni, posługując się nawet naszymi hasłami,
aby raz jeszcze skompromitować orientację narodowo-patriotyczną, czego
już niejednokrotnie doświadczaliśmy. Temu trzeba zapobiec za wszelką cenę.
Aby jednak znowu kolejna partia narodowa i inne stronnictwa rzeczywiście
patriotyczne nie poległy, zacznijmy od budowy ruchu opartego na realnych,
a nie urojonych podstawach. "Długa droga, daleka przed nami", ale rozpocząć
trzeba już. Bo to gra o wszystko, lub inaczej ostatnia g
|